Tak sobie myślę, że do niedawna bałam się Marty Kisiel. Znaczy nie Ałtorki personalnie, co to to nie! Ale jej książek chyba troszkę tak. Zarówno ze strony blogosfery, jak i Sylwka, słuchałam na temat ich wspaniałości, ale im więcej przykładów mi przynoszono, tym bardziej wzbraniałam się przed wejściem w ten świat. Nie byłam pewna, czy ten styl będzie mi pasował na dłuższą metę. Nie wiedziałam, czy zrozumiem hiperbole. A nade wszystko bałam się, że ostatecznie nie będę bawiła się tak dobrze, jak wszyscy dookoła. Dopiero przy okazji najnowszej książki Ałtorki, która po opisie wydawała mi się nieco inna niż poprzednie, podjęłam heroiczną decyzję: spróbuję.