wtorek, 31 stycznia 2017

Inspiracje: styczeń

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad postem, który w nienachalny sposób pozwoli mi znaleźć się nieco bliżej Was, pokazując co dzieje się w moim najbliższym otoczeniu: co mnie zachwyca i daje radość w każdym kolejnym dniu. Zdecydowałam się na pewną formę ulubieńców miesiąca (których wolę chyba nazywać inspiracjami). Zobaczymy, jak ten post się przyjmie i czy będę w stanie regularnie opowiadać Wam o tych wszystkich mniej lub bardziej ważnych sprawach. Jedno jest pewnie: nie będzie to sztywna formuła z odhaczaniem „obowiązkowych” elementów, bo jestem pewna, że taka niemal tabelkowa forma szybko znudziłaby się i mnie, i Wam. A po co robić to już na samym początku, prawda? ;)


Inne życie

Bloga Tosi i Radka znam już od jakiegoś czasu, ale to w tym miesiącu totalnie się w nim zatraciłam. W ciągu ostatnich tygodni przeczytałam chyba wszystkie posty, jednocześnie otrzymując niesamowity zastrzyk inspiracji. Na Innym życiu znajdziecie reportaże o osobach, które połączyły pracę z pasją, a także posty „lifestyle’owe” – przy czym trzeba zaznaczyć, że autorzy bloga są żywym zobrazowaniem idei slow life: żyją wolno, blisko natury, realizując to, co kochają robić najbardziej na świecie. Robią cudne zdjęcia, opowiadają z ogromną pasją, a czasem też doradzają. Ostatnio dzięki temu właśnie blogowi rozkwitła również społeczność czytelników, która sama w sobie jest jedną wielką inspiracją i wspiera pielęgnowanie w sobie lasu, nawet w tym rzeczywistym nie możemy bywać tak często, jak byśmy tego chcieli.

Bloga możecie poczytać tutaj.


Dzień dobry, północy

Tamtego poranka coś mi podpowiadało, że powinnam zabrać z domu dwie książki, ale zepchnęłam tę intuicję gdzieś daleko w tył głowy – przecież nie będę dźwigała tylu tomów, skoro a/ idę do pracy, b/ spędzam w niej tylko kilka godzin. Niestety okazało się, że był to dzień wyjątkowo obfity w wolne chwile, książka, którą czytałam skończyła mi się szybko, a w dodatku tak bardzo mi się nie podobała, że musiałam, po prostu MUSIAŁAM „przegryźć” ją czymś innym, lepszym. W którymś momencie po prostu wstałam, poszłam do Empiku i kupiłam – coś, co swoją okładką kusiło mnie na Instagramie już od dobrych kilku dni. 

Dzień dobry, północy jest filozoficzne, ale nie ciężkie. Optymistyczno-pesymistyczne. A nade wszystko – skłaniające do refleksji. Jeśli lubicie podobne książki, zachęcam Was z całego serca do przystanięcia na chwilę nad tą opowieścią – nie tylko dla ślicznej okładki.

Pełną recenzję książki możecie przeczytać tutaj.


Iluminacja w Parku Oliwskim

Odkąd jeszcze w grudniu usłyszałam o światełkowej instalacji, wiedziałam, że muszę się tam wybrać, a gdy na początku stycznia spadł śnieg… cóż, wiadomo było, że wyprawa jest tylko kwestią czasu. Namówiłam rodziców i pewnego popołudnia pojechaliśmy obejrzeć te cuda w najlepszej możliwej scenerii: świat zasypany białym puchem, a na dworze już ciemno i wszystko perfekcyjnie widać. I powiem Wam, że choć z reguły nie jestem fanką wszelkich wizualnych dobroci tego świata (chyba mam mało zmysłu estetycznego), to tym razem naprawdę byłam zachwycona. Ekstra sprawa, mam nadzieję, że wróci do nas za rok!


Parsley

Jeśli mogę powiedzieć, że ostatnie miesiące należały do jakiegoś konkretnego wykonawcy, to zdecydowanie była nim Julia Pietrucha. Odkryłam ją jeszcze przed obroną magisterki i kiedy musiałam się uczyć, a chciałam czymś zagłuszyć domowe odgłosy, zawsze sięgałam właśnie po tę płytę. Nie znam się na opisywaniu muzyki, nie jestem w tym zakresie żadnym ekspertem, ale Parsley kojarzy mi się z wakacjami – w każdym razie na początku, bo w miarę kolejnych piosenek Julia pokazuje swoje możliwości w naprawdę wielu różnorodnych gatunkach. Polecam zajrzeć na jej kanał i obejrzeć filmy do nagrań – żadne tam profesjonalne teledyski, ale materiały tak ciepłe, że zachwycają mnie zawsze i perfekcyjnie ładują moje wewnętrzne akumulatory. Znajdziecie tam również pełną wersję płyty do słuchania – ja mam na koncie już setki naciśnięć przycisku „replay” i mam nadzieję, że nadchodzące urodziny przyniosą mi fizyczną wersję tej cudownej składanki.

Poniżej znajdziecie moją (chyba) ulubioną piosenkę, choć tak naprawdę uwielbiam wszystkie utwory z tej płyty.




Powiedzcie mi koniecznie, co Was inspiruje, motywuje i zachwyca. Jakaś piosenka chodzi za Wami już od kilku dni? Czytaliście świetną książkę? Widzieliście film, który zrobił na Was ogromne wrażenie? A może przetrząsając internety trafiliście na coś, co teraz polecacie wszystkim dookoła? Mam nadzieję, że uda nam się pokazać sobie nawzajem mnóstwo naprawdę fajnych rzeczy!


poniedziałek, 30 stycznia 2017

Cecelia Ahern – „Podarunek”

Lou Shuffern już dawno przestał panować nad własnym życiem: lawiruje między obowiązkami, zawodową rywalizacją i domem, w którym jest raczej gościem niż stałym bywalcem – w każdym razie jeśli chodzi o to, gdzie przebywa myślami. Jego największym marzeniem jest móc znajdować się w dwóch miejscach jednocześnie. Niewykonalne? Ależ skąd! Życie Lou zmieni się całkowicie, gdy w odruchu dobrej woli zatrudni w swojej firmie przypadkowo napotkanego bezdomnego, Gabe’a. Ten niepozorny człowiek pomoże mu dostać to, czego Lou tak naprawdę chce.

Hej, czy jest tu jeszcze ktoś, kto nie wie, że uwielbiam książki Cecelii Ahern? Trąbię o tym za każdym razem, w każdej kolejnej recenzji, niezależnie od tego, czy ta akurat powieść spodobała mi się bardziej, czy mniej. Choć do tej pory żadna historia jej autorstwa nie dorównała tej (moim zdaniem) najlepszej, czyli Stu imionom, czekałam dzielnie. Wiedziałam, że w miarę poznawania wznowień i nowości odszukam kolejną perełkę, którą będę mogła się zachwycać i sięgać po nią kilka lub nawet kilkanaście razy. Czekałam, czekałam i wreszcie jest – Podarunek, który gdzieś tam kiedyś mignął mi w starym wydaniu, a teraz wreszcie trafił i na moją półkę, listę czytelniczą, a ostatecznie także do mojego serca.

Od razu uprzedzam: nie obiecuję cudów. Jeśli ktoś czyta dużo obyczajówek z realizmem magicznym albo ogląda kino familijne, dostrzeże tutaj pewnie schemat na schemacie. Ja też je widzę i uważam, że wszystko można obrócić zarówno na korzyć, jak i na niekorzyść książki, a wiele zależy od ogólnego wrażenia. To znaczy: jeśli książka do nas trafi, wybaczymy jej te schematy, a jeśli nie – będą dla nas tym bardziej uciążliwe. Tutaj mamy do czynienia z formułą quasi-legendy, gdzie główna historia jest opowiadania konkretnej osobie w konkretnym, wychowawczym celu. Wyraźny jest świąteczny klimat, który z jednej strony bardzo dobrze się prezentuje, z drugiej ma w jakimś stopniu usprawiedliwiać element magiczny. No i wreszcie główny bohater i jego życie – brak czasu dla rodziny, zabieganie i ogólne chamstwo to również dość powszechna klisza, którą sama widziałam nie raz.


- O, przepraszam. Jestem Gabe. – Wyciągnął rękę. – Gabriel, ale każdy kto mnie zna, nazywa mnie Gabe.
Lou wyciągnął rękę i uścisnęli sobie dłonie – ciepła skóra rękawiczki i zimna skóra bezdomnego.
- Jestem Lou, ale każdy, kto mnie zna, nazywa mnie palantem.[s.38]


Co w takim razie jest w tej książce AŻ TAK wyjątkowego? Po pierwsze każdą historię można opowiedzieć lepiej lub gorzej, a Cecelia Ahern zrobiła to wspaniale. Opowieść idealnie wpasowuje się w jej styl i reprezentatywnie odzwierciedla dotychczasowy dorobek: autorka zawsze wie, którą strunę w czytelniku poruszyć, by wywołać w nim emocje. Po drugie bardzo podoba mi się sposób, w jaki zostały wprowadzone elementy magiczne – tak jak wspomniałam, ładnie wpasowują się w ogólny klimat, ale książka nimi nie epatuje; to nie jest w całej opowieści najważniejsze. I wreszcie największa, moim zdaniem, zaleta: mimo humoru i ogólnie familijnego wydźwięku, książka nie jest słodka. Patrząc z perspektywy całości, znając już zakończenie, mogę nawet powiedzieć, że jest tu sporo goryczy.

Mnie Podarunek przekonał w stu procentach, bo miks stylu autorki z pomysłem, realizmem magicznym i klimatem miał odpowiednie proporcje i wypadł idealnie. Już po lekturze doszłam do wniosku, że to byłby dobry materiał na film – wiecie, taki, który leci w drugi dzień Świąt albo w niedzielę przed południem na Polsacie. Lekki, niezobowiązujący, czasem zabawny, czasem gorzki, ale z fajnym morałem bez zbędnego nadęcia. Uwielbiam takie historie, jeśli tylko są dobrze opowiedziane. Ta jest, spełnia więc wszystkie warunki, aby Wam ją polecić.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

sobota, 28 stycznia 2017

Lily Brooks-Dalton – „Dzień dobry, północy”

Różne sytuacje przydarzają się w naszym czytelniczym życiu. Czasem na przykład zdarza się tak, że poza domem mamy przy sobie tylko jedną książkę, która w dodatku okazuje się kompletną klapą – tak wielką, że po jej skończeniu musimy, no po prostu MUSIMY natychmiast sięgnąć po coś innego, lepszego. Jak to zrobić, skoro zabraliśmy ze sobą tylko jedną pozycję? Cóż, rozwiązanie jest proste: wystarczy wstać, ruszyć do Empiku i nabyć książkę, która woła nas z Instagrama już od dobrych kilku dni.

Takie wybryki według wszelkiego prawdopodobieństwa powinny kończyć się źle: zakup niekontrolowany, nieplanowany i impulsywny ma wszelkie szanse okazać się niewypałem. Na moje szczęście tym razem było zupełnie inaczej: książka Lily Brooks-Dalton wciągnęła mnie od pierwszej strony i pozostawiła z zachwytem na kolejne dni. Trafiłam na perełkę i zupełnie się tego nie wstydzę. Wręcz przeciwnie: opowiadam o niej przy każdej okazji, wszystkim dookoła. Zachwycam się, polecam i sama kontempluję tę niesamowitą opowieść. Jedyne, czego żałuję, to że tak szybko przyszło mi się z nią rozstać. 

Dzień dobry, północy to powieść o dojmującej samotności. W przeplatających się rozdziałach poznajemy dwoje bohaterów: Augustine’a, starszego człowieka z placówki badawczej na kole podbiegunowym, oraz Sully, astronautkę, która właśnie wraca z misji na Jowisza. Każde z nich ma przy sobie innych ludzi, jednak mimo to oboje muszą mierzyć się głównie z tym, co się dzieje w ich głowach: dogania ich przeszłość i lęk przed tym, co nadejdzie. Odczucia potęgowane są przez ciszę, jaką emanuje Ziemia – nie wiadomo właściwie, co się stało, ale nie ma żadnego kontaktu z innymi ludźmi, zupełnie, jakby wszystko objęła jakaś globalna katastrofa. Augustine stara się przetrwać w bardzo dosłownym znaczeniu: musi zadbać o ciepły kąt i pożywienie nie tylko dla siebie, no i stara się nie zdziczeć. Sully, która ma zabezpieczone podstawowe potrzeby, pozostaje jedynie walka z własną głową.

Pod względem filozoficznym powieść zahacza o wiele tematów: rachunek przeszłości w obliczu, gdy nie można już nic zmienić, okłamywanie samych siebie, poszukiwanie celu i sensu życia, skończoność nas samych wobec ogromu i nieskończoności kosmosu, dynamika grupy, proste wydarzenia dające nadzieję i radość, a także te poważne, odbierające całkowity spokój ducha. Wiele z nich poruszanych jest wprost, ale całkiem duża część przewija się gdzieś pomiędzy wierszami i tylko czeka na odkrycie przez czytelnika. Im dłużej zastanawiamy się nad kolejnym rozdziałem, tym więcej odnajdujemy w nim treści i wartości, tym lepiej dostrzegamy powiązania. 

Choć mogłoby się wydawać, że tak poważna lektura będzie nudna, jest to obawa nieuzasadniona. Opowieści o dwojgu bohaterów przeplatają się i skupiają wokół konkretnych zdarzeń, nie zaś przemyśleń postaci, więc w gruncie rzeczy sporo się tu dzieje: za każdym razem obserwujemy pewną scenę, w wielu przypadkach bardzo symboliczną. Do tego dochodzi wzajemne uzupełnianie się losów bohaterów i punkty styczne ich historii, które odkrywamy wraz z każdą kolejną stroną. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że to powieść akcji o tempie, które zapiera dech w piersiach, jednak całość jest najzwyczajniej w świecie płynna. Jeśli chodzi o książki skłaniające do refleksji, wolę właśnie takie: krótkie opowieści, które atakują nasz umysł szybkimi impulsami, nie zaś rozwlekłe tomiszcza, po które zwyczajnie boję się sięgnąć.

Historia Augustine’a i Sully w zależności od tempa czytania zajmie nam jeden, maksymalnie dwa wieczory. Moim zdaniem warto poświęcić ten czas na tę lekturę o pięknej okładce i jeszcze przyjemniejszym wnętrzu. Teraz, gdy wieczory są ciemne i leniwe, możemy spokojnie przysiąść i dać się ponieść tej opowieści, by potem oddać się rozważaniom na temat tego, kim tak naprawdę jesteśmy w stosunku do bezmiaru kosmosu. Jakkolwiek to brzmi i jakikolwiek nastrój w nas wywoła.