sobota, 30 września 2017

Inspiracje: wrzesień


[tu miał być wstęp, ale co i rusz wychodził mi pełen zmęczenia i jesiennego marazmu, więc go Wam oszczędzę i po prostu zaproszę na fajne rzeczy września. ;)]


Kingsman: Złoty Krąg


Przed obejrzeniem pierwszej części Kingsmana miałam pewne opory, choć w zasadzie niepotrzebnie  była w porządku i podobała mi się umiarkowanie. Natomiast jeśli chodzi o "dwójkę", z kina wyszłam zachwycona. Uważam, że filmowi posłużył amerykański klimat i wszelkie przerysowania, humor idealnie wpasował się w mój i jakoś tak wybił się na pierwszy plan mimo wielu gorzkich scen. Nad gościnnym występem Eltona Johna będę się rozpływała (nie wiem, czy miał wpływ na swoją rolę, ale była świetna!), nie zawiódł mnie również Pedro Pascal, którego postać wpisała się w kanon moich ulubionych bohaterów. Film ma również dużo wewnętrznych nawiązań i jest skonstruowany spójnie w kontekście poprzedniej części, co wcale nie jest powszechne i oczywiste.

Mnie Złoty Krąg podobał się bardziej niż Tajne Służby, Sylwek mówi, że oba są dobre, tyle że miejscami różne od siebie. Tak czy siak polecam!


Skin Wars


Jak pewnie część z Was wie (mam na myśli zwłaszcza tych, którzy obserwują nas na Facebooku i Instagramie), udało nam się w tym roku zawitać na toruński Copernicon. Nie był to może najwspanialszy konwent na świecie (pogoda i ciśnienie powodowały traumę), ale coś tam udało nam się zobaczyć, usłyszeć, zanotować. Jedną z takich rzeczy jest właśnie Skin Wars, o którym dowiedziałam się na prelekcji poświęconej mało znanym serialom Netflixa. Tyle, że nie jest to serial. Skin Wars to program telewizyjny w stylu MasterChefa czy Wykute w ogniu, ale tym razem do zawodów stają bodypainterzy. 

Mega sprawa, zwłaszcza jeśli ktoś lubi bodypaiting lub sam się nim zajmuje – niektóre zadania są niesamowite, a wyobraźnia uczestników zachwyca. W tej chwili na Netflixie dostępne są trzy sezony.


Ed Sheeran


Ta część nie wymaga obszernego komentarza – ot, po prostu kliknęłam, posłuchałam i przepadłam. Zostawiam Was z przedmiotem kliknięcia i idę słuchać dalej. Słuchać i podziwiać, jak można upchnąć tyle słów w linię melodyczną i nie popsuć jej uroku.

(Wcześniej znałam jedną piosenkę Eda, I see fire, i uważałam się za osobę odporną na jego fenomen. Teraz planuję tak wyobracać budżet, żeby zmieścić tam płytę. Kim jestem, dokąd zmierzam, co będzie dalej?!)


Somos Dos

Blogi piszą bardzo różni ludzie  jedni chcą podzielić się wiedzą, inni zrealizować marzenie o pisaniu, jeszcze inni pragną zaistnieć. Są też tacy, którzy po prostu opowiadają fragmentami swoją historię inspirując samą obecnością  do tej właśnie grupy należy blog Somos Dos. Jego autorka, Asia, pięknie opisuje codzienność w podróży. Jest samotną matką, która z kilkumiesięczną córką wyruszyła w świat i tak zwiedza go już od lat zatrzymując się to tu, to tam. Asia udowadnia, że nie ważne, jaki macie budżet (6$ dziennie na dwie osoby  nieźle, co?) i jakie ograniczenia, bo podróżowanie jest wyłącznie kwestią chęci i pasji. I tak jak na co dzień nie odwiedzam blogów choćby zakrawających o parenting, tak tutaj z uśmiechem czytam nawet te posty, które pisane są przez pryzmat dziecka. 


czwartek, 28 września 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk – „Obsesja”



Psychiatra Joanna Skoczek próbuje składać swoje życie po nieprzyjemnych zawirowaniach. Rozwód, przeprowadzka, nowe miejsce pracy – wszystko to stanowi potężne źródło stresu, a jednak zawsze może być gorzej, o czym zdaje się przypominać otoczenie lekarki. Do Warszawy powraca nieschwytany dotąd morderca zwany Okulistą, a jego kolejną ofiarą jest jedna z pacjentek szpitala, w którym pracuje Joanna. Czy to możliwe, że również psychiatrze grozi niebezpieczeństwo?

Nie będę Wam wmawiała, że ta książka była moją miłością od pierwszego wejrzenia. Przez pierwsze 100 stron na przemian irytowałam się i wznosiłam oczy ku niebu widząc, jak zachowuje się główna bohaterka. Obsesja to książka przez znaczną część poprowadzona w narracji pierwszoosobowej, mamy więc pełen wgląd w przemyślenia bohaterki na temat mężczyzn, związków i seksu, co denerwowało mnie niemiłosiernie – chwilami można było mieć wrażenie, że jedynym problemem młodych lekarek jest rozważanie, z kim chciałyby się umawiać lub nie. 

Dlaczego nie zrezygnowałam, zapytacie? Odpowiedź jest prosta: klimat thrillera z każdą kolejną stroną stawał się coraz bardziej widoczny. Przemyślenia bohaterki ustępowały miejsca lękowi, poczuciu zagrożenia i niepewności. Romans powoli przeradzał się w kryminał. Atmosfera gęstniała w miarę jak wokół bohaterki zaciskała się pętka zagrożeń i choć nadal trudno mi było sympatyzować z Joanną, nie przeszkadzała mi już tak bardzo, jak na początku. Górę wzięła opowiadana historia, zagadka i klimat, który zaliczyć mogę jak najbardziej na plus. 

Bardzo podobał mi się sposób konstruowania tej opowieści, podobnie jak rzucane czytelnikom informacje, dawkowane w bardzo inteligentny sposób. Autorce udało się trafnie pomieszać tropy i odwieść mnie od rozwiązania zagadki, utrzymując jednocześnie satysfakcjonujący poziom napięcia. W miarę rozwoju powieści cień podejrzeń pada na różne osoby, dzięki czemu nie jest nam łatwo odgadnąć, kto tak naprawdę jest sprawcą przestępstwa. Mamy okazję do snucia domysłów, a raczej mielibyśmy, gdyby akcja nie gnała do przodu jak szalona. O ile na początku lektura może się dłużyć, o tyle z czasem tempo rośnie, co stanowi kolejny pozytywny element powieści. 

W Obsesji nie wszystko jest idealne: poziom głównej bohaterki niezbyt mi się podobał, momentami zgrzytały też dialogi, które wydawały się bardzo nienaturalne. Szpitalne realia, choć mniej cukierkowe niż w serialach paramedycznych, wciąż nie są ukazane perfekcyjnie. Tym niemniej nie są to rzeczy, do których nie da się przyzwyczaić, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z klimatyczną i ciekawą historią. To kolejny thriller w tym roku, który pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie.







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 26 września 2017

Grzegorz Barasiński – „Kaligrafia”



Kaligrafii uczę się od dawna – tak naprawdę jeszcze w czasach szkolnych bawiłam się czcionkami i doskonaliłam swój styl pisma, próbując różnych jego modyfikacji. Piszę zarówno stalówkami szerokimi, jak i zwykłymi; ostatnio trenuję też modny brush lettering, czyli pisanie za pomocą mazaków pędzelkowych. Trochę w tym siedzę, bardzo to lubię i chętnie sięgam po wszystkie nowe narzędzia, tym bardziej, że na polskim rynku poradników dla kaligrafów czy podręczników z ćwiczeniami jest bardzo, bardzo mało. Wiedziona chęcią poszerzenia swojej wiedzy wyrwałam się po książkę Grzegorza Barasińskiego i totalnie żałuję, bo, niestety, zmarnowałam czas.

Kaligrafia na pierwszy rzut oka ma bardzo przyjemne wydanie: format A4, dość gruby papier i strony w kropki przeznaczone do ćwiczeń. Niestety, to tylko pozory. Książka jest klejona i nie rozkłada się na płasko, co uniemożliwia skuteczne pisane. Owszem, strony ćwiczeniowe znajdujące się po prawej możemy położyć na czymś równym, ale drugą część musimy cały czas przytrzymywać, co będzie koszmarem dla osób leworęcznych (a i tym prawo- narobi nieprzyjemnych utrudnień).

Ale mniejsza z tym – w końcu ćwiczyć możemy w notatniku lub na luźnych kartkach, hulaj dusza! Liczy się zawartość treściowa, czyli to, co autor zdecydował się nam przekazać i za co tak naprawdę zapłaciliśmy. Niestety, również w tym zakresie Kaligrafia nie porywa. Nazwisko Grzegorza Barasińskiego (jednego z najbardziej znanych polskich kaligrafów) sugerowałoby, że książka pozwoli nam czegoś się nauczyć, jednak w mojej ocenie nie ma na to szans. Spośród 66 zadań połowa to zwykłe bazgroły (5 o rysowaniu gołębic, 6 o rysowaniu piór…), z którymi w dodatku nie bardzo wiadomo co zrobić – nie mamy jasnych poleceń, jedynie krótkie uwagi, które niewiele wnoszą do tematu (często mieszczą się w zdaniu „spróbuj przerysować to czy to”). 12 zadań to alfabety, ale również one niewiele nam dadzą, bo brakuje jakichkolwiek porad jak wybrać narzędzie, jak je trzymać i jak prowadzić je po kartce. Laik może jedynie wziąć pióro/ołówek/długopis i próbować przerysowywać po swojemu litery i znaki, jednak w tym celu nie trzeba kupować książki – internet jest pełen suchych przykładów, które można ściągnąć za darmo, wydrukować i testować w zależności od własnych potrzeb i fantazji.

Im dalej zagłębiam się w tę książkę, tym bardziej zastanawiam się, czym tak naprawdę miała być. Pseudo-psychologiczny wstęp o idei slow life, zagubionych pacjentach i kaligrafii jako sposobie na skupienie (który w dodatku nie został napisany przez autora a dodany) każe mi odkładać tę pozycję na półkę obok Zniszcz ten dziennik i kolorowanek antystresowych. Z drugiej strony – jeśli faktycznie miałoby tak być, to dlaczego przy każdym przykładzie znajdujemy kompletnie niepraktycznie dla laika informacje, jakiej stalówki używał autor? Moim zdaniem to wyjątkowo nieudana próba stworzenia nowego trendu rozrywkowego, który miałby się wpisywać w ćwiczenia uważności, jednak o ile sam pomysł może mieć sens, to wykonanie pozostawia tutaj bardzo wiele do życzenia.

Zamawiając tę książkę miałam zamysł wplecenia opowieści o niej w luźny post na temat kaligrafii. Niestety, z racji tego, że niezbyt mogę ją polecić, musiałam zdecydować się na standardową recenzję. Dajcie znać, czy kaligrafia interesuje Was mimo to i czy chcecie zobaczyć posta na ten temat.









Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.