niedziela, 6 kwietnia 2014

Wyniki konkursu popyrkonowego

Przyszedł czas na ogłoszenie wyników konkursu, w którym mogliście wygrać książkę Jarosława Grzędowicza ze specjalnym autografem autora przywiezionym z Pyrkonu. Takim o:



Zadanie konkursowe nie było trudne – wymagało jedynie zgłoszenia chęci udziału. W szranki stanęło aż 21 osób. Strasznie ucieszyła nas ta liczba – dziękujemy!


Lista osób, które wyraziły chęć udziału 
(uwielbiam listy i muszę mieć wszystko na papierze ~K.)


Tym razem, jako że ciężko nam było się spotkać i zorganizować losowanie razem, wybraliśmy metodę on line. Generator liczb wspomógł nas w trudzie wybierania przypadkowego numeru. Jak pewnie zaraz ktoś z Was zauważy, było to wczoraj wieczorem – chcieliśmy trochę potrzymać Was w niepewności! (:

Nie przedłużając – oto dwa screeny z procesu wyłaniania zwycięzcy.



Numer 4 na naszej liście to…
Aleksandra X !

Gratulujemy Ci serdecznie i prosimy o e-maila z danymi do wysyłki na adres czworgiem@gmail.com

Dla pozostałych natomiast mamy inną wiadomość – nie smućcie się, ponieważ z konwentu przywieźliśmy dla Was coś jeszcze, zupełnie przypadkowo. A to oznacza, że już niebawem znów będzie można coś na blogu wygrać. Bądźcie czujni! (;

piątek, 4 kwietnia 2014

Harlan Coben - "Sześć lat później"

Nazwisko autora mignęło mi już wiele razy gdzieś w Internecie, blogosferze i na księgarskich półkach. Muszę jednak przyznać, że nie interesowałam się zbytnio tym, co ma on do zaoferowania czytelnikom. Pewnie byłoby tak do dziś, gdyby najnowsza powieść Cobena nie wpadła w moje ręce jako urodzinowy prezent. Opis okładkowy wciągnął mnie niesamowicie – na tyle, że rzuciłam wszystkie najnowsze nabytki i zabrałam się za lekturę.

Ciężko wyobrazić sobie siebie w sytuacji Jake’a. Główny bohater ma wiele – pozycję nauczyciela akademickiego, szacunek, urok osobisty, charyzmę i wygląd wyróżniający go z tłumu. Jednakże jego życie nie jest tak poukładane jak mogłoby (i powinno) być. Sześć lat temu przeżył kilkumiesięczny związek z artystką poznaną podczas twórczego wypoczynku. Był pewien, że spotkał miłość swojego życia, ona jednak porzuciła go nagle, z hukiem i fajerwerkami. Z dnia na dzień postanowiła wyjść za innego, natomiast podczas ceremonii ślubnej zdążyła wymóc na Jake’u ostatnią obietnicę – przysiągł, że nie będzie jej szukał i nękał. Wbrew wszelkiej logice mężczyzna wypełnia dane słowo – przynajmniej do czasu, gdy natrafia na nekrolog męża Natalie…

Podstawowy problem tej książki jest taki, że opis okładkowy dość mocno mija się z prawdą. Wiem, dałam się podejść, nie ja pierwsza i nie ostatnia. Tak czy inaczej blurb pozwala wnioskować, że gdy Jake zaczyna szukać Natalie, zostaje uznany za wariata, bowiem nikt z jego otoczenia (ze znajomych i osób spotkanych przed sześcioma laty) nie ma pojęcia o istnieniu kogoś takiego jak Natalie. Spodziewałam się historii o człowieku, któremu wydaje się, że zwariował, bo nie może odróżnić fikcji od rzeczywistości. W praktyce natomiast owo otoczenie głównego bohatera wie wiele, tylko zwyczajnie nie chce udzielić mu informacji, co oczywiste jest zarówno dla czytelnika, jak i dla samego Jake’a. Taka roszada czyni z tekstu, zapowiadającego się jako dobry i zagadkowy thriller, zwykły kryminał o poszukiwaniu kogoś, kto wpadł w kłopoty i zniknął bez śladu.

Ponarzekawszy na niejasności związane z blurbem, mogę przejść do strony technicznej. Książka wydaje się bardzo gruba, ale to tylko złudzenie spowodowane papierem i naprawdę sporą czcionką. Czyta się szybko, strony mijają niepostrzeżenie, a jeden krótki rozdział, który pozornie niewiele wnosi do sprawy, przemieszcza czytelnika o około 20 stron w przód. Narracja jest pierwszoosobowa i dość denerwująca, bo bardziej przypomina opowieść w czasie rzeczywistym. Generalnie to przyjemna forma, ale wstawki w stylu „rozumiecie?”, których pełno jest w pierwszej części, działają na niekorzyść stylu i nijak nie pasują do akademickiego wykładowcy (nawet tego wyluzowanego). Sama konwencja kryminału również nie wyszła autorowi najlepiej – czytelnik nie staje w obliczu niezwykle trudnej zagadki, a właściwie jedynie odkrywa jej szczegóły. Poza tym pewna kumulacja zdarzeń oraz natłok niezwykłych zbiegów okoliczności są dość mocno nienaturalne. Bohater raz ma bardzo dużo szczęścia, innym razem zdaje się go prześladować pech; czasem nie potrafi czegoś załapać, a innym razem błyskotliwie łączy fakty – nie ma wyważenia, równowagi, konsekwencji. Postaci też jakoś tak zbyt łatwo dają się nabrać czy przekonać. Za zaletę tekstu można uznać humor, ale to według uznania – czasem jest czarny, czasem wisielczy… Mnie to akurat odpowiadało.

Kończąc powoli – mam bardzo duży dylemat. Książkę oczywiście czytało się szybko, ale tak naprawdę nie odnalazłam w niej nic niezwykłego. O Cobenie przeczytałam wiele dobrych opinii, poza tym mówi się, że ta książka jest gorsza od innych. Może ktoś z Was ma jakiejś doświadczenia z tym autorem? Jeśli znacie jakąś jego książkę, która jest warta uwagi – chętnie poznam jej tytuł. Nie chciałabym z góry skreślać faceta, który (podobno) pisze dobrze tylko dlatego, że miałam nieszczęście trafić na przeciętny tekst, który wyszedł spod jego pióra.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (464 strony)

środa, 2 kwietnia 2014

Patrick Ness - "Siedem minut po północy"

Choć często bywa tak, że do zakupu książki przekonuje mnie okładka, niewiele mam w swoich zbiorach tekstów, których szatę graficzną mogłabym uznać za autentycznie piękną. W przypadku „Siedmiu minut po północy” grafiki wewnątrz są równie ważne jak sama historia i na równi ze słowami tworzą nastrój, skądinąd perfekcyjny. To za jego sprawą zrezygnowałam z lektury tej książki w okolicach północy – zbyt wiele emocji przeżyłam i przetrawiłam tamtego wieczora, musiałam się przespać, by dopiero z rana stanąć w oko z potworami – zarówno prześladującymi głównego bohatera, jak i mnie samą.

Książka porusza niezwykle trudną i delikatną tematykę. Conor, główny bohater, jest trzynastolatkiem, którego los absolutnie nie oszczędzał – jego ojciec wyjechał do Ameryki, gdzie założył nową rodzinę, on sam natomiast mieszka ze śmiertelnie chorą matką. Kobieta walczy z rakiem, właściwie jest w stadium terminalnym, gdy ostatnie z możliwych metod leczenia nie skutkują. Chłopiec staje w obliczu kolejnej utraty i emocji, do których nie chce się przyznać przed samym sobą. Walczy ze społecznym wykluczeniem na polu szkoły. Jakby tego było mało, oprócz nękającego go koszmaru, w którym wypuszcza spadającą matkę z rąk, pewnej nocy pojawia się kolejny, dużo bardziej realny. Potwór, którym okazuje się stary, rosnący nieopodal domu Conora, cis, funduje mu podróż w głąb samego siebie i pozwala dostrzec i uwydatnić kwestie, które jak dotąd chłopak wolał ukrywać głęboko w podświadomości.

Tekst czyta się naprawdę szybko, lektura zajmuje około 45 minut. Mimo trudnej tematyki jest przystępnie napisany, zachowuje konwencję tajemniczości i odrealnienia. Autor wykorzystał elementy horroru i grozy, choć emocje, wywoływane w czytelniku, dalekie są do lęku. Tak naprawdę cała książka jest studium przypadku dziecka stojącego w obliczu przedłużającej się agonii rodzica. Bo nie chodzi tu paradoksalnie o poczucie straty – raczej o mękę i wpływ, jaki cała sytuacja ma na psychikę i funkcjonowanie Conora. Oto dowiadujemy się, że dziecko z trudem radzi sobie z samym sobą, a własne demony dopadają je nie mniej niż dorosłego.  Wstydzi się swoich odczuć, a bez pomocy z zewnątrz nie jest w stanie ich oswoić, zaakceptować i „przerobić”.

Jak już wspomniałam – za dużą część nastroju książki odpowiedzialne są ilustracje Jima Kaya. Niemal każda strona jest choć odrobinę zarysowana, osobiście miałam wrażenie, że przeglądam pamiętnik dziecka z naprawdę dużymi problemami. Mroczne kształty, wyolbrzymienia i wszechobecna czerń potęgują uczucie zagubienia i bezradności, pochłaniają niczym najgorszy koszmar. Obaj panowie wykonali dobrą robotę, doskonale oddając klimat psychiki Conora. Tekst jest niezwykle metaforyczny i baśniowy, przesycony symbolami, podobnie z resztą jak ilustracje. Wszystko razem pozostawia w czytelniku wrażenie, które pozostanie z pewnością na długo, a które niezwykle ciężko ująć w słowa. Po prostu trzeba tego doświadczyć na własnej skórze.