Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja z wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja z wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 września 2017

Polcon 2017 – relacja


Od jakiegoś czasu nie wyobrażamy sobie wakacji bez Polconu – stał się dla nas najważniejszym konwentem w roku, nic więc dziwnego, że to pod niego organizujemy sobie urlop. Nie inaczej było tym razem, choć wyjazd był dla nas prawdziwym wyzwaniem logistycznym. Z Gdańska do Lublina mamy prawie 600 kilometrów i dość kiepskie połączenia kolejowe, więc... cóż, było o czym myśleć.

Tegoroczna edycja konwentu odbyła się na terenie kampusu UMCS. Na potrzeby imprezy przeznaczono aule wykładowe różnych wydziałów, co okazało się strzałem w dziesiątkę – sale były duże, dzięki czemu każdy mógł pójść na interesujący punkt programu bez nerwów i stania w kolejkach. Nam udało się zawitać na trzynaście prelekcji, z czego dwie opuściliśmy ze względu na poziom prowadzenia zajęć. Niby odwiedziliśmy ich całkiem sporo, jednak patrząc na program nie czuliśmy przesytu; wręcz przeciwnie - wydawało nam się, że niewiele tematów tak naprawdę nas ciekawi. 

Bardzo podobało się nam, a zwłaszcza Kaś, nastawienie Lublina na zaprezentowanie swoich legend. Pierwsza prelekcja, na którą się wybraliśmy (prowadzona przez Konrada Kilma Kowalskiego), była właśnie o nich i to po niej stwierdziliśmy, że każde miasto powinno promować się w ten sposób. Uzupełnieniem prelekcji był spacer po mieście, który odbywał się w piątek – z jednej strony była to podróż śladami bohaterów Pustego nieba Radka Raka, z drugiej zaś w oprowadzaniu brał udział Konrad i to on wiódł prym w opowiadaniu. 


Jeśli chodzi o prelekcje o mniej lokalnych tematach, udało nam się trafić na kilka perełek. Marta Kładź-Kocot tak opowiadała o prozie Stanisława Lema, że prawie udało jej się nas do niej przekonać. Marcin Przybyłek dokonał niemożliwego i połączył w jeden ciąg myślowy tarota, psychologię Junga i mechanikę kwantową. Tomasz Marchewka całkowicie kupił nas swoim sposobem bycia i wiedzą podczas prelekcji o oszustach, a także kiedy opowiadał o tworzeniu questów w Wiedźminie. Wiedza Witolda Jabłońskiego połączona z humorem sprawiła, że gdy opowiadał o mitologii słowiańskiej, prawie cała sala zanosiła się śmiechem.

Oprócz samych prelekcji, organizatorzy Polconu postawili również na wiele wydarzeń towarzyszących. W piątkowy wieczór w ramach wejściówki można było wybrać się na występ kabaretu Smile (mimo negatywnych głosów na temat tego pomysłu, nam bardzo się podobał), po którym odbyła się rozmowa artystami na temat książek prowadzona przez Jakuba Ćwieka. Bawiliśmy się świetnie! Z radością odwiedziliśmy również mobilne planetarium Orbitek. Na uczestników czekały ponadto koncerty odbywające się wieczorem na plenerowej scenie, a także różnorodne pokazy, jak np. fireshow. 


Jak co roku ważnym punktem programu były dla nas autografy. Polskich autorów mamy już względnie ogarniętych (ostał się jedynie Tomasz Marchewka), więc naszą uwagę przykuwali goście zagraniczni. Kolejek nie było, a atmosfera okazała się bardzo przyjemna, zwłaszcza że zarówno Lavie Tidhar, jak i Catherynne M. Valente to wspaniali, bardzo sympatyczni ludzie.

Oczywiście żadna duża impreza nie może obyć się bez wpadek i niedociągnięć. Największy grzech tegorocznego Polconu miał miejsce już na samym starcie i w pewnym sensie pozostawiał niesmak przez kolejne dni. Mowa oczywiście o akredytacji (czy to się kiedykolwiek uda?). Przekładanie godziny rozpoczęcia, brak jasnych wytycznych, gdzie będzie się odbywała, ustawienie kolejki prostopadle do drogi ruchu samochodów, pozwolenie, by ludzie wymieszali się i przepychali... Wszystko to zaliczyć trzeba zdecydowanie na minus. Fakt jest jednak taki, że przez resztę imprezy organizatorzy dawali radę i wiele razy pokazali, że można działać profesjonalnie. Chyba pierwszy raz byliśmy na konwencie, na którym wolontariusze pilnowali czasu prowadzenia prelekcji, dzięki czemu uniknięto kłopotliwych opóźnień.

Wyjazd na Polcon do Lublina był zdecydowanie jednym z najlepszych, jakie mieliśmy w swojej karierze konwentowej. Sporo pomogła tutaj atmosfera miasta (o którym więcej opowiemy już za kilka dni), ale sama impreza również zrobiła na nas pozytywne wrażenie. W tym sezonie czeka nas jeszcze Copernicon – program ma znacznie bogatszy, zobaczymy, czy przebije Polcon pod innymi względami!

niedziela, 17 maja 2015

Podróże małe i duże #6 - wyprawa do Warszawy i rzut oka na Targi Książki

Wyjątkowo ciężko jest zabrać się do pisania tej relacji. Wyprawy, takie jak ta warszawska, stają się dla nas coraz mniej odczuwalne - podróżujemy tak dużo, że większość dużych miast jest już dla nas całkowicie normalna. Zapraszamy jednak na krótką opowieść o Warszawie z Targami Książki w tle.

Fuj!

Z braku innych opcji do stolicy wybraliśmy się naszym nowoczesnym, superszybkim pociągiem, którego komfort na kolana nie powala. Jest klaustrofobicznie, zwyczajnie i raczej dość wolno, ale nie nam to oceniać. Podróż umiliło nam (choć raczej nie jest to odpowiednie słowo, bo doświadczenie było raczej dziwne niż pozytywne) poznawanie smaków fasolek rodem z Harry'ego Pottera. Są obrzydliwe, uwierzcie. I zjedzenie niektórych jest prawdziwym wyzwaniem.


Sporą część naszych warszawskich planów pokrzyżowała pogoda - udało nam się zaliczyć kilka burz, w tym jedną z gradobiciem, i to dokładnie w momencie, kiedy musieliśmy wysiadać z tramwaju. Zmokliśmy, by potem wyschnąć i nacieszyć się pięknym wieczorem. Odwiedziliśmy wszystkie księgarnie Dedalusa, jakie tylko w stolicy są, a za sprawą zmiany planów wylądowaliśmy na terenie Targów już w czwartek, choć wcale nie mieliśmy takiego zamiaru...


Akredytacja medialna -> +10 do fejmu.

Proces rejestracji wywołał w nas mieszane uczucia. Na samym początku byliśmy odsyłani od okienka do okienka, a gdy już udało się nam trafić do odpowiedniego, zostaliśmy zapytani czy... nie posiadamy przypadkiem wizytówek potwierdzających bycia blogerem. Wait, what? Rejestracja odbywała się internetowo, weryfikacja także, dostaliśmy indywidualne kody, więc skąd taki pomysł? Na szczęście sprawy w swoje ręce wziął Pan, który szybko i sprawnie przeprowadził rejestrację i wydał nam wejściówki. Bez kolejki, bez szumu, bez problemów - dużo sprawniej i przyjemniej niż miało to miejsce w zeszłym roku w Krakowie. Miłym akcentem był też fakt, że otrzymaliśmy specjalne plakietki, a nie zwyczajne, wyrywane bilety.

Przejdźmy do samego terenu Targów. Stosika wydawnictw ulokowane były głównie na piętrze, w strefie wokół płyty stadionu i trybun, w rezultacie czego aby obejść wszystko, należało zrobić jedno wielkie kółko. O ile przy pierwszym zwiedzaniu było to dobre rozwiązanie (nic nie miało szansy nam umknąć), o tyle kiedy drugiego dnia chcieliśmy dotrzeć do konkretnych stoisk, spacer był... ciężki. To jednak drobna niedogodność, bo ogólnie rozmieszczenie można zaliczyć na plus. Dzięki takiemu systemowi stoiska znajdowały się daleko od siebie, było dużo miejsca na przejście i rozglądanie się, można było swobodnie się zatrzymać, zmienić kierunek ruchu itp. Z pewnością będzie to miało znaczenie przy największym, sobotnim ruchu.

Wielkie stoisko Empiku i GW Foksal.
Dzięki dopracowanym okładkom stoisko Czwartej Strony było niesamowicie kuszące.

Promocje ksiażkowe niestety nas nie powaliły. Większość wydawnictw oferowała około 20-30% zniżki, co było dla nas średnio atrakcyjne - pech chciał, że w przyszłym tygodniu skladamy zamówienie na Arosie, gdzie trwa promocja 35% rabatu, więc sami rozumiecie... Ale żeby nie było - coś tam na Targach kupiliśmy. Tyle że o tym uzależnieniu opowiemy w poście stosikowym w nadchodzącym tygodniu. :))

Świetnym rozwiązaniem było naszym zdaniem umieszczenie strefu taniej książki poza terenem Targów, przed stadionem. Tam rzeczywiście można było wyszperać perełki w niskiej cenie, nierzadko za kilka złotych, w dodatku była to strefa dostępna dla każdego (i, co za tym idzie, przeludniona...). 


Za spraw ciekawych - w czwartek odwiedziliśmy jeszcze kino! Byliśmy na najnowszych Avengersach i jesteśmy zachwyceni. Choć główna oś zdarzeń była dość naciągana, film zdominowały wątki poboczne, które zostały stworzone wspaniale. Niesamowicie spodobało nam się rozpisanie historii Hawkeye'a i Black Widow i dopracowanie, z jakim potraktowano Avengersów jako team - sceny, w których Kapitan i Thor walczyli razem w idealnym zgraniu na długo zostaną nam w pamięci. :) 


Dobrze, to na tyle uzewnętrzniania. 
A jak Wasz obraz Targów Książki? Dotarliście? A może będziecie za rok?

poniedziałek, 27 października 2014

Podróże małe i duże #4 - Rzut oka na Targi Książki w Krakowie + stos 12/2014

Zrobiliśmy to. Choć sukces wydawał się niemożliwy, a pomysł karkołomny, udało nam się zawitać do Krakowa. W pociągu spędziliśmy około doby (na szczęście w rozłożeniu na dwie noce), porządnie zmarzliśmy, rozchorowaliśmy się, ale emocje po tej szaleńczej eskapadzie pozostały nam jak najbardziej pozytywne.

Sylwek zachwycił się faktem, że po Krakowie śmigają... niebieskie tramwaje! Oboje jesteśmy z miast zdominowanych przez Swingi.

Niestety, co do samych Targów, niedociągnięć odczuliśmy sporo. Zaczęło się od awantury o ExpoBus i ilość osób, które może przewozić. Niezależnie czy wliczyć miejsca stojące, o które była cała draka, jego przepustowość była i tak zbyt mała w stosunku do zapotrzebowania. Kiedy promuje się jakąś ideę aż tak bardzo, warto byłoby wziąć pod uwagę ilość potencjalnych chętnych... W każdym razie my koniec końców postawiliśmy na komunikację miejską i była to chyba najlepsza decyzja - na miejsce dotarliśmy relatywnie sprawnie.

Na samym terenie targów czekała nas kolejna przeprawa. Jako że po darmową, blogerską wejściówkę mogła zgłosić się tylko jedna osoba z danej witryny, Kaś udała się do burżujskiego stanowiska dla gości branżowych, natomiast Sylwek grzecznie stanął w kolejce dla zwykłych śmiertelników, która zdawała się nie mieć końca. Ogonka (a raczej zwartego tłumu o nieokreślonych ksztaltach) nie pilnował absolutnie nikt, w rezultacie czego z tyłu cisnęli się ludzie, a z przodu, przy okienkach, były zwyczajne pustki. O ogólnych nastrojach panujących w kolejce lepiej nie wspominać - problemem było przepuszczenie osoby na wózku inwalidzkim, czy tych, którzy mieli już swoje wejściówki z poprzednich dni. Pod tym względem oboje wolimy konwenty - młodzież na nich bywa jakaś taka bardziej cywilizowana...

Po pozytywnym przejściu przez proces akredytacji ruszyliśmy prosto na hale targowe. Zaczęliśmy od tej opanowanej przez mniej znane wydawnictwa i była to kolejna dobra decyzja tego dnia - nie poczuliśmy się aż tak bardzo przytłoczeni. W tej części atmosfera była całkiem niezła i w miarę spokojnie można było się rozejrzeć. Koszmar zaczął się na drugiej hali, gdzie wystawiali się giganci - Prószyński czy Foksal wraz z Empikiem. Tu chaos osiągnął apogeum. Rozmieszczenie stosik pozostawiało wiele do życzenia, te duże były niebezpiecznie blisko siebie; swoje dołożyła też masa zwiedzających i fakt, że pisarze podpisywali książki u wydawców - przez kolejkę ciągnącą się wzdłuż stoiska Znaku nie udało nam się tam dopchać i w spokoju czegokolwiek kupić. Gdy mieliśmy już trochę zakupów, lawirowanie między ludźmi stało się niemożliwe. Ostatecznie wróciliśmy do centrum przed czasem i nie zjawiliśmy się na spotkaniu blogerów. Sądząc po opiniach - chyba nie mamy czego żałować...

Jak targi, to i makulatura!

Teraz konkrety. Nie obyło się bez wizyt u kilku wydawców, tych mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych i znanych. Rabaty nas nie powaliły, choć wahały się w granicach 20-30% u większości wydawców, to niewiele było wyprzedaży totalnych z książkami ok. 10 zł, na których zwykle najbardziej się obławiamy. Tym niemniej coś udało nam się przywieźć i powstał z tego całkiem zacny stosik.


Lewy sztapelek to nasze targowe zakupy. Ty (ta cieniutka książeczka na górze) to nabytek z cudownego stoiska autorów niezależnych. O Skazańcu Kaś marzyła od kwietnia, kiedy to zrecenzowała e-booka (można o tym poczytać tutaj - klik), natomiast o Kontrakcie Paganiniego od kilku dni. Niestety była to jedyna pozycja Keplera dostępna na targach. Na szafocie to zakup wyłącznie na podstawie ślicznej okładki, nie zorientowaliśmy się, że to drugi tom cyklu. Bestiariusz słowiański był natomiast od dawna w planach Sylwka. Jeśli chodzi o stos po prawej - przywieźliśmy z Krakowa także kilka egzemplarzy recenzenckich - od Novae Res, Sine Qua Non oraz Egmontu, z którym udało nam się nawiązać nową współpracę, a na ich stoisku spędziliśmy bardzo miłe chwile, dyskutując o współczesnych dystopiach.

Wiecie, że Sylwek zbiera zakładki, prawda? Z targów zwiózł ich... 60!

Kończąc powoli opowieści o Targach, chcielibyśmy przyznać, że wszystkie te mankamenty czegoś nas nauczyły - przede wszystkim przy następnej okazji wybierzemy się na podobną imprezę w pierwszych dniach, gdyż oboje nie lubimy tłumów i chyba ten aspekt najbardziej nam doskwierał. Choć w sobotni poranek ludzi było sporo, jeszcze więcej znalazło się ich tam po południu - o 14, gdy opuszczaliśmy teren imprezy, kolejka ciągnęła się aż do ulicy. Wracając jednak do nas - przyznać też trzeba, że jesteśmy zwierzętami konwentowymi i na tej, bądź co bądź marketingowej, imprezie, zabrakło nam urozmaicenia w postaci prelekcji. Nie wiemy jeszcze, czy podobną wyprawę będziemy chcieli powtórzyć, ale ta na pewno będzie dla nas miłym wspomnieniem, a do Krakowa wrócimy jeszcze nie raz.

Warto byłoby zakończyć tę relację pozytywną konkluzją - tak naprawdę ogrom ludzi na imprezie tego typu świadczy dobrze o naszym społeczeństwie. W czasach, gdy narzeka się na poziom czytelnictwa, my mieliśmy okazję na własne oczy zobaczyć masę, naprawdę masę osób żywo zainteresowanych literaturą - kupujących i czytających. Gros tego towarzystwa stanowiła młodzież, co jest wiadomością jeszcze lepszą, bo nawet jeśli  w danym momencie nie czyta literatury wysokich lotów, to po książki sięga, a to wspaniały nawyk i świetny przyczynek do rozwijania swojej pasji i zarażania nią innych.

poniedziałek, 22 września 2014

Podróże małe i duże #3 - Relacja z Coperniconu 2014

Jak powszechnie wiadomo, jesteśmy zwierzętami konwentowymi (nie wszyscy ludzie, oczywiście, ale my dwoje na pewno): Pyrkon i Polcon to dla nas obowiązkowe punkty rocznego planu wyjazdowego. Niestety, nie zawsze udaje się je zrealizować - w tym roku nie wybraliśmy się na tę drugą imprezę, głównie ze względów logistycznych (patrz: z Trójmiasta to Bielska-Białej jest niecałe 600 kilometrów, a organizatorzy nie kwapili się do starań o noclegi uczestników), w ramach rekompensaty natomiast wpisaliśmy do wyjazdowego grafiku toruński Copernicon.

Zacznijmy od tego, że był to dla nas pierwszy wyjazd na tak mały konwent - w ciągu całego weekendu w Toruniu zjawiło się nieco ponad 2000 osób i zdecydowanie miało to przełożenie na całość programu oraz organizację. Choć sam blok literacki miał w planie ponad 70 prelekcji, paneli i spotkań autorskich, trudno było nam znaleźć coś, co byłoby w 100% interesujące, ciekawe i zachęcające. W rezultacie ograniczyliśmy się do wybrania tylko tych spotkań, które miały największą szansę powodzenia. Sprawdziła się tutaj złota zasada: jeśli nie wiesz, co wybrać, a szukasz rozrywki na najwyższym poziomie, wybierz się na punkty prowadzone przez Anetę Jadowską.

"Piorun miłości i ognie pożądania - czego uczą nas o miłości i związkach paranormal romance"

Tym razem mieliśmy okazję dowiedzieć się trochę o definicji miłości. W piątek opowieść dotyczyła morderczych duetów, czyli mniej lub bardziej znanych par, które zabijały wspólnie i w porozumieniu, natomiast w niedzielę zrozumieliśmy, co tak naprawdę jest nie tak ze "Zmierzchem" i dlaczego autorzy paranormal romance budują związki swoich bohaterów w oparciu o wyznaczniki toksycznej relacji.

Zalety spotkań z Anetą Jadowską są trzy. Po pierwsze - nawet najdziwniejsze tematy są zawsze świetnie opracowane i dogłębnie zanalizowane; po drugie - atmosfera jest świetna, a humor przedni (choć czasem czarny). I co najważniejsze - tematy rzadko są powtarzane, więc nawet jeżdżąc na różne konwenty w krótkim czasie nie posłuchacie dwa razy o tym samym.

Drugą osobą, która naszym zdaniem wyróżniła się podczas prelekcji jest Maciej 'Toudi' Pitala - człowiek, który chyba ani na chwilę nie opuszczał bloku literackiego.

"Panel: Legendy miejskie - mitologia przyszłości?"

Choć trafiliśmy tylko na dwa z prowadzonych przez niego punktów programu, byliśmy pod dużym wrażeniem. Oboje nie jesteśmy fanami paneli z pisarzami - zbyt wiele razy widzieliśmy tam chaos, płacz i zgrzytanie zębów, by podchodzić do nich z entuzjazmem. Tutaj jednak było inaczej i naprawdę wyszło na jaw, ile może zdziałać odpowiednia osoba prowadząca. Na panelu o legendach miejskich było ciekawie, zabawnie i z klasą, zwyczajowe gonienie za tematem odeszło w kąt. Dowiedzieliśmy się, dlaczego nie można ufać małym, złowrogim dziewczynkom i czy potwór z Loch Ness jest rojalistą. No i żałujemy, że nie odwiedziliśmy innych, podobnych punktów programu...

Grać, grać, graaaaać - nie tylko my uwielbiamy planszówki i chętnie spędzamy czas w games roomie.

Co jednak robiliśmy, skoro nie przesiadywaliśmy na prelekcjach? Otóż znaczną część konwentu spędziliśmy w games roomie, gdzie raczyliśmy się grą w Splendor - produkcję niezwykle dynamiczną i genialną w swej prostocie, w dużym uproszczeniu skupiającej się na zdobywaniu surowców i gromadzeniu kart rozwoju. Ciężko jest wytłumaczyć, co takiego ma w sobie ta gra, jednak w jednym zgadzamy się z producentem - zdecydowanie uzależnia.


Co do oceny nie-merytorycznej części konwentu - najbardziej zawiedliśmy się na targach. Wystawców było niewielu, a większość stoisk skupiła się na gadżetach związanych z mangą i anime. Poza tym - uwaga - na całym konwencie nie było ani jednego miejsca, gdzie można by kupić książki, co naszym zdaniem dla imprezy bądź co bądź w jakimś stopniu literackiej jest niedopuszczalne. Jakiś czas temu normą było, że sprzedawcy chętnie się na konwentach wystawiali i nawet raczyli uczestników rabatami - teraz niestety tego mocno brak.

Gdybyśmy mieli krótko podsumować nasz pobyt w Toruniu, na pewno nie mamy czego żałować. Choć nie wybraliśmy zbyt wielu prelekcji, te, na których byliśmy, dały nam pełnię satysfakcji i zabawy. Udało nam się zdobyć autografy Dariusza Domagalskiego, Witolda Vargasa i Kiciputka, poza tym mieliśmy okazję do miłego spędzenia czasu w naprawdę pięknym mieście. Toruń jest jedną wielką, wspaniale utrzymaną starówką i zachęcamy każdego, kto ma trochę wolnego czasu, by się tam wybrać - czy to przy okazji konwentu, czy po prostu, turystycznie. Powinniście być zadowoleni.


środa, 26 marca 2014

Podróże małe i duże #1 - Podsumowanie Pyrkonu 2014

Lubimy jeździć na Pyrkon. To świetna okazja, żeby stanąć twarzą w twarz z pisarzami, poszerzyć swoją wiedzę i po prostu spędzić miło czas w gronie ludzi równie zakręconych jak my sami (a często nawet bardziej). Dla nas festiwal ma dodatkową wartość sentymentalną – to tam się poznaliśmy. I nic to, że ludzi robi się coraz więcej i ciężko idzie poruszanie się w nieziemskim tłumie po terenie MTP – my na pewno pojedziemy tam jeszcze nie raz.

Jak to na konwentach bywa, w tym roku również nie do końca zrealizowaliśmy swoje plany związane z prelekcjami. Tym niemniej na kilka naprawdę niezłych udało nam się dotrzeć, a niektóre na długo utkwią w naszej pamięci. Nie zawiódł nas Krzysztof Piskorski, tym razem opowiadający o historii podboju kosmosu – dowiedzieliśmy się, co łączy kokainę i księżycową glebę, a także jakie stworzenia żywe pierwsze poleciały w kosmos. Dużo śmiechu czekało nas na prelekcji o jakże wymownym tytule „Przeleciałem córkę Szatana” – po opowieściach Dawida Kaina i Kazimierza Krycza Jr. (między innymi o nawiedzonej waginie czy przygodach Hitlera w Krainie Czarów) mamy nadzieję, że bizarro fiction jako gatunek przyjmie się w Polsce z całym bagażem dystansu do świata i humoru. A dla tych których już dziś tematyka kosmicznie dziwnych połączeń okraszonych horrorem jest czymś ciekawym – blog Niedobre Literki.

Ciekawą okazała się również prelekcja, której pierwotnie nie było w naszych planach – cieszymy się niezmiernie, że koniec końców Anna Głomb wygrała w naszym planie z Martyną Raduchowską, bo jej opowieści o baśniach okazały się strzałem w dziesiątkę. Nie zdążyliśmy co prawda poznać do końca schematów rządzących męskim dorastaniem, za to drogę kobiet przez studnie, wygnania i inne trudne sytuacje zanalizowaliśmy dogłębnie. Autorce naprawdę udało się nas oczarować i zachęcić do sięgnięcia po teksty, które znamy wszyscy, a przez wiele lat nie mieliśmy z nimi styczności. Poznaliśmy też kilka nowych tytułów!

Jak już wspominaliśmy, oprócz czasu spędzonego na prelekcjach, odstaliśmy też swoje w kolejkach po autografy. Bezpośredni kontakt z pisarzami to coś zupełnie innego niż choćby czytanie wywiadów. W kontakcie jedynie z podobizną nie możemy ocenić chociażby barwy głosu (która u wielu autorów jest naprawdę zaskakująca! :D). Poza tym naszym myśleniem stale rządzą stereotypy, klasyfikujące ludzi do określonych kategorii, tymczasem okazało się, że najsympatyczniejszymi spośród spotkanych na konwencie osób okazali się… autorzy grozy!

~*~

Niestety z fotorelacji wyszło niewiele, zapomnieliśmy aparatu, a żadne z nas nie ma niestety nawyku fotografowania wszystkiego co się da komórką. Przy następnej okazji obiecujemy poprawę, a tymczasem prezentujemy pocieszenie – zbiór migawek.


(od lewej)
linia 1
pierwsi klienci na stanowisku Wydawnictwa Sine Qua Non
kasiowe selfie w smoczym makijażu od Make Up Magic
zakładkowe zdobycze Sylwka - 19 sztuk różności plus 12 specjalnych zakładek Munchkina
"jak podkradać fanów", czyli Andrzej Pilipiuk kręcący się koło kolejki do Olgi Gromyko
linia 2
ornament z henny w ramach pamiątek nietrwałych
zdjęcia ze Stefanem Dardą w ramach akcji "pisarz grozy też człowiek"
podusia z serii "Ziew Cthulhu" z Marufaktury (jej hasło to "najpierw kawa, potem apokalipsa" ;3)
linia 3
urocze smoczysko z wystaw stałych
malowniczy podpis Andrzeja Pilipiuka (tak, Kaś też dała się złapać na polowaniu ze zdjęcia numer 4 ;p)
jeden z rysunków wystaw stałych
pamiątki prawdziwych graczy - Zombie Dice, Cthulhu Dice, Opowieści z Karczmy oraz ręcznie wykonana, skórzana plansza do młynka i hnefatafla z Uroczyska