sobota, 4 czerwca 2016

Mała dyspensa, czyli stosik 3/2016


Część z Was zapewne zauważyła, że ostatnio na blogu stosików raczej brak - poprzedni pojawił się prawie 3 miesiące temu. Wbrew pozorom nie jest to wcale wynik znudzenia czy niechęci do postów tego typu, co to, to nie! Przyczyna jest dużo bardziej prozaiczna: otóż w ostatnich miesiącach tak naprawdę nie kupowaliśmy książek. Tym, którzy znają nas nieco dłużej i wiedzą o naszym (wcale nie skrywanym) uzależnieniu, pewnie może się to wydać nieco dziwne, ale naprawdę tak jest - ostatnio raczej wyprzedawaliśmy książki niż gromadziliśmy nowe. Perspektywa przeprowadzki mi osobiście dała mocno do myślenia i sprawiła, że zapragnęłam mieć na półkach tylko te tytuły, na których mniej lub bardziej mi zależy - wierzcie lub nie, ale po wstępnej selekcji i tak zostało ich naprawdę BARDZO dużo. Z resztą aspekt finansowy też trzymał mnie z daleka od zakupów.


W ostatnich dniach nieco się jednak pozmieniało. Przede wszystkim w poszukiwaniu prezentu dla współlokatorki zawitałam do kilku outletów Świata Książki i o ile "zwykłe" tytuły nie kusiły mnie w ogóle, o tyle nie mogłam przejść obojętnie obok promocji na książki Stephena Kinga. Niewielu jest autorów, których uwielbiam tak bardzo, żeby chcieć zgromadzić wszystkie ich dzieła, a muszę się Wam przyznać, że w przypadku Mistrza naprawdę niewiele mi do sukcesu brakuje. ;) W każdym razie byłam przeszczęśliwa, że udało mi się kupić Pana Mercedesa, Znalezione nie kradzione i Bazar złych snów, a za komplet zapłaciłam około 40 zł. Fakt, książki są lekko uszkodzone, ale nie oszukujmy się - Empik potrafi takie sprzedawać jako "nówki sztuki". Przy okazji wizyt uzupełniłam również serię Virginii Andrews o rodzinie Casteel i nabyłam drugą część cyklu Katarzyny Puzyńskiej o Lipowie - zawsze zaczynam serie kryminalne od środka, więc tradycji stanie się zadość.


Drugim ważnym zakupowym wydarzeniem była wspomniana w tytule dyspensa, czyli pozwolenie samej sobie na jedne książkowe zakupy. Powodem całego zamieszania stała się premiera drugiej książki Asi Glogazy, tym razem o idei slow life - poprzednia, o rewolucji w szafie, należy do moich ukochanych poradników (pisałam o tym tutaj - klik), więc i na tę musiałam się skusić. Zastanawiałam się, gdzie ją nabyć (gdzie dostanę największy rabat) i akurat w tym momencie pojawiła się promocja -35% na Arosie. Ustaliłam sobie budżet 100 zł i udało mi się w tej cenie kupić 4 książki. Przede wsystkim uzupełniłam Mroza (choć z tym autorem ciężko być na bieżąco, już widzę, że za kilka dni ma premierę jego najnowsza powieść, a ja oprócz zaprezentowanych dwóch mam przed sobą jeszcze drugi tom Forsta, Wieżę milczenia i Turkusowe szale... ><). Skusiłam się też na Męskie sprawy, bo książkę udało mi się wcześniej obejrzeć stacjonarnie i wydała mi się ciekawa. Przy okazji zamówienia sprawiłam też urodzinowy prezent mojej Mamie (dwie pierwsze części trylogii Doroty Schrammek), a z kolei rodzice "dołożyli" swoje i z okazji Dnia Dziecka sprezentowali mi komplet książek ks. Jana Kaczkowskiego, który już od bardzo dawna chciałam mieć (i oczywiście przeczytać).


Na koniec trzy nabytki przypadkowe - Pamiętnik Christophera nabyty na jakiejś Facebookowej wyprzedaży, Głosy Pamano, które rodzice sprawili mi, gdy w Empiku była na nie promocja -50% (a ja tak bardzo chciałam zacząć przygodę z Cabré!) i Krocząc w ciemności, czyli spóźniony prezent urodzinowy od przyjaciółki.

Muszę się Wam przyznać, że takie czekanie z zakupami i selekcja przy wyborze nabywanych książek wyszły mi na dobre - pierwszy raz od bardzo dawna z niecierpliwością czekałam na paczkę, a gdy ją otworzyłam, nie wiedziałam, od czego zacząć czytanie, bo miałam ochotę absolutnie na wszystko. Zdecydowanie muszę wprowadzić takie podejście na co dzień, a nie tylko w sytuacjach kryzysowych. Tak jak wspomniałam na początku - marzy mi się biblioteczka, na którą będę patrzyła z dumą i sentymentem, a znajdujące się w niej książki będę mogła z czystym sumieniem polecać i pożyczać najbliższym lub sama z wielką chęcią po nie sięgać. Patrząc na to, co już teraz dzieje się w moim pokoju, i z takim podejściem nie będę miała problemu z zapełnieniem regałów...

A Wy? Jaki macie stosunek do gromadzenia książek? No i... kupiliście ostatnio coś ciekawego i godnego polecenia?


piątek, 3 czerwca 2016

Tove Alsterdal – „Weź mnie za rękę”


Czasem, choć usilnie staramy się odciąć od przeszłości, dawne sprawy dopadają nas w najmniej spodziewanym momencie. W takiej sytuacji znalazła się Helen – żona, matka, kobieta dojrzała. Spokój, jaki dotąd gościł w jej życiu, został gwałtownie zachwiany, gdy okazało się, że zmarła jej siostra. Policja szybko zamknęła sprawę – wypadnięcie z balkonu idealnie wyczerpywało znamiona samobójstwa – jednak Helen postanowiła nie odpuszczać tak łatwo. Na własną rękę zaczęła prywatne śledztwo, które z chłodnej Szwecji doprowadziło ją aż do odległej Argentyny. Co Charlie robiła w Buenos Aires? I jaki związek może mieć jej wyjazd z matką kobiet, która zostawiła dzieci wiele lat temu, po czym słuch o niej zaginął?

Do powieści Tove Alsterdal miałam już jedno podejście, kiedy kilka miesięcy temu czytałam Grobowiec z ciszy – nie byłam może zachwycona, ale do totalnego rozczarowania również było mi daleko. Pamiętam, że powieść spodobała mi się pod względem obyczajowym i na tę sferę bardzo mocno liczyłam. Niestety, ze smutkiem muszę przyznać, że tym razem tekst autorki zawiódł mnie na całej linii – zanim dobrnęłam do końca, byłam przekonana, że nie dopatrzę się w nim zbyt wielu pozytywnych elementów, a do pisania recenzji nastawiałam się bardzo negatywnie.

Historia opisywana w Weź mnie za rękę rozpoczyna się od śmierci jednej z bohaterek, co jasno wskazuje, że będziemy mieli do czynienia z kryminałem. Nie jest to jednak historia, w której będziemy patrzeć na ręce śledczym – tak jak wspomniałam w opisie, policja praktycznie tu nie występuje, uważa bowiem sprawę za zamkniętą. Mordercy szukać będzie siostra ofiary, która do tej pory nie utrzymywała z nią zbyt zażyłych stosunków – trudne dzieciństwo naznaczone brakiem rodziców rozluźniło więzi pomiędzy kobietami. Teraz jednak Helen decyduje się zagłębić w życie siostry i zrozumieć przyczynę jej śmierci. Cała opowieść snuta jest w modnym ostatnio podwójnym wymiarze – z jednej strony obserwujemy współczesne poczytania bohaterki, z drugiej zaś wydarzenia sprzed blisko 40 lat, w których brała udział matka kobiet. Początkowo może się to wydawać bez sensu, jednak z czasem połączenie między wątkami krystalizuje się.

Niestety, o ile część fabuły dotycząca przeszłości ujęta jest zgrabnie, sensownie i ciekawie, o tyle wydarzenia współczesne (a te zajmują zdecydowaną większość książki) dłużą się i nużą naprawdę niesamowicie. Co gorsza nie da się tego zrzucić na specyfikę historii – skandynawskie kryminały, mimo charakterystycznego klimatu, trzymają w napięciu i wywołują w czytelniku emocje; tutaj natomiast nie ma ich w ogóle. Mimo że czytanie powieści szło mi dość płynnie i nie była ona tak toporna, jak się to czasami zdarza, po kilkuset stronach najzwyczajniej w świecie się znudziłam. Mam wrażenie, że gdyby autorka odjęła książce połowę objętości i opisała jedynie wątki związane z matką kobiet, jej poszukiwaniem ideałów, podróżą do Argentyny i wszystkimi niebezpieczeństwami, które ją spotkały, cała historia byłaby znacznie ciekawsza.

Gdy dobrnęłam wreszcie do końca (a wierzcie mi, długo nie mogłam się do tego zmusić), z zaskoczeniem odkryłam, jak ciekawa i przemyślana jest cała fabuła książki. Podczas czytania można było mieć wrażenie, że niektóre wątki toczą się równolegle i nigdy nie zostaną połączone, tymczasem autorka przygotowała dla nich naprawdę ciekawe rozwiązanie. Pod koniec przyspiesza również akcja – muszę przyznać, że samo zakończenie było naprawdę dynamiczne i pokazało, że autorka potrafi dobrze kreślić wydarzenia. Co zatem sprawiło, że wcześniej tego nie pokazała? Być może przerosła ją fabuła i potrzeba domknięcia wszystkich spraw; być może chciała nazbyt dokładnie przyjrzeć się niekoniecznie potrzebnym szczegółom. Cokolwiek jest przyczyną takiego stanu rzeczy, przyniosło dość nieciekawy efekt – wielka, wielka szkoda.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

środa, 1 czerwca 2016

„Ktoś mnie pokocha” [recenzja przedpremierowa]

Przed zeszłorocznymi Świętami Bożego Narodzenia miałam przyjemność czytania zbioru opowiadań zebranych przez Stephanie Perkins – autorka wykazała się na tyle dobrym gustem i tak trafnie dobrała teksty, że kończąc Podaruj mi miłość niemal namacalnie czułam klimat świąt. Byłam zachwycona! Trudno się dziwić, że gdy tylko kilka tygodni temu dojrzałam w zapowiedziach kolejną antologię o podobnej okładce (choć zgoła innym klimacie) od razu wiedziałam, że muszę ją jak najszybciej przeczytać. Ktoś mnie pokocha to także 12 opowiadań, których główny tematem jest odnalezienie drugiej połówki, jednak tym razem będzie znacznie bardziej gorąco, bo motywem przewodnim mają być… wakacje. W sam raz, gdy za oknem skwar i duchota, a zmęczony umysł potrzebuje rozrywki.


Gracie ściągnęła z półki płytę i przeczytała: Jackie Gleason „Music, Martinis and Memories”.
- A jeśli mam ochotę tylko na muzykę, bez martini i wspomnień? – spytała.
- Posłuchamy jednej trzeciej płyty. [s.26]


Podchodząc to tego typu opowieści warto mieć na uwadze jedną podstawową sprawę, a jej zaakceptowanie pozwoli nam w pełni cieszyć się z lektury; mam na myśli fakt, że wszystkie opowiadania w zbiorze skierowane są do nastolatków. Ich świat jest specyficzny, nieco odmienny od świata dorosłych, wartości poukładane są inaczej, a i historie, które ma czytać młodzież, rządzą się swoimi prawami. Dla mnie czytanie opowieści dla nastolatków jest rozrywką, odskocznią, a gdy znajdę wśród nich historię z tych bardziej „ambitnych”, odbieram to wyłącznie jako miłe zaskoczenie. Patrząc w ten sposób jestem naprawdę zadowolona z lektury tej antologii, bo większość opowiadań wpisuje się w poziom, którego bym oczekiwała. Każda z historii jest inna i choć niektóre mogłyby być bardziej dopracowane, generalnie wszystkie pozostają przyjemne i łatwe w odbiorze.


Może ostatnio po prostu czytam za dużo Karola Dickensa, ale wiecie co? Dzisiejszy dzień nie wydaje mi się wystarczająco ponury na rozstanie. [s.195]


Bardzo, ale to bardzo dużym plusem opowiadań wybranych przez Perkins jest to, że wiele z nich wykracza poza ramy zwykłej historii miłosnej. Oczywiście temat nie zostaje zatracony – w każdym opowiadaniu zakochanie jest główną osią fabuły, jednak w wielu przypadkach jej nie dominuje. Autorzy garściami czerpią z popkultury, wielu z nich opiera tło historii o muzykę lub filmy, co i rusz rzucając tytułami, które czytelnik może wyłapać, sprawdzić i zapamiętać. Zdarza się również niesamowita zabawa konwencją – w tym zakresie wyróżnić należy dwa teksty. Libra Bray i jej Ostatni bój w Horrelaksie to nie tylko kopalnia wiedzy na temat klasycznych filmów grozy; opowiadanie samo w sobie również jest opowieścią z pogranicza horroru. Podobnie ma się sprawa z Cassandrą Clare i jej Całkiem nowymi atrakcjami, czyli historią Mrocznego Cyrku, w którym główną rozrywką jest… strach. Bo przecież miłość może nas spotkać w każdych okolicznościach, prawda?

Kolejnym elementem współczesnych opowiadań dla młodzieży, który bardzo mi się podoba, jest szerokie spektrum poruszanych tematów. Miłość w Ktoś mnie pokocha nie jest definiowana jednoznacznie i sztywno jako opowieść o chłopcu i dziewczynce, którzy się spotykają i nagle trafia w nich piorun zwany zakochaniem. Spośród prezentowanych opowiadań w dwóch główna oś fabularna jest oparta o związek homoseksualny, a w co najmniej jednym kolejnym taka relacja pojawia się na drugim planie. Bohaterowie mają różny kolor skóry i wywodzą się z różnych kultur, co niby powinno być w dzisiejszych czasach normą, a jednak rzadko jest uwypuklone. Ponadto wiele z prezentowanych historii oparte jest w pierwszej chwili nie o miłość, a przyjaźń, głębszą relację, która dopiero zaczyna się zmieniać. Bohaterowie rozmawiają o swoich problemach, przeżywają je, oczekują wsparcia i je otrzymują; wszystko to nadaje historiom lepszy, nieco wyższy poziom.

Gdybym miała wskazać swoje ulubione opowiadanie w zbiorze, zdecydowanie wyróżniłabym to stworzone przez Veronicę Roth – już od pierwszej strony wiedziałam, że będzie to historia inna niż wszystkie. Bezwładność podejmuje temat śmierci, pożegnań, niedomówień i przyjaźni, która miałaby wszelkie szanse, żeby przerodzić się w miłość. Już sam pomysł autorki na poprowadzenie fabuły jest bardzo ciekawy, a do tego historia jest po prostu świetnie skrojona – jako jedna z nielicznych wydaje się być przemyślana od pierwszego do ostatniego słowa i nie pozostawia w czytelniku uczucia niedosytu. Drugim niesamowitym opowiadaniem jest zamykająca zbiór Mapa maleńkich wspaniałości, historia nastolatków, którzy w kółko przeżywają ten sam dzień. Optymistyczny wydźwięk tej historii (mimo że sama w sobie porusza trudne tematy) sprawia, że to idealne zwieńczenie całej antologii.

Ktoś mnie pokocha warto byłoby przeczytać choćby dla tych dwóch tekstów, ale dobrych opowieści jest tu zdecydowanie więcej. Tak jak wspomniałam, historie są naprawdę różne i sądzę, że w zbiorze takim jak ten każdy znajdzie coś dla siebie – ja jestem bardzo zadowolona z lektury. Może nie udało mi się do końca poczuć klimatu wakacji i zakochania (chyba perspektywa rychłej dorosłości zabiła we mnie tę zdolność), ale i lato jest dużo bardziej rozmytym tematem niż święta, trudniej więc było zachować spójność treści. Mimo wszystko cieszę się z tej przygody i liczę na kolejne antologie (może teraz jesienna nostalgia? mój wewnętrzny Schopenhauer byłby zdecydowanie dopieszczony!).






Za możliwość poznania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.
Premiera 15 czerwca!