Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka Gazety Wyborczej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka Gazety Wyborczej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 maja 2015

Agnieszka Jucewicz, Grzegorz Sroczyński - "Kochaj wystarczająco dobrze"

Chyba każdy z nas rozpoczynając nowy związek ma nadzieję, że będzie to coś trwałego i jedynego w swoim rodzaju. Łączymy się w pary dla poczucia bezpieczeństwa, z potrzeby bliskości czy chęci znalezienia bratniej duszy - powody są różne i nie aż tak istotne, liczy się efekt, dający nam maksimum satysfakcji. Jednak tendencja światowa jest jasna - ludzie się rozstają. Dlaczego? Czy to moda, rosnąca potrzeba zmian, a może zanik jakichś społecznych umiejętności?

Dziennikarski duet związany z Gazetą Wyborczą postanowił sprawdzić i poszukać recept na udany związek w rozmowach z psychologami, znawcami tematu par. Efektem ich pracy jest 15 mini wywiadów, w których poruszane są różnorodne aspekty funkcjonowania w związku. Razem z terapeutami przechodzimy całą drogę człowieka - od pierwszych chwil zakochania, poprzez kolejne etapy; poszukujemy recept na gasnącą namiętność i odkrywamy, co w związku mogą zmienić narodziny dziecka. To opowieść pełna, różnorodna i kompleksowa, pozwalająca na odkrycie tematu z różnych stron i perspektyw.

Gdybym miała wartościować kolejne wywiady, z pewnością znalazłoby się w nich sporo różnic i można by uznać je za lepsze lub gorsze. Mnie osobiście najbardziej podobały się te, w których rozmówcą był profesor Bogdan de Barbaro - po pierwsze z racji tego, że bardzo szanuję jego pracę i dokonania, po drugie ze względu na dość wyważony sposób wypowiedzi. Generalnie lepsze według mnie były te dialogi, w których rozmówcy starali się zobrazować problem przykładami z gabinetu i życia, zamiast rozkładać go na czynniki pierwsze. Na tym polu zdecydowanie przegrali psychoanalitycy - rozmowy z nimi były bardzo chaotyczne i wymagały dużo większego skupienia.

Generalnie cieszę się, że powstają książki takie jak ta, które skłaniają ludzi do refleksji nad swoim związkiem i są zarówno motywatorem do pracy, jak i kopalnią prostych, trafnych prawd, które mogą pomóc w zmianie, poprawie jakości naszego życia. Nie jestem w stanie zgodzić się z wszystkimi głoszonymi tutaj tezami i ubolewam nad atmosferą części wywiadów, ale tak czy inaczej wyciągnęłam z lektury wiele informacji. Tak naprawdę wydźwięk książki jest niezwykle pozytywny - otóż okazuje się, że wiele z przeżywanych przez nas emocji i stanów jest naturalnych, a my sami możemy dążyć do zmian. Podobnie jak w przypadku stylu życia, sądzę, że i w kwestii związków dobrych rad nigdy za wiele, bo to, co dla jednych jest oczywistością, frazesem, dla innych może być nieocenioną wręcz pomocą.

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, dlaczego ludzie dobierają się w pary tak a nie inaczej, rozważaliście, czy wolność i swoboda wyboru charakterystyczna dla naszych czasów nie jest aby przekleństwem albo snuliście rozważania nad modą, jaką jest seryjna monogamia, ta książka jest dla Was. Znajdziecie tutaj sporo ciekawych informacji, przykłady badań i różnorodne spojrzenia na podobne zagadnienia. Mam nadzieję, że lektura tej książki przyczyni się do tego, że ludzie lepiej przyjrzą się nie tylko swoim związkom, ale i własnym w nich funkcjonowaniu.

wtorek, 21 października 2014

William Golding - "Władca much"


Choć do niedawna cieszyłam się, że nie dopada mnie książkowa niemoc, było to klasyczne chwalenie dnia przed zachodem. W wakacje i zaraz po nich potrafiłam czytać jedną książkę za drugą, dosłownie ciągiem, teraz za to na myśl o sięgnięciu po kolejny tom odczuwam permanentny brak energii i chęci. Po części może to być zasługa choróbska, które się do mnie przypałętało idealnie przed Targami Książki (stąd też urocza sceneria powyższego zdjęcia), po części pewnie też zmęczenia spowodowanego lawirowaniem między dwoma kierunkami. W każdym razie dając sobie chwilę odpoczynku od standardowo czytanych książek postanowiłam sięgnąć po tekst, który już od jakiegoś czasu dosłownie za mną chodził, zupełnie jak wyrzut sumienia. Z góry chciałabym też zaznaczyć, że recenzja nie będzie standardowa – wciąż wychodzę z założenia, że tego typu klasyków pod pewnymi względami oceniać nie wypada. Zapraszam Was zatem w podróż w pewne tropikalne miejsce, uprzedzam jednak – to nie będą urocze wakacje.

Na bezludnej wyspie rozbija się samolot, a jedynymi ocalonymi są dzieci – od tych najmłodszych, kilkuletnich, aż po nastolatków; sami chłopcy. Gdy zdają sobie sprawę z trudnego położenia, organizują się w społeczność, skupioną wokół tych najstarszych i najbardziej zaradnych. Siłą rzeczy przywódca może być tylko jeden. Pozornie wypracowany ład, oparty w dużej mierze o ideę utrzymywania ogniska sygnalizacyjnego, stopniowo chwieje się w posadach. Całkowitym zagrożeniem jest dla niego panosząca się agresja, rosnące ambicje, a także lęki, związane z pojawieniem się tajemniczego Zwierza.

Na początku Golding miał ze swoją książką spore problemy – nikt nie chciał jej wydać ze względu na niezwykle pesymistyczny wydźwięk. Obawiano się, że ludzie nie będą chcieli po nią sięgać i właściwie trudno się takiemu odbiorowi dziwić, bo lektura naprawdę jest przytłaczająca. Mimo niewielkiej objętości czytałam ją stosunkowo długo, urywkami. Być może to po części kwestia mojego wcześniejszego nastawienia, ale atmosfera tekstu naprawdę dała mi się we znaki. To coś zupełnie innego niż współczesne dystopie – ta książka autentycznie działa na wyobraźnię, a klimat jest wręcz namacalny. Przeraża kreacja bohaterów i opisy – nawet dla osób pozornie „opatrzonych” z podobnymi, okrutnymi scenami.

Książka jest ciekawym studium zachowań człowieka w sytuacji ekstremalnej. Choć od początku chłopcy zdają sobie sprawę ze swojego położenia, można mieć wrażenie, że są nie do końca świadomi – jakby odpychali tę myśl. Swoje działania, choć trudno odmówić im rozwagi, traktują jak zabawę, w dodatku oczekując natychmiastowych efektów. Dopiero w miarę upływy czasu, gdy w ich umysły wkracza niepewność i fatalizm, zaczyna dziać się źle. Jedni popadają w obłęd, inni starają się kurczowo trzymać zasad, jeszcze inni odkrywają satysfakcję płynącą z panowania nad innymi. Jest to również opowieść o kaprysach i frustracjach spowodowanych niedostępnością władzy; o zazdrości, agresji i żądzy zemsty, a także o brutalnej sile. To swoista przestroga co może się stać, gdy pozostawimy ludzi samych sobie.

Ciekawym motywem jest lęk chłopców przed Zwierzem – rozpoczęty u podstaw wśród tych najmłodszych, stopniowo rozprzestrzenia się na cała grupę. Bohaterami z jednej strony kieruje chęć rozwiązania zagadki, z drugiej zaś boją się tego, co może czaić się w lesie; ponadto utrzymywanie paniki jest wygodne. To ciekawy mechanizm, pokazujący pewną niekonsekwencję ludzkiej natury, w rezultacie którego irracjonalny lęk narasta, podnosząc Zwierza do rangi symbolu, który trzyma grupę w ryzach, a w dodatku traktowany jest jaki pierwowzór i usprawiedliwienie okrucieństwa.

Nie chciałam się rozpisywać, a całości wyszło więcej niż w niejednej standardowej recenzji. Prawda jest taka, że o wymiarach w książce Goldinga można by mówić bez końca, tak wiele ich jest. Przez lata badacze różnie interpretowali ów klasyczny tekst i odnaleźli w nim wiele różnorodnych znaczeń (co może świadczyć zarówno o wielowymiarowości działa, jak i o bogatej wyobraźni badaczy). W każdym razie mnie najbliżej do tego, o którym wspomniałam, dotyczącego zachowań ludzkich w sytuacji ekstremalnej. W moim odczuciu blisko tej książce do Jądra ciemności, choć z goła inne problemy są poruszane i stanowią fabularną oś. Dziwię się też, że Władca much nie należy do lektur obowiązkowych (a przynajmniej nie należał w tzw. moich czasach) – młodzież ze szkół średnich z powodzeniem powinna go zrozumieć. Z drugiej strony może lepiej, aby nie była to kolejna książka obrzydzona przez system?

środa, 16 lipca 2014

"Wszystko zależy od przyimka"

Lekcje języka polskiego uwielbiałam od zawsze. Chodziłam na nie z rzeczywistym zapałem, ale przyznam się, że choć nie stronię od książek, to zajęcia teoretyczne na zawsze pozostały moimi ulubionymi – jako jedna z niewielu naprawdę pokochałam gramatykę i godzinami mogłam chociażby rozrysowywać konstrukcje zdań złożonych. Choć moje drogi z tymi zainteresowaniami nieco rozeszły się wraz z rozpoczęciem studiów, to niebawem pasja wróci. Od przyszłego roku akademickiego – a teraz mogę to już powiedzieć na pewno – rozpoczynam dodatkowe studia na polonistyce. W ramach rozgrzewki postanowiłam więc sięgnąć po tekst czołowych polskich językoznawców.

Prawdę mówiąc nie umiem jednoznacznie określić, dlaczego zapragnęłam mieć tę książkę niemal od razu po tym, jak ją zobaczyłam. Prawdopodobnie skusił mnie opis, który podpowiada, że zawartość wyjaśnia wiele współczesnych językowych dylematów. Zdecydowanie jest to prawda - profesorowie Bralczyk, Markowski i Miodek pod wodzą Jerzego Sosnowskiego prowadzą dyskusję o języku nie osadzoną w teorii, a praktyczną, bliską każdemu z nas. Trzynaście tematycznych rozdziałów zabiera nas w podróż po przeróżnych zakamarkach polszczyzny – od slangu młodzieżowego, poprzez język polityki i reklamy, na naleciałościach z klasycznej literatury kończąc. Czytelnik dowiaduje się między innymi czy angielskie wyrazy są zagrożeniem dla naszej mowy, jak głęboką genezę mają popularne ostatnio formy żeńskie oraz czym różni się spontaniczna spontaniczność od tej zaplanowanej, wcale nie spontanicznej. A to wszystko w niezwykle przyjemnej otoczce.

Dużym atutem tekstu jest także jego autentyczność. Panowie dyskutują luźno, widać, że prywatnie się znają i dzięki temu chętniej wymieniają poglądy. Nie ma tu nadętej atmosfery dyskusji naukowej, wręcz przeciwnie – podejście jest całkowicie normalne, bliskie przeciętnemu czytelnikowi. Poza tym dzięki swobodzie w tekście pojawia się kilka skądinąd sympatycznych informacji. Człowiek od razu czuje się lepiej widząc, że nawet profesorowie językoznawcy muszą czasem walczyć z pewnymi słabościami, naleciałościami z języka rodziców, gwarą czy chociażby własnymi emocjami, które dużo łatwiej wyrazić przy użyciu wulgaryzmów niż poetyckich epitetów.

Mimo wszystko nie nazwałabym tego tekstu równym – są fragmenty łatwiejsze i trudniejsze w odbiorze, a całość nie jest raczej do przeczytania za jednym podejściem. Momentami, gdy w grę wchodzi etymologia lub naukowa analiza języka, trudno nadążyć za nomenklaturą i omawianymi konstrukcjami gramatycznymi. Na szczęście nie zdarza się to często; w większości przypadków dialog jest lekki i porusza tematy nam bliskie, a odbiór dodatkowo ułatwia wszechobecny humor i cała masa przykładów. Moim zdaniem wielu z nas powinno po tę książkę sięgnąć, choćby po to, by inaczej, z pewnym przymrużeniem oka, spojrzeć na własny język ojczysty.