sobota, 7 lutego 2015

Michelle Hodkin - "Mara Dyer. Przemiana"

Jak to zwykle bywa, podczas lektury krystalizowała mi się w głowie opinia na temat książki. Nie byłam do końca przekonana, czy to, co się dzieje, podoba mi się, czy nie. Z jednej strony momentami akcja się dłużyła, kilka razy miałam poczucie powtarzalności, a jednak klimat opowieści i cudowne dreszcze emocji trzymały mnie przy tej książce aż do samego końca. I właśnie finał sprawił, że nie mogę otrząsnąć się z przeżyć – Michelle Hodkin zburzyła moją wizję tej opowieści, wstrząsnęła jakąś biedną, ukrytą mną, a ja w dodatku jestem jej za to bardzo, bardzo wdzięczna.

Mara przekonała się, że Jude naprawdę żyje – oprócz widywania go miała z nim kontakt fizyczny i wie, że był on rzeczywisty. Niestety nie wszyscy podzielają jej zdanie – dla świata zachowanie dziewczyny spełnia raczej wszystkie warunki różnicujące psychozę. Mara trafia pod stałą kontrolę psychiatry i musi grać rolę zdrowej aby uniknąć pobytu w zamkniętym ośrodku leczenia. Przebywanie w domu ma wiele zalet – oprócz swobody ma tam gwarantowaną obecność Noaha. Tyle tylko, że w miejscu zamieszkania dziewczyna jest bezbronna wobec Jude’a, który zdaje się czyhać na jej życie.

Tym razem na pierwszy plan wysuwa się pewna powtarzalność – Mara kilkakrotnie budzi się w na szpitalnym łóżku i od zera podejmuje próby przekonania otoczenia, że nie zwariowała. Wciąż próbuje oddzielać jawę od snu, a stale pojawiające się fakty dotyczące jej stanu dodatkowo gmatwają całą sprawę. Momentami dłużył mi się ten schemat, podobnie jak rozwiązania zastosowane w przypadku wątku miłosnego, oscylujące wokół balansowania na granicy pożądania i lęku. Obserwując kolejne wzmianki na ten temat byłam w stanie jedynie teatralnie wznosić oczy do nieba i wzdychać licząc, że rzeczone sceny szybko dobiegną końca.

Trzeba jednak przyznać, że tekst jako całość prezentuje się znakomicie. Michelle Hodkin jest mistrzynią budowania napięcia, co widać zarówno podczas czytania, jak i już po lekturze, kiedy składa się w całość rozmaite sceny. Poszczególne niewyjaśnione zdarzenia, drobne zwroty akcji i elementy grozy – wszystko składa się to na świetny obraz rodem thrillera, który trzyma w napięciu i wpływa na czytelnika bardzo, bardzo pozytywnie. Sama miałam chwilami na plecach przyjemne dreszcze, których zawsze szukam w podobnej literaturze. Myślę, że jest do zasługa świetnie poprowadzonej narracji, która uwydatnia odpowiednie aspekty; czytelnik obserwuje zdarzenia oczami Mary, a więc w każdym momencie wie tyle co ona. Możemy dowolnie interpretować fakty, snuć domysły, a nade wszystko mamy bezpośredni dostęp do odczuć bohaterki, co potęguje uczucie niepewności i niepokoju.

Tak naprawdę cała ta opinia jest próbą uporządkowania myśli – po cliffhangerze, jaki zafundowała nam autorka na sam koniec drugiego tomu jestem kompletnie rozbita. Nie sądziłam, że powieść dla młodzieży jest w stanie aż tak mnie zafascynować, a jednak stało się – naprawdę zaangażowałam się emocjonalnie w to, co odnajduję na kartach powieści Michelle Hodkin. Z niecierpliwością czekam na tom trzeci, a moja głowa pełna jest pomysłów na możliwe dalsze scenariusze. Nie mogę się doczekać finału tej historii!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie YA!, będącemu częścią GW Foksal.