sobota, 22 lipca 2017

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Leon”


Co do pierwszej części cyklu Herkules – miałam bardzo dużo wątpliwości. Kolaboracje między pisarzami mają to do siebie, że często zamiast wyciągać z prozy obu twórców to, co najlepsze, raczej uwydatniają braki. Ostatecznie powieści wychodzą sztywne i pozbawione charakteru, albo, co gorsza, kompletnie niespójne, z wyraźnym rozdźwiękiem między autorami. 

Na szczęście ani w przypadku Na imię mi Zack, ani tym bardziej w kontynuacji, Leonie, nic takiego nie miało miejsca.

W niedostępnej, mało uczęszczanej dzielnicy, na szczycie komina przemysłowego znalezione zostaje ciało chłopca. Gdy policja stara się ustalić kim był i w jaki sposób zginął, do sieci trafia nagranie z ostatnich minut jego życia – dziecko zostało brutalnie zamordowane przez mężczyznę w lwiej skórze. Komisarze muszą szybko znaleźć sprawcę, bo wszystko wskazuje na to, że w piwnicznej klatce przetrzymywany jest kolejny chłopiec…

Już jedna z pierwszych scen książki pokazuje nam dokładnie, z czym będziemy mieli do czynienia i stanowi reprezentację tak Leona, jak i całego cyklu. Zack Herry, wschodząca gwiazda policji, gra w rosyjską ruletkę, aby pozyskać informacje na temat zaginionego dziecka. Ale jak gra! Autorzy bardzo dokładnie odzwierciedlają to, co dzieje się w umyśle komisarza przy każdej kolejnej dokładanej kuli, jak buzuje w nim adrenalina i rośnie napięcie. Duet Kallentoft&Lutteman nie boi się skrajnych tematów, a ich sposób opisu potrafi przyprawić o ciarki. Nie będzie ozdobników i uproszczeń, o nie. Tutaj babramy się w psychice bardzo dziwnych bohaterów.

Sam komisarz Herry nie jest typowym przedstawicielem policji nawet jeśli wziąć pod uwagę patologiczną normę wśród skandynawskich śledczych. W jego przypadku problemy są głębsze, a ich odzwierciedlenie w życiu Zacka znacznie bardziej spektakularne. Młody mężczyzna nosi w sobie traumę, z którą nie jest w stanie poradzić sobie sam, w efekcie czego co i rusz funduje sobie nowe, silne doznania dzięki środkom psychoaktywnym: kokainie, amfetaminie, alkoholowi. Komisarz zdaje się być uzależniony także od adrenaliny: im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym więcej emocji w nim wyzwala. Cały myk autorów nie polega jednak na stworzeniu odpowiednio kontrowersyjnego śledczego, a na należytym opisaniu jego zachowań. Jak już wspomniałam, Kallentoft i Lutteman uwielbiają babrać się w tym, co dzieje się w głowie Zacka na co dzień, a także w kontakcie z narkotykami. Rozkładają na czynniki pierwsze stan napięcia w umyśle bohatera i cały błogostan, który nadchodzi po nim. 

Chyba nie powinnam się przyznawać, że Zack Herry tak bardzo mnie intryguje.

W obliczu tak wyrazistej kreacji głównego bohatera, sama zagadka zdaje się schodzić na nieco dalszy plan. Nie oznacza to jednak, że nie jest interesująca! Wręcz przeciwnie – moim zdaniem jest skonstruowana dobrze, spójnie i posiada wszelkie cechy, by utrzymać zainteresowanie czytelnika. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nieadekwatny opis okładkowy. Naprawdę rozumiem, że wyścig z czasem sprzedaje się lepiej niż żmudne śledztwo, ale nie dajcie się nabrać. Zanim dojdzie do sytuacji opisanej w blurbie, czeka nas wiele innych, równie kluczowych fabuły wydarzeń, a cała książka nie opiera się bynajmniej na gorączkowym poszukiwaniu chłopca zamkniętego w piwnicy, choć i ten element oczywiście w końcu się pojawia. Dużo czasu i uwagi jest tu poświęcone poszczególnym śledczym, sposobom ich pracy, a pierwsza połowa książki nie jest napakowana akcją, choć mimo to wcale się nie dłuży.

Jeśli z jakichś powodów nie spodobały Wam się solowe powieści Monsa Kallentofta, możecie śmiało spróbować cyklu o Zacku Herrym. Wpływ Markusa Luttemana jest bardzo wyraźny: nie ma charakterystycznych dla serii o Malin Fors długich, quasi-filozoficznych myśli, nie ma ofiar przemawiających zza grobu. Jest za to świetna kreacja głównego bohatera i opis, który potrafi zachwycić. Nie boję się powiedzieć, że cykl o Zacku Herrym jest lepszy od tego o Malin Fors, mimo że oba lubię i chętnie po nie sięgam. Gdybym miała polecać, zachęcałabym jednak, żeby w pierwszej kolejności sięgnąć po Herkulesa.






Na imię mi Zack || Leon || Bambi

czwartek, 20 lipca 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk – „Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”



Niezastąpiona Karolina obdarowała mnie urodzinowo dwiema częściami cyklu Kwiat Paproci. To dopiero prezent wywołujący dysonans poznawczy… Z jednej strony uwielbiam wszystko, co związane ze słowiańskimi wierzeniami, z drugiej zaś – w mrokach mojej duszy wciąż tkwi trauma po poprzednim spotkaniu z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk przy okazji powieści Ja, Diablica. Delikatnie rzecz ujmując książka ta nie należy do moich ulubionych. I co tu odpowiedzieć, co robić? Po namyśle postanowiłam, cytując Muńka Staszczyka, „uprzedzenia wyrzucić w kąt” i dać autorce jeszcze jedną szansę, skoro już los skrzyżował moje drogi z fanką serii. Nie zwykłam lekceważyć głosu przeznaczenia.

Gwoli wstępu: Kwiat paproci to cykl opowiadający historię młodej adeptki sztuk medycznych, Gosi, która wyjeżdża na wieś, by terminować u miejscowej szeptuchy. Mimo że dziewczyna nie wierzy w „bzdurne zabobony”, szybko okazuje się, że będzie musiała zmienić swoje nastawienie, bowiem poprzez pochodzenie jest silnie związana nie tylko z tradycją, ale i słowiańskimi bogami, którzy okazują się być żywi bynajmniej nie tylko w umysłach miejscowych ludzi. Jakby kłopotów było mało, na drodze Gosi staje uczeń miejscowego żercy, Mieszko, który z historycznym władcą Polan wspólne ma nie tylko imię…

Na samym początku bardzo negatywne wrażenie zrobiła na mnie kompletnie nielogiczna konstrukcja świata przedstawionego. Akcja cyklu rozgrywa się w czasach współczesnych, ale w alternatywnej rzeczywistości, w której Mieszko I nigdy nie przyjął chrztu. Pominę fakt, że gdyby tak się stało, Polski prawdopodobnie by nie było, a z pewnością nie stałaby się ona supermocarstwem… Główny problem konstrukcyjny tej opowieści leży gdzie indziej: otóż w tym świecie wszystkie państwa wokół rozwinęły się normalnie, a jedynie u nas nadal kultywowane są słowiańskie wierzenia, krajem rządzi król, a nowoczesność miesza się z tradycją. Do tego dochodzi fakt, że bohaterka tak wypowiada się o swojej religii, jakby wiedziała, że coś jest nie tak z rzeczywistością, w której żyje – niemal na dzień dobry dostajemy refleksją z gatunku „ciekawe, co by było, gdyby Mieszko przyjął chrzest”, która tylko potęguje nienaturalność całej sytuacji.

Po kilkudziesięciu stronach zamknęłam książkę i wzięłam kilka głębokich oddechów. Przypomniałam sobie, że czytam paranormal romance i… wyluzowałam. Zdecydowanie wyszło mi to na dobre, bo od tej pory kolejne powieści czytało mi się milion razy lepiej.

Zacznijmy od najważniejszego, czyli obiecywanego wszem i wobec niezwykle bogatego słowiańskiego folkloru. Pod tym względem nie mam powieściom nic do zarzucenia. Cieszyłam się jak dziecko odkrywając kolejne elementy świata przedstawionego i uważam, że autorce udało się dobrze odzwierciedlić zaplanowany klimat. Znajdziemy tu cała plejadę stworzeń rodem z Bestiariusza słowiańskiego (czasem tłumaczenie kto jest kim jest nieco zbyt toporne, ale to pomniejsza wada), ale też bogów o bardzo ludzkich cechach i przywarach. To właśnie relacja głównej bohaterki z tymi drugimi stanowi clou całej opowieści. Podoba mi się mocne podkreślenie charakterystycznych rysów poszczególnych bóstw i wykorzystanie ich dla fabuły. Do tego dodać należy słowiańskie rytuały i obrzędy, które również opisane są należycie i bardzo sugestywnie; tak, że chciałoby się wziąć w nich udział, dać się porwać sytuacji. Z opowieści bije magia i to właśnie ona najmocniej mnie urzekła.

Jeśli chodzi o akcję, poszczególne części cyklu są bardzo nierówne. Pierwsza wykorzystuje element zaskoczenia i wprowadza czytelnika w wykreowany przez autorkę świat; równowaga między fabułą a opisami jest zachowana, a odkrywanie poszczególnych elementów otoczenia – przyjemne. Druga odsłona jest w naturalny sposób mniej dynamiczna od swojej poprzedniczki. W tym przypadku autorka zdecydowała się przedłożyć uzupełnianie opisu świata nad budowanie ciekawej akcji, w związku z czym Noc Kupały jest znacznie wolniejsza i przez to nieco się dłuży. To typowy zapychacz fabularny, który, owszem, rozjaśnia nam pewne niuanse związane z alternatywną wersją historii, ale nie ciekawi tak mocno, jak część pierwsza. Z kolei Żerca bardzo mile mnie zaskoczył – na początku spanikowałam wyczuwając perspektywę pojawienia się trójkąta miłosnego, jednak z czasem okazało się, że to najlepsza i najciekawsza odsłona cyklu. Zainteresowała mnie zaprezentowana w niej zagadka, relacje międzyludzkie (i międzyboskie), a także ciągłe poczucie zagrożenia, z którym zmagała się bohaterka.

Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że udało mi się nawet polubić główną bohaterkę. Gosia na początku była bardzo irytująca z tym swoim nastawieniem „na nie” i niewiarą w absolutnie wszystko, co ją spotyka, ale w ostatniej części zyskała moją sympatię dzięki kilku wydarzeniom. Poza tym jest postacią, która ewidentnie się rozwija, nie można zarzucić jej statyczności. Dodatkowo to z nią związana jest większość zabawnych scen (a humor odgrywa w tych książkach bardzo ważną rolę), więc naturalnym jest, że w którymś momencie czytelnik zaczyna z nią sympatyzować.

Zastanawiam się, co sprawiło, że w ostatecznym rozrachunku cykl Kwiat paproci tak bardzo mi się podobał. Gdybym miała wskazać jeden czynnik, prawdopodobnie byłby to mocno widoczny słowiański klimat opowieści. W gruncie rzeczy chciałabym żyć w rzeczywistości wykreowanej przez Katarzynę Berenikę Miszczuk – w świecie, gdzie bogowie są realni, magiczne istoty żyją wszędzie tam, gdzie się w nie wierzy, a rytuały są wciąż żywe i kultywowane. Uwielbiam wszystko co związane z tym tematem i bardzo się cieszę, że powstał cykl tak silnie osadzony w słowiańskim klimacie. I to nie tak, że opowieść nie ma słabszych stron – język nie zawsze zachwyca, dialogi potrafią być płytkie, a do tego wszystkiego dochodzi ten nieszczęsny romans, który chwilami próbuje wydostać się na pierwszy plan. A jednak, choć nigdy bym się tego nie spodziewała, myślę, że jeszcze wrócę do tej opowieści – choćby po to, żeby poznać jej zakończenie.






Wydawnictwu W.A.B. dziękuję serdecznie za możliwość poznania trzeciej części cyklu.

wtorek, 18 lipca 2017

Remigiusz Mróz – „Czarna Madonna” [przedpremierowo]


Bilety lotnicze wysyłane do blogerów, fragmenty układanki stopniowo odsłaniające okładkę, atmosfera ogólnej tajemnicy. Trzeba przyznać, że Czwarta Strona i Remigiusz Mróz stanowią duet idealny, jeśli chodzi o promocję powieści, bo zawsze wychodzi im to perfekcyjnie. Mnie nie trzeba było długo namawiać – ze swoją sympatią do autora absolutnie się nie kryję, podobnie jak z tym, że postawiłam sobie za cel przeczytanie wszystkich jego książek. Tym bardziej ucieszyłam się wczoraj, kiedy (jeszcze przedpremierowo!) znalazłam na łóżku paczkę z wydawnictwa. Wiedziałam, że lektura będzie ekspresowa, a wrażenia po niej zebrane w nie do końca standardowy tekst.

Pierwszy horror w dorobku Remigiusza Mroza dotyczy zaginięcia samolotu irlandzkich linii lotniczych. Na pokładzie Boeinga 747, prócz ponad 500 osób, znajdowała się narzeczona głównego bohatera, Filipa. Mężczyzna, który dzięki zbiegowi okoliczności uniknął znalezienia się w samolocie, odchodzi od zmysłów obserwując kolejne doniesienia dotyczące zaginionej maszyny. Nie wie jeszcze, że to, co stanie się niebawem, nie tylko zachwieje w posadach jego światopoglądem i wiarą, ale także wskaże mu istnienie spraw przekraczających ludzkie pojmowanie. Jak wielotonowa maszyna może zniknąć w przestrzeni powietrznej? Kto jest odpowiedzialny za tę tragedie? I co ma z tym wszystkim wspólnego obraz Czarnej Madonny?

Na samym początku miałam wrażenie, że ta książka to jakiś wyjątkowo kiepski żart – wszystko, o czym czytałam, było dla mnie niespójne i nieprawdopodobne, nie widziałam w opowieści celu. Zastanawiałam się, gdzie jest ten rozsławiony horror i co tak właściwie czytam. Denerwował mnie główny bohater, jego zachowanie, denerwowało mnie wprowadzenie i cała początkowa sytuacja. Nie mogłam się skupić. Nie mogłam też patrzeć na bardzo bezpośrednie nawiązania do religii, które wydawały się nie mieć żadnego uzasadnienia.

Tak było aż do ostatniego zdania V rozdziału. Zdania, od którego zmieniło się wszystko. W tym momencie akcja nabrała tempa, zmieniła się. To, co na początku było doskwierającym niedomówieniem, stopniowo zaczęło się klarować i tworzyć spójną, interesującą fabułę. Pojawiła się zagadka, której elementy ujawniane były stopniowo, w odpowiednich odstępach czasu, stale podtrzymując moją uwagę. Zrozumiałam konstrukcję opowieści i doceniłam nawiązania do rzeczywistości. Odkryłam wkład pracy autora i to, jak dobrze przygotował się do pisania tej powieści. Zobaczyłam w tym wszystkim wyraźny i bardzo ciekawy pomysł. Do końca czytałam szybko i z przyjemnością.

Jest tylko jeden, zasadniczy problem: nie dałam rady wczuć się w klimat tej historii.

Generalnie jestem fanką horrorów i czytałam ich już bardzo, bardzo dużo. Najbardziej lubię te mroczne i ściśle związane z rzeczywistością, odkrywające zakamarki ludzkiej psychiki. Podobnie jak Remigiusz Mróz, traktuję Stephena Kinga jako mistrza tego gatunku – uważam, że nikt inny nie potrafi tak sprawnie dotrzeć do mrocznej strony człowieka i tak bezwzględnie jej obnażyć. Nikt tak nie przeraża realizmem i nie porusza we mnie czułych strun. Nikt nie sprawia, że z niepokojem rozglądam się wokół, a przez kilka tygodni po lekturze mam w głowie sceny z książki i przemyślenia na ich temat.

Remigiusz Mróz również tego nie robi.

Żeby była jasność: wydaje mi się, że jestem odbiorcą specyficznym (pewnie tylko mi się wydaje) i mam bardzo sprecyzowane oczekiwania wobec gatunku, jakim jest horror. Nie dysponuję zbyt rozbudowaną wyobraźnią, więc ciężko mnie przerazić za pomocą sugestywnych obrazów – czytając nie wyobrażam sobie w głowie scen, które są mi opisywane. Dlatego jedyną formą horroru literackiego, jaki robi na mnie wrażenie, jest ten głęboko psychologiczny. To właśnie głębi postaci, ich motywacji i zachowań zabrakło mi w Czarnej Madonnie. Choć jest to horror religijny, więc literacko w gruncie rzeczy oryginalny pod względem tematu i treści, operuje wieloma kliszami, które łatwo możemy odnaleźć w filmach. Egzorcyzmy to temat popularny i często wykorzystywany, a wszystkie sceny, które są w tej książce potencjalnie przerażającymi, opierają się właśnie na opętaniu. Twarz wykrzywiona w przedziwnym wyrazie, miotanie człowiekiem jak marionetką, wykrzykiwane bluźnierstwa, czarna maź sącząca się z otworów ciała… W pewnym sensie książka z narracją pierwszoosobową daje nam nowe spojrzenie na wszystkie te klisze, jednak w wersji literackiej oddziaływanie tych scen na naszą psychikę jest bardzo mocno osłabione.

Nie można odmówić Mrozowi zaangażowania w tematy bieżące i tego, z czego słynie: dobrego reaserchu. Czarna Madonna naszpikowana jest ciekawostkami okołoreligijnymi dotyczącymi kulisów pracy egzorcystów oraz samej historii chrześcijaństwa; autor wykorzystuje różnorodne teksty biblijne, spójnie wplatając je w fabułę. Niestety, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Wotum nieufności, widać wyraźnie, że jest to grunt, który dla samego Mroza nie jest tak pewny jak meandry prawa, w związku z czym cała wiedza podana jest nieco bardziej topornie, często w formie monologów głównego bohatera i wyrzucania z siebie kolejnych faktów. 

Jestem nieco zawiedziona, ale głównie dlatego, że nie otrzymałam tego, co najbardziej mnie interesowało – porządnej psychologii postaci. Czarna Madonna to zupełnie inny typ horroru, opierający się na odmiennych mechanizmach i schematach. Doceniam jednak konstrukcję fabularną i pomysł na to, jak połączyć katastrofę lotniczą z motywem religijnym, który w dodatku ma bardzo mocne osadzenie w samej Biblii, a nie wyłącznie w wyobraźni autora. No i muszę oddać Mrozowi sprawiedliwość, bo jeden element zrobił na mnie wrażenie: bardzo sugestywny opis katastrofy lotniczej sprawił, że mój lęk przed tym środkiem transportu podniósł się jeszcze bardziej, choć byłam pewna, że to niemożliwe. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 19 lipca!

niedziela, 16 lipca 2017

Stos: wakacje za miesiąc, ale zapasy już czekają


Dokładnie za miesiąc zaczynam swoje pierwsze w życiu dorosłe wakacje, czyli wyczekiwany, dwutygodniowy urlop. Spędzę go najprawdopodobniej w rozjazdach i pewnie nie będę miała zbyt wiele czasu na czytanie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby poczynić konkretne książkowe zapasy, prawda? Każdy pretekst jest dobry, zwłaszcza że ostatnio wydłużył mi się dojazd do pracy i kolejne pozycje pochłaniam w tempie ekspresowym.


Pierwsza pula książek to zakupy poczynione w różnym czasie na stronie Świata Książki. Nie będę się już rozwodziła nad promocjami, bo jeszcze ktoś zasugeruje, że księgarnie mnie sponsorują (niestety nie); powiem tylko, że wszystkie z prezentowanych pozycji kupiłam z około 40-procentowym rabatem. Tym sposobem udało mi się zamknąć trzy serie: Mścicieli Brandona Sandersona, cykl o Długiej Ziemi duetu Pratchett&Baxter (tekst o tej drugiej książce i krótkie podsumowanie całości możecie znaleźć tutaj) oraz Tajne Akta Vespera. Trylogią z Wysp Owczych uzupełniłam swoją kolekcję książek Remigiusza Mroza (w każdym razie na ten moment, bo 19 lipca premiera Czarnej Madonny…), natomiast Uciekinier oraz Rok wilkołaka przybliżyły mnie do zebrania wszystkich powieści Stephena Kinga. Do tego doliczyć trzeba długo wyczekiwane Kroniki Jakuba Wędrowycza (lekturę mam za sobą, całkiem przyjemna i zabawna opowieść), Nowy wspaniały świat (który przypomniał mi, dlaczego kiedyś nienawidziłam science-fiction) oraz Czereśnie zawsze muszą być dwie Magdaleny Witkiewicz. Totalny rozrzut tematyczny, ale każdą z tych książek bardzo chciałam przeczytać.



Drugi zestaw to zakupy z Arosa, który nadal plasuje się na liście moich ulubionych sklepów, nawet jeśli można tam upolować książki z „tylko” 35-procentową zniżką. Jaskiniowca zamówiłam bojąc się nieco o jego dostępność – to bodaj pierwsza wydana w Polsce książka Horsta i w wielu miejscach nie można jej już kupić. Na Kolej podziemną skusiłam się po bardzo obiecującym wywiadzie z autorem w wakacyjnym wydaniu Książek (czasopisma chyba nie mam już serca polecać, ale sam wywiad jest w porządku, podobnie jak artykuł o geografii polskiego fantasy). Rozmowa z prof. De Barbaro to wynik mojej sympatii do niego i zakup całkowicie spontaniczny (i udany! tekst o książce tutaj), natomiast Leon… Cóż, Kallentoft to must have mojej biblioteczki.

Niedawana przeprowadzka i wakacje rodziców przypomniały mi o mojej manii zbierania baśni i legend wszelakich, więc w kolaboracji z resztą rodziny przy okazji promocji uzupełniłam sobie również kolekcję książek wydawnictwa BOSZ. Prawdę mówiąc bliżej kojarzyłam tylko Duchy polskich miast i zamków, nie wiedziałam, że w ofercie jest więcej książek, które mogą mnie zainteresować (obczajałam sobie jedynie Bestiariusz słowiański, bo Sylwek ma, ale to raczej jego bajka, nawet mimo ślicznych ilustracji). Tym sposobem oprócz wspomnianych Duchów… sprawiłam sobie Legendy zamków karpackichLegendy zamków sudeckich oraz Świętych i biesy. Książki są prześliczne wydane, pełne cudownych ilustracji i bardzo tanie jak na swoją wspaniałość.



W tym miesiącu kupiłam również dwa komiksy (i więcej nie kupię, jak Babcię kocham, już przy tych cudeńkach mój portfel zapłakał rzewnie i rozpaczliwie). Po dwóch pierwszych tomach Sandmana postać Śmierci zawładnęła mną całkowicie, było zatem jedynie kwestią czasu, kiedy skuszę się na zbiorcze wydanie jej przygód. Z kolei Y został mi polecony – historia ostatniego mężczyzny mnie zaciekawiła, zobaczymy czy się polubimy.


A jak Wasze wakacyjne czytanie? Robicie zapasy?



piątek, 14 lipca 2017

Bogdan de Barbaro, Danuta Kondratowicz – „I jak tu się dogadać?!”



Nie da się tworzyć relacji bez konfliktów – różnice zdań zdarzają się w parze, wśród rodzeństwa, w kontakcie z rodzicami… Nie bez powodu mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Mam jednak dobrą wiadomość: wiele z tych problemów da się rozwiązać, choć czasem niezbędna może być pomoc specjalisty. Terapeuta specjalizujący się w pracy z rodzinami, profesor Bogdan de Barbaro, oraz dziennikarka Danuta Kondratowicz w swojej najnowszej książce dyskutują i omawiają kilka problemów, które wydają się nie mieć dobrego rozwiązania – w każdym razie na pierwszy rzut oka.

Gdy zaczęłam lekturę i zobaczyłam konstrukcję tej książki, naszła mnie cała masa wątpliwości. Forma, w jakiej prezentowane są dane oraz sama treść bardzo przypominają to, czego sama uczyłam się na zajęciach z terapii rodzin: znajdziemy tu coś na kształt transkrypcji wywiadu, omówienie przypadku wraz z genogramem (poczynione z perspektywy terapeuty) oraz, dopiero po tym wszystkim, komentarz w formie dialogu między autorami książki. Na początku nie byłam do końca przekonana, czy ta konstrukcja mi się podoba, czy nie jest to aby zbyt szczegółowe wejście w rolę psychologa i proces terapeutyczny jako taki – wszak to książka ogólnodostępna i raczej popularnonaukowa. Z czasem jednak coraz wyraźniej widziałam ogromną zaletę postępowania autorów, mianowicie oswajanie zwykłych ludzi z sytuacją terapeutyczną. 

Mimo że pomoc psychologiczna staje się coraz powszechniejsza, a wizyty u psychologa, terapeuty czy nawet psychiatry powoli przestają być powodem do wstydu, wciąż bardzo często spotykam się z oporem w tym zakresie. Mówią prościej: coraz przychylniej patrzymy na ludzi, którzy korzystają z profesjonalnej pomocy, ale sami nie jesteśmy już tak chętni, bo przecież „jesteśmy normalni” i poradzimy sobie sami, prawda? Właśnie dlatego uważam, że takie książki są bardzo potrzebne, bo nie tylko pokazują nam, że pewne problemy są powszechne i rozwiązywalne; dzięki nim zwykły, przeciętny człowiek ma szansę zobaczyć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. W I jak tu się dogadać?! czytamy o filarach pracy psychologa: bezstronności, nieocenianiu, niedoradzaniu; widzimy też, w jaki sposób analizowany jest problem pacjenta/klienta i jak klarują się rozwiązania. To zbliża i – moim zdaniem – może zmniejszać lęk.

Jeśli chodzi o samą treść, w książce znajdziemy trzy przykłady konkretnych problemów: skłócone siostry z wyraźną antypatią sprzed lat, dojrzała parę o różnych wzorcach podziału obowiązków oraz skonfliktowaną rodzinę patchworkową z bardzo pogmatwanymi relacjami. Można by powiedzieć, że to niewiele – trzy przypadki, skoro problemów wśród ludzi jest tak dużo… Mimo to warto mieć na względzie, że dzięki dużej selekcji, wybrane sytuacje omówione są bardzo dokładnie. Otrzymujemy nie tylko zaawansowaną analizę, ale również wiele hipotez na temat możliwych przyczyn danej sytuacji, ewentualnych rozwiązań plus nawiązania do innych, pokrewnych tematów.

Kto miał okazję czytać jakąkolwiek książkę profesora de Barbaro lub rozmowę taką jak ta, ten wie, czego można się spodziewać: będzie lekko, przyjemnie, z dużą dozą żartu i samokrytycyzmu. To bardzo charyzmatyczny rozmówca, który ma dar do prostego i przystępnego tłumaczenia meandrów terapii. Podoba mi się również rola, jaką przyjęła w tej książce Danuta Kondratowicz – nawet jeśli interesuje się psychologią, pod każdym względem wie o niej mniej niż profesor, a jednak nie przyjmuje na siłę postawy głupiutkiej, pytającej o wszystko, naiwnej istotki. Dialog ma konkretny, dobry poziom i pozwala rozwinąć interesujące kwestie w sposób, który jest bliski perspektywie czytelnika-laika. Pytania zadawane są umiejętnie, odpowiedzi właściwie konkretne. Wszystko jest na swoim miejscu.

Zamawiając tę książkę kierowałam się głównie nazwiskiem profesora de Barbaro na okładce i nie zastanawiałam się specjalnie, czego mogę od niej oczekiwać. No, może nieco bałam się tego, że trzy przykłady to za mało i w sumie może się okazać, że nie warto. Nic bardziej mylnego! Poziom, na jakim poprowadzony jest dialog do spółki z analizą konkretnych przypadków sprawiają, że to naprawdę interesująca pozycja, którą w dodatku bardzo lekko się czyta. Najważniejsze jest jednak to, o czym wspomniałam na początku: wydaje mi się, że po przeczytaniu tej książki terapia staje się nieco mniej straszna, bardziej przyjazna czytelnikowi. Mam nadzieję, że wielu osobom takie właśnie efekty przyniesie jej przeczytanie.


środa, 12 lipca 2017

Konkurs: poleć nam książkę!


W ostatnich miesiącach okazji do świętowania mieliśmy mnóstwo: 4 lata blogowania, 300 obserwatorów, 666 wpis… Mimo to ogólna sytuacja nie sprzyjała organizowaniu konkursów. Dopiero niedawno pojawiła się iskra: a może warto coś dla Was przygotować w ramach podziękowań? Nie ma na co czekać, ruszamy z tematem!


Na nowy dom czekają:

Arkadia Lauren Groff – niebanalna, poetycka powieść o życiu w hipisowskiej komunie i opuszczaniu jej; o tym w jaki sposób środowisko z dzieciństwa warunkuje nasz późniejszy stosunek do świata. Dla fanów literackich wyzwań i głośnych, nagradzanych autorów.

Opowiem ci mroczną historię Stefana Dardy – dla tych, którzy lubią czuć dreszczyk emocji płynący z grozy. Zbiór opowiadań naszego rodzimego mistrza horroru; klimatyczny, mroczny i niesztampowy.

To, co zostało Jodi Picoult – kultowa już powieść z pogranicza obyczajowości i etyki poruszająca (jak to u Picoult) ważny dylemat moralny: w tym przypadku problem eutanazji. W tej powieści nic nie jest czarno-białe, a autorka zostawia nas z ważnymi refleksjami.


Zasady konkursu są proste: w komentarzu pod tym postem polećcie nam wybraną książkę. Może to być Wasza ulubiona pozycja albo niedawny zachwyt – jak wolicie. My wybierzemy te odpowiedzi, które najbardziej nam się spodobają. Nie zapomnijcie dopisać, którą nagrodę wybieracie! Nie musicie być obserwatorami naszego bloga, ale pamiętajcie: wyniki pojawią się w osobnym poście, a zwycięzcy sami będą musieli się z nami skontaktować. Konkurs potrwa do 31.07 do godziny 23:59, a wyniki ogłosimy w ciągu kolejnych trzech dni. 


Powodzenia!

poniedziałek, 10 lipca 2017

5 rzeczy, których nauczyła mnie przeprowadzka


Część z Was pewnie wie z Instagrama (swoją drogą  zapraszamy), że niedawno i całkiem niespodziewanie zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Łatwo nie było. Gdy przy pakowaniu zaczyna brakować kartonów, a nerwy i presja czasu narastają, odkrywamy, że mamy za dużo rzeczy, ale nie tylko to. Po fakcie i namyśle można dojść do całkiem interesujących wniosków  poniżej znajdziecie moje.


1. W życiu nie ma miejsca na za małe ciuchy i bardzo kiepskie książki.

Serio. O pozbywaniu się książek pisałam więcej tutaj, jednak wspomniane porządki okazały się niewystarczające. Podczas pakowania odkryłam nowy sposób selekcji: jeśli dana książka denerwuje Cię swoją obecnością i tym, że zabiera miejsce w kartonie innym pozycjom, wiedz, że coś się dzieje! To samo z resztą tyczy się ubrań, bo co z tego, że mam dwadzieścia sukienek, skoro połowa z nich jest za duża/za mała/nie w moim stylu, więc i tak ich nie noszę? Przeprowadzka pomaga zastanowić się nad tym, czy rzeczy, którymi się otaczamy, są przez nas regularnie używane i, co za tym idzie, potrzebne. Ja zrobiłam selekcję zarówno w książkach, jak i w ciuchach, od razu przy rozpakowywaniu kartonów. Za późno.


2. Sentymenty muszą mieć granice.

Temat ściśle związany z punktem 1. Nie pozbędę się tego kubka, bo piłam w nim kawę na pierwszej stancji, a w tym pudełku dostałam trzeci prezent od czwartego chłopaka, więc ma dla mnie wartość sentymentalną. Wartość sentymentalna. Dużo wody upłynęło, zanim zrozumiałam, że wspomnienia nie są zaklęte w rzeczach i nie wszystko, co kiedyś było dla mnie ważne, muszę mieć przy sobie. Oczywiście rozumiem gromadzenie pamiątek i sama mam ich mnóstwo, ale nauczyłam się oddzielać te wartościowe od zapychaczy miejsca. Dla zdrowia własnego kręgosłupa i psychiki. 


3. Dobrze jest mieć miejsce, do którego zawsze można wrócić.

Niezależnie, czy zmieniałam stancję, czy przenosiłam się do innego miasta  zawsze miałam okres przejściowy, w którym zjawiałam się (z całym dobytkiem lub jego częścią) u rodziców. Tak samo dzieje się teraz. Nigdy nie przywiązywałam do tego jakiejś wielkiej wagi, prawdę mówiąc w ogóle o tym nie myślałam, ale serio: nie wiem, gdzie bym była i jak poradziłabym sobie z rzeczami, gdyby nie oni. Warto o tym pamiętać. To samo tyczy się z resztą osób, które zupełnie bezinteresownie i nagle deklarują swoją pomoc: jesteście super, wszyscy bez wyjątku!


4. Przeprowadzka to nie wypad w góry, nie zyskuje na spontanie.

Fakt, zmiana miejsca zamieszkania trochę zwaliła nam się na głowę, ale nie usprawiedliwia to braku jakiegokolwiek planu. Wszystko załatwiane było na szybko (auta, pomoc, kartony, sprzątanie) i bez rozkminy nad realnym zapotrzebowaniem, więc pod koniec byliśmy w ciągłym niedoczasie, w dodatku zostając na miejscu z rzeczami, które dawno mogły zostać wywiezione, gdy była ku temu okazja. O tym co zabrać/wyrzucić/sprzedać/zostawić również decydowaliśmy na szybko. Kosztowało nas to sporo nerwów i napiętych sytuacji, które mogłyby się nie wydarzyć. 2/10, nie polecam.


5. Jesteś w stanie znieść więcej, niż Ci się wydaje. 

I nie mam na myśli milionów ton liczonych w kartonach znoszonych po schodach, choć w tym zakresie też można odnaleźć nowego siebie.

Tak całkiem poważnie: to chyba najważniejszy wniosek płynący z przeprowadzek, choć brzmi nieco jak coachingowe brednie wcinane przez Puchatka. Tak naprawdę rację mają ci, którzy twierdzą, że większość ograniczeń istnieje tylko w naszej głowie. W zdecydowanej większości przypadków jesteśmy w stanie poradzić sobie z tym, co nas spotyka. Jest trudno. Jest zaskakująco. Praca jest niebywale ciężka. Psychika oporuje. A jednak widać w końcu jakieś promyczki słońca, które sugerują, że być może coś w końcu zmieni się na lepsze.


sobota, 8 lipca 2017

Terry Pratchett, Stephen Baxter – „Długi kosmos”


Nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Po pięciu latach pełnych wyczekiwania na kolejne części moja przygoda z Joshuą, Lobsangiem i spółką zostaje zamknięta... I wiecie co? Może to wpływ nostalgii i sentymentów, ale po wielu chwilach zniecierpliwienia i znudzenia, tym razem naprawdę mi się podobało!

Bohaterowie cyklu są już starsi, zmieniły ich doświadczenia i przemiany, w których czynnie uczestniczyli. Część z nich nie żyje, a ci, którzy pozostali, osiągnęli słuszny wiek. Długa Ziemia również nie jest już taka sama  skolonizowana, w znacznej mierze poznana nie kryje już tak wielu tajemnic, jak do tej pory. W każdym razie tak wszyscy podejrzewają. Nastawienie zmienia się jednak, gdy słyszalny staje się przekaz niewiadomego pochodzenia: Dołączcie do nas... Czy ludzkość powinna przyjąć propozycję? I dlaczego wiadomość pojawiła się właśnie teraz?

Paradoksalnie wątkiem, który najbardziej mnie zaciekawił, nie był tajemniczy przekaz z kosmosu; znacznie bardziej interesują mnie Następni, których obecność od dłuższego czasu jest w cyklu coraz silniej zaznaczana. Podoba mi się motyw wszelkich super mutacji zarówno w literaturze, jak i w filmie, i zawsze chętnie obserwuję pomysły twórców na umieszczenie w społeczeństwie pojawiających się nadludzi. Jasne, gdy czytam o tym, że nazywają ludzi "tępakami" i w jaki sposób ich traktują, pojawia się irytacja. Mimo to temat uważam za fascynujący, tym bardziej, że i Następni nie są idealni, a wiele ich cech zbliża ich do nas bardziej, niż by tego chcieli.

W Długim kosmosie autorzy jak zwykle zachwycają mnogością tematów poddanych po refleksję. Mamy tutaj cierpienie i ucieczkę, które są udziałem głównego bohatera  Joshua wciąż nie potrafi radzić sobie z uczuciami i woli uciekać, gdy tylko robi się niebezpiecznie blisko zaangażowania i wyboru. Wiek bohaterów i odchodzenie najbliższych skłania ich ku refleksji na temat przemijania, śmiertelności i oceny swojego życia. Z drugiej strony na scenę wkraczają młodzi  nierozumiani przez starszych (jak zwykle), ale chcąc nie chcąc będący przyszłością Długiej Ziemi. Obserwujemy nowe ruchy i różne sposoby adaptacji do rzeczywistości. Znów pojawia się dylemat dobra zbiorowego i mniejszego zła, rozważania nad kierunkiem rozwoju ludzkości i zmianami zachodzącymi w społecznościach. 

Jednym z podkreślanych elementów jest istnienie i znaczenie wiedzy jako dorobku. Rozproszeni po Długiej Ziemi, pozbawieni możliwości zdalnej komunikacji między kolejnymi światami ludzie powoli zatracają pamięć o kulturze przodków. To, co dzisiaj tak chętnie podkreślamy, dziedzictwo przeszłości, w tym świecie powoli odchodzi w zapomnienie. Rodzice-pionierzy, najczęściej nie mają czasu na edukowanie swoich dzieci, a jeśli to robią, uczą wyłącznie umiejętności praktycznych, które mogą się przydać w codziennym życiu i w razie niebezpieczeństwa. Pojawia się pytanie  to dobrze, czy źle? Czy człowieka określa jego kulturowe dziedzictwo, a może powinno ono schodzić na dalszy plan, gdy najważniejsze jest przetrwanie? Czy ludzi rozproszonych po tak wielu światach wciąż można określać jako wspólnotę? 

Bardzo podobał mi się również wstęp, jakim opatrzony jest ostatni tom cyklu, wydany przecież długo po śmierci Terry'ego Pratchetta. Nie ma tu niepotrzebnego patosu, zbędnych wspominek czy opowieści o niewypowiedzianym wprost żalu ze straty. Stephen Baxter podszedł do sprawy rzeczowo i w pięknych, choć oszczędnych słowach opowiedział czytelnikom, w jaki sposób powstawał Długi kosmos. Dzięki temu rozwiane zostały wątpliwości, czy aby nie jest to dzieło samego Baxtera; całość niemal od początku była planowana na pięciotomowy cykl, którego najważniejsze elementy powstały bardzo wcześnie. 

Nie jestem pewna, czy cykl o Długiej Ziemi mogę polecać w ciemno i każdemu  mam świadomość, że wiele osób nie dotrwa do samego końca. Poszczególne części są momentami powtarzalne i wewnętrznie schematyczne, a to, co uważam za największą wartość opowieści  sfera rozmyślań nie wszystkim przypadną do gustu. Mimo to ja jestem zachwycona i na pewno wrócę jeszcze do tej opowieści. Choćby z samego sentymentu. 







Długa Ziemia  ||  Długa wojna  ||  Długi Mars  ||  Długa utopia  ||  Długi kosmos

czwartek, 6 lipca 2017

Cecelia Ahern – „Lirogon”




Czytałam wszystkie wydane w Polsce powieści Cecelii Ahern. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, niektóre zapadły w moją pamięć na stałe, o innych zdążyłam już zapomnieć. Najistotniejszy jednak pozostaje fakt, że dzięki całości swojego dorobku autorka należy do grona moich ulubionych. Jest w jej powieściach coś, co nie pozwala mi się od nich oderwać, a wszelkie zawarte w nich emocje przeżywam bardzo silnie i odbieram osobiście.

Po Lirogonie spodziewałam się bardzo wiele. Choć miałam książkę już przed premierą, złożyło się tak, że dopiero w ostatnich dniach udało mi się ją przeczytać. Przez te dwa miesiące zapoznałam się z wieloma recenzjami, a w większości z nich znajdowałam takie określenia jak "niezwykła", "zachwycająca" i "wyjątkowa". Czy dałam się złapać na zdanie innych? Być może, ale najwyraźniej mamy bardzo zbieżny gust, bo i ja skończyłam lekturę z poczuciem ogromnego zadowolenia.

Gdzieś w małej, leśnej chacie w południowo-zachodniej Irlandii mieszka dziewczyna, o której istnieniu wie tylko jedna osoba. Przed światem skryta jest nie tylko ona sama, ale również jej niezwykły dar: naśladownictwo. Niczym australijski ptak, lirogon, potrafi odtwarzać najrozmaitsze dźwięki. Gdy o jej obecności dowiaduje się para filmowców, Salomon i Bo, cały świat dziewczyny zmienia się w okamgnieniu: ludzie są nią oczarowani i chcą oglądać, poznawać jej możliwości. Czy, izolowana do tej pory, poradzi sobie w świetle reflektorów? 

Muszę przyznać, że na samym początku łatwo nie było: fabuła niezbyt mnie wciągnęła, a do tego jedna z bohaterek, Bo, budziła we mnie koszmarne pokłady złości. Nie cierpię takich ludzi jak ona, serio. Przecież ta kobieta przekracza wszelkie granice! Na szczęście w miarę klarowania się fabuły lektura szła mi coraz łatwiej. Nie, Bo nie zniknęła ani nie stała się mniej irytująca jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki; po prostu emocje, które wywoływała, zostały zastąpione przez całe szeregi innych. Dla osób mocno empatycznych z pewnością nie będzie to łatwa lektura: Laura jako bohaterka jest osobą bardzo wrażliwą, ale też niezwykle ekspresyjną: jej stany emocjonalne są bardzo silne i dobrze nakreślone. Cecelia Ahern słynie z wiarygodnego odzwierciedlania uczuć i mam wrażenie, że w Lirogonie wspięła się na wyżyny swoich możliwości.

A'propos uczuć – w jednej z recenzji spotkałam się z rozważaniem, czy Lirogon nie jest przypadkiem tanim, niedopracowanym love story. Moim zdaniem nie. Większość powieści Cecelii Ahern to w jakimś stopniu romanse, ale w wielu z nich ta płaszczyzna stanowi raczej tło niż główną oś fabuły. Moje ulubione Kiedy cię poznałam i Sto imion to książki o konkretnej fabule, w których rodzące się między bohaterami uczucie stanowi kwestię drugorzędną, nienachalny dodatek, który pięknie uzupełnia całość. To właśnie ma miejsce w Lirogonie. Zgodzę się, że nie mamy tu pełnego nakreślenia relacji i tego, jak jest budowana, jednak moim zdaniem na tym polega urok tej książki. Romans jest subtelny i delikatny jak sama Laura, idealnie do niej pasuje.

Jeśli chodzi o główną oś fabularną, bardzo podoba mi się to, w jaki sposób zostały w tej powieści pokazane programy typu talent show, w których nie liczą się uczestnicy, a kariery i pieniądze producentów i sponsorów. Osoba niezwiązana z show-biznesem zostaje rzucona na głęboką wodę i jest bardzo podatna na wszelkie zagrożenia: czuje ogromną presję, ufa nieodpowiednim ludziom i bardzo łatwo ją oszukać. Wmawia się jej, że wykorzystuje największą szansę swojego życia i że od jednego wydarzenia zależy całe jej życie, dzięki czemu stopniowo uzależnia się od swoich "dobroczyńców" podpisując umowy i zmuszając się do robienia rzeczy, na które nie ma ochoty. Moim zdaniem to trafne ujęcie rzeczywistości, a jego najlepszym potwierdzeniem jest to, jak wielu zwycięzców tego typu programów nie robi ostatecznie żadnej większej kariery.

Ogromną zaletą powieści są również wstawki z autentycznej pracy na temat lirogonów autorstwa Ambrose'a Pratta. Fragmenty, które wybrała autorka, idealnie współgrają z tekstem; widać wyraźnie, że Ahern inspirowała się tymi ptakami nie tylko przy wymyślaniu nietypowej zdolności swojej bohaterki, ale także kreując jej charakter oraz przyszłe losy. To świetne uzupełnienie powieści, które kieruje interpretacje czytelnika na odpowiednie tory.

Polecam, zachęcam, podaję dalej, aby jak najwięcej osób dowiedziało się o tej niezwykłej powieści. Jest dokładnie taka, jak mówią: niesamowita.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.