niedziela, 17 września 2017

Podróże: za co pokochaliśmy Lublin?


Za daleko. Kiepski dojazd. Bez sensu. – takie myśli towarzyszyły nam prawie do samego wyjazdu. Przy dalekiej podróży zawsze przychodzi moment, kiedy szukanie coraz bardziej absurdalnych wymówek urasta do rangi sportu. Jak dobrze, że nie posłuchaliśmy tych podszeptów – wiele by nas ominęło, bo w Lublinie zakochaliśmy się… no, może nie od pierwszego, ale na pewno od drugiego wejrzenia.

Na początek rada: nie przyjeżdżajcie do tego miasta pociągiem. Serio. A jeśli już musicie, postarajcie się za bardzo nie rozglądać na trasie stacja-starówka. Lublin na dzień dobry nie zachwyca absolutnie niczym. No, może dworzec jest całkiem ładny, ale jego otoczenie… Nie zachęca, to na pewno, ale ma jedną zaletę: potęguje pozytywne zaskoczenie, które spotyka nas, gdy już dotrzemy do centrum miasta.


Teraz na poważnie. Kiedy miniemy komunistyczną zabudowę i trafimy na starówkę, naprawdę mamy czym się zachwycić. Zarówno klasyczna część (brukowane ulice, budynek sądu, Grand Hotel…), jak i nowoczesna (świeżo oddany do użytku Plac Litewski) jest po prostu prześliczna. Poza tym Lublin ma jedną, szczególną cechę (tę samą, za którą kochamy Wrocław): w tym mieście po prostu chce się wychodzić z domu. Centrum w niczym nie przypomina miasta wojewódzkiego, kusi spokojem i klimatem, nie przytłacza hałasem ulic. Ponadto gęsto rozlokowane knajpki muzyką, zapachem i gwarem rozmów zachęcają, by przysiąść w nich chociaż na chwilkę. 



Jak już pisałam w jednym z postów na Instagramie, w lubelskiej gastronomii można się zakochać. Znalezienie lokalu, który będzie nam odpowiadał pod względem rodzaju serwowanej kuchni i ceny, nie stanowiło najmniejszego problemu, bo wybór był ogromny – i tak nie odwiedziliśmy wszystkich miejsc, na które mieliśmy ochotę. Ale kilka perełek udało się znaleźć! Na leniwe śniadanie (na dworze, w lokalu lub na wynos) zdecydowanie polecamy ParZoną – nie tylko wypijecie tam doskonałej jakości kawę, ale też spróbujecie różnych przekąsek na słodko i słono. Na większy, popołudniowy głód naszym faworytem jest Sexy Duck, włoska restauracja usytuowana w samym centrum, w dodatku po drodze do naszego hostelu. Znajdziecie tam przepyszne pizze i pasty, ale uważajcie zwłaszcza na te drugie – porcje są nie do przejedzenia! Oczywiście nasz wyjazd byłby nieważny bez wyjścia na piwo. W tym względzie faworyt może być tylko jeden – pub Św. Michał i jego 31 kranów z najróżniejszymi piwami rozłożyło na łopatki każdy lokal, w jakim do tej pory mieliśmy okazję przebywać.



Jeśli chodzi o inne miejskie atrakcje, zaliczyliśmy wizytę w podziemiach dawnego browaru Perła (polecamy, super sprawa zwłaszcza dla zainteresowanych piwowarstwem) oraz na Wieży Trynitarskiej, skąd rozciąga się niesamowity widok na miasto i okolicę. Ale spokojnie, będąc w Lublinie możecie odłożyć na bok przewodnik, bo z pewnością i bez niego coś niezwykłego pojawi się na Waszej drodze. My załapaliśmy się na multimedialne widowisko na fontannie i dwa targi staroci, a z tego co wiemy, taki ogrom imprez jest tam praktycznie przez cały czas.

Na sam koniec mamy do dodania jeszcze kilka słów o największej sile Lublina. 

Celowo w żadnym z dotychczasowych punktów nie wspomnieliśmy o ludziach: musielibyśmy powtarzać to samo absolutnie na każdym kroku. Wszystkie osoby, które stanęły na naszej drodze były przemiłe, niezależnie czy mowa o sprzedawczyni w kiosku, pani, która pozwoliła nam pokiziać swojego psiaka, pracownikach lodziarni czy kelnerkach w lokalach. Każdy bez wyjątku był uprzejmy, pomocny, uśmiechnięty, a ilość miłych, niezobowiązujących pogawędek przekroczyła wszelkie normy. To właśnie dlatego atmosfera była tak cudowna i właśnie dlatego z pewnością do Lublina wrócimy.

czwartek, 14 września 2017

Lavie Tidhar – „Stacja centralna”


Na Bliskim Wschodzie, gdzieś pomiędzy Tel Awiwem a Jaffą, powstał ogromny kosmoport łączący Ziemię z resztą tętniącego życiem kosmosu. W jego cieniu współistnieją ludzie i maszyny, a także byty, których status jest nieco trudniejszy do określenia. Ich światy przeplatają się, tworząc historie: zarówno zwykłe, jak i niesamowite, a wśród nich kryje się jedna bardzo wyjątkowa…

Opowieść w Stacji centralnej snuta jest w atmosferze bajania, jakby w nawiązaniu czy omówieniu do „znanej przecież” historii podawanej sobie przez lata z ust do ust. Oczywiście na początku nic nie wiemy o jej treści, poznajemy ją stopniowo, jednak taki zabieg nadaje książce przyjemnego klimatu i sprawia, że czytelnik czuje się częścią czegoś większego, wchodzi w świat głębiej i w zupełnie inny sposób niż zazwyczaj. Dynamika tekstu ma imitować ustną opowieść i faktycznie tak jest. Narracja jest niewątpliwie specyficzna, momentami lekko poszarpana, ale trudno odmówić jej uroku. 

Podczas lektury miałam poczucie, że klimat science fiction nie ma tu większego znaczenia – był absolutnie nienachalny i jakby niekonieczny dla fabuły. Autor wykorzystał bardzo uniwersalne problemy, a swoich bohaterów wykreował wokół popularnych tęsknot: przemijania, namiętności, żalu za błędy… Moim zdaniem ta powieść ma szansę spodobać się także tym, którzy na co dzień stronią od fantastyki naukowej – o ile sama idea kosmoportu czy sztucznej inteligencji nie wywołuje u nich reakcji alergicznej. Bohaterowie, choć żyją w zupełnie innej rzeczywistości, są nam bliscy poprzez swoje charaktery i przemyślenia, a relacje między postaciami odwzorowane są w sposób bardzo autentyczny i interesujący.

Tidhar w swojej powieści nawiązuje do najpiękniejszego motywu science fiction: pozwala spojrzeć na ludzkość z dystansu i daje okazję do refleksji. Rozprawia się z antropocentryczną wizją świata i obnaża psychologiczne podłoże religii. Poprzez wprowadzenie mechanicznych transformacji ciała podejmuje dyskusję na temat granicy między naturą a technologią. Pyta, gdzie kończy się to, co możemy nazwać ewolucją. Przemyślenia nie zawsze są pozytywne – kilkukrotnie zdarzyło mi się odkładać tę powieść, bo wnioski okazały się dla mnie zbyt przytłaczające. Tym niemniej uważam, że było warto, bo Stacja centralna jest jedną z najlepszych powieści, jakie miałam okazję czytać w tym roku.

Takich książek trzeba nam, by udowadniać, że fantastyka to nie bajki dla dzieci, a science fiction nie kończy się na ratowaniu świata przed sztuczną inteligencją. 






Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.

wtorek, 12 września 2017

Anna Cieplak – „Lata powyżej zera” [przedpremierowo]



Z powieściami-manifestami mam pewien bardzo poważny problem: w zdecydowanej większości przypadków najważniejszą rolę pełni w nich tło, a ja preferuję książki, w których to fabuła znajduje się na pierwszym planie. Nie inaczej było w przypadku Lat powyżej zera. Szarpałam się z tym tekstem i podczytywałam po kawałku, by za chwilę odłożyć książkę na bok i dać jej spokój na jakiś czas. Potem znów wracałam, bo zaczynało brakować mi klimatu... I tak w kółko przez kilka kolejnych dni.

Z pewnością jest to opowieść pełna sentymentów i zgodzę się, że porusza czułe struny w tym konkretnym pokoleniu – pierwszym, które nie pamięta PRL-u i ostatnim urodzonym bez smartfona w ręku (ach, jak podoba mi się to określenie!). Paktofonika, przegrywanie kaset, Gadu-Gadu, Nasza Klasa… Praktycznie w każdym zdaniu tej powieści znajdzie się coś, co w jakimś stopniu nawiązuje do tamtych, "naszych" lat. Bohaterka jest zwyczajna, przeciętna, swojska – na tyle ciekawa, że chcemy śledzić jej losy, a jednocześnie na tyle uniwersalna, by czytelnicy mogli znaleźć w niej coś z siebie. Podczas czytania miałam wrażenie, że niektóre sceny pochodzą wprost z mojego życia, nawet jeśli w ogólnym zarysie nie jestem do Anity podobna.

Z drugiej strony sięgając po Lata powyżej zera trzeba mieć świadomość tego, o czym wspomniałam we wstępie: dopracowane do perfekcji tło jest tutaj wyolbrzymione, rozbuchane, a momentami nawet dominuje główną bohaterkę. Fabuła, choć istnieje, ma trudności z wybiciem się na tyle, by zainteresować czytelnika. Sama przez dłuższy czas wypatrywałam jej z dużą dozą sceptycyzmu i zainteresowaniem, ale tym niezdrowym, jakby pełnym wątpliwości, czy faktycznie gdzieś tam jest. 

Długo nie mogłam przyzwyczaić się do tej formy i miałam bardzo nieprzyjemne uczucie przesytu. Ale wiecie co? W pewnym momencie po prostu dałam się ponieść tej historii. Zaczęłam przyglądać się Anicie i jej życiu, patrzeć, jak poddaje się dynamicznym zmianom otoczenia, które z kolei mocno wpływają na jej poglądy i stosunek do świata. I mimo że nie była to łatwa przygoda, cieszę się, że miałam okazję sięgnąć po Lata powyżej zera. Może nie jestem jeszcze w wieku na wspominki (nikt z tego pokolenia nie jest), ale podróże sentymentalne sobie cenię. A ta była bardzo, bardzo przyjemna i dała mi okazję, żeby przysiąść na chwilę i zastanowić się, jak bardzo zmienił się świat.






Za możliwość przedpremierowego poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 13 września!

sobota, 9 września 2017

Polcon 2017 – relacja


Od jakiegoś czasu nie wyobrażamy sobie wakacji bez Polconu – stał się dla nas najważniejszym konwentem w roku, nic więc dziwnego, że to pod niego organizujemy sobie urlop. Nie inaczej było tym razem, choć wyjazd był dla nas prawdziwym wyzwaniem logistycznym. Z Gdańska do Lublina mamy prawie 600 kilometrów i dość kiepskie połączenia kolejowe, więc... cóż, było o czym myśleć.

Tegoroczna edycja konwentu odbyła się na terenie kampusu UMCS. Na potrzeby imprezy przeznaczono aule wykładowe różnych wydziałów, co okazało się strzałem w dziesiątkę – sale były duże, dzięki czemu każdy mógł pójść na interesujący punkt programu bez nerwów i stania w kolejkach. Nam udało się zawitać na trzynaście prelekcji, z czego dwie opuściliśmy ze względu na poziom prowadzenia zajęć. Niby odwiedziliśmy ich całkiem sporo, jednak patrząc na program nie czuliśmy przesytu; wręcz przeciwnie - wydawało nam się, że niewiele tematów tak naprawdę nas ciekawi. 

Bardzo podobało się nam, a zwłaszcza Kaś, nastawienie Lublina na zaprezentowanie swoich legend. Pierwsza prelekcja, na którą się wybraliśmy (prowadzona przez Konrada Kilma Kowalskiego), była właśnie o nich i to po niej stwierdziliśmy, że każde miasto powinno promować się w ten sposób. Uzupełnieniem prelekcji był spacer po mieście, który odbywał się w piątek – z jednej strony była to podróż śladami bohaterów Pustego nieba Radka Raka, z drugiej zaś w oprowadzaniu brał udział Konrad i to on wiódł prym w opowiadaniu. 


Jeśli chodzi o prelekcje o mniej lokalnych tematach, udało nam się trafić na kilka perełek. Marta Kładź-Kocot tak opowiadała o prozie Stanisława Lema, że prawie udało jej się nas do niej przekonać. Marcin Przybyłek dokonał niemożliwego i połączył w jeden ciąg myślowy tarota, psychologię Junga i mechanikę kwantową. Tomasz Marchewka całkowicie kupił nas swoim sposobem bycia i wiedzą podczas prelekcji o oszustach, a także kiedy opowiadał o tworzeniu questów w Wiedźminie. Wiedza Witolda Jabłońskiego połączona z humorem sprawiła, że gdy opowiadał o mitologii słowiańskiej, prawie cała sala zanosiła się śmiechem.

Oprócz samych prelekcji, organizatorzy Polconu postawili również na wiele wydarzeń towarzyszących. W piątkowy wieczór w ramach wejściówki można było wybrać się na występ kabaretu Smile (mimo negatywnych głosów na temat tego pomysłu, nam bardzo się podobał), po którym odbyła się rozmowa artystami na temat książek prowadzona przez Jakuba Ćwieka. Bawiliśmy się świetnie! Z radością odwiedziliśmy również mobilne planetarium Orbitek. Na uczestników czekały ponadto koncerty odbywające się wieczorem na plenerowej scenie, a także różnorodne pokazy, jak np. fireshow. 


Jak co roku ważnym punktem programu były dla nas autografy. Polskich autorów mamy już względnie ogarniętych (ostał się jedynie Tomasz Marchewka), więc naszą uwagę przykuwali goście zagraniczni. Kolejek nie było, a atmosfera okazała się bardzo przyjemna, zwłaszcza że zarówno Lavie Tidhar, jak i Catherynne M. Valente to wspaniali, bardzo sympatyczni ludzie.

Oczywiście żadna duża impreza nie może obyć się bez wpadek i niedociągnięć. Największy grzech tegorocznego Polconu miał miejsce już na samym starcie i w pewnym sensie pozostawiał niesmak przez kolejne dni. Mowa oczywiście o akredytacji (czy to się kiedykolwiek uda?). Przekładanie godziny rozpoczęcia, brak jasnych wytycznych, gdzie będzie się odbywała, ustawienie kolejki prostopadle do drogi ruchu samochodów, pozwolenie, by ludzie wymieszali się i przepychali... Wszystko to zaliczyć trzeba zdecydowanie na minus. Fakt jest jednak taki, że przez resztę imprezy organizatorzy dawali radę i wiele razy pokazali, że można działać profesjonalnie. Chyba pierwszy raz byliśmy na konwencie, na którym wolontariusze pilnowali czasu prowadzenia prelekcji, dzięki czemu uniknięto kłopotliwych opóźnień.

Wyjazd na Polcon do Lublina był zdecydowanie jednym z najlepszych, jakie mieliśmy w swojej karierze konwentowej. Sporo pomogła tutaj atmosfera miasta (o którym więcej opowiemy już za kilka dni), ale sama impreza również zrobiła na nas pozytywne wrażenie. W tym sezonie czeka nas jeszcze Copernicon – program ma znacznie bogatszy, zobaczymy, czy przebije Polcon pod innymi względami!

czwartek, 7 września 2017

Jørn Lier Horst – „Felicia zaginęła”



Podczas prac budowlanych robotnicy dokonują makabrycznego odkrycia: wykopana zostaje szafka, w której znajdują się ludzkie szczątki. Mniej więcej w tym samym czasie do pokaźnego grona norweskich zaginionych dołącza kolejna osoba – młoda kobieta o bardzo trudnej sytuacji życiowej. Choć wszelkie okoliczności wskazują na samobójstwo, komisarz William Wisting nie daje za wygraną: angażuje się bezpośrednio w obie sprawy. Czy to możliwe, by miały ze sobą jakiś związek?

W porównaniu z czytanym pierwszym tomem serii, Felicia zaginęła podobała mi się znacznie bardziej. Konstrukcja sprawy była dużo bardziej sensowna i logiczna (chociaż nie obyło się bez rys), nie patrzyłam też na komisarzy z niedowierzaniem, gdy udawało mi się wyciągnąć z przesłuchania więcej niż oni sami. Tym razem śledczy działali sprawniej i wyciągali lepsze wnioski, akcja była płynniejsza i przyjemniejsza w odbiorze. Widać wyraźnie postęp pracy Horsta pomiędzy pierwszą a drugą odsłoną cyklu, co poczytuję jako bardzo duży plus: cenię autorów, którzy uczą się i stale rozwijają warsztat. Ponadto wielką zaletą jest sam pomysł: nawet jeśli Felicia... nie jest oparta na faktach, wciąż pozostaje opowieścią przemyślaną i mocno osadzoną w rzeczywistości.

Trzeba pamiętać, że kryminałami bywa różnie: czasem od połowy wiemy/domyślamy się, kto jest mordercą, innym razem niespodziewany twist sprawia, że wszystkie nasze podejrzenia okazują się nic nie warte. Obie te sytuacje są całkowicie normalne – nie mam żalu do autora, jeśli szybko rozgryzam, co i jak, bo często fabuła wynagradza mi brak zagadki. Ta sytuacja idealnie opisuje książki Horsta: czytelnik obeznany z kryminałami domyśli się tożsamości mordercy, ale wciąż nie będzie znał jego motywów; napięcie nie opadnie, a czasami może nawet wzrosnąć. 

Na plus należy również zaliczyć sposób, w jaki autor poradził sobie z dużą ilością bohaterów – wielu pisarzy mnoży ich niepotrzebnie, przez co równowaga historii zostaje zaburzona. W książce Horsta mamy do czynienia z dwiema (a nawet trzema!) równolegle prowadzonymi sprawami, co generuje sporą ilość świadków, ale też są to świadkowie wprowadzani mądrze i wnoszący coś do sprawy. Ich zeznania (często podzielone na kilka rozmów) ujawniają fakty w odpowiednim tempie i stopniowo uzupełniają obraz całej historii.. Są wartością, a nie utrudnieniem dla czytelnika.

Przywykłam już do braku chronologii w moim poznawaniu książek o Williamie Wistingu – na szczęście nie ma w nich zbyt wiele wątków związanych z prywatnym życiem bohaterów, więc spokojnie można traktować poszczególne części jako niezależne historie kryminalne. Tak tez odkrywam serię – szarpiąc ją po kawałku. Cieszę się, że już niebawem będę mogła sięgnąć po kolejną część, a gdy do Polski trafią wszystkie – kto wie, może pokuszę się o odświeżenie sobie całości w odpowiedniej kolejności? Wtedy mogłabym skupić się jedynie na sferze obyczajowej!







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.


Gdy mrok zapada || Kluczowy świadek || Felicia zaginęła || Når havet stilner ||
Den eneste ene || Nattmannen || Szumowiny || Poza sezonem || Psy gończe || Jaskiniowiec || Ślepy trop

czwartek, 31 sierpnia 2017

Inspiracje: sierpień


Drugą połowę wakacji spędziliśmy aktywnie – sporo mieliśmy wyjść, wyjazdów i wypraw (od lokalnych aż po te nieco dalsze), a przez ostatnie dwa tygodnie cieszyliśmy się urlopem. Byłam przekonana, że to będzie intensywny czas, chociaż chwilami mam wrażenie, że tak naprawdę… nic nie robiłam. Książki, komiksy czy seriale udało mi się ledwo liznąć, stąd też cisza na blogu praktycznie przez cały miesiąc. Mam nadzieję, że szybko zbiorę się w sobie i odpalę energię do wrześniowej pracy…

Tymczasem z chęcią przypominam sobie wszystkie odkrycia sierpnia. Największym zachwytem jest z pewnością Polcon i Lublin, ale o nich pojawią się osobne posty już niebawem.


Atomic Blonde


W tym miesiącu byliśmy w kinie aż 5 razy, co stanowi absolutny rekord nie tylko czasów naszego związku, ale i życia każdego z nas. Filmów obejrzeliśmy (jak na nas) sporo, ale to Atomic Blonde skradła moje serce. I to w jakim stylu! Bardzo podobał mi się klimat tej opowieści, zakochałam się w dwojgu głównych bohaterów (i mam mega problem, kogo wolę bardziej, ale postuluję więcej takich ról dla Jamesa McAvoya!) i kompletnie nie przeszkadzała mi nieprawdopodobna, momentami przesadzona i pogmatwana fabuła. Całości dopełnił mistrzowski soundtrack – kolejny, którego wersję CD widziałabym u siebie, a który pewnie przyjdzie mi ściągać ze Stanów.

PS Warto zwrócić uwagę, w jak dziwnym kraju żyjemy: w oryginalnej wersji plakatu napis na górze głosi, że Charlize Theron is totally badass, natomiast w Polsce mamy informację o najpiękniejszej broni masowego rażenia… Ja to tylko tu zostawię.


Koncert Julii Pietruchy w Gdańsku

Tego nie da się opisać, tam trzeba po prostu być. Julka jest jedną z tych artystek, która za każdym razem śpiewa inaczej, a jej nastrój, ton i komentarze dodają utworom zupełnie nowego charakteru. Pięknie było usłyszeć znana piosenki, w tym te ulubione, ale też kilka nowych, które dają nadzieję, że może już niebawem usłyszymy o drugiej płycie! Ta pierwsza znów leci u mnie praktycznie cały czas, bo najlepiej dodaje mi energii.


Festiwal Smaków w Grucznie  



Od dwóch lat rodzice zachwalali mi coroczny Festiwal Smaków, który odbywa się w moich w-pewnym-sensie-rodzinnych stronach, czyli w położonej w województwie kujawsko-pomorskim wsi Gruczno. W tym roku złożyło się tak, że miałam okazję wybrać się razem z nimi i absolutnie nie żałuję. Tak ogromnego zbioru lokalnych przedsiębiorców prezentujących swoje produkty nie widziałam jeszcze nigdy. Znajdziecie tam wszystko: wysokiej jakości sery, wędliny tak przyprawione, jak nigdzie indziej, pełen wybór miodów, nalewek, ale też naturalnych kosmetyków.  Jeśli cenicie sobie kontakt z producentami i kupowanie towarów bezpośrednio od nich oraz jeśli nie przeszkadza Wam atmosfera bardzo dużego jarmarku – szczerze polecam.


Patapon 3

Żeby nie było tak całkowicie „outdoorowo”, dorzucam inspirację typowo kanapową. Na Jarmarku Dominikańskim było cudne stoisko z grami konsolowymi, dzięki któremu postanowiłam w końcu odkurzyć swoje PSP. Kiedy tylko w moje łapki wpadła trzecia część Pataponów, nie mogłam sobie odpuścić. Pół urlopu waliłam w bębny. ;)

Dla niewtajemniczonych: Patapon to seria gier zręcznościowych opartych na wystukiwaniu rytmu za pomocą czterech bębnów. Gracz wciela się w postać boga, który zagrzewa do walki tytułowe stworki i pomaga im pokonywać kolejne trudności. Mnie gra wciągnęła od pierwszego podejścia, mimo że cierpię na absolutny brak poczucia rytmu; pierwszą i drugą część przechodziłam już dwa razy, trzecia stanowi dla mnie wyzwanie. 


A co Ty robiłeś/aś w sierpniu?



wtorek, 22 sierpnia 2017

Ransom Riggs – „Osobliwy dom pani Peregrine”


Czasem wydaje mi się, że pewne książki mnie prześladują. Choć nie są najnowsze, widzę je wszędzie: na blogach, w powodzi zdjęć na Instagramie czy na uginających się księgarnianych półkach. Napisałabym, że bezczelnie się na mnie gapią, ale nie chcę być uznana za wariatkę, zatrzymajmy się więc na tym, że są, a ich obecność z dnia na dzień staje się coraz bardziej nachalna.

Jak nietrudno się domyślić, tak właśnie wyglądała moja relacja z Osobliwym domem pani Peregrine (jeszcze zanim go kupiłam). Od dawna wiedziałam, że taka książka istnieje i o czym z grubsza jest. Miałam ją w czytelniczych planach, ale tych luźnych, które z reguły umierają śmiercią naturalną pod natłokiem Bardzo Ważnych Nowości. W każdym razie tak było do momentu, kiedy zaczęłam tę książkę spotykać absolutnie na każdym kroku. 

Musiałam zdecydować się na jej zakup. Potem po prostu przepadłam.

Fabuła skupia się wokół przygód Jacoba – szesnastolatka, którego zmarły niedawno dziadek przez lata karmił niestworzonymi opowieściami. Chłopak już dawno przestał w nie wierzyć, ale okoliczności śmierci staruszka każą mu zwątpić we wszystko, co do tej pory znał. By rozwiać wszelkie wątpliwości i poukładać własną psychikę, Jacob wyrusza na wyspę, na której wychowywał się jego dziadek – pragnie odnaleźć sierociniec, a także jego mieszkańców. Nie spodziewa się, że w rzeczywistości okażą się znacznie bardziej osobliwi, niż w opowieściach…

Osobliwy dom pani Peregrine to bez wątpienia przygodowa powieść dla młodzieży, ale tak naprawdę spodoba się również wielu dorosłym. Ja również się do nich zaliczam. Choć akcja mogłaby być bardziej wartka, nie nudziłam się podczas lektury, a prezentowany świat kupił mnie niemal całkowicie.

Tym, co zainteresowało mnie najbardziej, są wykorzystane w książce fotografie przedstawiające różne osobliwości: lewitujące dzieci, osoby nadnaturalnie silne itp. Jeśli wierzyć posłowiu, zdjęcia pochodzą ze zbiorów różnych kolekcjonerów, zatem same w sobie nie stanowią spójnego zestawu. Jest to o tyle ciekawe, że dla fabuły książki stanowią one kluczowy element: to na nich oparta jest charakterystyka większości postaci. Wygląda na to, że autor miał w głowie jedynie zarys opowieści, a szczegóły dopracowywał w trakcie, pracując z zebranym materiałem zdjęciowym i „ożywiając” kolejnych bohaterów. Jeśli w istocie tak było, jest to bardzo ciekawy sposób pracy.

Warto wspomnieć, że jak na książkę dla młodzieży, świat Osobliwego domu… jest dość mroczny – najpierw mamy historię rozczarowanego i nierozumianego nastolatka, potem dochodzi dojmujące poczucie zagrożenia, a całość podszyta jest dodatkowo bardzo smutną atmosferą domu sierot-uciekinierów z czasów wojny. Choć nie jest to łatwy do zniesienia klimat, cieszę się, że tworzy się powieści dla młodzieży, które opowiadają o czymś więcej, niż romansach i buncie przeciwko systemowi. W książce Riggsa relacje są trudne, pokomplikowane, a bohaterowie noszą różnorodne rysy. Zachwycam się kreacją zakochanej od lat Emmy, odrzuconym ojcem Jacoba czy jego dziadkiem, który teoretycznie spędził życie na uciekaniu, konfrontując się jednocześnie ze znacznie większą sprawą. Te historie nadają książce charakteru i czynią ją znacznie ciekawszą.

Jeśli prześladować mnie mają książki tak dobre, godzę się na wszystko. Już niebawem, jeśli budżet pozwoli, zabieram się za kolejne części i mam nadzieję, że spodobają mi się równie mocno, jak pierwsza.


niedziela, 20 sierpnia 2017

Danka Braun – „Historia pewnej zazdrości”



Kiedy usłyszałam, że w najnowszej powieści części sagi Miłość – namiętność – pożądanie starsze pokolenie ustępuje pola młodszemu, bardzo się ucieszyłam. To, co wyprawiał Robert Orłowski w poprzednich tomach, musiało w którymś momencie zostać może nie tyle zakończone, co w pewnym stopniu ukrócone, chociażby z racji jego wieku. Poza tym młodzi również mają sporo do powiedzenia – byłam pewna, że wyobraźnia autorki nie pozostawi ich życia spokojnym i nudnym. Cóż, przynajmniej w tym jednym względzie się nie pomyliłam…

Historia pewnej zazdrości oparta jest o dwie osie fabularne: „czas antenowy” podzielony jest równo między dzieci Orłowskich, Izę i Krzyśka. Wątki rozwijają się równolegle, ale niemal w ogóle się ze sobą nie łączą; w moim odczuciu są także dość nierówne. Jeden mnie fascynował, drugi irytował; w jednym zachwycałam się spójnością, w drugim co chwilę coś mi zgrzytało.

Zacznijmy od pozytywów, czyli tej części książki, która poświęcona jest Krzyśkowi. Syn Orłowskich staje przed bardzo ciężkim zadaniem: musi zbudować patchworkową rodzinę, w dodatku gdy jedno z dzieci jest do tego bardzo niechętne. Z jednej strony ma na głowie ojca, który chce o wszystkim decydować, z drugiej rywalizujące ze sobą kobiety, matki jego synów. Ten wątek wywołał u mnie bardzo dużo emocji – momentami miałam ochotę nawrzeszczeć na bohaterów, że są idiotami i że sami są sobie winni. Poczytuję to jako zaletę, bo tylko dobrze poprowadzone, autentyczne historie wywołują u mnie taką reakcję. Wydaje mi się, że zachowanie bohaterów zostało przedstawione bardzo trafnie i logicznie – ich wcześniejsze decyzje mają jasny wpływ na dalszy przebieg wydarzeń.

Z kolei wątek Izy to zmiana o 180 stopni. Wchodząca w dorosłość Orłowska pakuje się w romans z (dalekim, ale zawsze) kuzynem i robi głupotę za głupotą. Tutaj wszystko wydawało mi się przesadzone, niespójne, a do tego koszmarnie irytujące. Przegapiłam moment, kiedy Iza stała się wyrachowana i cyniczna, a przy tym tak bardzo niedojrzała, by popełniać błędy, które zupełnie nie współgrają z jej rzekomą inteligencją. Z perspektywy czasu jestem w stanie wyodrębnić kilka motywów jej postępowania, a oceniana na chłodno nie wydaje się tak niespójna, jednak wciąż uważam, że opowieść o niej została w książce zaprezentowana zbyt szybko i powierzchownie, przez co bardzo dużo straciła.

Gdzieś między tymi dwoma osiami fabuły przewija się główny bohater cyklu, Robert Orłowski, który próbuje oszukać czas, a przez to staje się jeszcze bardziej nieznośny. Chce mieć kontrolę nad wszystkim i wszystkimi, a gdy ją traci, wpada w gniew i otwarcie deklaruje dezaprobatę, przez co odpowiada za większość konfliktów w rodzinie. Robert ewidentnie ma problem: z tym, że jego dzieci dorosły i nie życzą sobie, by układał im życie w najdrobniejszych szczegółach. Mimo skrajności zachowań to on pozostaje najciekawszą i najlepiej skonstruowaną postacią całej serii.

Chociaż bardzo chciałam zobaczyć w akcji młodsze pokolenie Orłowskich, nie jestem do końca zadowolona z przebiegu spraw i trochę boję się, co autorka zgotuje bohaterom w ewentualnych kolejnych częściach cyklu. Dobrze, że mam przed sobą lekturę trzech pierwszych tomów – potraktuję to jako prequel i chętnie wrócę do ulubionych bohaterów.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Prozami.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Wyniki konkursu na polecajkę


Jak obiecaliśmy, tak czynimy. Komisja w składzie Kaś&Sylwek po burzliwych naradach wyłoniła zwyciężczynie konkursu na książkowe polecanki. Dziękujemy pięknie za wszystkie zgłoszenia, najważniejszy cel został osiągnięty mamy kilka ciekawych tytułów do przetestowania. A teraz bez zbędnych wstępów prezentujemy wyniki:


Arkadię otrzymuje ... Oko na kulturę

Opowiem ci mroczną historię poleci do ... Gab rieli

To, co zostało wzbogaci biblioteczkę ... Księgozbioru Kasiny


Dziewczyny, gratulujemy! Prosimy o przesłanie danych do wysyłki na adres czworgiem@gmail.com. Czekamy 7 dni. :)

poniedziałek, 31 lipca 2017

Inspiracje: lipiec


Miałam przygotowany cudny, kłapouszkowy wstęp o tym, jaką piękną mamy jesień tego lata i jak duży ma to wpływ na poszukiwanie inspiracji. Chciałam go tutaj umieścić, może nawet z odpowiednik wykresem, ale po prostu nie jestem w stanie. No bo jak można marudzić, kiedy za oknem słońce świeci tak mocno, że jest w stanie spalić mi ramionka? No nie można. Tak więc wstępu nie będzie, po prostu zaprezentuję, co mam do pokazania.


Simplife.pl

Blog Natalii to inspiracja jeszcze z czerwca, ale postanowiłam wtedy o nim nie pisać  nie chciałam nadmiernie rozbudowywać tamtego posta, a wiedziałam, że Simplife zostanie ze mną na dłużej. Tak też się stało: przez ostatnie dwa miesiące zaglądałam tam kilka razy w tygodniu.

Natalia pisze o bardzo wielu sprawach: jodze, jedzeniu, ubraniach, kosmetykach... Choć wydawać by się mogło, że to tematyczny rozrzut, tak naprawdę wszystko jest spójne dzięki nasyceniu ideologią slow. Z dumą mogę powiedzieć, że przeczytałam większość tekstów na blogu i wiele z nich mnie zachwyciło; podoba mi się podejście autorki do życia i sposób, w jaki ubiera swoje myśli w słowa. To posty wartościowe z gatunku tych, o których można powiedzieć, że w jakiś sposób wpłynęły na nasze życie. Poniżej kilka tekstów, które należą do moich ulubionych, ale wierzcie mi  jest ich znacznie więcej:



Kulinarna Świętojańska



Zdarza Wam się wybrać na jedno wydarzenie, a trafić na zupełnie inne? To właśnie spotkało nas w ostatni weekend lipca. Do Gdyni pojechaliśmy na Nadmorski Plener Czytelniczy, ogarnęliśmy co było do ogarnięcia, a ja w drodze powrotnej zapragnęłam wstąpić na chwilę do Tigera (i niech mi ktoś powie, że nie było warto!). Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że, połowa ulicy Świętojańskiej zamieniła się w strefę gastro, na której okoliczne restauracje prezentowały miniaturki swoich produktów. Załapaliśmy się na pyszne mięso w sosie od Bollywood Lounge oraz mini burgery z Bliżej. Tym sposobem mamy dwie nowe miejscówki do wypróbowania!

Nie wiem, która to była edycja (na pewno nie pierwsza, bo takie samo wydarzenie odbyło się rok temu), ale na pewno będę obserwowała profil organizatorów, żeby dowiedzieć się o kolejnej. Zainteresowanie było bardzo duże, więc liczę, że widzimy się za rok!


Escape room

Zanim wybraliśmy się do escape roomu miałam wrażenie, że jesteśmy ostatnimi osobami, które jeszcze nigdy tam nie były. Co nie znaczy, że nie chcieliśmy, albo że poszliśmy tam dla mody; wręcz przeciwnie  w luźnych planach mieliśmy ten wypad od dawna, ale ciągle nie było czasu i okazji. W tym miesiącu wreszcie się udało i możemy z radością dołączyć do grona zadowolonych odbiorców tej formy rozrywki. 

Na nasz pierwszy raz (haha!) wybrałam Escape Me w Gdyni i właściwie nie żałuję  to (jak dowiedzieliśmy się później) miejsce słynące z mniej oczywistych pokoi opartych na czymś więcej niż dużej liczbie kodów, dlatego też część osób może być równie zaskoczona jak my podczas pierwszych oględzin pokoju. Obsługa jest świetna, cała wizyta przebiega w cudnej atmosferze. Na pewno wrócimy tam jeszcze do pozostałych pokoi.

Co ważne – nawet ktoś tak pozbawiony logicznego myślenia jak ja, może się tam wybrać. Bałam się, że będę bezużyteczna, ale nie było aż tak źle. W dodatku ani razu się nie pokłóciliśmy!


Czasopismo Paznokcie


Podczas którejś z wizyt w Empiku Sylwek wypatrzył ten magazyn na jednej z półek z prasą. Przez cały miesiąc byłam pewna, że to jedno z pierwszych wydań  w końcu nigdy wcześniej go nie widziałam. Dopiero niedawno odkryłam, że już za moment na rynku pojawi się 82 numer! Brawo ja...

Sam magazyn jest naprawdę ciekawy, zwłaszcza z perspektywy paznokciowego laika, którym jestem. Znajdziemy tu mnóstwo inspiracji co do stylizacji, wiele z nich opisanych krok po kroku pod względem wykonania. Do tego dochodzą artykuły techniczne pisane przez profesjonalne stylistyki paznokci. Jednym słowem: duża dawka wiedzy zebrana w bardzo przyjemnej dla oka formie. 


Sierpień będzie dla nas czasem wyczekiwanych wakacji (przynajmniej w połowie), więc mam nadzieję, że przyszłomiesięczne inspiracje będą przebogate. Tymczasem dajcie znać, co Was zachwyciło w ostatnim czasie!







PS Żeby nie było, że nie przypominaliśmy  tylko do końca lipca trwa nasz konkurs, w którym rozdajemy książki za polecajki, także na zgłoszenia zostały ostatnie godziny. Klik, klik?


sobota, 22 lipca 2017

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Leon”


Co do pierwszej części cyklu Herkules – miałam bardzo dużo wątpliwości. Kolaboracje między pisarzami mają to do siebie, że często zamiast wyciągać z prozy obu twórców to, co najlepsze, raczej uwydatniają braki. Ostatecznie powieści wychodzą sztywne i pozbawione charakteru, albo, co gorsza, kompletnie niespójne, z wyraźnym rozdźwiękiem między autorami. 

Na szczęście ani w przypadku Na imię mi Zack, ani tym bardziej w kontynuacji, Leonie, nic takiego nie miało miejsca.

W niedostępnej, mało uczęszczanej dzielnicy, na szczycie komina przemysłowego znalezione zostaje ciało chłopca. Gdy policja stara się ustalić kim był i w jaki sposób zginął, do sieci trafia nagranie z ostatnich minut jego życia – dziecko zostało brutalnie zamordowane przez mężczyznę w lwiej skórze. Komisarze muszą szybko znaleźć sprawcę, bo wszystko wskazuje na to, że w piwnicznej klatce przetrzymywany jest kolejny chłopiec…

Już jedna z pierwszych scen książki pokazuje nam dokładnie, z czym będziemy mieli do czynienia i stanowi reprezentację tak Leona, jak i całego cyklu. Zack Herry, wschodząca gwiazda policji, gra w rosyjską ruletkę, aby pozyskać informacje na temat zaginionego dziecka. Ale jak gra! Autorzy bardzo dokładnie odzwierciedlają to, co dzieje się w umyśle komisarza przy każdej kolejnej dokładanej kuli, jak buzuje w nim adrenalina i rośnie napięcie. Duet Kallentoft&Lutteman nie boi się skrajnych tematów, a ich sposób opisu potrafi przyprawić o ciarki. Nie będzie ozdobników i uproszczeń, o nie. Tutaj babramy się w psychice bardzo dziwnych bohaterów.

Sam komisarz Herry nie jest typowym przedstawicielem policji nawet jeśli wziąć pod uwagę patologiczną normę wśród skandynawskich śledczych. W jego przypadku problemy są głębsze, a ich odzwierciedlenie w życiu Zacka znacznie bardziej spektakularne. Młody mężczyzna nosi w sobie traumę, z którą nie jest w stanie poradzić sobie sam, w efekcie czego co i rusz funduje sobie nowe, silne doznania dzięki środkom psychoaktywnym: kokainie, amfetaminie, alkoholowi. Komisarz zdaje się być uzależniony także od adrenaliny: im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym więcej emocji w nim wyzwala. Cały myk autorów nie polega jednak na stworzeniu odpowiednio kontrowersyjnego śledczego, a na należytym opisaniu jego zachowań. Jak już wspomniałam, Kallentoft i Lutteman uwielbiają babrać się w tym, co dzieje się w głowie Zacka na co dzień, a także w kontakcie z narkotykami. Rozkładają na czynniki pierwsze stan napięcia w umyśle bohatera i cały błogostan, który nadchodzi po nim. 

Chyba nie powinnam się przyznawać, że Zack Herry tak bardzo mnie intryguje.

W obliczu tak wyrazistej kreacji głównego bohatera, sama zagadka zdaje się schodzić na nieco dalszy plan. Nie oznacza to jednak, że nie jest interesująca! Wręcz przeciwnie – moim zdaniem jest skonstruowana dobrze, spójnie i posiada wszelkie cechy, by utrzymać zainteresowanie czytelnika. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nieadekwatny opis okładkowy. Naprawdę rozumiem, że wyścig z czasem sprzedaje się lepiej niż żmudne śledztwo, ale nie dajcie się nabrać. Zanim dojdzie do sytuacji opisanej w blurbie, czeka nas wiele innych, równie kluczowych fabuły wydarzeń, a cała książka nie opiera się bynajmniej na gorączkowym poszukiwaniu chłopca zamkniętego w piwnicy, choć i ten element oczywiście w końcu się pojawia. Dużo czasu i uwagi jest tu poświęcone poszczególnym śledczym, sposobom ich pracy, a pierwsza połowa książki nie jest napakowana akcją, choć mimo to wcale się nie dłuży.

Jeśli z jakichś powodów nie spodobały Wam się solowe powieści Monsa Kallentofta, możecie śmiało spróbować cyklu o Zacku Herrym. Wpływ Markusa Luttemana jest bardzo wyraźny: nie ma charakterystycznych dla serii o Malin Fors długich, quasi-filozoficznych myśli, nie ma ofiar przemawiających zza grobu. Jest za to świetna kreacja głównego bohatera i opis, który potrafi zachwycić. Nie boję się powiedzieć, że cykl o Zacku Herrym jest lepszy od tego o Malin Fors, mimo że oba lubię i chętnie po nie sięgam. Gdybym miała polecać, zachęcałabym jednak, żeby w pierwszej kolejności sięgnąć po Herkulesa.






Na imię mi Zack || Leon || Bambi

czwartek, 20 lipca 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk – „Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”



Niezastąpiona Karolina obdarowała mnie urodzinowo dwiema częściami cyklu Kwiat Paproci. To dopiero prezent wywołujący dysonans poznawczy… Z jednej strony uwielbiam wszystko, co związane ze słowiańskimi wierzeniami, z drugiej zaś – w mrokach mojej duszy wciąż tkwi trauma po poprzednim spotkaniu z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk przy okazji powieści Ja, Diablica. Delikatnie rzecz ujmując książka ta nie należy do moich ulubionych. I co tu odpowiedzieć, co robić? Po namyśle postanowiłam, cytując Muńka Staszczyka, „uprzedzenia wyrzucić w kąt” i dać autorce jeszcze jedną szansę, skoro już los skrzyżował moje drogi z fanką serii. Nie zwykłam lekceważyć głosu przeznaczenia.

Gwoli wstępu: Kwiat paproci to cykl opowiadający historię młodej adeptki sztuk medycznych, Gosi, która wyjeżdża na wieś, by terminować u miejscowej szeptuchy. Mimo że dziewczyna nie wierzy w „bzdurne zabobony”, szybko okazuje się, że będzie musiała zmienić swoje nastawienie, bowiem poprzez pochodzenie jest silnie związana nie tylko z tradycją, ale i słowiańskimi bogami, którzy okazują się być żywi bynajmniej nie tylko w umysłach miejscowych ludzi. Jakby kłopotów było mało, na drodze Gosi staje uczeń miejscowego żercy, Mieszko, który z historycznym władcą Polan wspólne ma nie tylko imię…

Na samym początku bardzo negatywne wrażenie zrobiła na mnie kompletnie nielogiczna konstrukcja świata przedstawionego. Akcja cyklu rozgrywa się w czasach współczesnych, ale w alternatywnej rzeczywistości, w której Mieszko I nigdy nie przyjął chrztu. Pominę fakt, że gdyby tak się stało, Polski prawdopodobnie by nie było, a z pewnością nie stałaby się ona supermocarstwem… Główny problem konstrukcyjny tej opowieści leży gdzie indziej: otóż w tym świecie wszystkie państwa wokół rozwinęły się normalnie, a jedynie u nas nadal kultywowane są słowiańskie wierzenia, krajem rządzi król, a nowoczesność miesza się z tradycją. Do tego dochodzi fakt, że bohaterka tak wypowiada się o swojej religii, jakby wiedziała, że coś jest nie tak z rzeczywistością, w której żyje – niemal na dzień dobry dostajemy refleksją z gatunku „ciekawe, co by było, gdyby Mieszko przyjął chrzest”, która tylko potęguje nienaturalność całej sytuacji.

Po kilkudziesięciu stronach zamknęłam książkę i wzięłam kilka głębokich oddechów. Przypomniałam sobie, że czytam paranormal romance i… wyluzowałam. Zdecydowanie wyszło mi to na dobre, bo od tej pory kolejne powieści czytało mi się milion razy lepiej.

Zacznijmy od najważniejszego, czyli obiecywanego wszem i wobec niezwykle bogatego słowiańskiego folkloru. Pod tym względem nie mam powieściom nic do zarzucenia. Cieszyłam się jak dziecko odkrywając kolejne elementy świata przedstawionego i uważam, że autorce udało się dobrze odzwierciedlić zaplanowany klimat. Znajdziemy tu cała plejadę stworzeń rodem z Bestiariusza słowiańskiego (czasem tłumaczenie kto jest kim jest nieco zbyt toporne, ale to pomniejsza wada), ale też bogów o bardzo ludzkich cechach i przywarach. To właśnie relacja głównej bohaterki z tymi drugimi stanowi clou całej opowieści. Podoba mi się mocne podkreślenie charakterystycznych rysów poszczególnych bóstw i wykorzystanie ich dla fabuły. Do tego dodać należy słowiańskie rytuały i obrzędy, które również opisane są należycie i bardzo sugestywnie; tak, że chciałoby się wziąć w nich udział, dać się porwać sytuacji. Z opowieści bije magia i to właśnie ona najmocniej mnie urzekła.

Jeśli chodzi o akcję, poszczególne części cyklu są bardzo nierówne. Pierwsza wykorzystuje element zaskoczenia i wprowadza czytelnika w wykreowany przez autorkę świat; równowaga między fabułą a opisami jest zachowana, a odkrywanie poszczególnych elementów otoczenia – przyjemne. Druga odsłona jest w naturalny sposób mniej dynamiczna od swojej poprzedniczki. W tym przypadku autorka zdecydowała się przedłożyć uzupełnianie opisu świata nad budowanie ciekawej akcji, w związku z czym Noc Kupały jest znacznie wolniejsza i przez to nieco się dłuży. To typowy zapychacz fabularny, który, owszem, rozjaśnia nam pewne niuanse związane z alternatywną wersją historii, ale nie ciekawi tak mocno, jak część pierwsza. Z kolei Żerca bardzo mile mnie zaskoczył – na początku spanikowałam wyczuwając perspektywę pojawienia się trójkąta miłosnego, jednak z czasem okazało się, że to najlepsza i najciekawsza odsłona cyklu. Zainteresowała mnie zaprezentowana w niej zagadka, relacje międzyludzkie (i międzyboskie), a także ciągłe poczucie zagrożenia, z którym zmagała się bohaterka.

Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że udało mi się nawet polubić główną bohaterkę. Gosia na początku była bardzo irytująca z tym swoim nastawieniem „na nie” i niewiarą w absolutnie wszystko, co ją spotyka, ale w ostatniej części zyskała moją sympatię dzięki kilku wydarzeniom. Poza tym jest postacią, która ewidentnie się rozwija, nie można zarzucić jej statyczności. Dodatkowo to z nią związana jest większość zabawnych scen (a humor odgrywa w tych książkach bardzo ważną rolę), więc naturalnym jest, że w którymś momencie czytelnik zaczyna z nią sympatyzować.

Zastanawiam się, co sprawiło, że w ostatecznym rozrachunku cykl Kwiat paproci tak bardzo mi się podobał. Gdybym miała wskazać jeden czynnik, prawdopodobnie byłby to mocno widoczny słowiański klimat opowieści. W gruncie rzeczy chciałabym żyć w rzeczywistości wykreowanej przez Katarzynę Berenikę Miszczuk – w świecie, gdzie bogowie są realni, magiczne istoty żyją wszędzie tam, gdzie się w nie wierzy, a rytuały są wciąż żywe i kultywowane. Uwielbiam wszystko co związane z tym tematem i bardzo się cieszę, że powstał cykl tak silnie osadzony w słowiańskim klimacie. I to nie tak, że opowieść nie ma słabszych stron – język nie zawsze zachwyca, dialogi potrafią być płytkie, a do tego wszystkiego dochodzi ten nieszczęsny romans, który chwilami próbuje wydostać się na pierwszy plan. A jednak, choć nigdy bym się tego nie spodziewała, myślę, że jeszcze wrócę do tej opowieści – choćby po to, żeby poznać jej zakończenie.






Wydawnictwu W.A.B. dziękuję serdecznie za możliwość poznania trzeciej części cyklu.

wtorek, 18 lipca 2017

Remigiusz Mróz – „Czarna Madonna” [przedpremierowo]


Bilety lotnicze wysyłane do blogerów, fragmenty układanki stopniowo odsłaniające okładkę, atmosfera ogólnej tajemnicy. Trzeba przyznać, że Czwarta Strona i Remigiusz Mróz stanowią duet idealny, jeśli chodzi o promocję powieści, bo zawsze wychodzi im to perfekcyjnie. Mnie nie trzeba było długo namawiać – ze swoją sympatią do autora absolutnie się nie kryję, podobnie jak z tym, że postawiłam sobie za cel przeczytanie wszystkich jego książek. Tym bardziej ucieszyłam się wczoraj, kiedy (jeszcze przedpremierowo!) znalazłam na łóżku paczkę z wydawnictwa. Wiedziałam, że lektura będzie ekspresowa, a wrażenia po niej zebrane w nie do końca standardowy tekst.

Pierwszy horror w dorobku Remigiusza Mroza dotyczy zaginięcia samolotu irlandzkich linii lotniczych. Na pokładzie Boeinga 747, prócz ponad 500 osób, znajdowała się narzeczona głównego bohatera, Filipa. Mężczyzna, który dzięki zbiegowi okoliczności uniknął znalezienia się w samolocie, odchodzi od zmysłów obserwując kolejne doniesienia dotyczące zaginionej maszyny. Nie wie jeszcze, że to, co stanie się niebawem, nie tylko zachwieje w posadach jego światopoglądem i wiarą, ale także wskaże mu istnienie spraw przekraczających ludzkie pojmowanie. Jak wielotonowa maszyna może zniknąć w przestrzeni powietrznej? Kto jest odpowiedzialny za tę tragedie? I co ma z tym wszystkim wspólnego obraz Czarnej Madonny?

Na samym początku miałam wrażenie, że ta książka to jakiś wyjątkowo kiepski żart – wszystko, o czym czytałam, było dla mnie niespójne i nieprawdopodobne, nie widziałam w opowieści celu. Zastanawiałam się, gdzie jest ten rozsławiony horror i co tak właściwie czytam. Denerwował mnie główny bohater, jego zachowanie, denerwowało mnie wprowadzenie i cała początkowa sytuacja. Nie mogłam się skupić. Nie mogłam też patrzeć na bardzo bezpośrednie nawiązania do religii, które wydawały się nie mieć żadnego uzasadnienia.

Tak było aż do ostatniego zdania V rozdziału. Zdania, od którego zmieniło się wszystko. W tym momencie akcja nabrała tempa, zmieniła się. To, co na początku było doskwierającym niedomówieniem, stopniowo zaczęło się klarować i tworzyć spójną, interesującą fabułę. Pojawiła się zagadka, której elementy ujawniane były stopniowo, w odpowiednich odstępach czasu, stale podtrzymując moją uwagę. Zrozumiałam konstrukcję opowieści i doceniłam nawiązania do rzeczywistości. Odkryłam wkład pracy autora i to, jak dobrze przygotował się do pisania tej powieści. Zobaczyłam w tym wszystkim wyraźny i bardzo ciekawy pomysł. Do końca czytałam szybko i z przyjemnością.

Jest tylko jeden, zasadniczy problem: nie dałam rady wczuć się w klimat tej historii.

Generalnie jestem fanką horrorów i czytałam ich już bardzo, bardzo dużo. Najbardziej lubię te mroczne i ściśle związane z rzeczywistością, odkrywające zakamarki ludzkiej psychiki. Podobnie jak Remigiusz Mróz, traktuję Stephena Kinga jako mistrza tego gatunku – uważam, że nikt inny nie potrafi tak sprawnie dotrzeć do mrocznej strony człowieka i tak bezwzględnie jej obnażyć. Nikt tak nie przeraża realizmem i nie porusza we mnie czułych strun. Nikt nie sprawia, że z niepokojem rozglądam się wokół, a przez kilka tygodni po lekturze mam w głowie sceny z książki i przemyślenia na ich temat.

Remigiusz Mróz również tego nie robi.

Żeby była jasność: wydaje mi się, że jestem odbiorcą specyficznym (pewnie tylko mi się wydaje) i mam bardzo sprecyzowane oczekiwania wobec gatunku, jakim jest horror. Nie dysponuję zbyt rozbudowaną wyobraźnią, więc ciężko mnie przerazić za pomocą sugestywnych obrazów – czytając nie wyobrażam sobie w głowie scen, które są mi opisywane. Dlatego jedyną formą horroru literackiego, jaki robi na mnie wrażenie, jest ten głęboko psychologiczny. To właśnie głębi postaci, ich motywacji i zachowań zabrakło mi w Czarnej Madonnie. Choć jest to horror religijny, więc literacko w gruncie rzeczy oryginalny pod względem tematu i treści, operuje wieloma kliszami, które łatwo możemy odnaleźć w filmach. Egzorcyzmy to temat popularny i często wykorzystywany, a wszystkie sceny, które są w tej książce potencjalnie przerażającymi, opierają się właśnie na opętaniu. Twarz wykrzywiona w przedziwnym wyrazie, miotanie człowiekiem jak marionetką, wykrzykiwane bluźnierstwa, czarna maź sącząca się z otworów ciała… W pewnym sensie książka z narracją pierwszoosobową daje nam nowe spojrzenie na wszystkie te klisze, jednak w wersji literackiej oddziaływanie tych scen na naszą psychikę jest bardzo mocno osłabione.

Nie można odmówić Mrozowi zaangażowania w tematy bieżące i tego, z czego słynie: dobrego reaserchu. Czarna Madonna naszpikowana jest ciekawostkami okołoreligijnymi dotyczącymi kulisów pracy egzorcystów oraz samej historii chrześcijaństwa; autor wykorzystuje różnorodne teksty biblijne, spójnie wplatając je w fabułę. Niestety, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Wotum nieufności, widać wyraźnie, że jest to grunt, który dla samego Mroza nie jest tak pewny jak meandry prawa, w związku z czym cała wiedza podana jest nieco bardziej topornie, często w formie monologów głównego bohatera i wyrzucania z siebie kolejnych faktów. 

Jestem nieco zawiedziona, ale głównie dlatego, że nie otrzymałam tego, co najbardziej mnie interesowało – porządnej psychologii postaci. Czarna Madonna to zupełnie inny typ horroru, opierający się na odmiennych mechanizmach i schematach. Doceniam jednak konstrukcję fabularną i pomysł na to, jak połączyć katastrofę lotniczą z motywem religijnym, który w dodatku ma bardzo mocne osadzenie w samej Biblii, a nie wyłącznie w wyobraźni autora. No i muszę oddać Mrozowi sprawiedliwość, bo jeden element zrobił na mnie wrażenie: bardzo sugestywny opis katastrofy lotniczej sprawił, że mój lęk przed tym środkiem transportu podniósł się jeszcze bardziej, choć byłam pewna, że to niemożliwe. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 19 lipca!

niedziela, 16 lipca 2017

Stos: wakacje za miesiąc, ale zapasy już czekają


Dokładnie za miesiąc zaczynam swoje pierwsze w życiu dorosłe wakacje, czyli wyczekiwany, dwutygodniowy urlop. Spędzę go najprawdopodobniej w rozjazdach i pewnie nie będę miała zbyt wiele czasu na czytanie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby poczynić konkretne książkowe zapasy, prawda? Każdy pretekst jest dobry, zwłaszcza że ostatnio wydłużył mi się dojazd do pracy i kolejne pozycje pochłaniam w tempie ekspresowym.


Pierwsza pula książek to zakupy poczynione w różnym czasie na stronie Świata Książki. Nie będę się już rozwodziła nad promocjami, bo jeszcze ktoś zasugeruje, że księgarnie mnie sponsorują (niestety nie); powiem tylko, że wszystkie z prezentowanych pozycji kupiłam z około 40-procentowym rabatem. Tym sposobem udało mi się zamknąć trzy serie: Mścicieli Brandona Sandersona, cykl o Długiej Ziemi duetu Pratchett&Baxter (tekst o tej drugiej książce i krótkie podsumowanie całości możecie znaleźć tutaj) oraz Tajne Akta Vespera. Trylogią z Wysp Owczych uzupełniłam swoją kolekcję książek Remigiusza Mroza (w każdym razie na ten moment, bo 19 lipca premiera Czarnej Madonny…), natomiast Uciekinier oraz Rok wilkołaka przybliżyły mnie do zebrania wszystkich powieści Stephena Kinga. Do tego doliczyć trzeba długo wyczekiwane Kroniki Jakuba Wędrowycza (lekturę mam za sobą, całkiem przyjemna i zabawna opowieść), Nowy wspaniały świat (który przypomniał mi, dlaczego kiedyś nienawidziłam science-fiction) oraz Czereśnie zawsze muszą być dwie Magdaleny Witkiewicz. Totalny rozrzut tematyczny, ale każdą z tych książek bardzo chciałam przeczytać.



Drugi zestaw to zakupy z Arosa, który nadal plasuje się na liście moich ulubionych sklepów, nawet jeśli można tam upolować książki z „tylko” 35-procentową zniżką. Jaskiniowca zamówiłam bojąc się nieco o jego dostępność – to bodaj pierwsza wydana w Polsce książka Horsta i w wielu miejscach nie można jej już kupić. Na Kolej podziemną skusiłam się po bardzo obiecującym wywiadzie z autorem w wakacyjnym wydaniu Książek (czasopisma chyba nie mam już serca polecać, ale sam wywiad jest w porządku, podobnie jak artykuł o geografii polskiego fantasy). Rozmowa z prof. De Barbaro to wynik mojej sympatii do niego i zakup całkowicie spontaniczny (i udany! tekst o książce tutaj), natomiast Leon… Cóż, Kallentoft to must have mojej biblioteczki.

Niedawana przeprowadzka i wakacje rodziców przypomniały mi o mojej manii zbierania baśni i legend wszelakich, więc w kolaboracji z resztą rodziny przy okazji promocji uzupełniłam sobie również kolekcję książek wydawnictwa BOSZ. Prawdę mówiąc bliżej kojarzyłam tylko Duchy polskich miast i zamków, nie wiedziałam, że w ofercie jest więcej książek, które mogą mnie zainteresować (obczajałam sobie jedynie Bestiariusz słowiański, bo Sylwek ma, ale to raczej jego bajka, nawet mimo ślicznych ilustracji). Tym sposobem oprócz wspomnianych Duchów… sprawiłam sobie Legendy zamków karpackichLegendy zamków sudeckich oraz Świętych i biesy. Książki są prześliczne wydane, pełne cudownych ilustracji i bardzo tanie jak na swoją wspaniałość.



W tym miesiącu kupiłam również dwa komiksy (i więcej nie kupię, jak Babcię kocham, już przy tych cudeńkach mój portfel zapłakał rzewnie i rozpaczliwie). Po dwóch pierwszych tomach Sandmana postać Śmierci zawładnęła mną całkowicie, było zatem jedynie kwestią czasu, kiedy skuszę się na zbiorcze wydanie jej przygód. Z kolei Y został mi polecony – historia ostatniego mężczyzny mnie zaciekawiła, zobaczymy czy się polubimy.


A jak Wasze wakacyjne czytanie? Robicie zapasy?



piątek, 14 lipca 2017

Bogdan de Barbaro, Danuta Kondratowicz – „I jak tu się dogadać?!”



Nie da się tworzyć relacji bez konfliktów – różnice zdań zdarzają się w parze, wśród rodzeństwa, w kontakcie z rodzicami… Nie bez powodu mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Mam jednak dobrą wiadomość: wiele z tych problemów da się rozwiązać, choć czasem niezbędna może być pomoc specjalisty. Terapeuta specjalizujący się w pracy z rodzinami, profesor Bogdan de Barbaro, oraz dziennikarka Danuta Kondratowicz w swojej najnowszej książce dyskutują i omawiają kilka problemów, które wydają się nie mieć dobrego rozwiązania – w każdym razie na pierwszy rzut oka.

Gdy zaczęłam lekturę i zobaczyłam konstrukcję tej książki, naszła mnie cała masa wątpliwości. Forma, w jakiej prezentowane są dane oraz sama treść bardzo przypominają to, czego sama uczyłam się na zajęciach z terapii rodzin: znajdziemy tu coś na kształt transkrypcji wywiadu, omówienie przypadku wraz z genogramem (poczynione z perspektywy terapeuty) oraz, dopiero po tym wszystkim, komentarz w formie dialogu między autorami książki. Na początku nie byłam do końca przekonana, czy ta konstrukcja mi się podoba, czy nie jest to aby zbyt szczegółowe wejście w rolę psychologa i proces terapeutyczny jako taki – wszak to książka ogólnodostępna i raczej popularnonaukowa. Z czasem jednak coraz wyraźniej widziałam ogromną zaletę postępowania autorów, mianowicie oswajanie zwykłych ludzi z sytuacją terapeutyczną. 

Mimo że pomoc psychologiczna staje się coraz powszechniejsza, a wizyty u psychologa, terapeuty czy nawet psychiatry powoli przestają być powodem do wstydu, wciąż bardzo często spotykam się z oporem w tym zakresie. Mówią prościej: coraz przychylniej patrzymy na ludzi, którzy korzystają z profesjonalnej pomocy, ale sami nie jesteśmy już tak chętni, bo przecież „jesteśmy normalni” i poradzimy sobie sami, prawda? Właśnie dlatego uważam, że takie książki są bardzo potrzebne, bo nie tylko pokazują nam, że pewne problemy są powszechne i rozwiązywalne; dzięki nim zwykły, przeciętny człowiek ma szansę zobaczyć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. W I jak tu się dogadać?! czytamy o filarach pracy psychologa: bezstronności, nieocenianiu, niedoradzaniu; widzimy też, w jaki sposób analizowany jest problem pacjenta/klienta i jak klarują się rozwiązania. To zbliża i – moim zdaniem – może zmniejszać lęk.

Jeśli chodzi o samą treść, w książce znajdziemy trzy przykłady konkretnych problemów: skłócone siostry z wyraźną antypatią sprzed lat, dojrzała parę o różnych wzorcach podziału obowiązków oraz skonfliktowaną rodzinę patchworkową z bardzo pogmatwanymi relacjami. Można by powiedzieć, że to niewiele – trzy przypadki, skoro problemów wśród ludzi jest tak dużo… Mimo to warto mieć na względzie, że dzięki dużej selekcji, wybrane sytuacje omówione są bardzo dokładnie. Otrzymujemy nie tylko zaawansowaną analizę, ale również wiele hipotez na temat możliwych przyczyn danej sytuacji, ewentualnych rozwiązań plus nawiązania do innych, pokrewnych tematów.

Kto miał okazję czytać jakąkolwiek książkę profesora de Barbaro lub rozmowę taką jak ta, ten wie, czego można się spodziewać: będzie lekko, przyjemnie, z dużą dozą żartu i samokrytycyzmu. To bardzo charyzmatyczny rozmówca, który ma dar do prostego i przystępnego tłumaczenia meandrów terapii. Podoba mi się również rola, jaką przyjęła w tej książce Danuta Kondratowicz – nawet jeśli interesuje się psychologią, pod każdym względem wie o niej mniej niż profesor, a jednak nie przyjmuje na siłę postawy głupiutkiej, pytającej o wszystko, naiwnej istotki. Dialog ma konkretny, dobry poziom i pozwala rozwinąć interesujące kwestie w sposób, który jest bliski perspektywie czytelnika-laika. Pytania zadawane są umiejętnie, odpowiedzi właściwie konkretne. Wszystko jest na swoim miejscu.

Zamawiając tę książkę kierowałam się głównie nazwiskiem profesora de Barbaro na okładce i nie zastanawiałam się specjalnie, czego mogę od niej oczekiwać. No, może nieco bałam się tego, że trzy przykłady to za mało i w sumie może się okazać, że nie warto. Nic bardziej mylnego! Poziom, na jakim poprowadzony jest dialog do spółki z analizą konkretnych przypadków sprawiają, że to naprawdę interesująca pozycja, którą w dodatku bardzo lekko się czyta. Najważniejsze jest jednak to, o czym wspomniałam na początku: wydaje mi się, że po przeczytaniu tej książki terapia staje się nieco mniej straszna, bardziej przyjazna czytelnikowi. Mam nadzieję, że wielu osobom takie właśnie efekty przyniesie jej przeczytanie.


środa, 12 lipca 2017

Konkurs: poleć nam książkę! (zakończony)


W ostatnich miesiącach okazji do świętowania mieliśmy mnóstwo: 4 lata blogowania, 300 obserwatorów, 666 wpis… Mimo to ogólna sytuacja nie sprzyjała organizowaniu konkursów. Dopiero niedawno pojawiła się iskra: a może warto coś dla Was przygotować w ramach podziękowań? Nie ma na co czekać, ruszamy z tematem!


Na nowy dom czekają:

Arkadia Lauren Groff – niebanalna, poetycka powieść o życiu w hipisowskiej komunie i opuszczaniu jej; o tym w jaki sposób środowisko z dzieciństwa warunkuje nasz późniejszy stosunek do świata. Dla fanów literackich wyzwań i głośnych, nagradzanych autorów.

Opowiem ci mroczną historię Stefana Dardy – dla tych, którzy lubią czuć dreszczyk emocji płynący z grozy. Zbiór opowiadań naszego rodzimego mistrza horroru; klimatyczny, mroczny i niesztampowy.

To, co zostało Jodi Picoult – kultowa już powieść z pogranicza obyczajowości i etyki poruszająca (jak to u Picoult) ważny dylemat moralny: w tym przypadku problem eutanazji. W tej powieści nic nie jest czarno-białe, a autorka zostawia nas z ważnymi refleksjami.


Zasady konkursu są proste: w komentarzu pod tym postem polećcie nam wybraną książkę. Może to być Wasza ulubiona pozycja albo niedawny zachwyt – jak wolicie. My wybierzemy te odpowiedzi, które najbardziej nam się spodobają. Nie zapomnijcie dopisać, którą nagrodę wybieracie! Nie musicie być obserwatorami naszego bloga, ale pamiętajcie: wyniki pojawią się w osobnym poście, a zwycięzcy sami będą musieli się z nami skontaktować. Konkurs potrwa do 31.07 do godziny 23:59, a wyniki ogłosimy w ciągu kolejnych trzech dni. 


Powodzenia!

poniedziałek, 10 lipca 2017

5 rzeczy, których nauczyła mnie przeprowadzka


Część z Was pewnie wie z Instagrama (swoją drogą  zapraszamy), że niedawno i całkiem niespodziewanie zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Łatwo nie było. Gdy przy pakowaniu zaczyna brakować kartonów, a nerwy i presja czasu narastają, odkrywamy, że mamy za dużo rzeczy, ale nie tylko to. Po fakcie i namyśle można dojść do całkiem interesujących wniosków  poniżej znajdziecie moje.


1. W życiu nie ma miejsca na za małe ciuchy i bardzo kiepskie książki.

Serio. O pozbywaniu się książek pisałam więcej tutaj, jednak wspomniane porządki okazały się niewystarczające. Podczas pakowania odkryłam nowy sposób selekcji: jeśli dana książka denerwuje Cię swoją obecnością i tym, że zabiera miejsce w kartonie innym pozycjom, wiedz, że coś się dzieje! To samo z resztą tyczy się ubrań, bo co z tego, że mam dwadzieścia sukienek, skoro połowa z nich jest za duża/za mała/nie w moim stylu, więc i tak ich nie noszę? Przeprowadzka pomaga zastanowić się nad tym, czy rzeczy, którymi się otaczamy, są przez nas regularnie używane i, co za tym idzie, potrzebne. Ja zrobiłam selekcję zarówno w książkach, jak i w ciuchach, od razu przy rozpakowywaniu kartonów. Za późno.


2. Sentymenty muszą mieć granice.

Temat ściśle związany z punktem 1. Nie pozbędę się tego kubka, bo piłam w nim kawę na pierwszej stancji, a w tym pudełku dostałam trzeci prezent od czwartego chłopaka, więc ma dla mnie wartość sentymentalną. Wartość sentymentalna. Dużo wody upłynęło, zanim zrozumiałam, że wspomnienia nie są zaklęte w rzeczach i nie wszystko, co kiedyś było dla mnie ważne, muszę mieć przy sobie. Oczywiście rozumiem gromadzenie pamiątek i sama mam ich mnóstwo, ale nauczyłam się oddzielać te wartościowe od zapychaczy miejsca. Dla zdrowia własnego kręgosłupa i psychiki. 


3. Dobrze jest mieć miejsce, do którego zawsze można wrócić.

Niezależnie, czy zmieniałam stancję, czy przenosiłam się do innego miasta  zawsze miałam okres przejściowy, w którym zjawiałam się (z całym dobytkiem lub jego częścią) u rodziców. Tak samo dzieje się teraz. Nigdy nie przywiązywałam do tego jakiejś wielkiej wagi, prawdę mówiąc w ogóle o tym nie myślałam, ale serio: nie wiem, gdzie bym była i jak poradziłabym sobie z rzeczami, gdyby nie oni. Warto o tym pamiętać. To samo tyczy się z resztą osób, które zupełnie bezinteresownie i nagle deklarują swoją pomoc: jesteście super, wszyscy bez wyjątku!


4. Przeprowadzka to nie wypad w góry, nie zyskuje na spontanie.

Fakt, zmiana miejsca zamieszkania trochę zwaliła nam się na głowę, ale nie usprawiedliwia to braku jakiegokolwiek planu. Wszystko załatwiane było na szybko (auta, pomoc, kartony, sprzątanie) i bez rozkminy nad realnym zapotrzebowaniem, więc pod koniec byliśmy w ciągłym niedoczasie, w dodatku zostając na miejscu z rzeczami, które dawno mogły zostać wywiezione, gdy była ku temu okazja. O tym co zabrać/wyrzucić/sprzedać/zostawić również decydowaliśmy na szybko. Kosztowało nas to sporo nerwów i napiętych sytuacji, które mogłyby się nie wydarzyć. 2/10, nie polecam.


5. Jesteś w stanie znieść więcej, niż Ci się wydaje. 

I nie mam na myśli milionów ton liczonych w kartonach znoszonych po schodach, choć w tym zakresie też można odnaleźć nowego siebie.

Tak całkiem poważnie: to chyba najważniejszy wniosek płynący z przeprowadzek, choć brzmi nieco jak coachingowe brednie wcinane przez Puchatka. Tak naprawdę rację mają ci, którzy twierdzą, że większość ograniczeń istnieje tylko w naszej głowie. W zdecydowanej większości przypadków jesteśmy w stanie poradzić sobie z tym, co nas spotyka. Jest trudno. Jest zaskakująco. Praca jest niebywale ciężka. Psychika oporuje. A jednak widać w końcu jakieś promyczki słońca, które sugerują, że być może coś w końcu zmieni się na lepsze.