niedziela, 23 kwietnia 2017

Jørn Lier Horst – „Kluczowy świadek” [przedpremierowo]


Nie jest żadną tajemnicą, że kryminały Jørna Liera Horsta są jednymi z moich ulubionych. Cenię sobie jego powieści za nieoczywiste zagadki, dopracowanie merytoryczne i kreację głównego bohatera, który trzyma się bezpiecznie daleko od gatunkowej sztampy. Horst jest też autorem, który w niezwykły sposób łączy wiedzę zdobytą podczas służby w policji z talentem pisarskim i darem opowiadania: umie przekazać to, co podpowiada mu wyobraźnia w taki sposób, aby zainteresować czytelnika. Myślę, że to jedna z przyczyn faktu, że seria o Williamie Wistingu tak się rozrosła i odniosła światowy sukces. Dziś polscy fani cyklu mają okazję do świętowania: w nasze ręce trafia pierwsza część opowieści, której kolejne odsłony znamy doskonale. 

Fabuła powieści stworzona została w oparciu o autentyczne wydarzenia, jedną z najbardziej znanych zbrodni w historii Norwegii. Samotny, starszy mężczyzna został brutalnie zamordowany we własnym domu pełnym śladów walki i przeszukiwania. Nic nie zginęło, choć widać wyraźnie, że ofiara była przed śmiercią torturowana. Przed śledczymi stoi nie lada wyzwanie, bo danych na temat mężczyzny jest niewiele, podobnie jak bliskich mu osób czy jakichkolwiek świadków. Komisarzom brak punktu zaczepienia, który pozwoliłby powiązać ofiarę ze środowiskami zdolnymi do tak wielkiego okrucieństwa, niełatwe jest też odnalezienie motywu. Rozpoczyna się walka o każdy, nawet najdrobniejszy trop.

Muszę przyznać, że spodziewałam się dużego rozrzutu w poziomie stylu autora między Kluczowym świadkiem a pozostałymi, znacznie późniejszymi powieściami z serii. Kiedy w podobnej kolejności odkrywałam książki Monsa Kallentofta, różnica była kolosalna. Ze zdziwieniem muszę jednak stwierdzić, że pierwsza część serii o Williamie Wistingu nie odbiega znacząco od późniejszych zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym. Wciąż jest to przyzwoity kryminał z odpowiednią ilością zwrotów akcji, zapewniający rozrywkę, jak przystało na powieść z nurtu literatury popularnej. 

Jeśli chodzi o samą zagadkę, w gruncie rzeczy przypadła mi do gustu, chociaż jest na niej kilka rys. Przede wszystkim nie przepadam za zastosowanym w Kluczowym świadku wybieganiem w przyszłość: pierwsza scena książki jest tak oderwana od tego, o czym będziemy czytać przez kolejne kilkadziesiąt stron, że jej zaprezentowanie uważam za bezcelowe i naprowadzające czytelnika na niepotrzebne tory. I bez tego mamy przewagę nad komisarzami, co uważam za drugą drobną wadę: może to problem ze mną, ale już z przesłuchania pierwszego świadka wyciągnęłam znacznie więcej danych niż sam Wisting i szybciej dopasowałam do siebie elementy, a wierzcie mi, naprawdę rzadko mi się to zdarza podczas lektury kryminałów. Pomijając jednak te dwa drobiazgi powieść bardzo mi się podobała: była ciekawa i wciągająca dokładnie w takim stopniu, jak powinna. Autor zaprezentował nam przyjemnie pokomplikowaną zagadkę, która - w przeciwieństwie do swojego autentycznego pierwowzoru - zostaje rozwiązana. 

Przed lekturą Kluczowego świadka bałam się stawiać tej książce oczekiwania: wiedziałam, że to debiut i że mogę się na nim bardzo mocno zawieść. Na szczęście nic takiego się nie stało. Jestem przyjemnie zaskoczona stylem Horsta i sposobem prowadzenia przez niego akcji. Co prawda młodszy William Wisting, mimo ugruntowanej pozycji w policji, okazał się być śledczym nieco mniej sprawnym i bystrym, jednak dzięki lekturze późniejszych tomów serii wiem, że będzie się zmieniał tylko i wyłącznie na plus. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.
Premiera 26 kwietnia!


Gdy mrok zapada || Kluczowy świadek || Felicia forsvant || Når havet stilner || Den eneste ene || Nattmannen || Szumowiny || Poza sezonem || Psy gończe || Jaskiniowiec || Ślepy trop

piątek, 21 kwietnia 2017

Ian Tregillis – „Powstanie”


Choć pierwszą część Wojen Alchemicznych przeczytałam dość przypadkowo, nie będę ukrywała, że skradła moje serce właściwie od pierwszej strony. Historia Jaxa, mechanicznego sługi, który zapragnął wolności, idealnie wpasowała się w mój gust i urzekła mnie dojrzale poprowadzoną sferą filozoficzną i nieoczywistym wykorzystaniem znanych w literaturze schematów. Z wielką radością (i równie wielkimi oczekiwaniami) sięgnęłam zatem po kolejną część, pełna nadziei, że i w niej przepadnę bez reszty. Zdziwiłam się, to na pewno. Choć nie wszystko potoczyło się tak, jak mogłam się spodziewać, ostatecznie pozostaję pod wrażeniem pisarskich możliwości i zdolności Iana Tregillisa.

Zacznę od tego, że tym razem daleko było mi do „zachwytów już od pierwszej strony”  prawdę mówiąc na samym początku kilkukrotnie odkładałam książkę, by znów wrócić do niej po kilku dniach, tak ciężko brnęło mi się przez pierwszy rozdział. Historię otwiera opowieść poprowadzona z nowej perspektywy  miejsce jednej z trzech kluczowych postaci, pastora Vissera, zajmuje Hugo Longchamp, kapitan straży Zachodniej Marsylii, którego mieliśmy okazję poznać w pierwszej części cyklu. Roszada jest istotna ze względów fabularnych i całkowicie uzasadniona, jednak we mnie budzi mieszane uczucia. Perspektywa kapitana przynosi czytelnikowi sporo bardzo cennego humoru, ale też język, który nie każdemu (w tym mnie) przypadnie do gustu. Ponadto sam początek jest dość powolny i stanowi swego rodzaju wprowadzenie w perspektywę Francuzów, co średnio zachęcało mnie do lektury w gorsze dni. Na szczęście z każdą kolejną stroną robi się coraz ciekawiej. 

Bardzo podoba mi się to, w jaki sposób Tregillis kreuje postaci i wprowadza nowe pomysły do swojej opowieści: wszystko dzieje się płynnie i autentycznie. Jax, który niedawno zyskał wolność, odkrywa, że nie jest ona równoznaczna ze szczęściem, a w jego mechanicznej osobowości rozwija się coś nowego: poczucia moralności. Z kolei Berenice okazuje się bohaterką świetnie umotywowaną, a jej drugie oblicze niejednokrotnie zaskoczy czytelnika, nawet jeśli uczucia co do niej nie będą do końca pozytywne. Fabularnie świetnie sprawdził się wątek utopii klakierów, mitycznej krainy, gdzie mechaniczni żyją wolni i szczęśliwi, przynajmniej według legend. Wszystkie te elementy stanowią o sile książki, trzymają ją bowiem w mocnych, realnych ryzach. Wojny alchemiczne nie są (i mam nadzieję, że nie staną się w trzecim tomie) bajką o pięknym świecie, a mocno osadzoną w rzeczywistości historią pełną goryczy i rozczarowań, które umacniają charakter i hartują ducha.

Warto wspomnieć, że druga część cyklu znacząco odbiega od poprzedniczki pod względem balansu między sferą filozoficzną, a fabularną. W Mechanicznym, co niesamowicie mi się podobało, akcja niejednokrotnie zwalniała za sprawą ciekawych i wartościowych rozważań głównego bohatera lub utrzymanych w podobnym tonie, rozbudowanych dialogów. Powstanie pod tym względem jest znacznie uboższe i dużo bliżej mu do powieści przygodowej czy awanturniczej. Wciąż zdarzają się ciekawe elementy, zwłaszcza za sprawą Jaxa i jego rozważań natury moralnej, ale jest ich znacznie mniej. Z drugiej strony zyskuje na tym dynamika akcji, co z pewnością ucieszy wiele osób, dla których Mechaniczny był zbyt wolno rozgrywającą się historią  tym razem mamy do czynienia z szybko następującymi po sobie zdarzeniami i licznymi zwrotami akcji przy równie interesującej sieci intryg i zależności.

Mimo że balans elementów bardziej odpowiadał mi w pierwszej części cyklu, nie mam autorowi za złe takiego poprowadzenia historii. Ian Tregillis dzięki Powstaniu udowodnił, że jego seria jest dobrze przemyślana, a on sam nie ma w planach zamykać się w sztywnych okowach schematów  czy to zewnętrznych, czy narzuconych samemu sobie w poprzednich częściach opowieści. Dzięki zwiększeniu tempa akcji, Wojny alchemiczne stały się książką, która może zaciekawić szersze grono odbiorców i przyciągnąć ich do tej opowieści, tak bardzo wartej poznania. Ciekawa jestem, czym zaskoczy nas autor w części trzeciej i na co postawi tym razem. Jedno jest pewne: pomysłów na kreację świata absolutnie mu nie brakuje. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.



Mechaniczny || Powstanie || Wyzwolenie

środa, 12 kwietnia 2017

Teatr: „Jesus Christ Superstar” (Andrew Lloyd Webber, Tim Rice)


Czasami droga do odkrycia czegoś zachwycającego jest długa i kręta, pełna niesamowitych przypadków. Weźmy na przykład ten wyjazd: tak naprawdę wszystko zaczęło się jakiś czas temu, kiedy odkryłam Studio Accantus i zostałam jego wielką fanką. To dzięki ich kanałowi w ostatnim czasie odżyło moje zainteresowanie musicalem Jesus Christ Superstar, a na stronie jednej z ich wokalistek (Natalii Piotrowskiej) odnalazłam informację, że spektakl jest obecnie grany w Warszawie. To był Dzień Spontaniczności, bo kilka chwil później (przyznaję, niewiele myśląc o dojeździe z Gdańska i innych tego typu aspektach technicznych) byłam już szczęśliwą posiadaczką dwóch biletów.

Niesamowicie było od samego początku: mieliśmy okazję siedzieć w pierwszym rzędzie, co w teatrze, w którym scena znajduje się może pół metra od widzów, jest doświadczeniem bardzo niecodziennym. Odkryliśmy, że aktorzy mają mimikę! Oczywiście żartuję, ale faktem jest, że nigdy dotąd nie mieliśmy okazji tak dokładanie obserwować absolutnie całej aktorskiej pracy – od pełni twarzy, która przecież najlepiej wyraża nasze emocje, aż do funkcjonowania mięśni przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Pozycja, w jakiej się znaleźliśmy, pozwoliła nam dostrzec to, na co wcześniej nie mieliśmy okazji zwrócić uwagi, co dla mnie osobiście było niesamowitym przeżyciem. Pewnie przy spektaklach z większą liczbą aktorów i scenami równoległymi (jak np. Chłopi, gdzie oprócz głównej akcji mamy wiele smaczków w bocznych sektorach sceny) nie byłoby to aż tak wielką zaletą, ale w tym przypadku okazało się strzałem w dziesiątkę.

Trzeba również przyznać Teatrowi Rampa, że ma naprawdę niesamowitą obsadę. Jesus Christ Superstar to musical bardzo wymagający, prawie dla wszystkich postaci oparty na wysokich tonach, co jest wyzwaniem zwłaszcza dla męskiej części solistów. Tymczasem obu głównych bohaterów – Jakub Wocial oraz Sebastian Machalski – poradziło sobie świetnie, tworząc wyraziste, pełne emocji kreacje Jezusa i Judasza. Przyjemnym kontrastem był niski wokal Pawła Tucholskiego (Kajfasz), a całości dopełniła wiodąca prym wśród kobiet Natalia Piotrowska (Maria Magdalena). Bardzo miło było usłyszeć ją wreszcie na żywo po latach odkrywania kolejnych nagrań w internecie – zachwyciłam się jej głosem na nowo.

Jeśli chodzi o treść spektaklu, chyba prawdą jest, że obraża głównie tych, którzy nigdy go nie widzieli, bo w rzeczywistości jest znacznie mniej obrazoburczy, niż się spodziewałam. To po prostu znana historia z inaczej rozłożonymi światłocieniami, interesująca i skłaniająca do refleksji. Judasz i Jezus są tutaj postaciami równorzędnymi o różnych postawach, które niejednokrotnie nie mogą znaleźć punktów stycznych, a całość dotyczy w pewnym stopniu fenomenu społecznego, jakim było życie i działalność Chrystusa. Dzięki innemu akcentowaniu w opowieści znajduje się miejsce dla tak ciekawych postaci jak Herod czy Piłat (swoją drogą grający go Maciej Nerkowski to mój absolutny faworyt wokalny, mogłabym siedzieć i słuchać, słuchać…). Do tego wszystkiego dodać trzeba charakterystyczny klimat rock opery i towarzyszący mu rozmach, nadający opowieści zupełnie nowego charakteru.

Jesus Christ Superstar to musical barwny i cieszący oko, pełen niezwykłych, wyrazistych postaci, zaskakujący. W Teatrze Rampa jego realizacja jest fenomenalna, zarówno pod względem wokalnym, muzycznym, jak i wizualnym. My załapaliśmy się na jeden z ostatnich spektakli – z tego co wiem, wystawianie go w tym roku jest już zakończone, ale prowadzący facebookową stronę teatru już zapraszają na wiosnę 2018 zapowiadając, że powróci na ich deski. Tak czy inaczej do Rampy zapraszam również na inne produkcje, bo atmosfera jest świetna: przyjemna i bardzo kameralna. Mnie osobiście kusi jeszcze Rapsodia z demonem oraz jesienna premiera: Kobiety na skraju załamania nerwowego na podstawie filmu Pedro Almodóvara.




poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Lauren Groff – „Arkadia” [przedpremierowo]



W zeszłym roku miałam przyjemność poznać niezwykłą powieść o miłości, związku budowanym na kłamstwie i narastających konsekwencjach zatajania faktów. Fatum i furia, bo o niej mowa, podzieliła środowiska literackie na całym świecie – jest to powieść bardzo specyficzna, która mało kogo pozostawi obojętnym: kocha się ją lub nienawidzi. Mnie zachwyciła do tego stopnia, że uważam ją za jedną z najlepszych książek 2016 roku. Nic dziwnego, że po takim zachwycie aż zapiszczałam, gdy okazało się, że na rynku pojawi się nowa powieść autorki. Dla takiej książki byłam w stanie się poświęcić i wziąć z wydawnictwa e-booka, byle tylko poznać ją jak najszybciej. Niestety daleko mi do zatonięcia w tej historii.

Historia głównego bohatera powieści sięga czasu hipisów, którzy marzyli o lepszym życiu tworząc własną, wielką komunę zwaną Arkadią. Lutek był dzieckiem niezwykłym, dla wielu wręcz cudownym, ponieważ jako pierwszy urodził się w nowym miejscu. Tam dorastał, uczył się, wychowywał aż do momentu, gdy wszystko się posypało, a ludzie zaczęli uciekać. Wtedy zabrano go do cywilizacji, gdzie… No cóż, musiał sobie jakoś poradzić.

Arkadia to teatr wielu aktorów w różny sposób związanych z tematem tytułowej hipisowskiej komuny. Oprócz Lutka, który musiał nauczyć się żyć w świecie niebezpiecznym, którego całkowicie nie znał, są jeszcze inni: jego rodzice przeżywający odwrotny dylemat, zawiedzeni życiem, wykorzystani, pełni dawnych ideałów, których serce rwie się z powrotem do Arkadii; ukochana Lutka, niespokojny duch; jego córka, która dzieciństwo spędziła w zwykłym świecie i Arkadię odkryła dopiero u progu dorosłości… Każda z tych postaci ma własną opowieść i zupełnie inny stosunek do wspólnoty, do ideałów, inaczej mierzy się z przeciwnościami losu, bo też inne przeciwności ma lub miała kiedyś na swojej życiowej drodze. 

Podoba mi się ukazanie wspólnoty, która balansuje gdzieś na granicy sekty: mimo głoszonej równości ma przywódcę, który prowadzi hulaszcze życie nic nie robiąc, podczas gdy pozostali ciężko pracują, by społeczność miała co jeść. Ma tajemnice, układy i konflikty, których nie powinno być. Ci z jej mieszkańców, którzy instynktownie starają się trzymać pewnych zasad moralnych, napotykają ścianę, bo ich pomysły kłócą się z przekonaniami grupy. Do tego dochodzi specyfika ruchu hipisów: przyzwolenie dla narkotyków, naturyzmu, „wolnej miłości”… W takich warunkach wychowywane są dzieci. Mimo to Groff nie ocenia społeczności, wręcz przeciwnie, stara się odpowiedzieć na pytania o aktualność przekonań hipisów i ewolucję ruchu.

Zdecydowanie jest to książka, nad którą trzeba swoje odsiedzieć, bo autorka niewiele rzeczy mówi nam wprost: musimy przysiąść, zatrzymać się na chwilę i zastanowić, by odkryć wszystkie metafory kryjące się w tej opowieści. To żmudna praca. Pierwsza część książki opisująca dzieciństwo Lutka – mniej więcej 2/3 tekstu – ciągnie się niemiłosiernie; to wprowadzenie konieczne i ważne, ale trudne do przyswojenia. Styl autorki nie jest dobry dla osób, które lubią szybko czytać: brak zaznaczenia dialogów (są elementem ciągłego tekstu) może być czynnikiem wybijającym ze zwyczajnego rytmu i czasem utrudniającym zrozumienie. Jeśli temat nas pochłonie, wszystko jest w porządku; gorzej gdy treść nie będzie nam do końca pasowała. Z drugiej strony taka narracja mocno skraca dystans, zbliża nas do bohatera; mamy poczucie, że słyszymy jego myśli.

W przeciwieństwie do Fatum i furii, którą – jestem pewna – będę odkrywała na nowo jeszcze nie raz, Arkadia nie daje moim zdaniem tyle, by odczuwać satysfakcję po jej zakończeniu. To równie trudna opowieść napisana w stylu, do którego musimy przywyknąć: niespieszna, skupiona na relacjach, kładąca nacisk na nietypowe elementy. Tym razem jednak treść jest nieco mniej ciekawa, a ostateczne konkluzje nie zaskakują. W gruncie rzeczy po zamknięciu książki miałam poczucie, że to całkiem zwyczajna opowieść, niepotrzebnie ubrana w udziwnione ramy. Być może tym razem jestem w gronie osób, którym coś ważnego w tej historii umknęło – z niecierpliwością wyczekuję opinii na jej temat, bo jestem ciekawa, czy pozostało coś do odkrycia, czy warto próbować drugi raz.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 11 kwietnia!

sobota, 8 kwietnia 2017

Stos: zakupy z pierwszego kwartału 2017 roku


Trzy miesiące Nowego Roku minęły jak z bicza strzelił – jeszcze przed chwilą wyciągałam z szafy kożuch i kupowałam kozaki, a dziś w lekkich trampkach biegnę cieszyć się wiosennym słońcem. Z czytaniem i blogowaniem w okresie zimowym było różnie, ale chyba wreszcie udało mi się złapać odpowiedni rytm. Podobnie z kupowaniem... W gruncie rzeczy na luty i marzec miałam postanowienie żeby nie kupić ani jednej książki, ale proponuję spuścić na to zasłonę milczenia. Tak po prostu miało być.

W tym roku postawiłam na zamawianie książek przez internet. Zakup w księgarni wydawnictwa Sine Qua Non był dosyć spontaniczny i motywowany dość dużą obniżką cen, co było ważne zwłaszcza w kontekście książki Humans of the New York (teraz wiem, że warto było wydać każdą złotówkę, opinię o niej możesz przeczytać tutaj). Do koszyka dorzuciłam Piątą porę roku, która właściwie znajdowała się na chciejce Sylwka, ale mnie również ciekawiła, oraz Dygot, aby w końcu zacząć swoją przygodę z tekstami Jakuba Małeckiego. 

Druga część zdjęcia to zakupy z Arosa: Helisa Marca Elsberga, którego książki uwielbiam (o Blackoutcie pisałam tutaj, a o Zero tu), kolejna część cyklu o Malin Fors, Do trzech razy śmierć Alka Rogozińskiego (naczytałam się postów na Facebooku autora i musiałam się skusić) oraz Krąg, na który zdecydowałam się po obejrzeniu trailera filmu na jego podstawie, który niebawem pojawi się w kinach. Polecam Wam tę książkę serdecznie, zajrzyjcie z resztą tutaj po szerszą opinię.



Skoro już jesteśmy w temacie internetowych szaleństw - oto czym może zaowocować jedna przypadkowo znaleziona informacja. Pewnego wieczora siedziałam sobie przed komputerem, kiedy nagle przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, co stało się z uwielbianą przeze mnie Serią z Miotłą - w końcu od kilku miesięcy nie słyszałam o żadnych przypisanych do niej nowościach. Okazało się, że wydawnictwo W.A.B w 2016 roku po raz kolejny zmieniło szatę graficzną serii (plus za powrót do miotły na grzbiecie, minus za okładki...) i wydało pod jej sztandarem... aż pięć kolejnych tytułów! Jak nietrudno się domyślić, od razu przetrząsnęłam internety w poszukiwaniu ofert i ostatecznie zdecydowałam się na zakup czterech nowości i czterech starszych tytułów.


Seria z Miotłą zdecydowanie lubi się również z naszymi wyjazdami do Warszawy - tamtejsze Dedalusy pełne są książek z tej serii, a wycieczka po kilku pozwala skutecznie uzupełnić braki. Tym samym z krótkiego wypadu do stolicy, mimo braku miejsca w skromnym bagażu, przywiozłam aż 5 mioteł oraz brakującą książkę z cyklu o Bondzie. Z kolei dwie książki Guillaume Musso oraz Dom Augusty to zaplątane nabytki z gdyńskiego outletu Świata Książki - jeśli aktywnie z jakiegoś korzystacie, bądźcie czujni, bo ostatnio obserwujemy tendencję do ich zamykania. 



Na koniec, tradycyjnie już, prezentuję zbiór nabytków przypadkowych. Finansowy ninja to efekt ogólnej fascynacji blogiem Michała Szafrańskiego i tematami finansowymi. Dzień dobry, północy zakupiłam totalnie przypadkowo i się nie zawiodłam (opinię możesz znaleźć tutaj), Hipnotyzer pochodzi z księgarni BookSzpan w Gdańsku i kosztował całe 10 zł, podobnie z resztą jak obie części Królowej Tearlingu podczas promocji na stronie wydawnictwa Galeria Książki.


A Ty? Jak dopieszczasz wewnętrznego książkoholika?


czwartek, 6 kwietnia 2017

Dave Eggers – „Krąg”


Nie wiem, jak Ty, ale ja nie wyobrażam sobie, że mogłabym spóźnić się na reklamy przed seansem w kinie – to dla mnie integralna część filmu! Czasem nie wynoszę z nich niczego fascynującego, ale innym razem uda mi się chociażby zobaczyć zwiastun czegoś, o czym do tej pory nie wiedziałam, a co ma wszelkie walory, żeby mi się spodobać. To właśnie miało miejsce przy okazji seansu Logana – przed moimi oczami pojawił się trailer nowego filmu z Emmą Watson i Tomem Hanksem, który wskazywał na dystopijne klimaty, a w dodatku podobno został stworzony na podstawie bestsellera! Ten film to The Circle – swoją premierę będzie miał 26 kwietnia.

Książka Dave’a Eggersa, która jest jego pierwowzorem, opowiada historię Mae, młodej pracownicy korporacji Circle odpowiedzialnej za gromadzenie i przetwarzanie danych. Bohaterka stopniowo wdrażana jest w kolejne projekty firmy, a wraz z dodatkowymi obowiązkami coraz bardziej oddala się od swojego dotychczasowego świata. By sprostać wymogom dotyczącym średnich ocen wydajności, obecności na spotkaniach towarzyskich oraz aktywności w social mediach, Mae stopniowo porzuca dawne życie i poświęca się całkowicie nowemu – podporządkowanemu zasadom panującym w korporacji. 

Krąg porusza tak wiele niesamowicie ważnych i aktualnych tematów, że gdy zastanawiałam się, od czego zacząć, po prostu złapałam się na głowę. Na pewno jest to opowieść o pracy w korporacji: o tym, jak słupki, statystyki i wymagane wyniki wpływają na funkcjonowanie człowieka. Dla wielu osób realia Circle mogą wydawać się wyolbrzymione, jednak nie do końca tak jest. Nawet ja ze swoim skromnym korporacyjnym doświadczeniem wiem, że takie rzeczy, jak raport kierownika działu po spotkaniu pojednawczym z dwojgiem skłóconych pracowników, nie są wyssanym z palca absurdem. Podobnie ma się rzecz ze statystykami dotyczącymi wyników, które, choć teoretycznie stanowią „informację dla pracownika”, tak naprawdę są dodatkowym źródłem stresu, a w przypadku Mae stają się wręcz obsesją.

Kolejnym problemem poruszanym w „Kręgu” jest pozyskiwanie i gromadzenie danych. Dave Eggers stworzył wizję przyszłości, w której jednej korporacji udało się zgarnąć całą pulę: profile osobiste, które na początku stanowiły coś na kształt tych z naszego Facebooka, zostały poddane weryfikacji i są ściśle związane z prawdziwą tożsamością człowieka. Służą do załatwiania wszystkich ważnych spraw: nie tylko aktywności w social mediach, ale też robienia zakupów czy płacenia rachunków. Wszystko co człowiek robi na komputerze, telefonie czy tablecie od razu podpinane jest jako jego własna aktywność, nie ma zatem internetowej anonimowości. Ludziom prezentuje się wyłącznie pozytywne aspekty tego zjawiska, jednak tak naprawdę na gromadzeniu danych korzystają głównie największe koncerny – np. sklepy, które mogą swój marketing dopasować do odbiorcy i tym samym skuteczniej nami manipulować.

Z tematem gromadzenia danych ściśle wiąże się również zagadnienie prywatności. Circle lansuje model społeczny, w którym odchodzi się od pojęcia „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. Szefostwo firmy uważa, że jeśli ktoś ma ochotę o czymś wiedzieć, ma również do tego pełne prawo, niezależnie czy chodzi o poznanie nowych sposobów walki ze stwardnieniem rozsianym, czy też szczegóły życia intymnego sąsiada z naprzeciwka. Tajemnice prowadzą do kłamstw, a kłamstwa do przestępstw – tych ostatnich z kolei nikt nie chce, prawda? Społeczność Circle pod płaszczykiem przydatności wszelkich danych zachęca, aby ludzie stawali się przejrzyści i nie ukrywali niczego, a zjawisko to ma dotyczyć zarówno polityków, osoby ze świecznika, jak i zwykłych, szarych obywateli. Zaczyna się od przechowywania danych w Chmurze, która jest ogólnodostępna i każdy może w niej poszukiwać tego, czego chce. Dalej jest tylko gorzej…

Choć wszystkie te elementy (a wierz mi, jest ich znacznie więcej) potrafią skutecznie przerażać, to nie one są w książce Davida Eggersa najstraszniejsze; na mnie osobiście największe wrażenie wywarło coś zupełnie innego. Dopiero lektura Kręgu pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego nigdy nie odczuwałam lęku w związku z wizjami z młodzieżowych dystopii – kreacja świata w nich zawarta mogła mnie zainteresować, ale nie przerazić. Otóż sedno tkwi w tym, że tamtejsi bohaterowie walczą ze złem i niechcianym systemem – nawet jeśli na początku mu się poddawali, w końcu odkrywają prawdę i skupiają wszelkie siły na wprowadzeniu zmian; poświęcają się dla idei. W książce Eggersa tego nie znajdziecie. Owszem, są tu bohaterowie, którzy nie chcą wpisać się w narzucony przez Circle schemat, ale to raczej postaci poboczne, nie zaś główni zainteresowani. To właśnie czyni Krąg fatalistyczną powieścią o upadku – tak społeczeństwa, jak i jednostki. Mae jest ślepą idiotką, która dała się omamić i poddała się presji społeczeństwa, otoczenia, pracodawców, a my nie możemy zrobić dla niej absolutnie nic. Choć jako czytelnicy mamy ochotę wyrwać ją ze stron i naprawdę mocno potrząsnąć, możemy tylko patrzeć, a to jest źródłem niewyobrażalnej wręcz frustracji.

Krąg polecam wszystkim dookoła od momentu, kiedy go skończyłam, bo to nie tylko ważna wizja, ale też po prostu dobrze napisana, trzymająca w napięciu opowieść. Z pewnością wybiorę się też na film, ale nieco boję się, co mają zamiar wymyślić twórcy, bo opisy, które są dostępne, sugerują pewne zmiany fabularne. Czekam z niecierpliwością!


niedziela, 2 kwietnia 2017

Agnieszka Olejnik – „A potem przyszła wiosna”



Znana twarz, zawrotna kariera, życie na świeczniku – dla wielu osób brzmi to jak spełnienie marzeń. Pola Gajda, rozpoznawalna aktorka, uwielbia swoją codzienność. W każdym razie uwielbiała do momentu, gdy jej partner wyniósł się bez słowa po tym, jak na pierwsze strony portali trafiła wiadomość o jego romansie. Utrata chybotliwego fundamentu w postaci związku szybko doprowadza Polę do załamania. Życie aktorki ratuje – o, ironio! – jej największy wróg.

Agnieszka Olejnik sięgnęła po znany we współczesnych powieściach obyczajowych motyw kontrastu między zawrotnym tempem życia w mieście, a spokojem wsi. Bohaterka chcąc nie chcąc trafia do miejsca, gdzie ma okazję zastanowić się nad swoim życiem i przyjrzeć mu się w pewnym sensie z dystansu. Jakie wartości do tej pory wyznawała? Czemu podporządkowała swoje życie? Niech nie zwiedzie Cię prostota tych pytań, bo droga Poli do zdrowej zmiany będzie długa i wyboista, naznaczona bardzo dużym cierpieniem. Bohaterka przestaje mówić, zamyka się w sobie i wpada w ciężką depresję, z której wychodzi bardzo małymi krokami. Co ciekawe, kontakt z taką postacią nie jest dla czytelnika męczący, choć często tak właśnie bywa – mimo że w książce pojawia się bardzo wiele negatywnych emocji, nie przeszły one bezpośrednio na mnie, czułam raczej zainteresowanie historią niż zniecierpliwienie.

Wspomniana dawka goryczy jest jednak tym, co odróżnia powieść od innych obyczajówek. Autorka nie boi się sięgać po tematy trudne i bardzo aktualne: zaczynamy od płytkich relacji i życia na pokaz, brniemy przez próby samobójcze i depresje, a kończymy gdzieś w mrocznych zakamarkach traum z dzieciństwa. Mimo że podczas lektury wyczuwamy podskórnie pozytywne zakończenie (zwłaszcza jeśli mamy za sobą dużo książek z gatunku), to jednak emocje nam towarzyszące są naprawdę różnorodne.  

Bohaterowie Agnieszki Olejnik na pierwszy rzut oka mogą wydawać się prości i schematyczni, a jednak każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Stopniowo odkrywamy ich tajemnice, historie, osobowości. Autorka skrupulatnie kreśli portrety najważniejszych osób i dba, aby relacje między nimi były odpowiednio wyważone. Warto pamiętać, że A potem przyszła wiosna nie jest wyłącznie historią Poli Gajdy – w książce mamy dwoje narratorów, a zatem dwójkę pełnowartościowych bohaterów. Jej wybawiciel również zdążył zatracić się w wielkomiejskim życiu, choć jest w nieco lepszej sytuacji: ma odskocznię, która pozwala mu nabrać dystansu. Mimo tej pozornej przewagi, bohaterowie rozwijają się i zmieniają równolegle, dążąc do satysfakcjonującego zakończenia.

Znów tylko i wyłącznie zachwyty. Ale co mogę zrobić, skoro tak bardzo cieszę się, że są na rynku wartościowe i dobre powieści obyczajowe? Zostały mi do nadrobienia już tylko dwie starsze powieści Agnieszki Olejnik – spodziewam się po nich wszystkiego, co najlepsze. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

piątek, 31 marca 2017

Inspiracje: marzec


Wspaniali ludzie – tak mogłabym pokrótce omówić miniony miesiąc, bo jak na swoje możliwości spędziłam z innymi osobami naprawdę masę czasu. Częściowo muszę to zrzucić na karb urodzin, które świętowałam przez kilka dni w różnym towarzystwie, ale nie tylko: po prostu zbiegło się w czasie kilka dobrych okazji do spotkań. Co poza tym, w kwestii spraw, które możesz wypróbować samodzielnie? Już spieszę z opowieściami:


Harley Quinn

Nie znając jakoś szerzej postaci Harley od tego komiksu oczekiwałam po prostu zabawy – z tym właśnie kojarzyła mi się najsłynniejsza ofiara syndromu sztokholmskiego. Zbiór przekonał mnie do siebie już pierwszym zeszytem, w którym główna bohaterka rozmawia z autorami (!) na temat tego, jak chciałaby, żeby wyglądał komiks o niej, a ci prezentują jej pełen przekrój prac rysowników w różnych stylach. Mistrzostwo! Sama historia również mnie zachwyciła: otrzymałam dokładnie taką mieszankę krwi, obrzydliwości i groteskowego humoru, jakiej potrzebuję, aby być zadowoloną z lektury.


T.I.M.E Stories

Gra scenariuszowa oparta na współpracy, w której uczestnicy podróżują w czasie, aby zapobiegać momentom krytycznym i tym samym zagładzie świata. Przyznaję, że podchodziłam do niej mega sceptycznie z dwóch powodów: aby wygrać, należy rozwiązywać zagadki (w czym nie jestem specjalnie dobra), a gdy już nam się uda, scenariusz jest zamknięty i właściwie nie mamy po co do niego wracać. Byłam przekonana, że będę się męczyć i kląć nad planszą, ale gdy pierwsze partie mamy już za sobą, mogę powiedzieć tylko: WOW! Klimat jest niesamowity (a wierz mi, że do tej pory poczułam jakikolwiek klimat może w 2-3 grach), całość wymaga od nas odpowiedniej mieszanki skupienia, inteligencji, szczęścia i zapamiętywania, a poszczególne rozwiązania bardzo przyjemnie zaskakują. Mamy za sobą dwa pierwsze scenariusze i chociaż Sprawa Marcy negatywnie zaskoczyła nas tematem, i tak nie możemy doczekać się kolejnej przygody.


Grease


Na Grease do teatru muzycznego chciałam pójść nie tylko dlatego, że uwielbiam wersję filmową - główną motywacją był fakt, że You're the one that I want w polskiej wersji jest praktycznie nie do znalezienia, a ja byłam ciekawa, jak będzie brzmiało "po naszemu". Cóż mogło być lepszego niż spektakl w dniu urodzin?

Powiem tak: w tym przypadku piosenki wyjątkowo brzmią mi lepiej po angielsku niż po polsku, "przemiana" Sandy w teatrze jest jeszcze płytsza niż w filmie, ale wybrać się naprawdę warto, zwłaszcza jeśli chcecie obejrzeć musical po prostu dla rozrywki. Całość świetnie trzyma klimat, jest luźno, mega zabawnie, "nóżka sama chodzi" do piosenek, a łamanie czwartej ściany w wykonaniu aktorów z TM w Gdyni po prostu rozkłada na łopatki.

Ach, i zostałam fanką Krzysztofa Wojciechowskiego. Druga wcale-nie-główna-ale-wymagająca rola i drugi raz z rzędu wokal, który mnie zachwycił.


Logan

Nie mogłabym nie wspomnieć o moim największym zachwycie minionego miesiąca. Świetny dramat, genialne metafory życia rodzinnego, obiektywnie bardzo dobry film nie tylko dla tych, którzy fascynują się X-menami. Nie będę rozwodziła się nad zaletami, powiem jedynie, że jest naprawdę niezwykły i wywołuje całą masę emocji. Po dłuższą opowieść zapraszam tutaj (wciąż nie potrafię mówić o tym filmie krótko i w prostych słowach oddać wszystkich swoich spostrzeżeń).


A Ciebie co pochłonęło w pierwszym wiosennym miesiącu?


środa, 29 marca 2017

Brandon Stanton – „Humans of New York”


Jestem typowym czytelnikiem – niezależnie od formy przekazu, najważniejszy jest dla mnie tekst. W piosenkach słucham głownie słów wokalisty, w komiksach czytam dialogi, a grafika jako taka (pomijając oczywistą ocenę w kategorii „podoba się lub nie”) stanowi dla mnie kwestię całkowicie drugorzędną. Dziwnym zatem może się wydawać fakt, że skusiłam się na książkę, która składa się niemal wyłącznie ze zdjęć. Wiedziałam jednak, na co się piszę i że nie jest to zwykły album…

Humans of New York to projekt fotograficzny, który swój początek miał w internecie i rozwinął się dzięki współczesnym social mediom. Jego autor, Brandon Stanton, bardzo chciał być fotografem i działał długo w różnych obszarach tego zajęcia, aż w końcu odkrył w sobie pasję do uwieczniania na zdjęciach przypadkowych ludzi, uchwycania krótkich momentów ich życia. Książka to ważne zwieńczenie jego pracy nad ukazaniem różnorodności mieszkańców Nowego Jorku, ale jest to coś więcej niż zbiór fotografii – to raczej przykład perfekcyjnej harmonii obrazu i tekstu, dwóch świetnie uzupełniających się elementów. Choć wydaje się to abstrakcyjne, autor za pomocą krótkich, często jednozdaniowych opisów, jest w stanie nie tylko opowiedzieć historię swoich bohaterów, ale też wywołać w czytelniku odpowiednie emocje – niemal jak za naciśnięciem magicznego guzika. Celna uwaga, cytat z wypowiedzi modela czy krótki opis sytuacji wystarczą, by otworzyć przed nami bramę do interpretacji. Nie poznajemy bohaterów całkowicie, ale nie jest to konieczne – dla uzyskania pożądanego efektu wystarczy zmusić czytelnika do myślenia, a ono z kolei zaprowadzi nas do wzruszenia, śmiechu i zainteresowania.

Tym, co stanowi piękno całego projektu Humans of New York, jest umiłowanie autora dla różnorodności. Na zdjęciach znajdziemy zarówno zwykłych ludzi, jak i tych barwnych, przyciągających wzrok. Młodych, starych, niepozornych, krzykliwych, alternatywnych, zwyczajnych… Wszystkich. Stanton zdaje się w swojej pracy udowadniać, że każdy z nas ma w sobie coś wyjątkowego, coś wartego opowiedzenia. W przypadku jednych jest to wygląd, tak oryginalny że niemal nie wymaga słów, z kolei ci mniej wyraziści często niosą ze sobą bardzo ciekawą historię. Wciąż pozostaję pod wrażeniem talentu autora do wyciągania z danej sceny wszystkiego co najlepsze – podczas lektury albumu często zdarzało się, że któreś zdjęcie nie od razu przykuwało mój wzrok, a gdy wracałam do niego po przeczytaniu podpisu, odnajdywałam w nim coś zupełnie nowego. 

Nie wiem jak Ty, ale ja często przyglądam się ludziom wokół mnie zastanawiając się, kim są, dlaczego mają taką a nie inną minę, dokąd pędzą, skąd wracają. Brandon Stanton poszedł o krok dalej – podszedł do wszystkich tych przypadkowych osób i po prostu zapytał. 






poniedziałek, 27 marca 2017

Rafał Cichowski – „Pył Ziemi” [przedpremierowo]


Agresywna eksploatacja Ziemi przez człowieka musiała w końcu przynieść opłakane skutki – w XXIV wieku ludzkość jest zmuszona uciekać w kosmos, by na pokładzie statku dalej się rozwijać i podtrzymywać istnienie gatunku. Siedemset lat później nowe jednostki, podrasowane technologicznie tak, by być właściwie nieśmiertelnymi, wracają na planetę-matkę, by odnaleźć zapis wspomnień ludzkości. Ku ich zaskoczeniu okazuje się, że na Ziemi nie tylko pozostali ludzie – oni wciąż żyją i są całkiem zorganizowani…

Od samego początku podobało mi się to odwrócenie klasycznego w science fiction schematu, gdzie albo ludzie eksplorują nieznaną planetę i napotykają na obcych, albo ci drudzy w jakiś sposób trafiają do Układu Słonecznego i są zagrożeniem dla człowieka. Tutaj mamy zupełnie inną sytuację: to ludzie (bo mimo modyfikacji technicznych tak właśnie postrzegamy parę głównych bohaterów, skoro są bezpośrednimi potomkami uciekinierów) trafiają na Ziemię, by spotkać… innych ludzi, z którymi bynajmniej nie nawiązują naturalnej nici porozumienia. Z jednej strony jest to zatem opowieść o spotkaniu dwóch istot na różnym poziomie rozwoju, z drugiej zaś główną rolę odgrywają wydarzenia z przeszłości, które stopniowo będziemy odkrywali.

Poza odwracaniem schematów, Pył Ziemi jest również przyjemną zabawą konwencjami. To powieść bardzo dynamiczna, wręcz przygodowa, z wieloma zagadkami, zagrożeniami i zwrotami akcji. Momentami awanturnicza, innym razem przypominająca baśń (mam tu na myśli całą historię królowej Lys – niesamowicie kojarzyła mi się z Czerwoną Królową z Alicji w Krainie Czarów), za każdym razem zachwycająca. Autor dba o szczegóły, co widać najlepiej, gdy bohaterowie poruszają się po wiernej kopii wiktoriańskiego Londynu. Konwenanse, relacje międzyludzkie, sposób mówienia i zachowania postaci świetnie odzwierciedlają epokę. 

Wszystko to jednak aspekty techniczne, a jak wygląda sama treść? Przede wszystkim za pośrednictwem głównych bohaterów stopniowo odkrywamy prawdę o tym, jak wyglądały kulisy ucieczki ludzi z Ziemi: co było prawdziwą przyczyną, jaka atmosfera towarzyszyła akcji i dlaczego część ludzi pozostała na planecie, która miała wkrótce zginąć. Choć na samym początku historia może wydawać się czystą fantastyką, szybko okazuje się, że we wszystkich zdarzeniach główną rolę grają najpaskudniejsze ludzkie cechy. Autorowi bardzo dobrze udało się ująć wszelkie motywacje postaci, zarówno w kontekście globalnym, jak i jednostkowym, a całość prezentuje spójny i autentyczny scenariusz.

Nie mogę nie wspomnieć również o kreacji głównych bohaterów. Lilo i Rez to dwoje ludzi, których los od narodzin był naznaczony cierpieniem, a oni sami kształtowani byli dokładnie pod misję, którą mają wykonać. Są zdeterminowani, silni, a jednak nie brak im wątpliwości i potrafią zastanawiać się nad sensem wykonywanych zadań. Dzięki takim ich ukazaniu Pył Ziemi zyskał dodatkową warstwę treściową: stał się opowieścią o niezwykłej miłości. Bohaterowie znają się na wylot, są raczej jak rodzeństwo, bliźnięta, które wiedzą o sobie wszystko, znają swoje myśli i reakcje, a mimo to nowa sytuacja jest w stanie wynieść ich relację na zupełnie nowy poziom. Ten aspekt książki intryguje nie mniej niż pozostałe. 

Choć jest to powieść bardzo specyficzna, momentami wręcz dziwna przez pomieszanie konwencji i gatunków, jej lektura była wspaniałą przygodą. Autor miał dobry pomysł na chwytliwą historię, udało mu się wykreować bohaterów, którym aż chce się towarzyszyć, a przy tym wszystkim utrzymał świetny klimat. Zachęcam, polecam, chwalę. Oby więcej takich książek na naszym rodzimym podwórku.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
Premiera 29 marca!

sobota, 25 marca 2017

Kerry Drewery – „Cela 7” [przedpremierowo]


Szesnastoletnia Martha Honeydew została przyłapana z pistoletem w ręku nad ciałem gwiazdora i ulubieńca tłumów, Jacksona Paige’a. Jeszcze na miejscu przyznała się do winy. Trafiła do aresztu, gdzie spędzi kolejne 7 dni. Jej proces będzie toczył się publicznie, a przez cały czas jego trwania widzowie będą mogli wyrażać swoją opinię. O jej winie lub niewinności zdecyduje głosowanie. Jeśli społeczeństwo wybierze pierwszą opcję, Martha zostanie stracona.

W ostatnim czasie starałam się unikać powieści dla młodzieży – po części ze względu na przesyt i wtórność tematów, ale też przez zmęczenie młodymi bohaterami, których problemy stają się dla mnie coraz bardziej odległe. Z tego względu kiedy dostałam propozycję przeczytania i opisania na blogu Celi 7 musiałam się bardzo poważnie zastanowić. Ostatecznie mimo obaw dałam się skusić ciekawym tematem i decyzji nie żałuję.

Pod względem treści książka prezentuje się naprawdę ciekawie – zamiast wykreować oderwaną od rzeczywistości dystopię, autorka skupiła się na wyolbrzymieniu dwóch elementów, które znajdziemy już we współczesnym świecie. Demokracja została tam rozdmuchana do skali globalnej, a przekonanie, że większość na pewno ma rację, pozwoliło na likwidację instytucji sądów na rzecz systemów do głosowania. O winie lub niewinności w sprawach najcięższych zbrodni (a niebawem, według planów, również w kwestii innych przestępstw) przesądza ogół społeczeństwa – w każdym razie tak powinno być w teorii. Szybko okazuje się jednak, że to tylko pozór: głosowanie jest płatne i można go dokonywać wielokrotnie, a więc osoby z biedniejszych dzielnic nie mają równorzędnych praw i możliwości.

Kolejnym istotnym elementem jest rola mediów i kreowania wizerunku. Abstrahując od sensowności całego procesu, aby społeczeństwo mogło dokonać jasnego i sprawiedliwego osądu, powinno mieć dostęp do wszelkich danych, tymczasem informacje, które docierają do opinii publicznej są poddawane ostrej selekcji, a gdy trzeba – także odpowiednim modyfikacjom. Analizy dowodów nie przedstawia się ze względu na koszta. Każda sprawa omawiana jest w specjalnym telewizyjnym show „Sprawiedliwością jest Śmierć”, które przy wsparciu pseudoekspertów oraz wyssanych z palca danych manipuluje opinią publiczną i jest w stanie odpowiednio nastawić widzów poprzez nadawanie konkretnym zbrodniom odpowiedniego znaczenia. Ci oskarżeni, którym udało się uniknąć kary, stają się elementem kłamliwego systemu, by na zewnątrz dodawać mu wiarygodności.

Jeśli chodzi o samą fabułę, książka jest dynamiczna, wciągająca i ciekawa. Od samego początku sugeruje się czytelnikowi, że Martha jest niewinna, a jednak nie wiemy, dlaczego zdecydowała się przyznać i kogo tym samym kryje. Chłopaka? Pod płaszczykiem domniemanej historii miłosnej kryje się coś znacznie głębszego, problem o skali rozciągniętej na cały kraj. Główna bohaterka z jednej strony przeciwstawia się systemowi i obnaża jego słabe punkty, z drugiej zaś – prowadzi osobistą krucjatę, by zadośćuczynić za sprawy sprzed lat. Jestem zachwycona tym, jak autorka posplatała losy poszczególnych postaci stawiając na ich drodze te same momenty kluczowe lub po prostu podobne odczucia w związku z niesprawiedliwym systemem. Pomysł na tę książkę był świetny i świetnie został zrealizowany.

Jedyne, czego będę się czepiała, to zapis niektórych rozdziałów. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego poszczególne odcinki show „Sprawiedliwością jest Śmierć”, które znajdują się w książce w całości, zapisane są w formie stenogramu. Do szału doprowadzały mnie powtarzające się wstępy, toporne opisy zachowań postaci i przez to zupełnie nie potrafiłam skupić się na treści. Praktycznie za każdym razem układałam sobie w głowie, jak mogłoby to brzmieć w normalnej narracji i wciąż jestem przekonana, że książka tylko by na tym zyskała.

Mimo że Cela 7 jest klasyczną powieścią dla młodzieży, mnie się spodobała – autorce udało się znaleźć równowagę pomiędzy typowo nastoletnimi zachowaniami (buntownicze nastawienie, mściwość, poszukiwanie tożsamości poprzez mocne zaznaczanie swojej obecności), a globalnym problemem, które swoje źródła ma już dziś. Zaczynam myśleć, że osadzenie nurtu young adult i new adult w wizjach podobnych do tych z książek Marca Elsberga czy serialu Black Mirror może być całkiem dobrym pomysłem, zwłaszcza że fantastyczne, oderwane od rzeczywistości światy chyba nieco się już wypaliły. Chętnie przeczytałabym więcej podobnych książek.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Młody Book.
Premiera 29 marca! Więcej o samej książce możecie przeczytać na tej stronie.

czwartek, 23 marca 2017

„Rewers” – antologia opowiadań kryminalnych


Jeśli już nieco mnie znasz, możesz zastanowić się wraz ze mną – czy kiedykolwiek nauczę się, że opowiadania nie są „moim” gatunkiem literackim? Kolejny raz zupełnie o tym zapomniałam i z ogromnymi nadziejami sięgnęłam po zbiór, który miał mnie zachwycić. Co mnie podkusiło? Jestem niemal pewna, że to zasługa nazwiska Mroza na okładce. I opisu. I pomysłu. Jedenastu autorów kryminałów osadzających akcję w jedenastu różnych miastach. Brzmi wspaniale, prawda? Niestety całość prezentuje się bardzo przeciętnie, czyli tak, jak większość antologii, z którymi do tej pory miałam styczność.

Można to poczytać jako wadę lub zaletę, ale najmocniejszy punkt programy znajduje się na samym początku. Babcia Wiśniewska Wojciecha Chmielarza to świetna opowieść nawet dla takich „antyopowiadaniowców” jak ja – nie ma w niej ani jednego zbędnego słowa, a krótka forma idealnie współgra z domkniętą, spójną historią o lekko anegdotycznym zabarwieniu. Humor łączy się tu z nutą nowoczesności w stylu, a całość dopełnia przyjemnie gorzkie zakończenie. Dla tej historii o przedsiębiorczej babci-dilerce, ulubienicy półświatka, warto wziąć do ręki cały zbiór, serio.

Nieco tylko słabsze (ale wciąż bardzo dobre!) jest opowiadanie Joanny Opiat-Bojarskiej, która zaprezentowała nietypową zabawę konwencją: dla krótkiej formy przyjęła równie krótkie ramy czasowe, podgrzewając atmosferę odpowiednim dawkowaniem kolejnych elementów zagadki. Przeplatające się zeznania dwóch podejrzanych kobiet o podobnym domniemanym motywie przyjemnie mącą czytelnikowi w głowie i sprawiają, że rozwiązanie pozostaje tajemnicą do samego końca. Do tego dochodzi lekki styl autorki, który skutecznie zachęcił mnie do sięgnięcia w końcu po którąś z jej powieści.

Trzecim świetnym tekstem w zbiorze jest moim zdaniem opowiadanie Małgorzaty Sobieszczańskiej o szeroko pojętych stosunkach między sąsiadami. Autorka skusiła się na pokazanie społeczności multi-kulti, w której pod płaszczykiem codziennych uprzejmości kryją się całe sterty uprzedzeń i narastających frustracji. Niewyjaśnione zatargi, niewypowiedziane inwektywy i masa stereotypów wypływają na światło dzienne, gdy czarę goryczy przelewa popełnione na terenie posesji morderstwo. Oprócz ciekawej zagadki autorka zafundowała nam dużą dawkę humoru, a także odpowiednio zaskakujące zakończenie.

Nad rozczarowaniami pastwić się nie będę, ale o niektórych wspomnieć muszę. Siłą rzeczy najbardziej zawiodłam się na Mrozie, bo jego książki znam najlepiej i to po nim spodziewałam się najwięcej. Niestety, Przez ciemne okulary wydało mi się opowiadaniem pozbawionym jakiegoś ważnego elementu, o suspensie zupełnie bez charakteru. Negatywnie zaskoczyła mnie również Marta Guzowska – jej styl, język i sposób budowania napięcia zniechęcił mnie tak skutecznie, że szybko pozbyłam się kupionej niedawno Ofiary Polikseny. Nie zachwyciły mnie również kryminały retro Marcina Wrońskiego i Ryszarda Ćwirleja – choć ten gatunek z założenia często do lekkich nie należy, testy obu panów były dla mnie ponadprzeciętnie przytłaczające pod względem klimatu.

Kilka tekstów mnie zachwyciło, kilka rozczarowało – bilans jak zwykle wyszedł na zero. Podejrzewam, że część osób lepiej odnajdzie się w niektórych historiach, dla mnie jednak większość z nich była po prostu przeciętna. Wychodzi na to, że muszę się pogodzić z własnymi ograniczeniami i zaakceptować, że nie jestem wielką fanką opowiadań. Chętnie poznam za to twórczość Joanny Opiat-Bojarskiej – to tak żeby lektura Rewersu nie okazała się całkowicie bezowocna.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

wtorek, 21 marca 2017

Łukasz Walewski, Marcin Pośpiech – „Ambasadorowie”



Po genialnym Przywitaj się z królową (tekst o nim znajdziesz tutaj) nie miałam żadnych wątpliwości, czy sięgać po kolejną książkę Łukasza Walewskiego, zwłaszcza że opowieść wciąż pozostaje związana z tematem szeroko pojętej dyplomacji. Autor, tym razem we współpracy z radiowym kolegą, sięga do ciekawego i jednocześnie słabo znanego szerszej publiczności tematu, mianowicie odkrywa przed nami kulisy pracy ambasadorów. Na podstawie rozmów z osobami pełniącymi tę funkcję obecnie i w przeszłości, autorzy zgromadzili całe kompendium wiedzy o blaskach i cieniach ambasadorskiego życia.

Największym plusem, a jednocześnie największym minusem tej książki jest forma, na jaką zdecydowali się autorzy. Podczas gromadzenia materiałów, jak sami mówią, przeprowadzili dziesiątki rozmów z wieloma ambasadorami i zebrali bardzo dużo danych o zróżnicowanej tematyce. Udało im się podzielić to bardzo sensownie na spójne rozdziały traktujące o konkretnych aspektach dyplomatycznego życia. W wielu miejscach głos został oddany samym ambasadorom, co zdecydowanie ubarwia opowieść, bo zamiast teoretycznego traktatu o zasadach mamy czystą praktykę, co w zdecydowanej większości przypadków oznacza to, co tygryski lubią najbardziej: anegdoty. Dzięki nim opowieść jest lekka i bardzo przyjemna w odbiorze.

Niestety, wydaje mi się, że w przekazywaniu głosu dyplomatom autorzy nieco się zapędzili, oddali zbyt dużo pola. W wielu rozdziałach mamy więc do czynienia z sytuacją, gdzie kolejne akapity budowane są według schematu: jedno, dwa zdania wprowadzenia w temat + jak wspomina/tłumaczy/mówi/opowiada (były) ambasador… + krótka opowieść, czasem okraszona cytatami. Na samym początku nie przeszkadzało mi to jakoś mocno, ale im dalej, tym więcej takich akapitów i tym silniej widać schemat, który lekko uwiera czytelnika. Na szczęście nie cała książka jest tak skonstruowana – zdarzają się miejsca, gdzie narracja jest płynniejsza, autorzy pozwalają sobie na więcej tekstu własnego i dzięki temu budują naprawdę świetną opowieść.

Jeśli rozważasz pracę w dyplomacji, nie jestem pewna, czy ta książka zafunduje Ci dodatkową motywację – wiele opisywanych historii, choć zabawnych, nie należy do gatunku „chcę to przeżyć na własnej skórze”. Ambasadorowie są jednak pozycją świetną dla wszystkich maniaków ciekawostek (piąteczka!) – tak dużego zbioru anegdot i smaczków z dyplomatycznego życia nie miałam jeszcze w swoich rękach. Książka świetnie uzupełnia wspomniane już Przywitaj się z królową prezentując te elementy, które w poprzednim tekście Łukasza Walewskiego zostały przemilczane bądź nie do końca było na nie miejsce. Jako samodzielna pozycja również prezentuje się ciekawie – pokazuje specyfikę dyplomacji w różnych częściach świata, nie idealizuje zawodu, a dzięki zaproszeniu do współpracy zarówno byłych, jak i obecnych ambasadorów, przyjemnie uwypukla kontrast między obecnym charakterem dyplomacji, a jej kształtem chociażby w czasach PRL-u. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

niedziela, 19 marca 2017

Spotkanie po latach: Suzanne Collins – „Igrzyska Śmierci”


Pamiętam do dziś, jak wiele emocji towarzyszyło mojej lekturze książek Suzanne Collins. Miałam wtedy 20 lat, nie prowadziłam jeszcze książkowego bloga i dopiero wchodziłam w świat nowoczesnych powieści dla młodzieży. Nie czytałam wcale aż tak dużo, nie miałam określonego gustu, ale od wszelkich mniej lub bardziej wydumanych wizji przyszłości trzymałam się z daleka. Trylogię pochłonęłam w ekspresowym tempie, z wypiekami na twarzy, kilka razy mając ochotę zwyczajnie rzucić książką o ścianie. Wierz lub nie, ale praktycznie w ogóle mi się to nie zdarza. 

Już od dłuższego czasu, gdy przy różnych okazjach wypływał temat Igrzysk Śmierci, zastanawiałam się, jak odebrałabym tę książkę dziś. Od tamtej pory wszelkiego rodzaju dystopie miały swoje 5 minut, a ja poznałam ich całą masę, bo przez kilka lat uwielbiałam ten gatunek do szaleństwa. Wszystko, co było porównywane do książek Collins, brałam w ciemno, jednak żadna z kolejnych opowieści nie zapadła mi w pamięć tak mocno. Prawo pierwszej miłości? Być może. To właśnie mnie nurtowało, dlatego też podczas kolejnej nierównej walki z niechęcią do czytania postanowiłam zrobić sobie wolne i wrócić do dawnego obiektu westchnień, żeby zweryfikować, co tak naprawdę uważam na jego temat.

Rozpoczynając lekturę miałam dwa przeczucia: że treść będzie mi pachnieć schematem oraz że nic mnie nie rozemocjonuje, skoro znam już wszystkie fakty. W obu przypadkach bardzo mocno się pomyliłam. Mimo że zdążyłam poznać masę dystopijnych młodzieżówek, aż w końcu ich wtórność zaczęła wychodzić mi bokiem, tutaj zupełnie tego nie odczułam. Być może to zasługa tego, że ciężar historii Collins nie spoczywa na romansie, a gdy już wypływa temat uczuć, autorka woli fundować czytelnikom rollercoaster niż słodką sielankę. Wydarzenia prezentowane są szybko, nie ma tu miejsca na nudę, a obraz, który kreśli Collins, za każdym razem fascynuje, niezależnie czy mowa o barwnym świecie Kapitolu, czy też brutalnych wydarzeniach na arenie. Każdy z tych elementów stworzony jest należycie i ciekawie, opisany wystarczająco dokładnie, mimo że akcja gna do przodu jak szalona. Z jednej strony miałam poczucie, że wszystkiego dotykamy po łebkach, z drugiej zaś nie pozostałam z żadnym niedosytem.

Pomyliłam się również w kontekście emocji, które miała stłumić znajomość treści. Pominę fakt, że wcale tak dużo nie zapamiętałam – właściwie miałam w głowie ogólny zarys fabuły oparty na najważniejszych punktach, bez szczegółów. Nie wiedziałam, w jakiej kolejności i w jaki sposób zginą poszczególni trybuci, zdążyłam zapomnieć, jak wygląda Kapitol i jego mieszkańcy, umknęło mi wiele scen ważnych dla relacji Katniss i Peety. Wraz z upływem lat z głowy uciekły mi praktycznie wszystkie szczegóły, a to właśnie one stanowią o sile tej opowieści. Suzanne Collins utkała historię niezwykłą, a przy tym bardzo dopracowaną. Wszystkie emocje, których cień zapamiętałam z poprzedniego spotkania z Igrzyskami…, odżyły we mnie ze zdwojoną siłą. Okazało się, że znajomość zakończenia, nie odbiera satysfakcji z lektury i nijak nie pomaga radzić sobie z przeżyciami w trakcie, natomiast wiedza o finale trylogii nie umniejsza tego, co wkurza nas w zakończeniu pierwszej części. Naprawdę boję się sięgnąć po W pierścieniu ognia – to właśnie przy tej książce najczęściej się denerwowałam i przerywałam lekturę, by odetchnąć; obawiam się, że tym razem będzie jeszcze gorzej.

Choć wydawało mi się, że do książki wrócę jak do starego przyjaciela, od samego początku wiedziałam, że to nie jest świat, do którego się wraca. Panem wciąż wywołuje we mnie głównie poczucie zagrożenia, choć już dawno powinnam była z tego wyrosnąć. Wygląda na to, że Igrzyska Śmierci będą dla mnie tym samym, czym cykl o Harrym Potterze – świetną książką, która poprzez formę przekazu nie może być klasyfikowana jako literatura dla młodszego czytelnika. Suzanne Collins, podobnie jak J.K. Rowling, ma niezwykły dar poruszania serc i takiego tkania świata oraz relacji między postaciami, że czytelnik czuje się jakby sam był uczestnikiem opisywanych w książce zdarzeń. 

Czasem warto wrócić do książki, która urosła w naszych oczach do rangi mitu. Choć bałam się rozczarowania, spotkało mnie coś wspaniałego: przypomnienie, że czytanie może być emocjonującą przyjemnością.


piątek, 17 marca 2017

Film: „Logan” (2017)


Nigdy nie widziałam żadnego z filmów o Wolverinie. Nie pasjonuję się uniwersum X-menów, zarówno filmowym, jak i komiksowym. Do kina wybrałam się właściwie tylko ze względu na Sylwka i spodziewałam się raczej zwykłego filmu o superbohaterach, no, może w nieco mroczniejszym klimacie. Jak bardzo się myliłam… Powiem krótko: od dawna nie byłam w kinie na czymś tak dobrym. Po napisach końcowych nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez kolejne dni usiłowałam stworzyć zwyczajową notkę na Facebooka, ale nie byłam w stanie skrócić tego, co mam do powiedzenia. Ostatecznie ze wszystkich moich przemyśleń powstał ten właśnie wpis.

Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła, jest ciężki i przygnębiający klimat opowieści. Głównym punktem całej historii jest nieludzkie okrucieństwo zadawane dzieciom, ale to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. Obserwujemy, jak kształtuje się osobowość X-23, a każde kolejne doświadczenie dziewczynki jest bardziej traumatyczne od poprzedniego. Do tego dodać należy bardzo wiele gorzkich wniosków, do których na każdym kroku dochodzą bohaterowie oraz ogólną brutalność poszczególnych scen. Uniwersum, z którego wywodzi się cała historia, jest w oczywisty sposób fantastyczne poprzez istnienie samoczynnych mutacji genetycznych i, co za tym idzie, specjalnych zdolności, a jednak Loganowi znacznie bliżej do prawdopodobnego życiowo science-fiction niż całkowicie fikcyjnej opowieści. Dążenia zarówno „złej”, jak i „dobrej” strony są bardzo naturalne i bliskie temu, co możemy spotkać w naszym świecie, a temat babrania się w ludzkim genotypie w celu uzyskania superbroni wydaje mi się tak realny, jak prawdopodobny.

Choć według zwiastunów i opisów Logan zdawał się być w znacznej mierze historią X-23, dla mnie jest to przede wszystkim domknięcie losów dwóch bardzo ważnych postaci uniwersum X-men: Wolverine’a oraz Profesora Xaviera. Obaj bohaterowie są w filmie zaprezentowani jako zmęczeni życiem i swoimi doświadczeniami, ich niezwykłe moce zdają się być pokonywane przez wiek. Smutno jest patrzeć na ich odchodzenie, zwłaszcza że jest ono zaprezentowane tak naturalnie i zwyczanie. To trochę tak, jakby twórcy filmu chcieli nam pokazać, że niezależnie jak wielki mamy umysł i jak silne ciało, każdy z nas jest podporządkowany prawom przemijania. Z drugiej strony niezwykle przyjemnie było patrzeć na relację obu bohaterów, gdzie Xavier jest typowym marudnym i uciążliwym starcem, a Logan opiekuje się nim tak, jak własne dzieci zajmują się swoimi odchodzącymi rodzicami, mimo że im samym często brakuje sił i cierpliwości. Mnóstwo jest tu humoru, uszczypliwości, ale też niezwykle autentycznych emocji i reakcji, które mnie osobiście bardzo mocno chwyciły za serce.

Jeśli chodzi o słabe strony filmu, moim zdaniem jest tylko jedna – luki fabularne. Rozumiem, że to jedna z alternatywnych osi czasu świata mutantów i pewnie jej twórcy sami do końca nie nakreślili szczegółów, ale mimo wszystko brak informacji jest momentami doskwierający. Tym niemniej Logan sam w sobie stanowi opowieść na tyle kompletną i angażującą, że nie ma powodów, by w jakikolwiek sposób się do niego zniechęcać.

Poszłam na film o superbohaterach, a trafiłam na bardzo dobry, autentyczny i przejmujący dramat – całkiem dobry deal. Z tego co widziałam, nie byłam jedyną osobą na sali, której zabrakło słów i chyba całkiem sporo z nas nie było przygotowanych na to, co nas czeka. Warto było się wybrać, bezapelacyjnie. Coś tak czuję, że to będzie jeden z najlepszych filmów, jakie będzie mi dane poznać w tym roku.


środa, 15 marca 2017

Aneta Jadowska – „Akuszer bogów”


Jej świat nigdy nie należał do najbardziej uporządkowanych, ale przynajmniej zachowywał pewną stabilność. Po ostatnich wydarzeniach musiała się jednak pożegnać nawet z tym marnym pocieszeniem. To, co do tej pory brała za pewnik, legło w gruzach. Na domiar złego prawdę o sobie będzie musiała odkryć sama, wyruszając w niebezpieczną podróż do kolebki nordyckiej magii. Zagrożeń nie zabraknie, a pierwsze drzemie w niej samej…

Ten wpis miał pojawić się na blogu w Dzień Kobiet i zaczynać się od słów „naprawdę nie lubię postaci żeńskich”. Ostatecznie z pomysłu nic nie wyszło, ale słowo wstępu pozostaje jak najbardziej aktualne – zwykle negatywnie nastawiam się do książek o kobietach, bo rzadko spotykam takie bohaterki, które nie zostały wpasowane w najpopularniejsze schematy: rozpraszającą miłość, obezwładniające poświęcenie czy trudny los ofiary. Na szczęście istnieją wyjątki, a jednym z nich jest wykreowana przez Anetę Jadowską Nikita. Całkiem niedawno na rynku pojawiła się kontynuacja jej losów, a że Dziewczyna z Dzielnicy Cudów zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, koniecznie musiałam sięgnąć po kolejną część.

Co takiego ma w sobie ta zabójczyni, że należy do szacownego grona zachwycających mnie bohaterek? Oprócz oczywistych walorów w postaci siły, ciętego języka i względnej samowystarczalności, cieszy mnie stała możliwość odkrywania jej tajemnic. Nikita sama nie do końca rozumie, kim jest, więc czytelnik ma okazję wraz z nią rozwiązywać tę zagadkę. Podczas skandynawskiej podróży stopniowo pojawiają się kolejne fakty uzupełniające układankę, jednak napięcie dawkowane jest perfekcyjnie. Dodatkowo jako bohaterka nie ma tych zwyczajnych, oklepanych słabości, a to, co jest w stanie ją przestraszyć/wytrącić z równowagi, ma raczej charakter nemesis: widać wyraźnie, że sama Nikita jest częścią czegoś większego, czy tego chce, czy nie; czegoś, co zbyt często wymyka jej się spod kontroli.

Podkreślając tajemniczość głównej bohaterki nie sposób nie wspomnieć również o jej zawodowym partnerze, Robinie. Pozbawiony pamięci, ale władający potężną i wszechstronną magią mężczyzna stanowi zagadkę, której rozwiązanie kusi nas jeszcze bardziej, niż poznanie dalszych losów Nikity. Co ciekawe Aneta Jadowska udowadnia, że można postawić w jednym szeregu, ramię w ramię, postać męską i kobiecą, nie ujmując żadnej z nich wiedzy, doświadczenia i umiejętności. Bohaterowie świetnie się uzupełniają i – co ważne – nie ma między nimi romansu, a jedynie sympatyczna, pełna wzajemnych przytyków zależność, która daje książce dodatkowe elementy humorystyczne.

Kolejnym ważną zaletą zarówno Akuszera… jak i całego cyklu o Nikicie jest świat przedstawiony. Nie od dziś wiadomo, że Aneta Jadowska garściami czerpie ze wszelakich wierzeń, mitologii, religii, nauk magicznych i innych podobnych spraw, po czym wrzuca je do jednego kotła i bez skrupułów miesza. Nie inaczej jest tym razem: choć poruszamy się w kręgu magii nordyckiej (walkirii, berserków, wilkołaków), to ważną rolę w treści odegrają również bardziej uniwersalne elementy. Co ważne, w porównaniu do Dziewczyny z Dzielnicy Cudów mamy tu znacznie mniej opisów, na czym zdecydowanie zyskuje tempo akcji. Lekko przegadany pierwszy tom stanowił bardzo dobre wprowadzenie, natomiast część druga tylko uwypukla zasygnalizowane wątki i podkreśla najważniejsze elementy świata. Nie brak tu mocnych, brutalnych scen, zagrożenie od początku do końca dyszy Nikicie w kark, a poszczególnym bohaterom zdarza się popełniać błędy, za które przyjdzie im słono zapłacić. 

Nie mogę się pogodzić z komentarzami osób, które coś kiedyś usłyszały na temat cyklu o Dorze Wilk i teraz odrzucają również Nikitę jako bohaterkę kolejnego paranormal romance. Nic bardziej mylnego! Wspominałam już o tym w kontekście pierwszej części, a teraz powtórzę: książki o Nikicie są zupełnie inne. To opowieść dojrzalsza, lepiej przemyślana, bardziej wciągająca pod względem fabuły, mroczniejsza i ciekawsza od swojej starszej siostry. Mam wrażenie, że to historia przeznaczona dla zupełnie innego odbiorcy – Akuszer…, podobnie jak Dziewczyna z Dzielnicy Cudów, to pełnokrwiste urban fantasy, którego lektura daje bardzo dużo satysfakcji. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.




poniedziałek, 27 lutego 2017

Inspiracje: luty

Sandman

W tym miesiącu przeniosłam się do świata snów. 

Już od dłuższego czasu miałam zamiar sięgnąć po komiksy o Sandmanie, jednak cena skutecznie mnie odstraszała, poza tym nie ukrywajmy – stos „do przeczytania” w sypialni z każdym tygodniem coraz bardziej rośnie. Tym niemniej nie żałuję, że wreszcie się zdecydowałam i po przeczytaniu dwóch pierwszych części mogłabym od razu kupić wszystkie kolejne (gdybym tylko miała na to pieniądze). Sandman to komiks stworzony przez Neila Gaimana opowiadający historię Snu, Morfeusza, pana śnienia, czy jakkolwiek wolimy go nazywać. To opowieść przerażająca, obrzydliwa, oddziałująca na wyobraźnię i przenikająca czytelnika, w dodatku niesamowicie wręcz dopasowana. Do tego wszystkiego dochodzi perfekcyjny czarny humor (a jeśli wierzycie, że czerń ma odcienie, to mówię o tym najciemniejszym) i mnogość nawiązań do historii, mitologii, kultury i popkultury. Ja jestem zachwycona i kiedy wreszcie poznam całość, opowieść na pewno doczeka się osobnego wpisu na blogu.


Rayman Legends

Niecałe 10 zł w Biedronce, a zabawa na długie godziny. Od dłuższego czasu szukaliśmy jakiejś lekkiej platformówki z wersją kooperacji, żeby sobie wspólnie poprztykać na padach i się zrelaksować. Tę wersję Raymana znaliśmy już z mobilnego Rayman Adventures, które oboje męczyliśmy kilka miesięcy temu, więc zaskoczeń co do treści nie było, ale też znacznie łatwiej przyszło nam przyzwyczajenie się do pewnych etapów. Komputerowa wersja wciągnęła nas jeszcze bardziej, chociaż nie ukrywajmy – współpraca ze mną jest trudna, bardziej przeszkadzam niż pomagam. ;)

Jeśli znasz jakieś gry w podobnym stylu, które mają wersję kooperacyjną, koniecznie daj znać! W Raymanie niebezpiecznie zbliżamy się do połowy, więc pewnie niebawem przyjdzie nam szukać czegoś nowego.


John Wick 2

Pierwszą część zobaczyłam na maratonie filmowym. Wiecie, jak to jest: noc, nie do końca przyswajacie, co się wokół Was dzieje, percepcję macie zaburzoną. Inne filmy był słabe, ten wydawał się najlepszy. Obejrzałam ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. Za każdym razem bardziej doceniałam wierność konwencji, ograniczoną formę, spójność, prostotę i wszystkie smaczki, które trzymały fabułę razem i dokładały jej drugą warstwę dopracowania.

Druga część absolutnie nie ustępuje jedynce. No, może John zdaje się być nieco bardziej naiwny, strażniczka głównego przeciwnika stanowi jakiś żart, a soundtrack nie zachwyca tak mocno, jak poprzednim razem. Jednak film sam w sobie jest bardzo podobny do poprzednika i gwarantuje równie dobrą zabawę.




Druga generacja w Pokemon Go

Tylko proszę, bez pytań „kto w to jeszcze gra”. ;) Mnie póki co aplikacja się nie znudziła, sumiennie wypełniałam swój Pokedex zimą, mimo że ochoty na wyciąganie komórki na mrozie miałam coraz mniej. Co prawda nie udało mi się skompletować wszystkich dostępnych w Polsce Pokemonów z pierwszej generacji przed wejściem drugiej (brakuje mi dwóch!), ale nic straconego. Tymczasem twórcy do spółki z kilkoma dniami pięknej pogody zdecydowanie zachęcili mnie do biegania po mieście, a odczucia mam podobne, jak na początku zabawy z aplikacją - przy każdym nowym stworku cieszę się jak dziecko.


A Tobie na czym upłynął ostatni miesiąc?