sobota, 11 listopada 2017

Remigiusz Mróz – „Oskarżenie”



Chociaż ostatnio moja mania książek Remigiusza Mroza nieco osłabła (zdecydowałam się sprzedać Czarną Madonnę, tym samym akceptując, że nie będę miała na półce wszystkich książek autora, waham się też, czy Wotum nieufności podobało mi się na tyle, żeby sięgać po drugi tom), to jest jedna seria, która wciąż przyprawia mnie o szybsze bicie serca – cykl o Chyłce i Zordonie. Ilekroć pojawia się zapowiedź nowego tomu, zaczynam snuć scenariusze na temat tego, co autor zaserwuje nam tym razem. Zawsze z niecierpliwością wypatruję premiery i staram się zdobyć książkę jak najszybciej. Tym razem trochę czekałam, ale w końcu się udało!

Mimo bezwarunkowej miłości do cyklu muszę przyznać, że Oskarżenie nie jest najlepszą jego częścią i nie umywa się do najbardziej zachwycających powieści autora. Najbardziej raziła mnie powtarzalna konstrukcja rozdziałów. Jakby to powiedzieć bez niepotrzebnych spoilerów... Bardzo często dana część kończy się sceną, w której jeden z bohaterów otrzymuje tajemnicze wytyczne, a ich treść pozostaje niedostępna dla czytelnika. Oczywiście kilkanaście/kilkadziesiąt stron później sprawa się rozjaśnia, często zwyczajnie, bez żadnych fajerwerków. Sama tajemnica nie buduje napięcia, a jej wyjaśnienie nie zaskakuje. W dodatku z racji tego, że taki zabieg użyty jest w powieści kilkakrotnie, nabiera charakteru wewnętrznego schematu i staje się lekko irytujący.

Podczas lektury miałam spore nadzieje co do kryminalnego elementu książki, zwłaszcza że długo nie mogłam się domyślić rozwiązania sprawy. Niestety ostatecznie również z tego aspektu nie jestem zbyt zadowolona. Bardzo nie lubię tekstów, w których autor przez kilkaset stron nie tyle wodzi nas za nos, co po prostu daje zbyt mało danych, byśmy mogli dojść do rozwiązania zagadki, a następnie podaje nam wszystkie informacje na raz w bardzo długim monologu lub dialogu głównych bohaterów. Scena, która ma miejsce pod koniec Oskarżenia, gdzie cała historia jest nam dokładnie wyłuszczana, jest stanowczo zbyt długa i zbyt nudna; poza tym do tego momentu moja motywacja do odkrycia prawdy zdążyła spaść niemal do zera. 

Ze smutkiem muszę przyznać, że również finał powieści nie zrobił na mnie aż tak dużego wrażenia, jak w przypadku poprzednich części cyklu. Wiele trudnych wątków zostało już dawno rozwiązanych, dużo wątpliwości się rozwiało, a samo zakończenie wydaje mi się mniej mocne niż chociażby w Inwigilacji. Mimo że od początku sympatyzuję raczej z Kordianem niż z Chyłką, mam poczucie, że poradzi sobie w sytuacji, w jakiej się znalazł i jakoś mniej się o niego obawiam. Oczywiście jestem ciekawa, co wydarzy się dalej, ale nie jest to ten przerażający stan, kiedy zamykamy książkę i zaczynamy patrzeć się w ścianę w poszukiwaniu kolejnego tomu TERAZ, ZARAZ, JUŻ. 

Jeśli chodzi o zalety, Remigiusz Mróz wciąż pozostaje w formie w kwestii humoru – wiele żartów jest połączonych z bardzo poważnymi i bardzo trudnymi tematami, co mnie osobiście naprawdę odpowiada. Lubię ten typ rozpraszania napięcia, gdzie rzucona niby mimochodem uwaga wywołuje uśmiech, mimo że jeszcze przed chwilą emocjonowaliśmy się jakąś niebezpieczną dla bohaterów sceną. Niezmiennie jestem też zadowolona ze stylu autora, który jest dla mnie przyjemny i lekki w odbiorze. Podoba mi się również wewnętrzna spójność cyklu – mimo że, jak twierdzi autor, opowieść ewoluuje na bieżąco i nie była planowana aż na tyle części, poszczególne tomy nawiązują do siebie nawzajem. Co więcej, podczas lektury Oskarżenia zdałam sobie sprawę, że czas wrócić do Kasacji, bo zupełnie nie pamiętam zdarzeń z pierwszej części, które nagle okazują się istotne. Sami widzicie, że jestem przez autora uwiązana...






Kasacja || Zaginięcie || Rewizja || Immunitet || Inwigilacja || Oskarżenie

środa, 8 listopada 2017

Prawdziwe historie w atmosferze bajek, czyli co czytać małym buntowniczkom



W ostatnim czasie na rynku pojawiły się dwie bardzo ważne pozycje, które zwróciły moją uwagę swoją tematyką i oprawą wizualną: Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek oraz Damy, dziewuchy, dziewczyny. Obie w krótki i przystępny sposób opowiadają historie kobiet, które w mniejszym bądź większym stopniu wpłynęły na losy świata; ta pierwsza czyni to obszerniej, prezentując 100 postaci z różnych krajów, kultur i ras, natomiast druga jest bliższa naszego podwórka, zawiera bowiem historie wyłącznie Polek. Zdecydowałam się opowiedzieć o tych książkach w jednym tekście, trochę je porównać, a trochę połączyć we wspólną całość. Na pierwszy rzut oka wydają się bardzo podobne, ale im bliżej się im przyglądamy, tym więcej różnic można zauważyć. 

Zacznę od książki, która jako pierwsza przykuła moją uwagę jeszcze przed premierą. Opowieści na dobranoc... Eleny Favilli i Francesci Cavallo to przede wszystkim pozycja wspaniale wydana, wizualnie spójna z innymi zbiorami dla dzieci. Wewnątrz znajdziemy historie kobiet różnych profesji: zarówno tych popularnych, jak pisarki (Jane Austen, Astrid Lindgren, siostry Brontë), polityczki (Ameenah Gurib Fakim, Margaret Thatcher) czy sportsmenki (Simone Biles, Amna Al Haddad), jak i mniej typowych. Ale to nie wszystko! Zamiast wykorzystywać gotowe grafiki, zdjęcia i litografie, autorki poszły o krok dalej. Do współpracy przy książce zostało zaproszonych sześćdziesiąt (!) graficzek, które w różnych stylach sportretowały bohaterki książki. Dzięki temu całość jest atrakcyjna nie tylko dla dzieci, jako inspiracja i źródło wiedzy, ale także dla sięgających po tę pozycję starszych odbiorców. 

W przypadku Opowieści... muszę podkreślić jedną, bardzo ważną rzecz: zanim zaczniemy prezentować je dzieciom, warto byłoby nieco się do tematu przygotować. Teksty wewnątrz są krótkie i proste, nie zawierają zbyt wielu danych, więc mogą nie zaspokoić ewentualnej ciekawości młodego pokolenia. Z mojej perspektywy to bardzo duży plus, bo nie ma nic fajniejszego niż kolejna okazja do poszerzenia własnej wiedzy i przekazywanie jej dalej, ale jeśli szukacie książek, które "zrobią za Was robotę", to nie polecam tej pozycji. Dopiero odpowiednio dopowiedziane, poszerzone i omówione te historie mogą stać się prawdziwą inspiracją.



Tego problemu nie ma druga z prezentowanych książek, czyli Damy, dziewuchy, dziewczyny. Wizualnie pozycja jest znacznie mniejsza i patrząc na nią można by sądzić, że treść będzie uboższa, ale to tylko pozory. Anna Dziewit-Meller wybrała mniej liczną grupę bohaterek (jest ich tylko 17), ale dzięki temu każdej z nich mogła poświęcić więcej czasu i uwagi, dokładniej opisując historie poszczególnych kobiet. Delikatnie nakreślony jest kontekst historyczny i specyfika czasów, w których przyszło im żyć, a na końcu każdego rozdziału znajduje się słowniczek pojęć użytych w tekście, które mogły okazać się z różnych względów niezrozumiałe dla młodszego pokolenia. Tym samym książka ta wymaga mniej pracy i zaangażowania od dorosłego, który postanowi się nią posłużyć.

Podoba mi się również spójna, narracyjna formuła książki, dzięki której możemy czytać ją zarówno na raz, jak i dawkując sobie rozdziały np. w kolejne wieczory. Naszą przewodniczką, a jednocześnie bohaterką pierwszego rozdziału, jest Henryka Pustowójtówna, polska działaczka patriotyczna i uczestniczka powstania styczniowego. W kolejnych rozdziałach  co bardzo mnie ucieszyło – poznajemy bohaterki równie nieoczywiste; w książce Anny Dziewit-Meller znalazło się miejsce chociażby dla poetki Elżbiety Drużbackiej, Narcyzy Żmichowskiej, określanej mianem pierwszej polskiej feministki, czy malarki Zofii Stryjeńskiej. To nie jest kolejna książka maglująca w nieskończoność kilka tych samych nazwisk i życiorysów; z niej naprawdę mamy okazję dowiedzieć się czegoś nowego. 

Jak widzicie, obie pozycje, choć podobne tematycznie, różnią się na bardzo wielu płaszczyznach. Moim zdaniem nie ma tu podziału na książkę "lepszą" i "gorszą"  obie bardzo mi się spodobały. Jeśli szukamy szerszego zbioru o prostszym, bardziej hasłowym charakterze, trafniejszą propozycją wydają się być Opowieści... Z kolei książka Anny Dziewit-Meller zawiera więcej szczegółów i, co ważne, opowiada o kobietach z naszego podwórka  takich historii nigdy nie jest za wiele. Obie książki niosą też ze sobą bardzo ważny przekaz: pokazują, że nawet w trudniejszych czasach kobietom udawało się przezwyciężyć trudności i działać w obszarach, którymi były zainteresowane. Tym samym każda z nas może marzyć, z marzeń budować cele, a te z kolei najzwyczajniej w świecie realizować. 






Za książkę Anny Dziewit-Meller dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

wtorek, 31 października 2017

Narkobaronowie i Kinder Niespodzianki, czyli ulubieńcy października​








Październik był dla mnie bardzo męczącym miesiącem, zwłaszcza pod koniec, kiedy tydzień z życiorysu wyjęła mi praca na Targach Książki w Krakowie. Nadal jednak udaje mi się szarpać z czasem i znajdować chwilę lub dwie na przyjemności  w tym przypadku seriale, testowanie kosmetyków i... czekoladę! Zapraszam Was serdecznie na ulubieńców tego miesiąca, czyli najskuteczniejsze (dla mnie!) umilacze jesieni.


Podaj dalej!

Od bardzo dawna zastanawiałam się, na czym polega fenomen tej gry  czytając opis nie czułam zbytnio tej zabawy, nie wydawała mi się atrakcyjna. Jakie to szczęście, że podczas ostatniej imprezy firmowej miałam okazję w nią zagrać!

Podaj dalej! to w gruncie rzeczy kalambury, ale dużo fajniejsze dla takich osób jak ja  tych, które nienawidzą wychodzić na środek i machać rękami. Do tego dochodzi połączenie z głuchym telefonem, bo wylosowane hasło rysujemy, po czym podajemy dalej do zinterpretowania kolejnemu graczowi. On próbuje zgadnąć, co narysowaliśmy i zapisuje hasło, a następna osoba  znów rysuje. W większości przypadków gdy notes do nas wraca, ostatnie hasło totalnie różni się od poprzedniego. 

Co ważne - nie trzeba umieć rysować. Prawdę mówiąc im gorzej nam idzie, tym jest zabawniej.


Narcos 3


Wiem, że premiera trzeciego sezonu była 1 września  miałam nawet plan, żeby z tej okazji wziąć wolne w pracy, ale jakoś nie wypaliło. Ogólnie ostatnio ciężko jest mi wygospodarować czas na seriale i oglądanie zawsze odbywa się kosztem czegoś innego. Ale czasem warto. 

Jeśli chodzi o samo Narcos, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Scenarzyści wykonali naprawdę dobrą robotę i moim zdaniem wykorzystali potencjał opisywanej historii. Postaci, które do tej pory były drugoplanowe, pięknie się rozwinęły i zyskały indywidualny charakter; każdy z bossów kartelu z Cali to inna osobowość, podejście do interesów i reakcje na trudną sytuację. Sam serial trzyma w napięciu, świetnie balansuje między faktem a fikcją (uwielbiam to, w jaki sposób wplatane są tutaj elementy rysu historycznego), no i pełen jest naprawdę dobrych scen, wśród których prym wiedzie finał pierwszego odcinka.

Gorąco polecam, to jeden z moich ulubionych seriali.


Super Hero Girls w Kinder Niespodziankach



Niczym zebra z reklamy Wedla będę namawiała, by co jakiś czas odzyskiwać swoją dziecięcą radość (a najlepiej nigdy jej nie tracić). Mam na to kilka sprawdzonych sposobów, a jednym z nich jest... Kinder Niespodzianka. Zwłaszcza, jeśli zabawki są tak przyjemne, jak ostatnia kolekcja powstała w kooperacji z DC. 

W tym miesiącu dostałam pierwszą pełnoetatową pensję. Co kupiłam najpierw? Sześć czteropaków jajek z niespodzianką, moi drodzy. Tak się bawią bogaci.


Polskie kosmetyki naturalne



Jakoś tak wyszło, że październik był dla mnie miesiącem testowania kosmetyków, na które od dawna miałam ochotę.

Krem do rąk z Yope zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie  świetnie nawilża i szybko się wchłania, dzięki czemu mogę go trzymać w pracy (komputer), a jego zapach sprawia, że mam ochotę używać go cały czas (mam wersję zielona herbata i mięta, jakby coś). Możecie się śmiać, ale to ostatnie jest bardzo dużą zaletą, bo do tej pory ciągle o nim zapominałam! Wciąż uważam, że 30 zł za krem do rąk to lekka przesada, ale niczego nie żałuję.

Pozytywnie zaskoczyła mnie również firma Resibo. Skusiłam się na krem pod oczy oraz osławione "czyniące cuda" serum. O ile do pierwszego kosmetyku raczej nie wrócę (jak dla mnie ma zbyt lekką formułę), o tyle drugi naprawdę sobie chwalę. Mam bardzo odwodnioną skórę (kiedyś myślałam, że tłustą, ale to temat na zupełnie inną opowieść...) i powiem szczerze, że jak do tej pory nie trafiłam na kosmetyk, który by tak obłędnie nawilżał. Jeśli używam go wieczorem, na drugi dzień skóra jest miękka i delikatna, a samo serum mimo olejowej formuły nie zatyka porów.

Trzecią marką, której testowanie zaczęłam w październiku, jest Ministerstwo Dobrego Mydła – firma, którą, jak do tej pory, znałam jedynie ze świetnie prowadzonego fanpejdża. Już dawno upatrzyłam ich słynny sztyft śliwkowy jako prezent gwiazdkowy dla mojej Mamy, a że do oferty trafił w zestawie z dwoma innymi produktami... Cóż, postanowiłam rozpieścić też siebie. Zarówno peeling, jak i olej są rewelacyjnie i działają cuda na skórze: złuszczają, odżywiają, nawilżają. I jak pachną! 


Ktoś dobrnął do końca? Rany, jesteście wielcy! Niech fajne rzeczy będą z Wami!
Co odkryliście w tym miesiącu? Powiedzcie koniecznie, pamiętajcie, że zbieram Wasze polecanki!


sobota, 28 października 2017

Ewa Grzelakowska-Kostoglu – „Tajniki paznokci”



Chyba nikogo nie dziwi fakt, że ta książka pojawia się na blogu. Jako osoba zajmująca się manicurem, choćby tylko hobbystycznie, po prostu musiałam ją dorwać w swoje łapki, zwłaszcza że filmiki Ewy dotyczące paznokci uwielbiam i bardzo często z nich korzystam. Nie przeszkodził mi trochę zniechęcający sposób dystrybucji, mój entuzjazm nie opadł podczas długiego oczekiwania na paczkę. Przegrałam dopiero, gdy treść musiała zmierzyć się z moimi oczekiwaniami – wychodzi na to, że postawiłam poprzeczkę zbyt wysoko.

Tajniki paznokci podzielone są na trzy podstawowe części: wprowadzenie teoretyczne, pielęgnację oraz wzory. Na samym początku czytelnikom zostaje zaprezentowany zbiór ciekawostek, ważne pojęcia oraz najpopularniejsze mity związane z budową, wzrostem i stanem paznokci. Po takim wstępie dowiadujemy się, jak prawidłowo dbać o pazurki, by rosły długie, mocne i gładkie. Dopiero tak przygotowane dłonie powinnyśmy ozdabiać, dlatego też sposoby dekorowania paznokci znajdują się na samym końcu książki. Jest ich ponad 30, a większość z nich możemy wykonać zarówno lakierami klasycznymi, jak i hybrydowymi (co oczywiście zostało odpowiednio oznaczone).

W zalewie książek wszelakich influencerów coraz trudniej jest wyłowić jakieś wartościowe treści – mnóstwo pozycji powstaje jakby bez większego sensu, wydaje się, że jedynie z potrzeby zarobku. Mimo wszystko wciąż mocna pozostaje grupa osób, po których teksty możemy sięgać w miarę pewnie, wiedząc, że będą profesjonalnie przygotowane i opracowane. Ewa Grzelakowska-Kostoglu zdecydowanie należy do tego grona – treści, które prezentuje w swoich książkach i filmach, praktycznie nigdy nie zawodzą, z jej porad można rzeczywiście korzystać i tym samym w jakimś stopniu rozwijać własną wiedzę i umiejętności. Tym niemniej należy pamiętać, że poradnik wypuszczony w formie książkowej na tak szeroki rynek jest skierowany raczej do osób początkujących, a tym samym treści w nim zawarte nie będą omówione zbyt dokładnie. Ja o tym zapomniałam i właśnie dlatego nie jestem zadowolona z zakupu.

Pod względem wizualnym książka prezentuje się fenomenalnie: ma porządną oprawę, przyjemny format i grube kartki; jest szyta i pełna świetnych zdjęć. Nawet nie chcę myśleć, ile godzin zajęło przygotowanie ich wszystkich, zwłaszcza tych z ostatniej części, gdzie prezentowane są różne wzory i zdobienia. Do tego samo opracowanie graficzne (nietypowe strony, spójność wewnętrzna pozycji) prezentuje się świetnie. Widać wyraźnie - zarówno w wyglądzie, jak i w treści – że autorka włożyła w swoje "dziecko" mnóstwo serca, zaangażowania i wiedzy. Nie zmienia to jednak faktu, że decydując się na zakup poradnika, nie nabywam książki do oglądania. W każdym razie nie tylko. Fajnie byłoby czegoś się dowiedzieć, coś z lektury wynieść, a najlepiej móc do takiej pozycji wracać, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.

W tym momencie przestaje być tak różowo. Tak jak wspomniałam – treść Tajników paznokci może być właściwa dla osób zaczynających swoją zabawę z manicurem, jednak jeśli znamy podstawy, możemy być rozczarowani. Tak naprawdę wystarczy znajomość kanału Ewy, by móc pominąć większość rozdziału o pielęgnacji (odsyłam Was do tego filmiku) oraz lwią część proponowanych wzorów i technik zdobienia. Fakt, znalazło się tu kilka interesujących tematów: autorka postanowiła się rozprawić z najpopularniejszymi mitami dotyczącymi paznokci i z tego krótkiego rozdziału faktycznie dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy. Ale to tyle – wiedza jednorazowa w kategoriach ciekawostki. Najgorsze jest to, że po lekturze wiem, jestem po prostu pewna, że nie będę miała potrzeby więcej do tej książki zaglądać, a tym samym jej zakup był mi zupełnie niepotrzebny. 

Jeśli jesteście fanami Ewy, chcecie mieć wszystkie jej książki, szukacie fajnego, porządnego prezentu lub potrzebujecie kompendium z absolutnymi podstawami podstaw manicure – śmiało sięgajcie po tę książkę, bo jej treść i wykonanie pozostawiają bardzo pozytywne wrażenie. Na pewno wielu osobom się spodoba i wiele osób ucieszy. Mnie pozostaje czekanie na książkę dla tych bardziej zaawansowanych widzów i czytelników – czy to w temacie makijażu, czy też manicure. 


środa, 25 października 2017

Vince Flynn – „Amerykański zabójca”



Przywiązanie do zasady "najpierw książka – potem film", potrafi być bardzo problematyczne, zwłaszcza jeśli o istnieniu tej pierwszej dowiadujemy się z trailera, który miga nam przed oczami gdzieś w kinie. Kolejny raz w tym roku miałam okazję zmierzyć się z taką sytuacją: musiałam szybko zorganizować sobie egzemplarz książki, żeby pochłonąć go jeszcze przed seansem. W przypadku American Assassin nie wyszło mi to na zdrowie... Do momentu pójścia do kina przeczytałam dokładnie połowę – zbyt mało, żeby czuć satysfakcję, a jednocześnie zbyt dużo, żeby w pełni cieszyć się umiarkowanej jakości ekranizacją. 

Ale dajmy temu spokój, ten tekst nie ma być przecież porównaniem książki z filmem. Skupmy się na słowie pisanym.

Mitch Rapp byłby idealnym kandydatem do służb specjalnych: wysportowany, silny, wszechstronnie uzdolniony, inteligentny, dokładny, a do tego fenomenalnie ukierunkowany na cel. Problem w tym, że sprawa, o którą ma walczyć, jest dla niego silnie personalna. Kilka lat temu narzeczona Mitcha zginęła jako jedna z ofiar katastrofy samolotu; katastrofy, co trzeba dodać i podkreślić, spowodowanej przez organizację terrorystyczną. Od tej pory jedynym celem bohatera jest dokonanie zemsty, co jest jego ogromną siłą, a jednocześnie największą słabością.

Cykl o Mitchu Rappie należy do najpopularniejszych serii powieści sensacyjnych i został bardzo dobrze przyjęty na świecie już wiele lat temu. Do tej pory ukazało się 11 części, 8 z nich zostało wydane w Polsce. Nie dziwię się twórcom filmu, że zdecydowali się sięgnąć po tę historię – wszelkie prawa naturalne kazałyby sądzić, że wartka akcja lepiej sprawdzi się na ekranie, wśród efektów specjalnych, pościgów i widowiskowych wybuchów. Tym razem jednak – i jestem tym totalnie zaskoczona – wersja książkowa odpowiada mi milion razy bardziej. 

Amerykański zabójca nie jest typową powieścią sensacyjną, albo może to Vince Flynn nie jest typowym autorem gatunku; przede wszystkim w książce znajdziemy całą masę szczegółowych i bardzo trafnych opisów. Autor pochyla się nad psychiką postaci i misternie ją konstruuje – w życiu bohaterów nic nie dzieje się bez przyczyny, a ich charaktery są mocne, dobrze zaprezentowane. Osoby kluczowe dla fabuły są ze sobą ściśle powiązane, a siatka zależności jest bardzo dokładnie utkana. To coś więcej niż prosta, jednowymiarowa strzelanka, do której przyzwyczaiło mnie amerykańskie kino akcji (i książki sensacyjne, choć tych nie czytałam zbyt wielu) – tutaj naprawdę jest nad czym się pochylić i czym zainteresować.

Zachwycam się zwłaszcza kreacją głównego bohatera – Mitch, jak wspomniałam, jest osobą wykraczającą poza normy, zwłaszcza jeśli chodzi o inteligencję (zarówno pod względem analizy, jak i reakcji). Jest niepokorny, nie podporządkowuje się, co czyni go bardzo interesującą postacią. Dzięki wnikliwemu opisowi mamy okazję prześledzić, co dzieje się w jego głowie i jakie czynniki wpływają na poszczególne decyzje – to, co dla jego przełożonych jest szaleństwem i czystą niesubordynacją, dla bohatera i czytelników ma wymiar bardzo sensownego planu. Dzięki temu sympatyzowanie z Mitchem nie sprawia nam trudności, nawet jeśli przekracza on wszelkie normy: zarówno te moralne, jak i biurokratyczne. 

Warto podkreślić, że na bogatym opisie absolutnie nie cierpi akcja – powieść, mimo że obszerna, jest dynamiczna i bardzo płynna w odbiorze. Tam, gdzie wydarzenia zwalniają, autor stosuje całą masę zabiegów, które nie pozwalają na nudę: wplata pojedyncze, ciekawe sceny lub wprowadza przeskoki czasowe. Sam temat również jest aktualny i interesujący: walka z terroryzmem wciąż rozpala umysły ludzi na całym świecie i pewnie będzie tak jeszcze przez wiele lat. 

Podsumowując krótko cały ten wywód muszę powiedzieć, że fajnie jest trafić na powieść-reprezentantkę danego gatunku, która jest napisana po prostu dobrze i ciekawie. Do tej pory byłam święcie przekonana, że sensacja jako taka znacznie lepiej sprawdzi się na wielkim ekranie, bo możliwości są inne i łatwiej jest zaakcentować pewne jej cechy charakterystyczne. Nie brałam pod uwagę, że siła historii może leżeć w czymś innym – naprawdę dobrze przygotowanych postaciach i samej fabule, która jest interesująca od początku do końca. Cieszę się, że miałam okazję poznać obie wersje tej historii, bo gdyby nie film, prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po książkę. A teraz będę wypatrywała kolejnych tomów!


środa, 18 października 2017

Marlon James – „Księga nocnych kobiet”






Chcecie ją znać, to musicie wiedzieć dwie rzeczy. Jak tylko wyszła na ten świat, kobiety zbliżyły się do niej ze strachem i dygotem, a to przez te zielone oczęta, co rozjaśniają każdą izbę, ale inaczej jak słońce. Nikt nie chciał dziewczyneczki, nadzorca Jack Wilkins musiał nakazać, żeby jakaś czarna ją wzięła, bo baby i chłopy ugadalii, że porzucą maleńką w buszu, to ją ziemia na powrót przyjmie. I jeszcze jedno. Dzieciątko takie jak Lilit nie rodzi się z zielonymi oczami, bo niby Bóg łaskawy dla czarnej dziewczyny.[s.11]


Bo gdy rodzi się córka niewolnicy i białego mężczyzny, nikt nie świętuje. Zostaje tylko strach.

Poznałam już całkiem sporo powieści o niewolnictwie, nierównościach i walce o wyzwolenie, a jednak uważam, że Księga nocnych kobiet jest książką wyjątkową. W świecie jasnych podziałów, gdzie na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być czarno-białe, autor znalazł miejsce na wiele odcieni szarości. Drobne sprawki, zarówno niewolników, jak i białych plantatorów, intrygi, interesy – wszystko to idealnie się przenika, tworząc spójny ekosystem. Nawet w tak niewdzięcznym otoczeniu autorowi udało się jasno przekazać to, co dla nas jest oczywiste, choć w czasach powieści wcale takie nie było: że ludzie, niezależnie od koloru skóry, są sobie równi, bo dzielą te same siły i słabości. Z niezwykłą dbałością o szczegóły pokazane zostały różne obszary, a obie strony miały okazję, by wykazać się zarówno lojalnością, jak i skrajnym okrucieństwem.

Nie bez znaczenia dla odbioru tej historii jest niezwykły język, którym powieść została napisana – chylę czoła zarówno przed autorem, jak i przed tłumaczem, który odpowiada za polski przekład, bo obie wersje z pewnością wymagały bardzo dużego nakładu pracy. Narracja stylizowana jest na opowieść snutą niespiesznie i w bardzo prosty sposób, ewidentnie przez osobę niewykształconą, bo język często jest niepoprawny, a gramatyka kuleje. Księga nocnych kobiet może być prezentowana jako przykład tekstu, który niebezpiecznie zbliża się do granicy między stylistyczną porażką i arcydziełem, przy czym absolutnie jej nie przekracza, a tym samym budzi zachwyt. Tak poprowadzona opowieść ma dodatkowy klimat, który w połączeniu z bezpośredniością przekazu (cała historia opowiadana jest bardzo wprost i bardzo brutalnie, co w wielu scenach – gwałtu, przemocy, kłótni – robi naprawdę piorunujące wrażenie) wywołuje w czytelniku wiele silnych emocji. 

Ogromną siłą powieści Marlona Jamesa są również bohaterowie, a właściwie bohaterki, bo w znacznej mierze jest to książka o kobietach – to one są najbarwniejsze, najlepiej ukazane i to ich działania stają się przyczynkiem do rewolucji. Księga... jest zatem opowieścią o burzliwych relacjach, prawdziwym zaangażowaniu i wewnętrznej sile, która pozwala organizować otoczenie i stawać do walki o to, co najważniejsze. 

Nie czytałam Krótkiej historii siedmiu zabójstw, poprzedniej książki autora, ale na pewno po nią sięgnę. Tymczasem "Księga nocnych kobiet" trafia na moją listę najlepszych powieści 2017 roku.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

środa, 4 października 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk – „Sekretnik Szeptuchy”



Koniec roku zbliża się wielkimi krokami, nic więc dziwnego, że na rynku zaczynają się pojawiać wszelkiej maści kalendarze i plannery. Do niedawna to był mój ulubiony czas – biegałam wtedy po sklepach i buszowałam po internecie w poszukiwaniu idealnego towarzysza na kolejny rok. Teraz moje planowanie nieco się zmieniło, o czym wspomnę pewnie więcej w najbliższych tygodniach, ale to nie znaczy, że od kalendarzy trzymam się z daleka! Zwłaszcza jeśli dotyczą bliskich mi tematów, albo, jak w tym przypadku, cykli powieściowych, które są w kręgu moich zainteresowań.

Sekretnik Szeptuchy ma charakter plannera uniwersalnego. Co to oznacza? Nie znajdziemy tutaj kalendarza skróconego na rok bieżący i kolejny, a przy konkretnych dniach mamy tylko nazwę miesiąca i numer, bez podawania dnia tygodnia. W ten sposób możemy zacząć go używać w momencie zakupu, od Nowego Roku lub w jakikolwiek inny dzień – wszystko zależy od nas i własnego widzimisię. W zależności od tego, czego potrzebujemy, może to być wadą lub zaletą produktu – dla luźnych notatek jest to jak najbardziej na plus, trzeba jednak pamiętać, że w ten sposób nie mamy podglądu na dany miesiąc czy rok. 

Ale nie będę ściemniała – podobnie jak pewnie spora część odbiorców tego produktu, nie zainteresowałam się nim dlatego, że jest kalendarzem. W moim przypadku chodziło głównie o opowiadania z młodości Jarogniewy, ale przyznam, że liczyłam też na ciekawe informacje odnośnie zielarstwa jako takiego. 

W Sekretniku... faktycznie znajdziemy różnorodne wiadomości: od charakterystyki słowiańskich bogów i demonów, poprzez elementy zielarstwa, aż do prostych przepisów. Nie są to oczywiście informacje rozbudowane i dogłębnie zanalizowane; to raczej delikatne zahaczenie tematu w lekki i przyjemny sposób. Udało mi się dowiedzieć czegoś nowego na temat różnorodnych drzew, z kolei temat demonologii pominęłam całkowicie, gdy zobaczyłam, że to przedruk materiału z prelekcji autorki, na której byłam w czasie Polconu. Z oceną treści mam pewien znaczący problem, bo z jednej strony spodziewałam się czegoś więcej, z drugiej zaś – mam świadomość, że nie jestem "targetem" tej książki, podobnie jak całego cyklu Kwiat Paproci

A, właśnie, cykl. Biorąc pod uwagę, że kalendarz jest adresowany do jego fanek, uważam, że kompletnie bezsensownym zabiegiem jest wrzucenie do niego takiej ilości fragmentów z poprzednich części. Ilekroć trafiałam na stronę z dużą ilością tekstu, miałam wielką nadzieję, że to w końcu obiecane opowiadanie albo bonusowy fragment Przesilenia. Niestety, te znajdziemy dopiero na samym końcu kalendarza. 

Czy warto czekać? Moim zdaniem tak, bo opowiadania są naprawdę przyjemne, zabawne i utrzymane w klimacie serii. Czy warto zapłacić za nie 40 zł? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami. Jeśli szukacie kalendarza, ale nie potrzebujecie w nim skrótów miesiąca i innych stałych elementów organizacyjnych, a ponadto jesteście fanami serii, jest to pomysł do rozważenia. W każdym innym przypadku możecie mieć całkiem sporo zastrzeżeń.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 2 października 2017

Aneta Jadowska – „Szamańskie tango”



Niewiele jest serii, na premierę których czekam z niecierpliwością i ściśniętym sercem; niewielu bohaterów uwielbiam tak bardzo, że odkładam dla nich aktualnie czytane książki. Lekturę Szamańskiego tanga udało mi się odwlec dokładnie o jeden dzień – dłużej nie mogłam czekać. A gdy zaczęłam... cóż, po prostu nie byłam w stanie się oderwać!

Pojawienie się w życiu Witkaca córki, w dodatku również magicznej, musiało wywołać lawinę zmian: od teraz człowiek, który nie potrafi skutecznie zadbać o własny byt, ma pod opieką inną istotę – dumną, pewną siebie i skorą do lekkomyślności. A trzeba pamiętać, że magia to nie przelewki! Ten, kto używa jej nierozważnie, z pewnością prędzej czy później będzie potrzebował pomocy; szczęście, jeśli w pobliżu będzie ojciec gotów nadstawić karku dla dobra ukochanej córeczki. 

Druga część cyklu o Witkacym różni się znacząco od swojej poprzedniczki – zamiast dwóch nowelek poprowadzonych w trybie procedural otrzymujemy jedną, ciągłą opowieść. Choć pojawiają się pewne elementy utrzymujące historię w sferze realnej, znaczna część wydarzeń rozgrywa się w zaświatach, których do tej pory bohater unikał, jak tylko mógł. W ten sposób powieść staje się znacznie mniej urban, a bardziej fantasy, pozostając przy tym tak samo interesująca. Co ważne, seria nie straciła nic z lekkości, humoru i specyficznego klimatu, który wiąże się z bardzo charakterystyczną postacią Witkaca, policjanta-szamana, który ma wyraźne problemy z odpowiedzialnością i zaangażowaniem.

Od lat zachwycam się pomysłami Anety Jadowskiej na wykorzystanie różnych kultur i mitologii. W wykreowanym przez nią świecie rozmaite systemy religijne współistnieją nie czyniąc sobie żadnej krzywdy (przynajmniej na co dzień): zaświaty są pojemne, a bohaterowie trafiają dokładnie do tych bogów, których potrzebują. Uwielbiam odkrywać elementy związane z kolejnym wprowadzanym systemem i nie będzie kłamstwem, jeśli powiem, że ten związany z szamanizmem należy do moich ulubionych. Na drodze Witkaca staje cała plejada ciekawych bohaterów – wykreowane na podobieństwo dawnych bogów duchy opiekuńcze to barwne i głośne towarzystwo. Każdy z nich ma ciekawą osobowość i wiele ludzkich cech (głównie przywar), więc gdy zbierze się ich razem, dynamika grupy napędza się sama. 

Jak już wspominałam, świat książek Anety Jadowskiej jest bardzo pojemny. Jeśli szukacie nietypowego, zabawnego paranormal romance z bohaterami, którzy ciągle wpadają w tarapaty, odsyłam Was do cyklu o Dorze Wilk. Jeśli lubicie mocne, silne postaci kobiece o trudnych charakterach, serdecznie polecam serię o Nikicie. Natomiast jeśli wolicie pierwiastek męski w lekko niezdarnym wydaniu, za to z dużą dawką humoru, zapraszam Was do opowieści o Witkacu. Nie pożałujecie. 






Szamański blues || Szamańskie tango

sobota, 30 września 2017

Inspiracje: wrzesień


[tu miał być wstęp, ale co i rusz wychodził mi pełen zmęczenia i jesiennego marazmu, więc go Wam oszczędzę i po prostu zaproszę na fajne rzeczy września. ;)]


Kingsman: Złoty Krąg


Przed obejrzeniem pierwszej części Kingsmana miałam pewne opory, choć w zasadzie niepotrzebnie  była w porządku i podobała mi się umiarkowanie. Natomiast jeśli chodzi o "dwójkę", z kina wyszłam zachwycona. Uważam, że filmowi posłużył amerykański klimat i wszelkie przerysowania, humor idealnie wpasował się w mój i jakoś tak wybił się na pierwszy plan mimo wielu gorzkich scen. Nad gościnnym występem Eltona Johna będę się rozpływała (nie wiem, czy miał wpływ na swoją rolę, ale była świetna!), nie zawiódł mnie również Pedro Pascal, którego postać wpisała się w kanon moich ulubionych bohaterów. Film ma również dużo wewnętrznych nawiązań i jest skonstruowany spójnie w kontekście poprzedniej części, co wcale nie jest powszechne i oczywiste.

Mnie Złoty Krąg podobał się bardziej niż Tajne Służby, Sylwek mówi, że oba są dobre, tyle że miejscami różne od siebie. Tak czy siak polecam!


Skin Wars


Jak pewnie część z Was wie (mam na myśli zwłaszcza tych, którzy obserwują nas na Facebooku i Instagramie), udało nam się w tym roku zawitać na toruński Copernicon. Nie był to może najwspanialszy konwent na świecie (pogoda i ciśnienie powodowały traumę), ale coś tam udało nam się zobaczyć, usłyszeć, zanotować. Jedną z takich rzeczy jest właśnie Skin Wars, o którym dowiedziałam się na prelekcji poświęconej mało znanym serialom Netflixa. Tyle, że nie jest to serial. Skin Wars to program telewizyjny w stylu MasterChefa czy Wykute w ogniu, ale tym razem do zawodów stają bodypainterzy. 

Mega sprawa, zwłaszcza jeśli ktoś lubi bodypaiting lub sam się nim zajmuje – niektóre zadania są niesamowite, a wyobraźnia uczestników zachwyca. W tej chwili na Netflixie dostępne są trzy sezony.


Ed Sheeran


Ta część nie wymaga obszernego komentarza – ot, po prostu kliknęłam, posłuchałam i przepadłam. Zostawiam Was z przedmiotem kliknięcia i idę słuchać dalej. Słuchać i podziwiać, jak można upchnąć tyle słów w linię melodyczną i nie popsuć jej uroku.

(Wcześniej znałam jedną piosenkę Eda, I see fire, i uważałam się za osobę odporną na jego fenomen. Teraz planuję tak wyobracać budżet, żeby zmieścić tam płytę. Kim jestem, dokąd zmierzam, co będzie dalej?!)


Somos Dos

Blogi piszą bardzo różni ludzie  jedni chcą podzielić się wiedzą, inni zrealizować marzenie o pisaniu, jeszcze inni pragną zaistnieć. Są też tacy, którzy po prostu opowiadają fragmentami swoją historię inspirując samą obecnością  do tej właśnie grupy należy blog Somos Dos. Jego autorka, Asia, pięknie opisuje codzienność w podróży. Jest samotną matką, która z kilkumiesięczną córką wyruszyła w świat i tak zwiedza go już od lat zatrzymując się to tu, to tam. Asia udowadnia, że nie ważne, jaki macie budżet (6$ dziennie na dwie osoby  nieźle, co?) i jakie ograniczenia, bo podróżowanie jest wyłącznie kwestią chęci i pasji. I tak jak na co dzień nie odwiedzam blogów choćby zakrawających o parenting, tak tutaj z uśmiechem czytam nawet te posty, które pisane są przez pryzmat dziecka. 


czwartek, 28 września 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk – „Obsesja”



Psychiatra Joanna Skoczek próbuje składać swoje życie po nieprzyjemnych zawirowaniach. Rozwód, przeprowadzka, nowe miejsce pracy – wszystko to stanowi potężne źródło stresu, a jednak zawsze może być gorzej, o czym zdaje się przypominać otoczenie lekarki. Do Warszawy powraca nieschwytany dotąd morderca zwany Okulistą, a jego kolejną ofiarą jest jedna z pacjentek szpitala, w którym pracuje Joanna. Czy to możliwe, że również psychiatrze grozi niebezpieczeństwo?

Nie będę Wam wmawiała, że ta książka była moją miłością od pierwszego wejrzenia. Przez pierwsze 100 stron na przemian irytowałam się i wznosiłam oczy ku niebu widząc, jak zachowuje się główna bohaterka. Obsesja to książka przez znaczną część poprowadzona w narracji pierwszoosobowej, mamy więc pełen wgląd w przemyślenia bohaterki na temat mężczyzn, związków i seksu, co denerwowało mnie niemiłosiernie – chwilami można było mieć wrażenie, że jedynym problemem młodych lekarek jest rozważanie, z kim chciałyby się umawiać lub nie. 

Dlaczego nie zrezygnowałam, zapytacie? Odpowiedź jest prosta: klimat thrillera z każdą kolejną stroną stawał się coraz bardziej widoczny. Przemyślenia bohaterki ustępowały miejsca lękowi, poczuciu zagrożenia i niepewności. Romans powoli przeradzał się w kryminał. Atmosfera gęstniała w miarę jak wokół bohaterki zaciskała się pętka zagrożeń i choć nadal trudno mi było sympatyzować z Joanną, nie przeszkadzała mi już tak bardzo, jak na początku. Górę wzięła opowiadana historia, zagadka i klimat, który zaliczyć mogę jak najbardziej na plus. 

Bardzo podobał mi się sposób konstruowania tej opowieści, podobnie jak rzucane czytelnikom informacje, dawkowane w bardzo inteligentny sposób. Autorce udało się trafnie pomieszać tropy i odwieść mnie od rozwiązania zagadki, utrzymując jednocześnie satysfakcjonujący poziom napięcia. W miarę rozwoju powieści cień podejrzeń pada na różne osoby, dzięki czemu nie jest nam łatwo odgadnąć, kto tak naprawdę jest sprawcą przestępstwa. Mamy okazję do snucia domysłów, a raczej mielibyśmy, gdyby akcja nie gnała do przodu jak szalona. O ile na początku lektura może się dłużyć, o tyle z czasem tempo rośnie, co stanowi kolejny pozytywny element powieści. 

W Obsesji nie wszystko jest idealne: poziom głównej bohaterki niezbyt mi się podobał, momentami zgrzytały też dialogi, które wydawały się bardzo nienaturalne. Szpitalne realia, choć mniej cukierkowe niż w serialach paramedycznych, wciąż nie są ukazane perfekcyjnie. Tym niemniej nie są to rzeczy, do których nie da się przyzwyczaić, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z klimatyczną i ciekawą historią. To kolejny thriller w tym roku, który pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie.







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 26 września 2017

Grzegorz Barasiński – „Kaligrafia”



Kaligrafii uczę się od dawna – tak naprawdę jeszcze w czasach szkolnych bawiłam się czcionkami i doskonaliłam swój styl pisma, próbując różnych jego modyfikacji. Piszę zarówno stalówkami szerokimi, jak i zwykłymi; ostatnio trenuję też modny brush lettering, czyli pisanie za pomocą mazaków pędzelkowych. Trochę w tym siedzę, bardzo to lubię i chętnie sięgam po wszystkie nowe narzędzia, tym bardziej, że na polskim rynku poradników dla kaligrafów czy podręczników z ćwiczeniami jest bardzo, bardzo mało. Wiedziona chęcią poszerzenia swojej wiedzy wyrwałam się po książkę Grzegorza Barasińskiego i totalnie żałuję, bo, niestety, zmarnowałam czas.

Kaligrafia na pierwszy rzut oka ma bardzo przyjemne wydanie: format A4, dość gruby papier i strony w kropki przeznaczone do ćwiczeń. Niestety, to tylko pozory. Książka jest klejona i nie rozkłada się na płasko, co uniemożliwia skuteczne pisane. Owszem, strony ćwiczeniowe znajdujące się po prawej możemy położyć na czymś równym, ale drugą część musimy cały czas przytrzymywać, co będzie koszmarem dla osób leworęcznych (a i tym prawo- narobi nieprzyjemnych utrudnień).

Ale mniejsza z tym – w końcu ćwiczyć możemy w notatniku lub na luźnych kartkach, hulaj dusza! Liczy się zawartość treściowa, czyli to, co autor zdecydował się nam przekazać i za co tak naprawdę zapłaciliśmy. Niestety, również w tym zakresie Kaligrafia nie porywa. Nazwisko Grzegorza Barasińskiego (jednego z najbardziej znanych polskich kaligrafów) sugerowałoby, że książka pozwoli nam czegoś się nauczyć, jednak w mojej ocenie nie ma na to szans. Spośród 66 zadań połowa to zwykłe bazgroły (5 o rysowaniu gołębic, 6 o rysowaniu piór…), z którymi w dodatku nie bardzo wiadomo co zrobić – nie mamy jasnych poleceń, jedynie krótkie uwagi, które niewiele wnoszą do tematu (często mieszczą się w zdaniu „spróbuj przerysować to czy to”). 12 zadań to alfabety, ale również one niewiele nam dadzą, bo brakuje jakichkolwiek porad jak wybrać narzędzie, jak je trzymać i jak prowadzić je po kartce. Laik może jedynie wziąć pióro/ołówek/długopis i próbować przerysowywać po swojemu litery i znaki, jednak w tym celu nie trzeba kupować książki – internet jest pełen suchych przykładów, które można ściągnąć za darmo, wydrukować i testować w zależności od własnych potrzeb i fantazji.

Im dalej zagłębiam się w tę książkę, tym bardziej zastanawiam się, czym tak naprawdę miała być. Pseudo-psychologiczny wstęp o idei slow life, zagubionych pacjentach i kaligrafii jako sposobie na skupienie (który w dodatku nie został napisany przez autora a dodany) każe mi odkładać tę pozycję na półkę obok Zniszcz ten dziennik i kolorowanek antystresowych. Z drugiej strony – jeśli faktycznie miałoby tak być, to dlaczego przy każdym przykładzie znajdujemy kompletnie niepraktycznie dla laika informacje, jakiej stalówki używał autor? Moim zdaniem to wyjątkowo nieudana próba stworzenia nowego trendu rozrywkowego, który miałby się wpisywać w ćwiczenia uważności, jednak o ile sam pomysł może mieć sens, to wykonanie pozostawia tutaj bardzo wiele do życzenia.

Zamawiając tę książkę miałam zamysł wplecenia opowieści o niej w luźny post na temat kaligrafii. Niestety, z racji tego, że niezbyt mogę ją polecić, musiałam zdecydować się na standardową recenzję. Dajcie znać, czy kaligrafia interesuje Was mimo to i czy chcecie zobaczyć posta na ten temat.









Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 17 września 2017

Podróże: za co pokochaliśmy Lublin?


Za daleko. Kiepski dojazd. Bez sensu. – takie myśli towarzyszyły nam prawie do samego wyjazdu. Przy dalekiej podróży zawsze przychodzi moment, kiedy szukanie coraz bardziej absurdalnych wymówek urasta do rangi sportu. Jak dobrze, że nie posłuchaliśmy tych podszeptów – wiele by nas ominęło, bo w Lublinie zakochaliśmy się… no, może nie od pierwszego, ale na pewno od drugiego wejrzenia.

Na początek rada: nie przyjeżdżajcie do tego miasta pociągiem. Serio. A jeśli już musicie, postarajcie się za bardzo nie rozglądać na trasie stacja-starówka. Lublin na dzień dobry nie zachwyca absolutnie niczym. No, może dworzec jest całkiem ładny, ale jego otoczenie… Nie zachęca, to na pewno, ale ma jedną zaletę: potęguje pozytywne zaskoczenie, które spotyka nas, gdy już dotrzemy do centrum miasta.


Teraz na poważnie. Kiedy miniemy komunistyczną zabudowę i trafimy na starówkę, naprawdę mamy czym się zachwycić. Zarówno klasyczna część (brukowane ulice, budynek sądu, Grand Hotel…), jak i nowoczesna (świeżo oddany do użytku Plac Litewski) jest po prostu prześliczna. Poza tym Lublin ma jedną, szczególną cechę (tę samą, za którą kochamy Wrocław): w tym mieście po prostu chce się wychodzić z domu. Centrum w niczym nie przypomina miasta wojewódzkiego, kusi spokojem i klimatem, nie przytłacza hałasem ulic. Ponadto gęsto rozlokowane knajpki muzyką, zapachem i gwarem rozmów zachęcają, by przysiąść w nich chociaż na chwilkę. 



Jak już pisałam w jednym z postów na Instagramie, w lubelskiej gastronomii można się zakochać. Znalezienie lokalu, który będzie nam odpowiadał pod względem rodzaju serwowanej kuchni i ceny, nie stanowiło najmniejszego problemu, bo wybór był ogromny – i tak nie odwiedziliśmy wszystkich miejsc, na które mieliśmy ochotę. Ale kilka perełek udało się znaleźć! Na leniwe śniadanie (na dworze, w lokalu lub na wynos) zdecydowanie polecamy ParZoną – nie tylko wypijecie tam doskonałej jakości kawę, ale też spróbujecie różnych przekąsek na słodko i słono. Na większy, popołudniowy głód naszym faworytem jest Sexy Duck, włoska restauracja usytuowana w samym centrum, w dodatku po drodze do naszego hostelu. Znajdziecie tam przepyszne pizze i pasty, ale uważajcie zwłaszcza na te drugie – porcje są nie do przejedzenia! Oczywiście nasz wyjazd byłby nieważny bez wyjścia na piwo. W tym względzie faworyt może być tylko jeden – pub Św. Michał i jego 31 kranów z najróżniejszymi piwami rozłożyło na łopatki każdy lokal, w jakim do tej pory mieliśmy okazję przebywać.



Jeśli chodzi o inne miejskie atrakcje, zaliczyliśmy wizytę w podziemiach dawnego browaru Perła (polecamy, super sprawa zwłaszcza dla zainteresowanych piwowarstwem) oraz na Wieży Trynitarskiej, skąd rozciąga się niesamowity widok na miasto i okolicę. Ale spokojnie, będąc w Lublinie możecie odłożyć na bok przewodnik, bo z pewnością i bez niego coś niezwykłego pojawi się na Waszej drodze. My załapaliśmy się na multimedialne widowisko na fontannie i dwa targi staroci, a z tego co wiemy, taki ogrom imprez jest tam praktycznie przez cały czas.

Na sam koniec mamy do dodania jeszcze kilka słów o największej sile Lublina. 

Celowo w żadnym z dotychczasowych punktów nie wspomnieliśmy o ludziach: musielibyśmy powtarzać to samo absolutnie na każdym kroku. Wszystkie osoby, które stanęły na naszej drodze były przemiłe, niezależnie czy mowa o sprzedawczyni w kiosku, pani, która pozwoliła nam pokiziać swojego psiaka, pracownikach lodziarni czy kelnerkach w lokalach. Każdy bez wyjątku był uprzejmy, pomocny, uśmiechnięty, a ilość miłych, niezobowiązujących pogawędek przekroczyła wszelkie normy. To właśnie dlatego atmosfera była tak cudowna i właśnie dlatego z pewnością do Lublina wrócimy.

czwartek, 14 września 2017

Lavie Tidhar – „Stacja centralna”


Na Bliskim Wschodzie, gdzieś pomiędzy Tel Awiwem a Jaffą, powstał ogromny kosmoport łączący Ziemię z resztą tętniącego życiem kosmosu. W jego cieniu współistnieją ludzie i maszyny, a także byty, których status jest nieco trudniejszy do określenia. Ich światy przeplatają się, tworząc historie: zarówno zwykłe, jak i niesamowite, a wśród nich kryje się jedna bardzo wyjątkowa…

Opowieść w Stacji centralnej snuta jest w atmosferze bajania, jakby w nawiązaniu czy omówieniu do „znanej przecież” historii podawanej sobie przez lata z ust do ust. Oczywiście na początku nic nie wiemy o jej treści, poznajemy ją stopniowo, jednak taki zabieg nadaje książce przyjemnego klimatu i sprawia, że czytelnik czuje się częścią czegoś większego, wchodzi w świat głębiej i w zupełnie inny sposób niż zazwyczaj. Dynamika tekstu ma imitować ustną opowieść i faktycznie tak jest. Narracja jest niewątpliwie specyficzna, momentami lekko poszarpana, ale trudno odmówić jej uroku. 

Podczas lektury miałam poczucie, że klimat science fiction nie ma tu większego znaczenia – był absolutnie nienachalny i jakby niekonieczny dla fabuły. Autor wykorzystał bardzo uniwersalne problemy, a swoich bohaterów wykreował wokół popularnych tęsknot: przemijania, namiętności, żalu za błędy… Moim zdaniem ta powieść ma szansę spodobać się także tym, którzy na co dzień stronią od fantastyki naukowej – o ile sama idea kosmoportu czy sztucznej inteligencji nie wywołuje u nich reakcji alergicznej. Bohaterowie, choć żyją w zupełnie innej rzeczywistości, są nam bliscy poprzez swoje charaktery i przemyślenia, a relacje między postaciami odwzorowane są w sposób bardzo autentyczny i interesujący.

Tidhar w swojej powieści nawiązuje do najpiękniejszego motywu science fiction: pozwala spojrzeć na ludzkość z dystansu i daje okazję do refleksji. Rozprawia się z antropocentryczną wizją świata i obnaża psychologiczne podłoże religii. Poprzez wprowadzenie mechanicznych transformacji ciała podejmuje dyskusję na temat granicy między naturą a technologią. Pyta, gdzie kończy się to, co możemy nazwać ewolucją. Przemyślenia nie zawsze są pozytywne – kilkukrotnie zdarzyło mi się odkładać tę powieść, bo wnioski okazały się dla mnie zbyt przytłaczające. Tym niemniej uważam, że było warto, bo Stacja centralna jest jedną z najlepszych powieści, jakie miałam okazję czytać w tym roku.

Takich książek trzeba nam, by udowadniać, że fantastyka to nie bajki dla dzieci, a science fiction nie kończy się na ratowaniu świata przed sztuczną inteligencją. 






Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.

wtorek, 12 września 2017

Anna Cieplak – „Lata powyżej zera” [przedpremierowo]



Z powieściami-manifestami mam pewien bardzo poważny problem: w zdecydowanej większości przypadków najważniejszą rolę pełni w nich tło, a ja preferuję książki, w których to fabuła znajduje się na pierwszym planie. Nie inaczej było w przypadku Lat powyżej zera. Szarpałam się z tym tekstem i podczytywałam po kawałku, by za chwilę odłożyć książkę na bok i dać jej spokój na jakiś czas. Potem znów wracałam, bo zaczynało brakować mi klimatu... I tak w kółko przez kilka kolejnych dni.

Z pewnością jest to opowieść pełna sentymentów i zgodzę się, że porusza czułe struny w tym konkretnym pokoleniu – pierwszym, które nie pamięta PRL-u i ostatnim urodzonym bez smartfona w ręku (ach, jak podoba mi się to określenie!). Paktofonika, przegrywanie kaset, Gadu-Gadu, Nasza Klasa… Praktycznie w każdym zdaniu tej powieści znajdzie się coś, co w jakimś stopniu nawiązuje do tamtych, "naszych" lat. Bohaterka jest zwyczajna, przeciętna, swojska – na tyle ciekawa, że chcemy śledzić jej losy, a jednocześnie na tyle uniwersalna, by czytelnicy mogli znaleźć w niej coś z siebie. Podczas czytania miałam wrażenie, że niektóre sceny pochodzą wprost z mojego życia, nawet jeśli w ogólnym zarysie nie jestem do Anity podobna.

Z drugiej strony sięgając po Lata powyżej zera trzeba mieć świadomość tego, o czym wspomniałam we wstępie: dopracowane do perfekcji tło jest tutaj wyolbrzymione, rozbuchane, a momentami nawet dominuje główną bohaterkę. Fabuła, choć istnieje, ma trudności z wybiciem się na tyle, by zainteresować czytelnika. Sama przez dłuższy czas wypatrywałam jej z dużą dozą sceptycyzmu i zainteresowaniem, ale tym niezdrowym, jakby pełnym wątpliwości, czy faktycznie gdzieś tam jest. 

Długo nie mogłam przyzwyczaić się do tej formy i miałam bardzo nieprzyjemne uczucie przesytu. Ale wiecie co? W pewnym momencie po prostu dałam się ponieść tej historii. Zaczęłam przyglądać się Anicie i jej życiu, patrzeć, jak poddaje się dynamicznym zmianom otoczenia, które z kolei mocno wpływają na jej poglądy i stosunek do świata. I mimo że nie była to łatwa przygoda, cieszę się, że miałam okazję sięgnąć po Lata powyżej zera. Może nie jestem jeszcze w wieku na wspominki (nikt z tego pokolenia nie jest), ale podróże sentymentalne sobie cenię. A ta była bardzo, bardzo przyjemna i dała mi okazję, żeby przysiąść na chwilę i zastanowić się, jak bardzo zmienił się świat.






Za możliwość przedpremierowego poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 13 września!

sobota, 9 września 2017

Polcon 2017 – relacja


Od jakiegoś czasu nie wyobrażamy sobie wakacji bez Polconu – stał się dla nas najważniejszym konwentem w roku, nic więc dziwnego, że to pod niego organizujemy sobie urlop. Nie inaczej było tym razem, choć wyjazd był dla nas prawdziwym wyzwaniem logistycznym. Z Gdańska do Lublina mamy prawie 600 kilometrów i dość kiepskie połączenia kolejowe, więc... cóż, było o czym myśleć.

Tegoroczna edycja konwentu odbyła się na terenie kampusu UMCS. Na potrzeby imprezy przeznaczono aule wykładowe różnych wydziałów, co okazało się strzałem w dziesiątkę – sale były duże, dzięki czemu każdy mógł pójść na interesujący punkt programu bez nerwów i stania w kolejkach. Nam udało się zawitać na trzynaście prelekcji, z czego dwie opuściliśmy ze względu na poziom prowadzenia zajęć. Niby odwiedziliśmy ich całkiem sporo, jednak patrząc na program nie czuliśmy przesytu; wręcz przeciwnie - wydawało nam się, że niewiele tematów tak naprawdę nas ciekawi. 

Bardzo podobało się nam, a zwłaszcza Kaś, nastawienie Lublina na zaprezentowanie swoich legend. Pierwsza prelekcja, na którą się wybraliśmy (prowadzona przez Konrada Kilma Kowalskiego), była właśnie o nich i to po niej stwierdziliśmy, że każde miasto powinno promować się w ten sposób. Uzupełnieniem prelekcji był spacer po mieście, który odbywał się w piątek – z jednej strony była to podróż śladami bohaterów Pustego nieba Radka Raka, z drugiej zaś w oprowadzaniu brał udział Konrad i to on wiódł prym w opowiadaniu. 


Jeśli chodzi o prelekcje o mniej lokalnych tematach, udało nam się trafić na kilka perełek. Marta Kładź-Kocot tak opowiadała o prozie Stanisława Lema, że prawie udało jej się nas do niej przekonać. Marcin Przybyłek dokonał niemożliwego i połączył w jeden ciąg myślowy tarota, psychologię Junga i mechanikę kwantową. Tomasz Marchewka całkowicie kupił nas swoim sposobem bycia i wiedzą podczas prelekcji o oszustach, a także kiedy opowiadał o tworzeniu questów w Wiedźminie. Wiedza Witolda Jabłońskiego połączona z humorem sprawiła, że gdy opowiadał o mitologii słowiańskiej, prawie cała sala zanosiła się śmiechem.

Oprócz samych prelekcji, organizatorzy Polconu postawili również na wiele wydarzeń towarzyszących. W piątkowy wieczór w ramach wejściówki można było wybrać się na występ kabaretu Smile (mimo negatywnych głosów na temat tego pomysłu, nam bardzo się podobał), po którym odbyła się rozmowa artystami na temat książek prowadzona przez Jakuba Ćwieka. Bawiliśmy się świetnie! Z radością odwiedziliśmy również mobilne planetarium Orbitek. Na uczestników czekały ponadto koncerty odbywające się wieczorem na plenerowej scenie, a także różnorodne pokazy, jak np. fireshow. 


Jak co roku ważnym punktem programu były dla nas autografy. Polskich autorów mamy już względnie ogarniętych (ostał się jedynie Tomasz Marchewka), więc naszą uwagę przykuwali goście zagraniczni. Kolejek nie było, a atmosfera okazała się bardzo przyjemna, zwłaszcza że zarówno Lavie Tidhar, jak i Catherynne M. Valente to wspaniali, bardzo sympatyczni ludzie.

Oczywiście żadna duża impreza nie może obyć się bez wpadek i niedociągnięć. Największy grzech tegorocznego Polconu miał miejsce już na samym starcie i w pewnym sensie pozostawiał niesmak przez kolejne dni. Mowa oczywiście o akredytacji (czy to się kiedykolwiek uda?). Przekładanie godziny rozpoczęcia, brak jasnych wytycznych, gdzie będzie się odbywała, ustawienie kolejki prostopadle do drogi ruchu samochodów, pozwolenie, by ludzie wymieszali się i przepychali... Wszystko to zaliczyć trzeba zdecydowanie na minus. Fakt jest jednak taki, że przez resztę imprezy organizatorzy dawali radę i wiele razy pokazali, że można działać profesjonalnie. Chyba pierwszy raz byliśmy na konwencie, na którym wolontariusze pilnowali czasu prowadzenia prelekcji, dzięki czemu uniknięto kłopotliwych opóźnień.

Wyjazd na Polcon do Lublina był zdecydowanie jednym z najlepszych, jakie mieliśmy w swojej karierze konwentowej. Sporo pomogła tutaj atmosfera miasta (o którym więcej opowiemy już za kilka dni), ale sama impreza również zrobiła na nas pozytywne wrażenie. W tym sezonie czeka nas jeszcze Copernicon – program ma znacznie bogatszy, zobaczymy, czy przebije Polcon pod innymi względami!

czwartek, 7 września 2017

Jørn Lier Horst – „Felicia zaginęła”



Podczas prac budowlanych robotnicy dokonują makabrycznego odkrycia: wykopana zostaje szafka, w której znajdują się ludzkie szczątki. Mniej więcej w tym samym czasie do pokaźnego grona norweskich zaginionych dołącza kolejna osoba – młoda kobieta o bardzo trudnej sytuacji życiowej. Choć wszelkie okoliczności wskazują na samobójstwo, komisarz William Wisting nie daje za wygraną: angażuje się bezpośrednio w obie sprawy. Czy to możliwe, by miały ze sobą jakiś związek?

W porównaniu z czytanym pierwszym tomem serii, Felicia zaginęła podobała mi się znacznie bardziej. Konstrukcja sprawy była dużo bardziej sensowna i logiczna (chociaż nie obyło się bez rys), nie patrzyłam też na komisarzy z niedowierzaniem, gdy udawało mi się wyciągnąć z przesłuchania więcej niż oni sami. Tym razem śledczy działali sprawniej i wyciągali lepsze wnioski, akcja była płynniejsza i przyjemniejsza w odbiorze. Widać wyraźnie postęp pracy Horsta pomiędzy pierwszą a drugą odsłoną cyklu, co poczytuję jako bardzo duży plus: cenię autorów, którzy uczą się i stale rozwijają warsztat. Ponadto wielką zaletą jest sam pomysł: nawet jeśli Felicia... nie jest oparta na faktach, wciąż pozostaje opowieścią przemyślaną i mocno osadzoną w rzeczywistości.

Trzeba pamiętać, że kryminałami bywa różnie: czasem od połowy wiemy/domyślamy się, kto jest mordercą, innym razem niespodziewany twist sprawia, że wszystkie nasze podejrzenia okazują się nic nie warte. Obie te sytuacje są całkowicie normalne – nie mam żalu do autora, jeśli szybko rozgryzam, co i jak, bo często fabuła wynagradza mi brak zagadki. Ta sytuacja idealnie opisuje książki Horsta: czytelnik obeznany z kryminałami domyśli się tożsamości mordercy, ale wciąż nie będzie znał jego motywów; napięcie nie opadnie, a czasami może nawet wzrosnąć. 

Na plus należy również zaliczyć sposób, w jaki autor poradził sobie z dużą ilością bohaterów – wielu pisarzy mnoży ich niepotrzebnie, przez co równowaga historii zostaje zaburzona. W książce Horsta mamy do czynienia z dwiema (a nawet trzema!) równolegle prowadzonymi sprawami, co generuje sporą ilość świadków, ale też są to świadkowie wprowadzani mądrze i wnoszący coś do sprawy. Ich zeznania (często podzielone na kilka rozmów) ujawniają fakty w odpowiednim tempie i stopniowo uzupełniają obraz całej historii.. Są wartością, a nie utrudnieniem dla czytelnika.

Przywykłam już do braku chronologii w moim poznawaniu książek o Williamie Wistingu – na szczęście nie ma w nich zbyt wiele wątków związanych z prywatnym życiem bohaterów, więc spokojnie można traktować poszczególne części jako niezależne historie kryminalne. Tak tez odkrywam serię – szarpiąc ją po kawałku. Cieszę się, że już niebawem będę mogła sięgnąć po kolejną część, a gdy do Polski trafią wszystkie – kto wie, może pokuszę się o odświeżenie sobie całości w odpowiedniej kolejności? Wtedy mogłabym skupić się jedynie na sferze obyczajowej!







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.


Gdy mrok zapada || Kluczowy świadek || Felicia zaginęła || Når havet stilner ||
Den eneste ene || Nattmannen || Szumowiny || Poza sezonem || Psy gończe || Jaskiniowiec || Ślepy trop

czwartek, 31 sierpnia 2017

Inspiracje: sierpień


Drugą połowę wakacji spędziliśmy aktywnie – sporo mieliśmy wyjść, wyjazdów i wypraw (od lokalnych aż po te nieco dalsze), a przez ostatnie dwa tygodnie cieszyliśmy się urlopem. Byłam przekonana, że to będzie intensywny czas, chociaż chwilami mam wrażenie, że tak naprawdę… nic nie robiłam. Książki, komiksy czy seriale udało mi się ledwo liznąć, stąd też cisza na blogu praktycznie przez cały miesiąc. Mam nadzieję, że szybko zbiorę się w sobie i odpalę energię do wrześniowej pracy…

Tymczasem z chęcią przypominam sobie wszystkie odkrycia sierpnia. Największym zachwytem jest z pewnością Polcon i Lublin, ale o nich pojawią się osobne posty już niebawem.


Atomic Blonde


W tym miesiącu byliśmy w kinie aż 5 razy, co stanowi absolutny rekord nie tylko czasów naszego związku, ale i życia każdego z nas. Filmów obejrzeliśmy (jak na nas) sporo, ale to Atomic Blonde skradła moje serce. I to w jakim stylu! Bardzo podobał mi się klimat tej opowieści, zakochałam się w dwojgu głównych bohaterów (i mam mega problem, kogo wolę bardziej, ale postuluję więcej takich ról dla Jamesa McAvoya!) i kompletnie nie przeszkadzała mi nieprawdopodobna, momentami przesadzona i pogmatwana fabuła. Całości dopełnił mistrzowski soundtrack – kolejny, którego wersję CD widziałabym u siebie, a który pewnie przyjdzie mi ściągać ze Stanów.

PS Warto zwrócić uwagę, w jak dziwnym kraju żyjemy: w oryginalnej wersji plakatu napis na górze głosi, że Charlize Theron is totally badass, natomiast w Polsce mamy informację o najpiękniejszej broni masowego rażenia… Ja to tylko tu zostawię.


Koncert Julii Pietruchy w Gdańsku

Tego nie da się opisać, tam trzeba po prostu być. Julka jest jedną z tych artystek, która za każdym razem śpiewa inaczej, a jej nastrój, ton i komentarze dodają utworom zupełnie nowego charakteru. Pięknie było usłyszeć znana piosenki, w tym te ulubione, ale też kilka nowych, które dają nadzieję, że może już niebawem usłyszymy o drugiej płycie! Ta pierwsza znów leci u mnie praktycznie cały czas, bo najlepiej dodaje mi energii.


Festiwal Smaków w Grucznie  



Od dwóch lat rodzice zachwalali mi coroczny Festiwal Smaków, który odbywa się w moich w-pewnym-sensie-rodzinnych stronach, czyli w położonej w województwie kujawsko-pomorskim wsi Gruczno. W tym roku złożyło się tak, że miałam okazję wybrać się razem z nimi i absolutnie nie żałuję. Tak ogromnego zbioru lokalnych przedsiębiorców prezentujących swoje produkty nie widziałam jeszcze nigdy. Znajdziecie tam wszystko: wysokiej jakości sery, wędliny tak przyprawione, jak nigdzie indziej, pełen wybór miodów, nalewek, ale też naturalnych kosmetyków.  Jeśli cenicie sobie kontakt z producentami i kupowanie towarów bezpośrednio od nich oraz jeśli nie przeszkadza Wam atmosfera bardzo dużego jarmarku – szczerze polecam.


Patapon 3

Żeby nie było tak całkowicie „outdoorowo”, dorzucam inspirację typowo kanapową. Na Jarmarku Dominikańskim było cudne stoisko z grami konsolowymi, dzięki któremu postanowiłam w końcu odkurzyć swoje PSP. Kiedy tylko w moje łapki wpadła trzecia część Pataponów, nie mogłam sobie odpuścić. Pół urlopu waliłam w bębny. ;)

Dla niewtajemniczonych: Patapon to seria gier zręcznościowych opartych na wystukiwaniu rytmu za pomocą czterech bębnów. Gracz wciela się w postać boga, który zagrzewa do walki tytułowe stworki i pomaga im pokonywać kolejne trudności. Mnie gra wciągnęła od pierwszego podejścia, mimo że cierpię na absolutny brak poczucia rytmu; pierwszą i drugą część przechodziłam już dwa razy, trzecia stanowi dla mnie wyzwanie. 


A co Ty robiłeś/aś w sierpniu?