czwartek, 25 maja 2017

Tomasz Marchewka – „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”





Źle znoszę obcowanie z książkami, których nie potrafię jednoznacznie ocenić; wolę kończyć lekturę i mieć w głowie jasną opinię, niż bezustannie ważyć wady i zalety, zastanawiając się, które z nich były bardziej wyraźnie i istotne dla obrazu całości. Niestety książka Tomasza Marchewki należy do drugiej kategorii: odkąd przeczytałam ostatnią stronę, minęło dobrych kilka dni, a mimo to wciąż nie potrafię jasno powiedzieć, czy ta historia mi się podobała. Nie skradła mojego serca, to na pewno, choć po zapoznaniu się z opisem byłam pewna, że tak właśnie będzie...

Hausenberg to miasto, gdzie problemy rozwiązuje się pięściami, a siłą napędową i największą namiętnością jest gra. Przy karcianych rozgrywkach załatwia się interesy i prowadzi życie towarzyskie, a szulerka urosła tu do rangi sztuki. W takim świecie nie ma miejsca na kompromisy: gdy jest się młodym, trzeba zrobić coś niebywałego, by wywrzeć na wszystkich wrażenie i szturmem wedrzeć się na salony. Taki właśnie plan ma Slava, młody uczeń legendarnego karciarza: chce numerem życia wyrobić sobie renomę na resztę swoich dni. Problem polega na tym, że od początku wszystko idzie nie tak, a problemy, które początkowo wydawały się być zwykłym pechem, okazują się mieć znacznie poważniejsze źródło.

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział to historia trzech charyzmatycznych postaci: młodego szulera Slavy, który nie ma za grosz rozsądku, ale zwykle spada na cztery łapy niczym kot, Petra, który sam siebie nazywa pierwszym pośród złodziei, oraz zabójcy Nino. Każdy z nich zaprezentowany jest ciekawie i widać wyraźnie różnice między nimi, specyfika postaci podkreślona jest właściwie. Choć spodziewałam się, że to karciarz będzie kradł całą uwagę, nie zaskarbił sobie moje sympatii: denerwowała mnie ta jego skrajna lekkomyślność i brak jakichkolwiek refleksji. Przyjemnym kontrastem był dla niego znacznie bardziej dojrzały i opanowany Petr, którego poczynania stanowiły przeciwwagę dla szaleństw młodego szulera. 

Z drugiej strony jestem zawiedziona tym, jak mało Tomasz Marchewka powiedział nam o wymyślonym przez siebie świecie. Postawił na akcję, to zrozumiałe, ale nie zdradził nic ponad to, co było niezbędne dla rozwoju fabuły. Hausenberg jawi się zatem jako miasto trzech profesji: szulerstwa, złodziejstwa i bijatyki, choć logika podpowiada, że nie wszyscy mieszkańcy mogą się zajmować wyłącznie tym. Brakowało mi jakiegoś umiejscowienia tej historii w tle, bliskości do realnych mechanizmów rządzących miastem, szerszego kontekstu. Autor nie zadbał o dopieszczenie szczegółów, ale książka nie stała się dzięki temu uniwersalna  w moim odczuciu jest raczej w pewnym stopniu niekompletna.

Gdy myślę o głównym wątku powieści również mam wrażenie, że czegoś w nim brakuje. Owszem, otrzymujemy wszystkie niezbędne dane, by opowieść była spójna a rozwiązanie wiarygodne, a jednak nie daje to poczucia pełnej historii. Może to być po części skutek technicznych zabiegów zastosowanych przez autora, a konkretnie natłoku przeskoków czasowych. Moim zdaniem tylko kilka z nich było uzasadnionych i potrzebnych, w dodatku większość z nich lepiej sprawdziłaby się jako wspomnienie, retrospekcja, zamiast osobnego rozdziału zaczynanego słowami "x miesięcy wcześniej". Z czymś takim łatwo przesadzić, przez co książka momentami traci płynność, a jej główna oś czasowa dość mocno się zaciera. 

Jedno w czym muszę oddać sprawiedliwość autorowi, to talent do budowania klimatu: Hausenberg jest wyraźnie mroczny i niebezpieczny, a niektóre sceny przyprawiają o drżenie serca, bo są opisane naprawdę bardzo dobrze. Podoba mi się świat szulerki, nietypowe gry w karty, gangsterski klimat, nawiązania do mojego ukochanego Wielkiego Szu. Niczego sobie jest też akcja: wartka, przepełniona licznymi intrygami, wciągająca. Książkę czyta się bardzo dobrze, a prezentowane wydarzenia potrafią pochłonąć czytelnika tak, że strony przewracają się same. Chwilami. Bo momenty, gdy akcja zwalnia lub kolejny raz przenosi się do przeszłości, przypominały mi o wszystkich wymienionych wcześniej negatywach.

Po przeczytaniu książki czułam przede wszystkim rozczarowanie, choć z pewnością w jakimś stopniu wynika ono z oczekiwań, które miałam i wizji, którą stworzyłam sobie jeszcze przed lekturą. Opis wręcz wołał do mnie jako "książka dla Kaś" i spodziewałam się, że będę zadowolona. Niestety, tak się nie stało. Oczywiście zachęcam żeby samodzielnie zapoznać się z książką, bo a nuż Tobie przypadnie do gustu (oceny są bardzo pozytywne), ale gdybym miała odesłać Cię do jakiegoś dobrego, klimatycznego urban fantasy, poleciłabym raczej Grimm City Jakuba Ćwieka  co prawda nie ma tam szulerów, ale zagadki są ciekawsze, klimat mocniejszy, tło bardziej dopracowane, a ogólne wrażenie bardzo, bardzo pozytywne. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.

sobota, 20 maja 2017

Charles Duhigg o nawykach – „Siła nawyku”, „Mądrzej, szybciej, lepiej”


Z racji ukończonych studiów rzadko sięgam po poradniki i książki popularnonaukowe związane z psychologią. Z reguły odstrasza mnie forma lub słaba treść, zbyt płytkie ujęcie tematu czy naiwne podejście do odbiorcy. Już jakiś czas temu ograniczyłam do minimum obecność tego typu książek w swoim otoczeniu i na liście czytelniczej – zbyt wiele z nich tak naprawdę marnowało mój czas i nerwy, bo irytowałam się czytając po raz setny te same puste frazesy. Jak zatem książki Charlesa Duhigga trafiły w moje ręce? Potrafię wskazać, skąd się o nich dowiedziałam (to było w tym filmiku na kanale Dressed in Mint), ale nie wiem, kiedy ostatecznie się do nich przekonałam. Na szczęście to nie jest najistotniejszy element sprawy. Liczy się to, że obie przeczytałam (a właściwie pochłonęłam) i choć nie zmieniły mojego życia, uważam je za bardzo wartościowe. 

Przede wszystkim muszę nadmienić, że żadna z książek Duhigga nie jest w gruncie rzeczy poradnikiem. Sięgając po Siłę nawyku gdzieś w głębi duszy spodziewałam się kolejnego zbioru recept na poprawę efektywności, natomiast znalazłam coś zupełnie innego: nietypową formę przekazania wiedzy. Obie książki mają sporą dawkę mocnej teorii, szeroko omawiają zagadnienie i bazują na przykładach z życia, dzięki czemu są niesamowicie interesujące. Ponadto nie powielają wzajemnie treści; wręcz przeciwnie – świetnie się uzupełniają.

W Sile nawyku autor skupia się na nakreśleniu odbiorcy, czym są czynności nawykowe, jaki jest mechanizm ich powstawania, jak się kształtują, czy w ogóle można doprowadzić do ich zmiany. To ważny wstęp z puntu widzenia czytelnika, bo szczerze i bez ogródek wskazuje, co tak naprawdę nas czeka. Już na samym początku autor rozprawia się z mitami w stylu „musisz tylko chcieć”, czy „najtrudniejszy jest pierwszy krok” – szczegółowo omawiając naturę nawyku przygotowuje nas na żmudną i ciężką pracę. Zrozumienie mechanizmu tworzenia się nawyku jest kluczowe dla uzyskania zmiany, ponieważ nasze działania będą polegały na zastępowaniu złych nawyków dobrymi. Niezależnie, czy chcemy przestać się kompulsywnie objadać, oglądać mniej telewizji czy więcej się ruszać, najpierw musimy zrozumieć, dlaczego do tej pory postępowaliśmy odwrotnie. Dopiero gdy uda nam się znaleźć przyczynę, będziemy mogli niwelować skutki.

Druga książka autora, Mądrzej, szybciej, lepiej, stanowi uzupełnienie treści zawartych w Sile nawyku i rozszerza ją o dodatkowe, praktyczne obszary takie jak praca w grupie, znaczenie koncentracji czy proces podejmowania decyzji. Mniej jest tutaj bezpośrednich odniesień do funkcjonowania jednostki, a więcej wiedzy ogólnej i powiązań, które sami będziemy musieli odnaleźć.

Największą siłą obu pozycji, tuż obok ich merytorycznej zawartości, jest mnogość przykładów – już one same, nawet traktowane w kategorii ciekawostek, rozwijają naszą wiedzę ogólną. To nie są popularne w poradnikach „prawdziwe historie” w rzeczywistości stworzone przez speców od marketingu lub będące efektem wybujałej wyobraźni autora. Duhigg korzysta z bogatych źródeł informacji, a swoim przykładom nadaje charakter globalny i uniwersalny. Jest mistrzem przekładania reguł panujących w wielkich firmach na życie jednostek – jestem pod wrażeniem, jak wiele możemy wyciągnąć dla siebie spośród zasad, które (jak mogłoby się wydawać) większości z nas zupełnie nie dotyczą. Prezentowane treści są podane przystępnie, ciekawie i, co najważniejsze, rzetelnie, o czym świadczy bogata bibliografia obu książek. Nade wszystko cieszy mnie jednak fakt, że autor pozwala nam samodzielnie wyciągać wnioski. Jak już wspomniałam, w tych książkach próżno szukać gotowej recepty na sukces – to od nas samych zależy, ile danych tu odnajdziemy, jak je zinterpretujemy i na ile będą one mogły wywrzeć wpływ na nasze życie.

Powiem szczerze: nie wiem, czy dzięki przeczytaniu tych książek zmieni się jakikolwiek z moich nawyków (choć próbuję wprowadzać kolejne z zastosowaniem metod Duhigga), nie poczytuję tego jednak za wadę. Nawet jeśli się nie uda, cieszę się, że miałam okazję przeczytać te teksty i z pewnością jeszcze do nich wrócę, ponieważ świetnie się je czyta, a lektura otwiera oczy na powiązania i zależności, na które wcześniej nie zwracaliśmy uwagi. Autor świetnie operuje przykładami, co czyni książki bardzo „amerykańskimi”, w pozytywnym tego słowa znaczeniu: są lekkie, niesamowicie przyjemne w odbiorze, ale przy tym bardzo treściwe, wartościowe. Kolejne rozdziały czyta się tak, jak słucha się dobrego wykładu: z zainteresowaniem i zaangażowaniem. To właśnie dlatego będę polecała te opowieści o nawykach każdemu, kto lubi poszerzać swoją wiedzę w nietypowych kierunkach.


czwartek, 18 maja 2017

Robert Seethaler – „Całe życie” [przedpremierowo]


Wydaje mi się, że powinien powstać (czy raczej zostać oficjalnie sklasyfikowany) gatunek taki jak powieść minimalistyczna. Pośród tendencji łaskawych dla historii wielotomowych lub objętościowo przytłaczających (powyżej 500 stron) pojawiają się bowiem teksty krótkie i proste: minimalistyczne lub, jak kto woli, po prostu surowe. Oszczędność formy, historia na pierwszym planie, uniwersalizm losów bohaterów – takie cechy gatunkowe mogłaby mieć powieść minimalistyczna. A książka Roberta Seethalera byłaby idealną jej przedstawicielką.

Kiedy przyglądamy się Całemu życiu, opis fabuły dostrzec możemy w tytule: książka faktycznie opowiada historię człowieka od narodzin aż do samej śmierci. Głównym bohaterem powieści jest Andreas Egger, od dzieciństwa poniewierany jako sierota, a wreszcie doprowadzony do kalectwa przez agresywnego opiekuna. Jego historia naznaczona jest cierpieniem (i fizycznym, i psychicznym), ale pod względem emocji to opowieść raczej neutralna; autentyczna, bo równoważąca blaski i cienie. Odnajdziemy tu popularne wątki związane z miłością, wojną, a także próbami przystosowania się do nowej, nieznanej sytuacji. A to wszystko w anturażu prostego życia bliskiego naturze i możliwie jak najmniej ją krzywdzącego. 

Wiele osób, z których opiniami się spotkałam, podnosi, że historia stworzona przez Seethalera jest uniwersalna i można ją traktować jako alegoryczną. Moim zdaniem są to słowa nieco na wyrost, bo choć w książce można odnaleźć różnorodne metafory, losy głównego bohatera mają również swoją specyfikę i podlegają przemianom, które dla współczesnych odbiorców nie koniecznie muszą być bliskie. Sam bohater nakreślony jest dość dobrze: w drobnych gestach czy podkreślonych refleksjach można odnaleźć naprawdę dużo jego cech, a obraz ten jest tyleż spójny, co… zwyczajny. 

Jeśli chodzi o konstrukcję powieści, faktycznie jest ona minimalistyczna, czy, jak kto woli, surowa. Zmieszczenie na 170 stronach całej historii życia człowieka to nie lada wyzwanie i konieczna była do jego realizacji bardzo oszczędna forma. Styl jest prosty, a sama opowieść nie zawiera praktycznie żadnych ozdobników. Co zaskakujące, w ostatecznym rozrachunku nie jest to jedynie zbiór faktów; autor po prostu bardzo mądrze rozkłada akcenty i zamiast „na wszelki wypadek” opisywać wszystkie szczegóły historii, wybiera tylko niektóre i to je podkreśla nadając powieści wyjątkowego charakteru. Dla mnie jednak było to zdecydowanie zbyt mało: nie jestem w stanie docenić minimalizmu, gdy chciałabym dowiedzieć się więcej o życiu czy refleksjach bohatera, którego poznaję. 

Czytałam, że jest to powieść zachwycająca, zapierająca dech w piersiach, kojąca. Mam wrażenie, że takie określenia i odczucia nie pasują do mnie, mojego stylu życia i odbioru literatury. Te 170 stron nie zdziałało w moim życiu cudów: nie przystanęłam, nie zastanowiłam się nad swoją codziennością, nie odkryłam w nim niespotykanych dotąd pokładów piękna. Choć historia Andreasa Eggera może być urokliwa, to nic poza tym – dla fanów literackich fajerwerków z pewnością będzie rozczarowująca. Ja ocenię ją jako przeciętną mając na uwadze, że choć mojego serca nie skradła, z pewnością znajdzie wielu zwolenników wśród miłośników prostoty, metafor i refleksji. Zachęcam do spróbowania na własnej skórze – nie masz nic do stracenia, bo lektura zajmie chwilę, a kto wie, może odkryjesz zamiłowanie do nowego, jeszcze nie opisanego gatunku literackiego?






Za możliwość poznania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.
Premiera 24 maja!

niedziela, 14 maja 2017

Rachel Abbott – „Śpij spokojnie”


O ile bardzo często sięgam po różnego rodzaju kryminały, o tyle z thrillerami i gatunkami pokrewnymi od jakiegoś czasu jest mi mocno nie po drodze. Kilka razy zawiodłam się na niezbyt przemyślanym pomyśle albo psychologicznej głębi, która kończyła się na opisie okładkowym – to wystarczyło, aby skutecznie mnie zniechęcić. Czasem jednak zdarzają się rekomendacje, obok których nie można przejść obojętnie. Właśnie tak było w przypadku Izabeli Niemiec, która na swoim (kosmetycznym, bądź co bądź) kanale na Youtubie zachwalała książki Rachel Abbott. Wciągające, emocjonująca, autentyczne – takie cechy były przez Izę wskazywane, i to właśnie one zaważyły na mojej decyzji o tym, by spróbować. Zamówiłam jedną. Na próbę. Z promocji.  A teraz wiem, że na 100% będą kolejne.

Olivia Brookes zdaje się przyciągać problemy. W przeszłości zniknął jej partner, kilka miesięcy później w tajemniczych okolicznościach zmarli rodzice, a dwa lata temu kobieta zgłosiła na policję zaginięcie męża i dzieci podejrzewając porwanie. Dziś sytuacja jest zgoła odwrotna, bo to Olivia znika bez śladu, a jej mąż wraz z policją rozpoczyna poszukiwania. Sprawa jest tym dziwniejsza, że z domu nie zniknęło właściwie nic: żadne ubrania czy rzeczy osobiste. Brakuje tylko kobiety, trójki dzieci i… wszystkich ich zdjęć.

Mimo sceptycznego nastawienia na samym początku lektury muszę przyznać, że bardzo szybko wciągnęłam się w opowiadaną historię. Ani się spostrzegłam, kiedy miałam za sobą 40, potem 100 stron, a tempo ani na chwilę nie zwolniło właściwie do samego końca. Sprawa zaginięcia Olivii jest bardzo skomplikowana, oparta na różnorodnych zależnościach i sięgająca wielu lat wstecz, dzięki czemu mogła zostać przez autorkę naprawdę misternie posplatana. Rachel Abbott wykonała świetną robotę: wykorzystała wiele danych aby stworzyć całą zagadkę, ale także by skuteczne odciągać czytelnika od prawidłowego rozwiązania: podczas lektury aktywnie tworzyłam sobie w głowie teorie na temat tego, co dokładnie się wydarzyło (i wydarzy), a jednak stale musiałam je weryfikować. Praktycznie do samego końca coś mnie zaskakiwało, a opowieść nie przestawała być interesująca.

Nie zawiodłam się również pod względem sfery emocjonalnej i psychologicznej w powieści. Autorka świetnie odwzorowała stopniowe uzależnianie się ofiary od oprawcy, wszystkie jego działania, a także ich przyczyny i skutki. Rozdziały, w których narratorem staje się Olivia lub Robert, są bardzo cenne, bo pozwalają zajrzeć w umysł obu kluczowych postaci i zrozumieć zależność między nimi. Świetnie wypada odwzorowanie relacji rodzinnych, postępowanie poszczególnych postaci. Autorka naprawdę potrafi budować napięcie, a my po prostu za nim podążamy przeżywając niemal to samo, co bohaterowie.

Czy mam jakieś zarzuty? Zdarzają się sceny, w których dialogi są tak nieautentyczne, że czuć poważny zgrzyt; jest to o tyle ciekawe, że w pozostałych miejscach (czyli w większości) autorka radzi sobie z nimi świetnie. Wygląda to tak, jakby pomysł na pewne sceny nie był do końca dopracowany, a z drugiej strony były one kluczowe dla całej zagadki i musiały ostatecznie się pojawić. Denerwowały mnie również wewnętrzne spoilery – niepotrzebne wybieganie w przyszłość. Pod postacią drobnych uwag w stylu „miał jeszcze usłyszeć jej śmiech” autorka zdejmuje nam z barków część napięcia i lęku o bohaterów, ale jednocześnie zabija niepewność i zdradza stanowczo zbyt dużo.

Są autorzy i książki, którym można wybaczyć wiele i tak jest właśnie w tym przypadku. Ze spoilerami czy nie, Śpij spokojnie jest po prostu świetnym thrillerem, który wywołuje w czytelniku autentyczne emocje, wciąga bez reszty i przez to zachwyca. Zdążyłam już zapomnieć, jakie to uczucie, kiedy kończy się tak dobrze trzymającą w napięciu książkę, a po tej lekturze mam zamiar wrócić na dłużej do kryminałów i thrillerów i znów poszukać tej przyjemności. Na pewno kupię również kolejne powieści autorki (a właściwie w międzyczasie zdążyłam już jedną zamówić) – mam co do nich naprawdę duże oczekiwania.


wtorek, 9 maja 2017

Jakub Ćwiek – „Grimm City. Bestie” [przedpremierowo]


Mniej więcej 10 miesięcy temu miałam okazję po raz pierwszy odwiedzić pewne niezwykłe miejsce: brudne i pełne niebezpieczeństw miasto Grimm wykreowane przez Jakuba Ćwieka. Przepadłam bez reszty. To nietypowe połączenie świata baśni z kryminałem noir bezbłędnie trafiło w mój gust i pozostało w pamięci, a gdy tylko usłyszałam, że szykuje się kolejna część... cóż, wiedziałam, że muszę ją przeczytać najszybciej, jak się da. Udało się przed premierą, mimo czytelniczego zastoju! Wiesz już, że musiało mi się podobać, prawda?

Po zamieszaniu wywołanym przez nowego gracza mafie Grimm City utrzymują kruchy rozejm i skupiają się na wynagrodzeniu miastu i mieszkańcom doznanych niedawno krzywd. Spokój nie trwa jednak długo: wszystko się komplikuje, gdy pod nowo powstałym neutralnym ośrodkiem kultury zamordowany zostaje Francisco Thornini, szef jednego z gangów Grimm. Kto mógł dopuścić się tak szalonego czynu? Komu jest na rękę rozpętanie nowej wojny? Policja stara się domknąć sprawę tym szybciej, że zabójstwo Thorniniego nie jest jedynym problemem – dla mieszkańców znacznie bardziej niebezpieczny jest grasujący po mieście morderca kobiet ochrzczony przez media jako Drwal, którego szukają nie tylko organy ścigania, ale też pewien bardzo zaangażowany mieszkaniec...

Druga część cyklu o mieście Grimm nieco różni się od poprzedniczki. Tempo akcji zdaje się być wyższe, bo nie ma już konieczności wprowadzania czytelnika w specyfikę opowieści. Mniej wyraźna jest też aura tajemniczości – mam wrażenie, że w tym przypadku mamy do czynienia z bardziej konkretnymi problemami, których potencjalne skutki łatwo można przewidzieć. Choć książka łączy w sobie wiele elementów charakterystycznych dla kryminału jako gatunku, Jakub Ćwiek robi wszystko, aby nie pachniało tu sztampą: wszelkie nawiązania są czynione umiejętnie i z wyczuciem. Uwaga czytelnika jest sprawiedliwie dzielona między dwie zagadki, które rozwijają się równolegle, a jednak każda z nich zachowuje swoją specyfikę. Obie odkrywamy z wielką radością i zaciekawieniem. 

Są również elementy, które, ku mojej radości, pozostały niezmienne: ciężki klimat, tematyka związana z brudnymi sprawkami, poziom skomplikowania akcji i niebanalny, zachwycający styl. Wszystko to razem w odpowiednich proporcjach daje mieszankę, której sukces jest gwarantowany. Zastanawiam się, ile tak naprawdę jest w Grimm City fantastyki. Choć wydawać by się mogło, że nawiązania do baśni i uczynienie z nich religii same w sobie będą odejmowały książce realizmu, jest wręcz przeciwnie – zarówno wydarzenia jak i postaci są niebezpiecznie bliskie prawdziwego życia. Nie jestem pewna, czy Ćwiek odziera baśnie z magii, by uczynić je bardziej ludzkimi, czy tylko pokazuje nam, że te opowieści wyrosły z prawdziwego życia, by metaforycznie ujmować realne zagrożenia i problemy; niezależnie, jak jest naprawdę, efekt tego zabiegu bardzo mi się podoba.

Nie ważne, czy wolisz nawiązania do baśni, czy kryminały (a może jak ja – uwielbiasz jedno i drugie?), ten cykl Jakuba Ćwieka powinien Ci się spodobać. Mroczny, ciężki i pod każdym względem dopracowany skradł moje serce i szybko stał się jednym z ulubionych. Z niecierpliwością czekam na kolejną część!






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
Premiera 10 maja!


Grimm City. Wilk! || Grimm City. Bestie

niedziela, 30 kwietnia 2017

Inspiracje: kwiecień



Kto pracuje dzisiaj i drugiego maja, palec do budki! Dla mnie nie ma właściwie żadnego długiego weekendu, bo z pięciu jego dni trzy spędzam w pracy. Ale nie narzekam, o nie! To świetna okazja do ponadrabiania zaległości w czytaniu i pisaniu tekstów na bloga, żeby zrobić jakiś gwarantujący spokój zapas i plan na maj. Tymczasem Tobie – niezależnie czy właśnie odpoczywasz pod kołdrą, czy zmierzasz do pracy – zostawiam kilka inspiracji z mojego kwietniowego kuferka.


Jesus Christ Superstar

Tak naprawdę ten tekst mógłby zaczynać się i kończyć w tym miejscu, bo jeśli porównać którąkolwiek z pozostałych inspiracji z tą, wszystkie wypadają bardzo blado. Chociaż od naszej wyprawy do Warszawy minęło już kilka tygodni, wciąż jesteśmy zachwyceni: klimatem, wykonaniem, głosami aktorów, muzyką, ale też samym spektaklem, którego innych wersji wciąż szukamy i chcemy je poznawać. Mogę powiedzieć tylko: chapeau bas dla Teatru Rampa za pracę i emocje, które dajecie widzom. Widzimy się za rok!

Musical opisałam też w osobnym tekście tutaj.


Slow fashion

Książka Asi Glogazy to jeden z niewielu poradników do których wracam. Za każdym razem, gdy przychodzi mi uporządkować szafę (a niestety ten moment właśnie nadszedł, kiedy zwiozłam do Gdańska resztę swoich ubrań), zamiast szukać inspiracji w internecie po prostu daję sobie dzień, na przypomnienie nie tylko najważniejszych zasad, ale też samej idei slow fashion, która często niestety mi umyka. Asia pisze bardzo przystępnie, życiowo i nie przekonuje do swoich racji, a w swojej książce opisuje nie tylko sam proces sprzątania (to dopiero początek zabawy!), ale też to, w jaki sposób kształtuje się nasz styl, co się na niego składa i jak możemy próbować go wypracować. Z resztą oprócz książki gorąco polecam również bloga Asi, Styledigger, gdzie w zakładce o slow fashion znajdziesz całą wiedzę niezbędną na początek, a poza tym również wiele innych wartościowych treści.


Okularnicy

Przy okazji sprzątania szafy potrzebowałam muzycznej playlisty, która mogłaby sobie lecieć w tle, kiedy działam. Przetrząsając Youtube’a w poszukiwaniu czegoś, co przypadnie mi do gustu trafiłam na piosenkę, którą znajdziecie poniżej, a potem na kolejne, aż przepadłam na dłuższy czas. Kanał Fundacji Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej to miejsce, gdzie zebrane są zapisy m.in. koncertowych i konkursowych interpretacji wierszy poetki. To coś więcej niż muzyka, śpiew: tutaj mamy do czynienia ze wspaniałym poziomem piosenki aktorskiej; to się po prostu z przyjemnością, z emocjami ogląda. Dla mnie wspaniałe przeżycie, zwłaszcza że Osiecką uwielbiam, a zebrane tutaj utwory są często mniej znane lub niebanalnie zaaranżowane. Cudo.

To nie były odpowiednie filmiki do sprzątania, ale absolutnie nie żałuję.



Yamatai

Na sam koniec pewna gra, która nie miała prawa mnie zachwycić niczym oprócz pięknych grafik, a tymczasem okazała się, wciąż nie wiadomo czemu, strzałem w dziesiątkę. Yamatai to typowa planszówka, raczej z tych dłuższych i żmudniejszych, gdzie zamiast planować ruchy z wyprzedzeniem musimy reagować na zastaną sytuację. Naszym celem jest przejęcie kontroli nad jak największą ilością wysp w archipelagu poprzez stawianie budynków tak, aby zyskać uznanie królowej. W tym celu korzystamy z różnobarwnych statków, które różnymi drogami możemy stopniowo wprowadzać na planszę, by dotrzeć do najdalszych zakamarków królestwa. Tyle teorii. W praktyce bardzo podoba mi się sposób, w jaki można zbudować sobie combo, no i bardzo odpowiada mi rosnąca z rundy na rundę liczba możliwości.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Jørn Lier Horst – „Kluczowy świadek” [przedpremierowo]


Nie jest żadną tajemnicą, że kryminały Jørna Liera Horsta są jednymi z moich ulubionych. Cenię sobie jego powieści za nieoczywiste zagadki, dopracowanie merytoryczne i kreację głównego bohatera, który trzyma się bezpiecznie daleko od gatunkowej sztampy. Horst jest też autorem, który w niezwykły sposób łączy wiedzę zdobytą podczas służby w policji z talentem pisarskim i darem opowiadania: umie przekazać to, co podpowiada mu wyobraźnia w taki sposób, aby zainteresować czytelnika. Myślę, że to jedna z przyczyn faktu, że seria o Williamie Wistingu tak się rozrosła i odniosła światowy sukces. Dziś polscy fani cyklu mają okazję do świętowania: w nasze ręce trafia pierwsza część opowieści, której kolejne odsłony znamy doskonale. 

Fabuła powieści stworzona została w oparciu o autentyczne wydarzenia, jedną z najbardziej znanych zbrodni w historii Norwegii. Samotny, starszy mężczyzna został brutalnie zamordowany we własnym domu pełnym śladów walki i przeszukiwania. Nic nie zginęło, choć widać wyraźnie, że ofiara była przed śmiercią torturowana. Przed śledczymi stoi nie lada wyzwanie, bo danych na temat mężczyzny jest niewiele, podobnie jak bliskich mu osób czy jakichkolwiek świadków. Komisarzom brak punktu zaczepienia, który pozwoliłby powiązać ofiarę ze środowiskami zdolnymi do tak wielkiego okrucieństwa, niełatwe jest też odnalezienie motywu. Rozpoczyna się walka o każdy, nawet najdrobniejszy trop.

Muszę przyznać, że spodziewałam się dużego rozrzutu w poziomie stylu autora między Kluczowym świadkiem a pozostałymi, znacznie późniejszymi powieściami z serii. Kiedy w podobnej kolejności odkrywałam książki Monsa Kallentofta, różnica była kolosalna. Ze zdziwieniem muszę jednak stwierdzić, że pierwsza część serii o Williamie Wistingu nie odbiega znacząco od późniejszych zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym. Wciąż jest to przyzwoity kryminał z odpowiednią ilością zwrotów akcji, zapewniający rozrywkę, jak przystało na powieść z nurtu literatury popularnej. 

Jeśli chodzi o samą zagadkę, w gruncie rzeczy przypadła mi do gustu, chociaż jest na niej kilka rys. Przede wszystkim nie przepadam za zastosowanym w Kluczowym świadku wybieganiem w przyszłość: pierwsza scena książki jest tak oderwana od tego, o czym będziemy czytać przez kolejne kilkadziesiąt stron, że jej zaprezentowanie uważam za bezcelowe i naprowadzające czytelnika na niepotrzebne tory. I bez tego mamy przewagę nad komisarzami, co uważam za drugą drobną wadę: może to problem ze mną, ale już z przesłuchania pierwszego świadka wyciągnęłam znacznie więcej danych niż sam Wisting i szybciej dopasowałam do siebie elementy, a wierzcie mi, naprawdę rzadko mi się to zdarza podczas lektury kryminałów. Pomijając jednak te dwa drobiazgi powieść bardzo mi się podobała: była ciekawa i wciągająca dokładnie w takim stopniu, jak powinna. Autor zaprezentował nam przyjemnie pokomplikowaną zagadkę, która - w przeciwieństwie do swojego autentycznego pierwowzoru - zostaje rozwiązana. 

Przed lekturą Kluczowego świadka bałam się stawiać tej książce oczekiwania: wiedziałam, że to debiut i że mogę się na nim bardzo mocno zawieść. Na szczęście nic takiego się nie stało. Jestem przyjemnie zaskoczona stylem Horsta i sposobem prowadzenia przez niego akcji. Co prawda młodszy William Wisting, mimo ugruntowanej pozycji w policji, okazał się być śledczym nieco mniej sprawnym i bystrym, jednak dzięki lekturze późniejszych tomów serii wiem, że będzie się zmieniał tylko i wyłącznie na plus. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.
Premiera 26 kwietnia!


Gdy mrok zapada || Kluczowy świadek || Felicia forsvant || Når havet stilner || Den eneste ene || Nattmannen || Szumowiny || Poza sezonem || Psy gończe || Jaskiniowiec || Ślepy trop

piątek, 21 kwietnia 2017

Ian Tregillis – „Powstanie”


Choć pierwszą część Wojen Alchemicznych przeczytałam dość przypadkowo, nie będę ukrywała, że skradła moje serce właściwie od pierwszej strony. Historia Jaxa, mechanicznego sługi, który zapragnął wolności, idealnie wpasowała się w mój gust i urzekła mnie dojrzale poprowadzoną sferą filozoficzną i nieoczywistym wykorzystaniem znanych w literaturze schematów. Z wielką radością (i równie wielkimi oczekiwaniami) sięgnęłam zatem po kolejną część, pełna nadziei, że i w niej przepadnę bez reszty. Zdziwiłam się, to na pewno. Choć nie wszystko potoczyło się tak, jak mogłam się spodziewać, ostatecznie pozostaję pod wrażeniem pisarskich możliwości i zdolności Iana Tregillisa.

Zacznę od tego, że tym razem daleko było mi do „zachwytów już od pierwszej strony”  prawdę mówiąc na samym początku kilkukrotnie odkładałam książkę, by znów wrócić do niej po kilku dniach, tak ciężko brnęło mi się przez pierwszy rozdział. Historię otwiera opowieść poprowadzona z nowej perspektywy  miejsce jednej z trzech kluczowych postaci, pastora Vissera, zajmuje Hugo Longchamp, kapitan straży Zachodniej Marsylii, którego mieliśmy okazję poznać w pierwszej części cyklu. Roszada jest istotna ze względów fabularnych i całkowicie uzasadniona, jednak we mnie budzi mieszane uczucia. Perspektywa kapitana przynosi czytelnikowi sporo bardzo cennego humoru, ale też język, który nie każdemu (w tym mnie) przypadnie do gustu. Ponadto sam początek jest dość powolny i stanowi swego rodzaju wprowadzenie w perspektywę Francuzów, co średnio zachęcało mnie do lektury w gorsze dni. Na szczęście z każdą kolejną stroną robi się coraz ciekawiej. 

Bardzo podoba mi się to, w jaki sposób Tregillis kreuje postaci i wprowadza nowe pomysły do swojej opowieści: wszystko dzieje się płynnie i autentycznie. Jax, który niedawno zyskał wolność, odkrywa, że nie jest ona równoznaczna ze szczęściem, a w jego mechanicznej osobowości rozwija się coś nowego: poczucia moralności. Z kolei Berenice okazuje się bohaterką świetnie umotywowaną, a jej drugie oblicze niejednokrotnie zaskoczy czytelnika, nawet jeśli uczucia co do niej nie będą do końca pozytywne. Fabularnie świetnie sprawdził się wątek utopii klakierów, mitycznej krainy, gdzie mechaniczni żyją wolni i szczęśliwi, przynajmniej według legend. Wszystkie te elementy stanowią o sile książki, trzymają ją bowiem w mocnych, realnych ryzach. Wojny alchemiczne nie są (i mam nadzieję, że nie staną się w trzecim tomie) bajką o pięknym świecie, a mocno osadzoną w rzeczywistości historią pełną goryczy i rozczarowań, które umacniają charakter i hartują ducha.

Warto wspomnieć, że druga część cyklu znacząco odbiega od poprzedniczki pod względem balansu między sferą filozoficzną, a fabularną. W Mechanicznym, co niesamowicie mi się podobało, akcja niejednokrotnie zwalniała za sprawą ciekawych i wartościowych rozważań głównego bohatera lub utrzymanych w podobnym tonie, rozbudowanych dialogów. Powstanie pod tym względem jest znacznie uboższe i dużo bliżej mu do powieści przygodowej czy awanturniczej. Wciąż zdarzają się ciekawe elementy, zwłaszcza za sprawą Jaxa i jego rozważań natury moralnej, ale jest ich znacznie mniej. Z drugiej strony zyskuje na tym dynamika akcji, co z pewnością ucieszy wiele osób, dla których Mechaniczny był zbyt wolno rozgrywającą się historią  tym razem mamy do czynienia z szybko następującymi po sobie zdarzeniami i licznymi zwrotami akcji przy równie interesującej sieci intryg i zależności.

Mimo że balans elementów bardziej odpowiadał mi w pierwszej części cyklu, nie mam autorowi za złe takiego poprowadzenia historii. Ian Tregillis dzięki Powstaniu udowodnił, że jego seria jest dobrze przemyślana, a on sam nie ma w planach zamykać się w sztywnych okowach schematów  czy to zewnętrznych, czy narzuconych samemu sobie w poprzednich częściach opowieści. Dzięki zwiększeniu tempa akcji, Wojny alchemiczne stały się książką, która może zaciekawić szersze grono odbiorców i przyciągnąć ich do tej opowieści, tak bardzo wartej poznania. Ciekawa jestem, czym zaskoczy nas autor w części trzeciej i na co postawi tym razem. Jedno jest pewne: pomysłów na kreację świata absolutnie mu nie brakuje. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.



Mechaniczny || Powstanie || Wyzwolenie

środa, 12 kwietnia 2017

Teatr: „Jesus Christ Superstar” (Andrew Lloyd Webber, Tim Rice)


Czasami droga do odkrycia czegoś zachwycającego jest długa i kręta, pełna niesamowitych przypadków. Weźmy na przykład ten wyjazd: tak naprawdę wszystko zaczęło się jakiś czas temu, kiedy odkryłam Studio Accantus i zostałam jego wielką fanką. To dzięki ich kanałowi w ostatnim czasie odżyło moje zainteresowanie musicalem Jesus Christ Superstar, a na stronie jednej z ich wokalistek (Natalii Piotrowskiej) odnalazłam informację, że spektakl jest obecnie grany w Warszawie. To był Dzień Spontaniczności, bo kilka chwil później (przyznaję, niewiele myśląc o dojeździe z Gdańska i innych tego typu aspektach technicznych) byłam już szczęśliwą posiadaczką dwóch biletów.

Niesamowicie było od samego początku: mieliśmy okazję siedzieć w pierwszym rzędzie, co w teatrze, w którym scena znajduje się może pół metra od widzów, jest doświadczeniem bardzo niecodziennym. Odkryliśmy, że aktorzy mają mimikę! Oczywiście żartuję, ale faktem jest, że nigdy dotąd nie mieliśmy okazji tak dokładanie obserwować absolutnie całej aktorskiej pracy – od pełni twarzy, która przecież najlepiej wyraża nasze emocje, aż do funkcjonowania mięśni przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Pozycja, w jakiej się znaleźliśmy, pozwoliła nam dostrzec to, na co wcześniej nie mieliśmy okazji zwrócić uwagi, co dla mnie osobiście było niesamowitym przeżyciem. Pewnie przy spektaklach z większą liczbą aktorów i scenami równoległymi (jak np. Chłopi, gdzie oprócz głównej akcji mamy wiele smaczków w bocznych sektorach sceny) nie byłoby to aż tak wielką zaletą, ale w tym przypadku okazało się strzałem w dziesiątkę.

Trzeba również przyznać Teatrowi Rampa, że ma naprawdę niesamowitą obsadę. Jesus Christ Superstar to musical bardzo wymagający, prawie dla wszystkich postaci oparty na wysokich tonach, co jest wyzwaniem zwłaszcza dla męskiej części solistów. Tymczasem obu głównych bohaterów – Jakub Wocial oraz Sebastian Machalski – poradziło sobie świetnie, tworząc wyraziste, pełne emocji kreacje Jezusa i Judasza. Przyjemnym kontrastem był niski wokal Pawła Tucholskiego (Kajfasz), a całości dopełniła wiodąca prym wśród kobiet Natalia Piotrowska (Maria Magdalena). Bardzo miło było usłyszeć ją wreszcie na żywo po latach odkrywania kolejnych nagrań w internecie – zachwyciłam się jej głosem na nowo.

Jeśli chodzi o treść spektaklu, chyba prawdą jest, że obraża głównie tych, którzy nigdy go nie widzieli, bo w rzeczywistości jest znacznie mniej obrazoburczy, niż się spodziewałam. To po prostu znana historia z inaczej rozłożonymi światłocieniami, interesująca i skłaniająca do refleksji. Judasz i Jezus są tutaj postaciami równorzędnymi o różnych postawach, które niejednokrotnie nie mogą znaleźć punktów stycznych, a całość dotyczy w pewnym stopniu fenomenu społecznego, jakim było życie i działalność Chrystusa. Dzięki innemu akcentowaniu w opowieści znajduje się miejsce dla tak ciekawych postaci jak Herod czy Piłat (swoją drogą grający go Maciej Nerkowski to mój absolutny faworyt wokalny, mogłabym siedzieć i słuchać, słuchać…). Do tego wszystkiego dodać trzeba charakterystyczny klimat rock opery i towarzyszący mu rozmach, nadający opowieści zupełnie nowego charakteru.

Jesus Christ Superstar to musical barwny i cieszący oko, pełen niezwykłych, wyrazistych postaci, zaskakujący. W Teatrze Rampa jego realizacja jest fenomenalna, zarówno pod względem wokalnym, muzycznym, jak i wizualnym. My załapaliśmy się na jeden z ostatnich spektakli – z tego co wiem, wystawianie go w tym roku jest już zakończone, ale prowadzący facebookową stronę teatru już zapraszają na wiosnę 2018 zapowiadając, że powróci na ich deski. Tak czy inaczej do Rampy zapraszam również na inne produkcje, bo atmosfera jest świetna: przyjemna i bardzo kameralna. Mnie osobiście kusi jeszcze Rapsodia z demonem oraz jesienna premiera: Kobiety na skraju załamania nerwowego na podstawie filmu Pedro Almodóvara.




poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Lauren Groff – „Arkadia” [przedpremierowo]



W zeszłym roku miałam przyjemność poznać niezwykłą powieść o miłości, związku budowanym na kłamstwie i narastających konsekwencjach zatajania faktów. Fatum i furia, bo o niej mowa, podzieliła środowiska literackie na całym świecie – jest to powieść bardzo specyficzna, która mało kogo pozostawi obojętnym: kocha się ją lub nienawidzi. Mnie zachwyciła do tego stopnia, że uważam ją za jedną z najlepszych książek 2016 roku. Nic dziwnego, że po takim zachwycie aż zapiszczałam, gdy okazało się, że na rynku pojawi się nowa powieść autorki. Dla takiej książki byłam w stanie się poświęcić i wziąć z wydawnictwa e-booka, byle tylko poznać ją jak najszybciej. Niestety daleko mi do zatonięcia w tej historii.

Historia głównego bohatera powieści sięga czasu hipisów, którzy marzyli o lepszym życiu tworząc własną, wielką komunę zwaną Arkadią. Lutek był dzieckiem niezwykłym, dla wielu wręcz cudownym, ponieważ jako pierwszy urodził się w nowym miejscu. Tam dorastał, uczył się, wychowywał aż do momentu, gdy wszystko się posypało, a ludzie zaczęli uciekać. Wtedy zabrano go do cywilizacji, gdzie… No cóż, musiał sobie jakoś poradzić.

Arkadia to teatr wielu aktorów w różny sposób związanych z tematem tytułowej hipisowskiej komuny. Oprócz Lutka, który musiał nauczyć się żyć w świecie niebezpiecznym, którego całkowicie nie znał, są jeszcze inni: jego rodzice przeżywający odwrotny dylemat, zawiedzeni życiem, wykorzystani, pełni dawnych ideałów, których serce rwie się z powrotem do Arkadii; ukochana Lutka, niespokojny duch; jego córka, która dzieciństwo spędziła w zwykłym świecie i Arkadię odkryła dopiero u progu dorosłości… Każda z tych postaci ma własną opowieść i zupełnie inny stosunek do wspólnoty, do ideałów, inaczej mierzy się z przeciwnościami losu, bo też inne przeciwności ma lub miała kiedyś na swojej życiowej drodze. 

Podoba mi się ukazanie wspólnoty, która balansuje gdzieś na granicy sekty: mimo głoszonej równości ma przywódcę, który prowadzi hulaszcze życie nic nie robiąc, podczas gdy pozostali ciężko pracują, by społeczność miała co jeść. Ma tajemnice, układy i konflikty, których nie powinno być. Ci z jej mieszkańców, którzy instynktownie starają się trzymać pewnych zasad moralnych, napotykają ścianę, bo ich pomysły kłócą się z przekonaniami grupy. Do tego dochodzi specyfika ruchu hipisów: przyzwolenie dla narkotyków, naturyzmu, „wolnej miłości”… W takich warunkach wychowywane są dzieci. Mimo to Groff nie ocenia społeczności, wręcz przeciwnie, stara się odpowiedzieć na pytania o aktualność przekonań hipisów i ewolucję ruchu.

Zdecydowanie jest to książka, nad którą trzeba swoje odsiedzieć, bo autorka niewiele rzeczy mówi nam wprost: musimy przysiąść, zatrzymać się na chwilę i zastanowić, by odkryć wszystkie metafory kryjące się w tej opowieści. To żmudna praca. Pierwsza część książki opisująca dzieciństwo Lutka – mniej więcej 2/3 tekstu – ciągnie się niemiłosiernie; to wprowadzenie konieczne i ważne, ale trudne do przyswojenia. Styl autorki nie jest dobry dla osób, które lubią szybko czytać: brak zaznaczenia dialogów (są elementem ciągłego tekstu) może być czynnikiem wybijającym ze zwyczajnego rytmu i czasem utrudniającym zrozumienie. Jeśli temat nas pochłonie, wszystko jest w porządku; gorzej gdy treść nie będzie nam do końca pasowała. Z drugiej strony taka narracja mocno skraca dystans, zbliża nas do bohatera; mamy poczucie, że słyszymy jego myśli.

W przeciwieństwie do Fatum i furii, którą – jestem pewna – będę odkrywała na nowo jeszcze nie raz, Arkadia nie daje moim zdaniem tyle, by odczuwać satysfakcję po jej zakończeniu. To równie trudna opowieść napisana w stylu, do którego musimy przywyknąć: niespieszna, skupiona na relacjach, kładąca nacisk na nietypowe elementy. Tym razem jednak treść jest nieco mniej ciekawa, a ostateczne konkluzje nie zaskakują. W gruncie rzeczy po zamknięciu książki miałam poczucie, że to całkiem zwyczajna opowieść, niepotrzebnie ubrana w udziwnione ramy. Być może tym razem jestem w gronie osób, którym coś ważnego w tej historii umknęło – z niecierpliwością wyczekuję opinii na jej temat, bo jestem ciekawa, czy pozostało coś do odkrycia, czy warto próbować drugi raz.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 11 kwietnia!

sobota, 8 kwietnia 2017

Stos: zakupy z pierwszego kwartału 2017 roku


Trzy miesiące Nowego Roku minęły jak z bicza strzelił – jeszcze przed chwilą wyciągałam z szafy kożuch i kupowałam kozaki, a dziś w lekkich trampkach biegnę cieszyć się wiosennym słońcem. Z czytaniem i blogowaniem w okresie zimowym było różnie, ale chyba wreszcie udało mi się złapać odpowiedni rytm. Podobnie z kupowaniem... W gruncie rzeczy na luty i marzec miałam postanowienie żeby nie kupić ani jednej książki, ale proponuję spuścić na to zasłonę milczenia. Tak po prostu miało być.

W tym roku postawiłam na zamawianie książek przez internet. Zakup w księgarni wydawnictwa Sine Qua Non był dosyć spontaniczny i motywowany dość dużą obniżką cen, co było ważne zwłaszcza w kontekście książki Humans of the New York (teraz wiem, że warto było wydać każdą złotówkę, opinię o niej możesz przeczytać tutaj). Do koszyka dorzuciłam Piątą porę roku, która właściwie znajdowała się na chciejce Sylwka, ale mnie również ciekawiła, oraz Dygot, aby w końcu zacząć swoją przygodę z tekstami Jakuba Małeckiego. 

Druga część zdjęcia to zakupy z Arosa: Helisa Marca Elsberga, którego książki uwielbiam (o Blackoutcie pisałam tutaj, a o Zero tu), kolejna część cyklu o Malin Fors, Do trzech razy śmierć Alka Rogozińskiego (naczytałam się postów na Facebooku autora i musiałam się skusić) oraz Krąg, na który zdecydowałam się po obejrzeniu trailera filmu na jego podstawie, który niebawem pojawi się w kinach. Polecam Wam tę książkę serdecznie, zajrzyjcie z resztą tutaj po szerszą opinię.



Skoro już jesteśmy w temacie internetowych szaleństw - oto czym może zaowocować jedna przypadkowo znaleziona informacja. Pewnego wieczora siedziałam sobie przed komputerem, kiedy nagle przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, co stało się z uwielbianą przeze mnie Serią z Miotłą - w końcu od kilku miesięcy nie słyszałam o żadnych przypisanych do niej nowościach. Okazało się, że wydawnictwo W.A.B w 2016 roku po raz kolejny zmieniło szatę graficzną serii (plus za powrót do miotły na grzbiecie, minus za okładki...) i wydało pod jej sztandarem... aż pięć kolejnych tytułów! Jak nietrudno się domyślić, od razu przetrząsnęłam internety w poszukiwaniu ofert i ostatecznie zdecydowałam się na zakup czterech nowości i czterech starszych tytułów.


Seria z Miotłą zdecydowanie lubi się również z naszymi wyjazdami do Warszawy - tamtejsze Dedalusy pełne są książek z tej serii, a wycieczka po kilku pozwala skutecznie uzupełnić braki. Tym samym z krótkiego wypadu do stolicy, mimo braku miejsca w skromnym bagażu, przywiozłam aż 5 mioteł oraz brakującą książkę z cyklu o Bondzie. Z kolei dwie książki Guillaume Musso oraz Dom Augusty to zaplątane nabytki z gdyńskiego outletu Świata Książki - jeśli aktywnie z jakiegoś korzystacie, bądźcie czujni, bo ostatnio obserwujemy tendencję do ich zamykania. 



Na koniec, tradycyjnie już, prezentuję zbiór nabytków przypadkowych. Finansowy ninja to efekt ogólnej fascynacji blogiem Michała Szafrańskiego i tematami finansowymi. Dzień dobry, północy zakupiłam totalnie przypadkowo i się nie zawiodłam (opinię możesz znaleźć tutaj), Hipnotyzer pochodzi z księgarni BookSzpan w Gdańsku i kosztował całe 10 zł, podobnie z resztą jak obie części Królowej Tearlingu podczas promocji na stronie wydawnictwa Galeria Książki.


A Ty? Jak dopieszczasz wewnętrznego książkoholika?


czwartek, 6 kwietnia 2017

Dave Eggers – „Krąg”


Nie wiem, jak Ty, ale ja nie wyobrażam sobie, że mogłabym spóźnić się na reklamy przed seansem w kinie – to dla mnie integralna część filmu! Czasem nie wynoszę z nich niczego fascynującego, ale innym razem uda mi się chociażby zobaczyć zwiastun czegoś, o czym do tej pory nie wiedziałam, a co ma wszelkie walory, żeby mi się spodobać. To właśnie miało miejsce przy okazji seansu Logana – przed moimi oczami pojawił się trailer nowego filmu z Emmą Watson i Tomem Hanksem, który wskazywał na dystopijne klimaty, a w dodatku podobno został stworzony na podstawie bestsellera! Ten film to The Circle – swoją premierę będzie miał 26 kwietnia.

Książka Dave’a Eggersa, która jest jego pierwowzorem, opowiada historię Mae, młodej pracownicy korporacji Circle odpowiedzialnej za gromadzenie i przetwarzanie danych. Bohaterka stopniowo wdrażana jest w kolejne projekty firmy, a wraz z dodatkowymi obowiązkami coraz bardziej oddala się od swojego dotychczasowego świata. By sprostać wymogom dotyczącym średnich ocen wydajności, obecności na spotkaniach towarzyskich oraz aktywności w social mediach, Mae stopniowo porzuca dawne życie i poświęca się całkowicie nowemu – podporządkowanemu zasadom panującym w korporacji. 

Krąg porusza tak wiele niesamowicie ważnych i aktualnych tematów, że gdy zastanawiałam się, od czego zacząć, po prostu złapałam się na głowę. Na pewno jest to opowieść o pracy w korporacji: o tym, jak słupki, statystyki i wymagane wyniki wpływają na funkcjonowanie człowieka. Dla wielu osób realia Circle mogą wydawać się wyolbrzymione, jednak nie do końca tak jest. Nawet ja ze swoim skromnym korporacyjnym doświadczeniem wiem, że takie rzeczy, jak raport kierownika działu po spotkaniu pojednawczym z dwojgiem skłóconych pracowników, nie są wyssanym z palca absurdem. Podobnie ma się rzecz ze statystykami dotyczącymi wyników, które, choć teoretycznie stanowią „informację dla pracownika”, tak naprawdę są dodatkowym źródłem stresu, a w przypadku Mae stają się wręcz obsesją.

Kolejnym problemem poruszanym w „Kręgu” jest pozyskiwanie i gromadzenie danych. Dave Eggers stworzył wizję przyszłości, w której jednej korporacji udało się zgarnąć całą pulę: profile osobiste, które na początku stanowiły coś na kształt tych z naszego Facebooka, zostały poddane weryfikacji i są ściśle związane z prawdziwą tożsamością człowieka. Służą do załatwiania wszystkich ważnych spraw: nie tylko aktywności w social mediach, ale też robienia zakupów czy płacenia rachunków. Wszystko co człowiek robi na komputerze, telefonie czy tablecie od razu podpinane jest jako jego własna aktywność, nie ma zatem internetowej anonimowości. Ludziom prezentuje się wyłącznie pozytywne aspekty tego zjawiska, jednak tak naprawdę na gromadzeniu danych korzystają głównie największe koncerny – np. sklepy, które mogą swój marketing dopasować do odbiorcy i tym samym skuteczniej nami manipulować.

Z tematem gromadzenia danych ściśle wiąże się również zagadnienie prywatności. Circle lansuje model społeczny, w którym odchodzi się od pojęcia „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. Szefostwo firmy uważa, że jeśli ktoś ma ochotę o czymś wiedzieć, ma również do tego pełne prawo, niezależnie czy chodzi o poznanie nowych sposobów walki ze stwardnieniem rozsianym, czy też szczegóły życia intymnego sąsiada z naprzeciwka. Tajemnice prowadzą do kłamstw, a kłamstwa do przestępstw – tych ostatnich z kolei nikt nie chce, prawda? Społeczność Circle pod płaszczykiem przydatności wszelkich danych zachęca, aby ludzie stawali się przejrzyści i nie ukrywali niczego, a zjawisko to ma dotyczyć zarówno polityków, osoby ze świecznika, jak i zwykłych, szarych obywateli. Zaczyna się od przechowywania danych w Chmurze, która jest ogólnodostępna i każdy może w niej poszukiwać tego, czego chce. Dalej jest tylko gorzej…

Choć wszystkie te elementy (a wierz mi, jest ich znacznie więcej) potrafią skutecznie przerażać, to nie one są w książce Davida Eggersa najstraszniejsze; na mnie osobiście największe wrażenie wywarło coś zupełnie innego. Dopiero lektura Kręgu pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego nigdy nie odczuwałam lęku w związku z wizjami z młodzieżowych dystopii – kreacja świata w nich zawarta mogła mnie zainteresować, ale nie przerazić. Otóż sedno tkwi w tym, że tamtejsi bohaterowie walczą ze złem i niechcianym systemem – nawet jeśli na początku mu się poddawali, w końcu odkrywają prawdę i skupiają wszelkie siły na wprowadzeniu zmian; poświęcają się dla idei. W książce Eggersa tego nie znajdziecie. Owszem, są tu bohaterowie, którzy nie chcą wpisać się w narzucony przez Circle schemat, ale to raczej postaci poboczne, nie zaś główni zainteresowani. To właśnie czyni Krąg fatalistyczną powieścią o upadku – tak społeczeństwa, jak i jednostki. Mae jest ślepą idiotką, która dała się omamić i poddała się presji społeczeństwa, otoczenia, pracodawców, a my nie możemy zrobić dla niej absolutnie nic. Choć jako czytelnicy mamy ochotę wyrwać ją ze stron i naprawdę mocno potrząsnąć, możemy tylko patrzeć, a to jest źródłem niewyobrażalnej wręcz frustracji.

Krąg polecam wszystkim dookoła od momentu, kiedy go skończyłam, bo to nie tylko ważna wizja, ale też po prostu dobrze napisana, trzymająca w napięciu opowieść. Z pewnością wybiorę się też na film, ale nieco boję się, co mają zamiar wymyślić twórcy, bo opisy, które są dostępne, sugerują pewne zmiany fabularne. Czekam z niecierpliwością!


niedziela, 2 kwietnia 2017

Agnieszka Olejnik – „A potem przyszła wiosna”



Znana twarz, zawrotna kariera, życie na świeczniku – dla wielu osób brzmi to jak spełnienie marzeń. Pola Gajda, rozpoznawalna aktorka, uwielbia swoją codzienność. W każdym razie uwielbiała do momentu, gdy jej partner wyniósł się bez słowa po tym, jak na pierwsze strony portali trafiła wiadomość o jego romansie. Utrata chybotliwego fundamentu w postaci związku szybko doprowadza Polę do załamania. Życie aktorki ratuje – o, ironio! – jej największy wróg.

Agnieszka Olejnik sięgnęła po znany we współczesnych powieściach obyczajowych motyw kontrastu między zawrotnym tempem życia w mieście, a spokojem wsi. Bohaterka chcąc nie chcąc trafia do miejsca, gdzie ma okazję zastanowić się nad swoim życiem i przyjrzeć mu się w pewnym sensie z dystansu. Jakie wartości do tej pory wyznawała? Czemu podporządkowała swoje życie? Niech nie zwiedzie Cię prostota tych pytań, bo droga Poli do zdrowej zmiany będzie długa i wyboista, naznaczona bardzo dużym cierpieniem. Bohaterka przestaje mówić, zamyka się w sobie i wpada w ciężką depresję, z której wychodzi bardzo małymi krokami. Co ciekawe, kontakt z taką postacią nie jest dla czytelnika męczący, choć często tak właśnie bywa – mimo że w książce pojawia się bardzo wiele negatywnych emocji, nie przeszły one bezpośrednio na mnie, czułam raczej zainteresowanie historią niż zniecierpliwienie.

Wspomniana dawka goryczy jest jednak tym, co odróżnia powieść od innych obyczajówek. Autorka nie boi się sięgać po tematy trudne i bardzo aktualne: zaczynamy od płytkich relacji i życia na pokaz, brniemy przez próby samobójcze i depresje, a kończymy gdzieś w mrocznych zakamarkach traum z dzieciństwa. Mimo że podczas lektury wyczuwamy podskórnie pozytywne zakończenie (zwłaszcza jeśli mamy za sobą dużo książek z gatunku), to jednak emocje nam towarzyszące są naprawdę różnorodne.  

Bohaterowie Agnieszki Olejnik na pierwszy rzut oka mogą wydawać się prości i schematyczni, a jednak każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Stopniowo odkrywamy ich tajemnice, historie, osobowości. Autorka skrupulatnie kreśli portrety najważniejszych osób i dba, aby relacje między nimi były odpowiednio wyważone. Warto pamiętać, że A potem przyszła wiosna nie jest wyłącznie historią Poli Gajdy – w książce mamy dwoje narratorów, a zatem dwójkę pełnowartościowych bohaterów. Jej wybawiciel również zdążył zatracić się w wielkomiejskim życiu, choć jest w nieco lepszej sytuacji: ma odskocznię, która pozwala mu nabrać dystansu. Mimo tej pozornej przewagi, bohaterowie rozwijają się i zmieniają równolegle, dążąc do satysfakcjonującego zakończenia.

Znów tylko i wyłącznie zachwyty. Ale co mogę zrobić, skoro tak bardzo cieszę się, że są na rynku wartościowe i dobre powieści obyczajowe? Zostały mi do nadrobienia już tylko dwie starsze powieści Agnieszki Olejnik – spodziewam się po nich wszystkiego, co najlepsze. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

piątek, 31 marca 2017

Inspiracje: marzec


Wspaniali ludzie – tak mogłabym pokrótce omówić miniony miesiąc, bo jak na swoje możliwości spędziłam z innymi osobami naprawdę masę czasu. Częściowo muszę to zrzucić na karb urodzin, które świętowałam przez kilka dni w różnym towarzystwie, ale nie tylko: po prostu zbiegło się w czasie kilka dobrych okazji do spotkań. Co poza tym, w kwestii spraw, które możesz wypróbować samodzielnie? Już spieszę z opowieściami:


Harley Quinn

Nie znając jakoś szerzej postaci Harley od tego komiksu oczekiwałam po prostu zabawy – z tym właśnie kojarzyła mi się najsłynniejsza ofiara syndromu sztokholmskiego. Zbiór przekonał mnie do siebie już pierwszym zeszytem, w którym główna bohaterka rozmawia z autorami (!) na temat tego, jak chciałaby, żeby wyglądał komiks o niej, a ci prezentują jej pełen przekrój prac rysowników w różnych stylach. Mistrzostwo! Sama historia również mnie zachwyciła: otrzymałam dokładnie taką mieszankę krwi, obrzydliwości i groteskowego humoru, jakiej potrzebuję, aby być zadowoloną z lektury.


T.I.M.E Stories

Gra scenariuszowa oparta na współpracy, w której uczestnicy podróżują w czasie, aby zapobiegać momentom krytycznym i tym samym zagładzie świata. Przyznaję, że podchodziłam do niej mega sceptycznie z dwóch powodów: aby wygrać, należy rozwiązywać zagadki (w czym nie jestem specjalnie dobra), a gdy już nam się uda, scenariusz jest zamknięty i właściwie nie mamy po co do niego wracać. Byłam przekonana, że będę się męczyć i kląć nad planszą, ale gdy pierwsze partie mamy już za sobą, mogę powiedzieć tylko: WOW! Klimat jest niesamowity (a wierz mi, że do tej pory poczułam jakikolwiek klimat może w 2-3 grach), całość wymaga od nas odpowiedniej mieszanki skupienia, inteligencji, szczęścia i zapamiętywania, a poszczególne rozwiązania bardzo przyjemnie zaskakują. Mamy za sobą dwa pierwsze scenariusze i chociaż Sprawa Marcy negatywnie zaskoczyła nas tematem, i tak nie możemy doczekać się kolejnej przygody.


Grease


Na Grease do teatru muzycznego chciałam pójść nie tylko dlatego, że uwielbiam wersję filmową - główną motywacją był fakt, że You're the one that I want w polskiej wersji jest praktycznie nie do znalezienia, a ja byłam ciekawa, jak będzie brzmiało "po naszemu". Cóż mogło być lepszego niż spektakl w dniu urodzin?

Powiem tak: w tym przypadku piosenki wyjątkowo brzmią mi lepiej po angielsku niż po polsku, "przemiana" Sandy w teatrze jest jeszcze płytsza niż w filmie, ale wybrać się naprawdę warto, zwłaszcza jeśli chcecie obejrzeć musical po prostu dla rozrywki. Całość świetnie trzyma klimat, jest luźno, mega zabawnie, "nóżka sama chodzi" do piosenek, a łamanie czwartej ściany w wykonaniu aktorów z TM w Gdyni po prostu rozkłada na łopatki.

Ach, i zostałam fanką Krzysztofa Wojciechowskiego. Druga wcale-nie-główna-ale-wymagająca rola i drugi raz z rzędu wokal, który mnie zachwycił.


Logan

Nie mogłabym nie wspomnieć o moim największym zachwycie minionego miesiąca. Świetny dramat, genialne metafory życia rodzinnego, obiektywnie bardzo dobry film nie tylko dla tych, którzy fascynują się X-menami. Nie będę rozwodziła się nad zaletami, powiem jedynie, że jest naprawdę niezwykły i wywołuje całą masę emocji. Po dłuższą opowieść zapraszam tutaj (wciąż nie potrafię mówić o tym filmie krótko i w prostych słowach oddać wszystkich swoich spostrzeżeń).


A Ciebie co pochłonęło w pierwszym wiosennym miesiącu?


środa, 29 marca 2017

Brandon Stanton – „Humans of New York”


Jestem typowym czytelnikiem – niezależnie od formy przekazu, najważniejszy jest dla mnie tekst. W piosenkach słucham głownie słów wokalisty, w komiksach czytam dialogi, a grafika jako taka (pomijając oczywistą ocenę w kategorii „podoba się lub nie”) stanowi dla mnie kwestię całkowicie drugorzędną. Dziwnym zatem może się wydawać fakt, że skusiłam się na książkę, która składa się niemal wyłącznie ze zdjęć. Wiedziałam jednak, na co się piszę i że nie jest to zwykły album…

Humans of New York to projekt fotograficzny, który swój początek miał w internecie i rozwinął się dzięki współczesnym social mediom. Jego autor, Brandon Stanton, bardzo chciał być fotografem i działał długo w różnych obszarach tego zajęcia, aż w końcu odkrył w sobie pasję do uwieczniania na zdjęciach przypadkowych ludzi, uchwycania krótkich momentów ich życia. Książka to ważne zwieńczenie jego pracy nad ukazaniem różnorodności mieszkańców Nowego Jorku, ale jest to coś więcej niż zbiór fotografii – to raczej przykład perfekcyjnej harmonii obrazu i tekstu, dwóch świetnie uzupełniających się elementów. Choć wydaje się to abstrakcyjne, autor za pomocą krótkich, często jednozdaniowych opisów, jest w stanie nie tylko opowiedzieć historię swoich bohaterów, ale też wywołać w czytelniku odpowiednie emocje – niemal jak za naciśnięciem magicznego guzika. Celna uwaga, cytat z wypowiedzi modela czy krótki opis sytuacji wystarczą, by otworzyć przed nami bramę do interpretacji. Nie poznajemy bohaterów całkowicie, ale nie jest to konieczne – dla uzyskania pożądanego efektu wystarczy zmusić czytelnika do myślenia, a ono z kolei zaprowadzi nas do wzruszenia, śmiechu i zainteresowania.

Tym, co stanowi piękno całego projektu Humans of New York, jest umiłowanie autora dla różnorodności. Na zdjęciach znajdziemy zarówno zwykłych ludzi, jak i tych barwnych, przyciągających wzrok. Młodych, starych, niepozornych, krzykliwych, alternatywnych, zwyczajnych… Wszystkich. Stanton zdaje się w swojej pracy udowadniać, że każdy z nas ma w sobie coś wyjątkowego, coś wartego opowiedzenia. W przypadku jednych jest to wygląd, tak oryginalny że niemal nie wymaga słów, z kolei ci mniej wyraziści często niosą ze sobą bardzo ciekawą historię. Wciąż pozostaję pod wrażeniem talentu autora do wyciągania z danej sceny wszystkiego co najlepsze – podczas lektury albumu często zdarzało się, że któreś zdjęcie nie od razu przykuwało mój wzrok, a gdy wracałam do niego po przeczytaniu podpisu, odnajdywałam w nim coś zupełnie nowego. 

Nie wiem jak Ty, ale ja często przyglądam się ludziom wokół mnie zastanawiając się, kim są, dlaczego mają taką a nie inną minę, dokąd pędzą, skąd wracają. Brandon Stanton poszedł o krok dalej – podszedł do wszystkich tych przypadkowych osób i po prostu zapytał. 






poniedziałek, 27 marca 2017

Rafał Cichowski – „Pył Ziemi” [przedpremierowo]


Agresywna eksploatacja Ziemi przez człowieka musiała w końcu przynieść opłakane skutki – w XXIV wieku ludzkość jest zmuszona uciekać w kosmos, by na pokładzie statku dalej się rozwijać i podtrzymywać istnienie gatunku. Siedemset lat później nowe jednostki, podrasowane technologicznie tak, by być właściwie nieśmiertelnymi, wracają na planetę-matkę, by odnaleźć zapis wspomnień ludzkości. Ku ich zaskoczeniu okazuje się, że na Ziemi nie tylko pozostali ludzie – oni wciąż żyją i są całkiem zorganizowani…

Od samego początku podobało mi się to odwrócenie klasycznego w science fiction schematu, gdzie albo ludzie eksplorują nieznaną planetę i napotykają na obcych, albo ci drudzy w jakiś sposób trafiają do Układu Słonecznego i są zagrożeniem dla człowieka. Tutaj mamy zupełnie inną sytuację: to ludzie (bo mimo modyfikacji technicznych tak właśnie postrzegamy parę głównych bohaterów, skoro są bezpośrednimi potomkami uciekinierów) trafiają na Ziemię, by spotkać… innych ludzi, z którymi bynajmniej nie nawiązują naturalnej nici porozumienia. Z jednej strony jest to zatem opowieść o spotkaniu dwóch istot na różnym poziomie rozwoju, z drugiej zaś główną rolę odgrywają wydarzenia z przeszłości, które stopniowo będziemy odkrywali.

Poza odwracaniem schematów, Pył Ziemi jest również przyjemną zabawą konwencjami. To powieść bardzo dynamiczna, wręcz przygodowa, z wieloma zagadkami, zagrożeniami i zwrotami akcji. Momentami awanturnicza, innym razem przypominająca baśń (mam tu na myśli całą historię królowej Lys – niesamowicie kojarzyła mi się z Czerwoną Królową z Alicji w Krainie Czarów), za każdym razem zachwycająca. Autor dba o szczegóły, co widać najlepiej, gdy bohaterowie poruszają się po wiernej kopii wiktoriańskiego Londynu. Konwenanse, relacje międzyludzkie, sposób mówienia i zachowania postaci świetnie odzwierciedlają epokę. 

Wszystko to jednak aspekty techniczne, a jak wygląda sama treść? Przede wszystkim za pośrednictwem głównych bohaterów stopniowo odkrywamy prawdę o tym, jak wyglądały kulisy ucieczki ludzi z Ziemi: co było prawdziwą przyczyną, jaka atmosfera towarzyszyła akcji i dlaczego część ludzi pozostała na planecie, która miała wkrótce zginąć. Choć na samym początku historia może wydawać się czystą fantastyką, szybko okazuje się, że we wszystkich zdarzeniach główną rolę grają najpaskudniejsze ludzkie cechy. Autorowi bardzo dobrze udało się ująć wszelkie motywacje postaci, zarówno w kontekście globalnym, jak i jednostkowym, a całość prezentuje spójny i autentyczny scenariusz.

Nie mogę nie wspomnieć również o kreacji głównych bohaterów. Lilo i Rez to dwoje ludzi, których los od narodzin był naznaczony cierpieniem, a oni sami kształtowani byli dokładnie pod misję, którą mają wykonać. Są zdeterminowani, silni, a jednak nie brak im wątpliwości i potrafią zastanawiać się nad sensem wykonywanych zadań. Dzięki takim ich ukazaniu Pył Ziemi zyskał dodatkową warstwę treściową: stał się opowieścią o niezwykłej miłości. Bohaterowie znają się na wylot, są raczej jak rodzeństwo, bliźnięta, które wiedzą o sobie wszystko, znają swoje myśli i reakcje, a mimo to nowa sytuacja jest w stanie wynieść ich relację na zupełnie nowy poziom. Ten aspekt książki intryguje nie mniej niż pozostałe. 

Choć jest to powieść bardzo specyficzna, momentami wręcz dziwna przez pomieszanie konwencji i gatunków, jej lektura była wspaniałą przygodą. Autor miał dobry pomysł na chwytliwą historię, udało mu się wykreować bohaterów, którym aż chce się towarzyszyć, a przy tym wszystkim utrzymał świetny klimat. Zachęcam, polecam, chwalę. Oby więcej takich książek na naszym rodzimym podwórku.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.
Premiera 29 marca!

sobota, 25 marca 2017

Kerry Drewery – „Cela 7” [przedpremierowo]


Szesnastoletnia Martha Honeydew została przyłapana z pistoletem w ręku nad ciałem gwiazdora i ulubieńca tłumów, Jacksona Paige’a. Jeszcze na miejscu przyznała się do winy. Trafiła do aresztu, gdzie spędzi kolejne 7 dni. Jej proces będzie toczył się publicznie, a przez cały czas jego trwania widzowie będą mogli wyrażać swoją opinię. O jej winie lub niewinności zdecyduje głosowanie. Jeśli społeczeństwo wybierze pierwszą opcję, Martha zostanie stracona.

W ostatnim czasie starałam się unikać powieści dla młodzieży – po części ze względu na przesyt i wtórność tematów, ale też przez zmęczenie młodymi bohaterami, których problemy stają się dla mnie coraz bardziej odległe. Z tego względu kiedy dostałam propozycję przeczytania i opisania na blogu Celi 7 musiałam się bardzo poważnie zastanowić. Ostatecznie mimo obaw dałam się skusić ciekawym tematem i decyzji nie żałuję.

Pod względem treści książka prezentuje się naprawdę ciekawie – zamiast wykreować oderwaną od rzeczywistości dystopię, autorka skupiła się na wyolbrzymieniu dwóch elementów, które znajdziemy już we współczesnym świecie. Demokracja została tam rozdmuchana do skali globalnej, a przekonanie, że większość na pewno ma rację, pozwoliło na likwidację instytucji sądów na rzecz systemów do głosowania. O winie lub niewinności w sprawach najcięższych zbrodni (a niebawem, według planów, również w kwestii innych przestępstw) przesądza ogół społeczeństwa – w każdym razie tak powinno być w teorii. Szybko okazuje się jednak, że to tylko pozór: głosowanie jest płatne i można go dokonywać wielokrotnie, a więc osoby z biedniejszych dzielnic nie mają równorzędnych praw i możliwości.

Kolejnym istotnym elementem jest rola mediów i kreowania wizerunku. Abstrahując od sensowności całego procesu, aby społeczeństwo mogło dokonać jasnego i sprawiedliwego osądu, powinno mieć dostęp do wszelkich danych, tymczasem informacje, które docierają do opinii publicznej są poddawane ostrej selekcji, a gdy trzeba – także odpowiednim modyfikacjom. Analizy dowodów nie przedstawia się ze względu na koszta. Każda sprawa omawiana jest w specjalnym telewizyjnym show „Sprawiedliwością jest Śmierć”, które przy wsparciu pseudoekspertów oraz wyssanych z palca danych manipuluje opinią publiczną i jest w stanie odpowiednio nastawić widzów poprzez nadawanie konkretnym zbrodniom odpowiedniego znaczenia. Ci oskarżeni, którym udało się uniknąć kary, stają się elementem kłamliwego systemu, by na zewnątrz dodawać mu wiarygodności.

Jeśli chodzi o samą fabułę, książka jest dynamiczna, wciągająca i ciekawa. Od samego początku sugeruje się czytelnikowi, że Martha jest niewinna, a jednak nie wiemy, dlaczego zdecydowała się przyznać i kogo tym samym kryje. Chłopaka? Pod płaszczykiem domniemanej historii miłosnej kryje się coś znacznie głębszego, problem o skali rozciągniętej na cały kraj. Główna bohaterka z jednej strony przeciwstawia się systemowi i obnaża jego słabe punkty, z drugiej zaś – prowadzi osobistą krucjatę, by zadośćuczynić za sprawy sprzed lat. Jestem zachwycona tym, jak autorka posplatała losy poszczególnych postaci stawiając na ich drodze te same momenty kluczowe lub po prostu podobne odczucia w związku z niesprawiedliwym systemem. Pomysł na tę książkę był świetny i świetnie został zrealizowany.

Jedyne, czego będę się czepiała, to zapis niektórych rozdziałów. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego poszczególne odcinki show „Sprawiedliwością jest Śmierć”, które znajdują się w książce w całości, zapisane są w formie stenogramu. Do szału doprowadzały mnie powtarzające się wstępy, toporne opisy zachowań postaci i przez to zupełnie nie potrafiłam skupić się na treści. Praktycznie za każdym razem układałam sobie w głowie, jak mogłoby to brzmieć w normalnej narracji i wciąż jestem przekonana, że książka tylko by na tym zyskała.

Mimo że Cela 7 jest klasyczną powieścią dla młodzieży, mnie się spodobała – autorce udało się znaleźć równowagę pomiędzy typowo nastoletnimi zachowaniami (buntownicze nastawienie, mściwość, poszukiwanie tożsamości poprzez mocne zaznaczanie swojej obecności), a globalnym problemem, które swoje źródła ma już dziś. Zaczynam myśleć, że osadzenie nurtu young adult i new adult w wizjach podobnych do tych z książek Marca Elsberga czy serialu Black Mirror może być całkiem dobrym pomysłem, zwłaszcza że fantastyczne, oderwane od rzeczywistości światy chyba nieco się już wypaliły. Chętnie przeczytałabym więcej podobnych książek.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Młody Book.
Premiera 29 marca! Więcej o samej książce możecie przeczytać na tej stronie.