sobota, 22 lipca 2017

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Leon”


Co do pierwszej części cyklu Herkules – miałam bardzo dużo wątpliwości. Kolaboracje między pisarzami mają to do siebie, że często zamiast wyciągać z prozy obu twórców to, co najlepsze, raczej uwydatniają braki. Ostatecznie powieści wychodzą sztywne i pozbawione charakteru, albo, co gorsza, kompletnie niespójne, z wyraźnym rozdźwiękiem między autorami. 

Na szczęście ani w przypadku Na imię mi Zack, ani tym bardziej w kontynuacji, Leonie, nic takiego nie miało miejsca.

W niedostępnej, mało uczęszczanej dzielnicy, na szczycie komina przemysłowego znalezione zostaje ciało chłopca. Gdy policja stara się ustalić kim był i w jaki sposób zginął, do sieci trafia nagranie z ostatnich minut jego życia – dziecko zostało brutalnie zamordowane przez mężczyznę w lwiej skórze. Komisarze muszą szybko znaleźć sprawcę, bo wszystko wskazuje na to, że w piwnicznej klatce przetrzymywany jest kolejny chłopiec…

Już jedna z pierwszych scen książki pokazuje nam dokładnie, z czym będziemy mieli do czynienia i stanowi reprezentację tak Leona, jak i całego cyklu. Zack Herry, wschodząca gwiazda policji, gra w rosyjską ruletkę, aby pozyskać informacje na temat zaginionego dziecka. Ale jak gra! Autorzy bardzo dokładnie odzwierciedlają to, co dzieje się w umyśle komisarza przy każdej kolejnej dokładanej kuli, jak buzuje w nim adrenalina i rośnie napięcie. Duet Kallentoft&Lutteman nie boi się skrajnych tematów, a ich sposób opisu potrafi przyprawić o ciarki. Nie będzie ozdobników i uproszczeń, o nie. Tutaj babramy się w psychice bardzo dziwnych bohaterów.

Sam komisarz Herry nie jest typowym przedstawicielem policji nawet jeśli wziąć pod uwagę patologiczną normę wśród skandynawskich śledczych. W jego przypadku problemy są głębsze, a ich odzwierciedlenie w życiu Zacka znacznie bardziej spektakularne. Młody mężczyzna nosi w sobie traumę, z którą nie jest w stanie poradzić sobie sam, w efekcie czego co i rusz funduje sobie nowe, silne doznania dzięki środkom psychoaktywnym: kokainie, amfetaminie, alkoholowi. Komisarz zdaje się być uzależniony także od adrenaliny: im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym więcej emocji w nim wyzwala. Cały myk autorów nie polega jednak na stworzeniu odpowiednio kontrowersyjnego śledczego, a na należytym opisaniu jego zachowań. Jak już wspomniałam, Kallentoft i Lutteman uwielbiają babrać się w tym, co dzieje się w głowie Zacka na co dzień, a także w kontakcie z narkotykami. Rozkładają na czynniki pierwsze stan napięcia w umyśle bohatera i cały błogostan, który nadchodzi po nim. 

Chyba nie powinnam się przyznawać, że Zack Herry tak bardzo mnie intryguje.

W obliczu tak wyrazistej kreacji głównego bohatera, sama zagadka zdaje się schodzić na nieco dalszy plan. Nie oznacza to jednak, że nie jest interesująca! Wręcz przeciwnie – moim zdaniem jest skonstruowana dobrze, spójnie i posiada wszelkie cechy, by utrzymać zainteresowanie czytelnika. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nieadekwatny opis okładkowy. Naprawdę rozumiem, że wyścig z czasem sprzedaje się lepiej niż żmudne śledztwo, ale nie dajcie się nabrać. Zanim dojdzie do sytuacji opisanej w blurbie, czeka nas wiele innych, równie kluczowych fabuły wydarzeń, a cała książka nie opiera się bynajmniej na gorączkowym poszukiwaniu chłopca zamkniętego w piwnicy, choć i ten element oczywiście w końcu się pojawia. Dużo czasu i uwagi jest tu poświęcone poszczególnym śledczym, sposobom ich pracy, a pierwsza połowa książki nie jest napakowana akcją, choć mimo to wcale się nie dłuży.

Jeśli z jakichś powodów nie spodobały Wam się solowe powieści Monsa Kallentofta, możecie śmiało spróbować cyklu o Zacku Herrym. Wpływ Markusa Luttemana jest bardzo wyraźny: nie ma charakterystycznych dla serii o Malin Fors długich, quasi-filozoficznych myśli, nie ma ofiar przemawiających zza grobu. Jest za to świetna kreacja głównego bohatera i opis, który potrafi zachwycić. Nie boję się powiedzieć, że cykl o Zacku Herrym jest lepszy od tego o Malin Fors, mimo że oba lubię i chętnie po nie sięgam. Gdybym miała polecać, zachęcałabym jednak, żeby w pierwszej kolejności sięgnąć po Herkulesa.






Na imię mi Zack || Leon || Bambi

czwartek, 20 lipca 2017

Katarzyna Berenika Miszczuk – „Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”



Niezastąpiona Karolina obdarowała mnie urodzinowo dwiema częściami cyklu Kwiat Paproci. To dopiero prezent wywołujący dysonans poznawczy… Z jednej strony uwielbiam wszystko, co związane ze słowiańskimi wierzeniami, z drugiej zaś – w mrokach mojej duszy wciąż tkwi trauma po poprzednim spotkaniu z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk przy okazji powieści Ja, Diablica. Delikatnie rzecz ujmując książka ta nie należy do moich ulubionych. I co tu odpowiedzieć, co robić? Po namyśle postanowiłam, cytując Muńka Staszczyka, „uprzedzenia wyrzucić w kąt” i dać autorce jeszcze jedną szansę, skoro już los skrzyżował moje drogi z fanką serii. Nie zwykłam lekceważyć głosu przeznaczenia.

Gwoli wstępu: Kwiat paproci to cykl opowiadający historię młodej adeptki sztuk medycznych, Gosi, która wyjeżdża na wieś, by terminować u miejscowej szeptuchy. Mimo że dziewczyna nie wierzy w „bzdurne zabobony”, szybko okazuje się, że będzie musiała zmienić swoje nastawienie, bowiem poprzez pochodzenie jest silnie związana nie tylko z tradycją, ale i słowiańskimi bogami, którzy okazują się być żywi bynajmniej nie tylko w umysłach miejscowych ludzi. Jakby kłopotów było mało, na drodze Gosi staje uczeń miejscowego żercy, Mieszko, który z historycznym władcą Polan wspólne ma nie tylko imię…

Na samym początku bardzo negatywne wrażenie zrobiła na mnie kompletnie nielogiczna konstrukcja świata przedstawionego. Akcja cyklu rozgrywa się w czasach współczesnych, ale w alternatywnej rzeczywistości, w której Mieszko I nigdy nie przyjął chrztu. Pominę fakt, że gdyby tak się stało, Polski prawdopodobnie by nie było, a z pewnością nie stałaby się ona supermocarstwem… Główny problem konstrukcyjny tej opowieści leży gdzie indziej: otóż w tym świecie wszystkie państwa wokół rozwinęły się normalnie, a jedynie u nas nadal kultywowane są słowiańskie wierzenia, krajem rządzi król, a nowoczesność miesza się z tradycją. Do tego dochodzi fakt, że bohaterka tak wypowiada się o swojej religii, jakby wiedziała, że coś jest nie tak z rzeczywistością, w której żyje – niemal na dzień dobry dostajemy refleksją z gatunku „ciekawe, co by było, gdyby Mieszko przyjął chrzest”, która tylko potęguje nienaturalność całej sytuacji.

Po kilkudziesięciu stronach zamknęłam książkę i wzięłam kilka głębokich oddechów. Przypomniałam sobie, że czytam paranormal romance i… wyluzowałam. Zdecydowanie wyszło mi to na dobre, bo od tej pory kolejne powieści czytało mi się milion razy lepiej.

Zacznijmy od najważniejszego, czyli obiecywanego wszem i wobec niezwykle bogatego słowiańskiego folkloru. Pod tym względem nie mam powieściom nic do zarzucenia. Cieszyłam się jak dziecko odkrywając kolejne elementy świata przedstawionego i uważam, że autorce udało się dobrze odzwierciedlić zaplanowany klimat. Znajdziemy tu cała plejadę stworzeń rodem z Bestiariusza słowiańskiego (czasem tłumaczenie kto jest kim jest nieco zbyt toporne, ale to pomniejsza wada), ale też bogów o bardzo ludzkich cechach i przywarach. To właśnie relacja głównej bohaterki z tymi drugimi stanowi clou całej opowieści. Podoba mi się mocne podkreślenie charakterystycznych rysów poszczególnych bóstw i wykorzystanie ich dla fabuły. Do tego dodać należy słowiańskie rytuały i obrzędy, które również opisane są należycie i bardzo sugestywnie; tak, że chciałoby się wziąć w nich udział, dać się porwać sytuacji. Z opowieści bije magia i to właśnie ona najmocniej mnie urzekła.

Jeśli chodzi o akcję, poszczególne części cyklu są bardzo nierówne. Pierwsza wykorzystuje element zaskoczenia i wprowadza czytelnika w wykreowany przez autorkę świat; równowaga między fabułą a opisami jest zachowana, a odkrywanie poszczególnych elementów otoczenia – przyjemne. Druga odsłona jest w naturalny sposób mniej dynamiczna od swojej poprzedniczki. W tym przypadku autorka zdecydowała się przedłożyć uzupełnianie opisu świata nad budowanie ciekawej akcji, w związku z czym Noc Kupały jest znacznie wolniejsza i przez to nieco się dłuży. To typowy zapychacz fabularny, który, owszem, rozjaśnia nam pewne niuanse związane z alternatywną wersją historii, ale nie ciekawi tak mocno, jak część pierwsza. Z kolei Żerca bardzo mile mnie zaskoczył – na początku spanikowałam wyczuwając perspektywę pojawienia się trójkąta miłosnego, jednak z czasem okazało się, że to najlepsza i najciekawsza odsłona cyklu. Zainteresowała mnie zaprezentowana w niej zagadka, relacje międzyludzkie (i międzyboskie), a także ciągłe poczucie zagrożenia, z którym zmagała się bohaterka.

Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że udało mi się nawet polubić główną bohaterkę. Gosia na początku była bardzo irytująca z tym swoim nastawieniem „na nie” i niewiarą w absolutnie wszystko, co ją spotyka, ale w ostatniej części zyskała moją sympatię dzięki kilku wydarzeniom. Poza tym jest postacią, która ewidentnie się rozwija, nie można zarzucić jej statyczności. Dodatkowo to z nią związana jest większość zabawnych scen (a humor odgrywa w tych książkach bardzo ważną rolę), więc naturalnym jest, że w którymś momencie czytelnik zaczyna z nią sympatyzować.

Zastanawiam się, co sprawiło, że w ostatecznym rozrachunku cykl Kwiat paproci tak bardzo mi się podobał. Gdybym miała wskazać jeden czynnik, prawdopodobnie byłby to mocno widoczny słowiański klimat opowieści. W gruncie rzeczy chciałabym żyć w rzeczywistości wykreowanej przez Katarzynę Berenikę Miszczuk – w świecie, gdzie bogowie są realni, magiczne istoty żyją wszędzie tam, gdzie się w nie wierzy, a rytuały są wciąż żywe i kultywowane. Uwielbiam wszystko co związane z tym tematem i bardzo się cieszę, że powstał cykl tak silnie osadzony w słowiańskim klimacie. I to nie tak, że opowieść nie ma słabszych stron – język nie zawsze zachwyca, dialogi potrafią być płytkie, a do tego wszystkiego dochodzi ten nieszczęsny romans, który chwilami próbuje wydostać się na pierwszy plan. A jednak, choć nigdy bym się tego nie spodziewała, myślę, że jeszcze wrócę do tej opowieści – choćby po to, żeby poznać jej zakończenie.






Wydawnictwu W.A.B. dziękuję serdecznie za możliwość poznania trzeciej części cyklu.

wtorek, 18 lipca 2017

Remigiusz Mróz – „Czarna Madonna” [przedpremierowo]


Bilety lotnicze wysyłane do blogerów, fragmenty układanki stopniowo odsłaniające okładkę, atmosfera ogólnej tajemnicy. Trzeba przyznać, że Czwarta Strona i Remigiusz Mróz stanowią duet idealny, jeśli chodzi o promocję powieści, bo zawsze wychodzi im to perfekcyjnie. Mnie nie trzeba było długo namawiać – ze swoją sympatią do autora absolutnie się nie kryję, podobnie jak z tym, że postawiłam sobie za cel przeczytanie wszystkich jego książek. Tym bardziej ucieszyłam się wczoraj, kiedy (jeszcze przedpremierowo!) znalazłam na łóżku paczkę z wydawnictwa. Wiedziałam, że lektura będzie ekspresowa, a wrażenia po niej zebrane w nie do końca standardowy tekst.

Pierwszy horror w dorobku Remigiusza Mroza dotyczy zaginięcia samolotu irlandzkich linii lotniczych. Na pokładzie Boeinga 747, prócz ponad 500 osób, znajdowała się narzeczona głównego bohatera, Filipa. Mężczyzna, który dzięki zbiegowi okoliczności uniknął znalezienia się w samolocie, odchodzi od zmysłów obserwując kolejne doniesienia dotyczące zaginionej maszyny. Nie wie jeszcze, że to, co stanie się niebawem, nie tylko zachwieje w posadach jego światopoglądem i wiarą, ale także wskaże mu istnienie spraw przekraczających ludzkie pojmowanie. Jak wielotonowa maszyna może zniknąć w przestrzeni powietrznej? Kto jest odpowiedzialny za tę tragedie? I co ma z tym wszystkim wspólnego obraz Czarnej Madonny?

Na samym początku miałam wrażenie, że ta książka to jakiś wyjątkowo kiepski żart – wszystko, o czym czytałam, było dla mnie niespójne i nieprawdopodobne, nie widziałam w opowieści celu. Zastanawiałam się, gdzie jest ten rozsławiony horror i co tak właściwie czytam. Denerwował mnie główny bohater, jego zachowanie, denerwowało mnie wprowadzenie i cała początkowa sytuacja. Nie mogłam się skupić. Nie mogłam też patrzeć na bardzo bezpośrednie nawiązania do religii, które wydawały się nie mieć żadnego uzasadnienia.

Tak było aż do ostatniego zdania V rozdziału. Zdania, od którego zmieniło się wszystko. W tym momencie akcja nabrała tempa, zmieniła się. To, co na początku było doskwierającym niedomówieniem, stopniowo zaczęło się klarować i tworzyć spójną, interesującą fabułę. Pojawiła się zagadka, której elementy ujawniane były stopniowo, w odpowiednich odstępach czasu, stale podtrzymując moją uwagę. Zrozumiałam konstrukcję opowieści i doceniłam nawiązania do rzeczywistości. Odkryłam wkład pracy autora i to, jak dobrze przygotował się do pisania tej powieści. Zobaczyłam w tym wszystkim wyraźny i bardzo ciekawy pomysł. Do końca czytałam szybko i z przyjemnością.

Jest tylko jeden, zasadniczy problem: nie dałam rady wczuć się w klimat tej historii.

Generalnie jestem fanką horrorów i czytałam ich już bardzo, bardzo dużo. Najbardziej lubię te mroczne i ściśle związane z rzeczywistością, odkrywające zakamarki ludzkiej psychiki. Podobnie jak Remigiusz Mróz, traktuję Stephena Kinga jako mistrza tego gatunku – uważam, że nikt inny nie potrafi tak sprawnie dotrzeć do mrocznej strony człowieka i tak bezwzględnie jej obnażyć. Nikt tak nie przeraża realizmem i nie porusza we mnie czułych strun. Nikt nie sprawia, że z niepokojem rozglądam się wokół, a przez kilka tygodni po lekturze mam w głowie sceny z książki i przemyślenia na ich temat.

Remigiusz Mróz również tego nie robi.

Żeby była jasność: wydaje mi się, że jestem odbiorcą specyficznym (pewnie tylko mi się wydaje) i mam bardzo sprecyzowane oczekiwania wobec gatunku, jakim jest horror. Nie dysponuję zbyt rozbudowaną wyobraźnią, więc ciężko mnie przerazić za pomocą sugestywnych obrazów – czytając nie wyobrażam sobie w głowie scen, które są mi opisywane. Dlatego jedyną formą horroru literackiego, jaki robi na mnie wrażenie, jest ten głęboko psychologiczny. To właśnie głębi postaci, ich motywacji i zachowań zabrakło mi w Czarnej Madonnie. Choć jest to horror religijny, więc literacko w gruncie rzeczy oryginalny pod względem tematu i treści, operuje wieloma kliszami, które łatwo możemy odnaleźć w filmach. Egzorcyzmy to temat popularny i często wykorzystywany, a wszystkie sceny, które są w tej książce potencjalnie przerażającymi, opierają się właśnie na opętaniu. Twarz wykrzywiona w przedziwnym wyrazie, miotanie człowiekiem jak marionetką, wykrzykiwane bluźnierstwa, czarna maź sącząca się z otworów ciała… W pewnym sensie książka z narracją pierwszoosobową daje nam nowe spojrzenie na wszystkie te klisze, jednak w wersji literackiej oddziaływanie tych scen na naszą psychikę jest bardzo mocno osłabione.

Nie można odmówić Mrozowi zaangażowania w tematy bieżące i tego, z czego słynie: dobrego reaserchu. Czarna Madonna naszpikowana jest ciekawostkami okołoreligijnymi dotyczącymi kulisów pracy egzorcystów oraz samej historii chrześcijaństwa; autor wykorzystuje różnorodne teksty biblijne, spójnie wplatając je w fabułę. Niestety, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Wotum nieufności, widać wyraźnie, że jest to grunt, który dla samego Mroza nie jest tak pewny jak meandry prawa, w związku z czym cała wiedza podana jest nieco bardziej topornie, często w formie monologów głównego bohatera i wyrzucania z siebie kolejnych faktów. 

Jestem nieco zawiedziona, ale głównie dlatego, że nie otrzymałam tego, co najbardziej mnie interesowało – porządnej psychologii postaci. Czarna Madonna to zupełnie inny typ horroru, opierający się na odmiennych mechanizmach i schematach. Doceniam jednak konstrukcję fabularną i pomysł na to, jak połączyć katastrofę lotniczą z motywem religijnym, który w dodatku ma bardzo mocne osadzenie w samej Biblii, a nie wyłącznie w wyobraźni autora. No i muszę oddać Mrozowi sprawiedliwość, bo jeden element zrobił na mnie wrażenie: bardzo sugestywny opis katastrofy lotniczej sprawił, że mój lęk przed tym środkiem transportu podniósł się jeszcze bardziej, choć byłam pewna, że to niemożliwe. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera 19 lipca!

niedziela, 16 lipca 2017

Stos: wakacje za miesiąc, ale zapasy już czekają


Dokładnie za miesiąc zaczynam swoje pierwsze w życiu dorosłe wakacje, czyli wyczekiwany, dwutygodniowy urlop. Spędzę go najprawdopodobniej w rozjazdach i pewnie nie będę miała zbyt wiele czasu na czytanie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby poczynić konkretne książkowe zapasy, prawda? Każdy pretekst jest dobry, zwłaszcza że ostatnio wydłużył mi się dojazd do pracy i kolejne pozycje pochłaniam w tempie ekspresowym.


Pierwsza pula książek to zakupy poczynione w różnym czasie na stronie Świata Książki. Nie będę się już rozwodziła nad promocjami, bo jeszcze ktoś zasugeruje, że księgarnie mnie sponsorują (niestety nie); powiem tylko, że wszystkie z prezentowanych pozycji kupiłam z około 40-procentowym rabatem. Tym sposobem udało mi się zamknąć trzy serie: Mścicieli Brandona Sandersona, cykl o Długiej Ziemi duetu Pratchett&Baxter (tekst o tej drugiej książce i krótkie podsumowanie całości możecie znaleźć tutaj) oraz Tajne Akta Vespera. Trylogią z Wysp Owczych uzupełniłam swoją kolekcję książek Remigiusza Mroza (w każdym razie na ten moment, bo 19 lipca premiera Czarnej Madonny…), natomiast Uciekinier oraz Rok wilkołaka przybliżyły mnie do zebrania wszystkich powieści Stephena Kinga. Do tego doliczyć trzeba długo wyczekiwane Kroniki Jakuba Wędrowycza (lekturę mam za sobą, całkiem przyjemna i zabawna opowieść), Nowy wspaniały świat (który przypomniał mi, dlaczego kiedyś nienawidziłam science-fiction) oraz Czereśnie zawsze muszą być dwie Magdaleny Witkiewicz. Totalny rozrzut tematyczny, ale każdą z tych książek bardzo chciałam przeczytać.



Drugi zestaw to zakupy z Arosa, który nadal plasuje się na liście moich ulubionych sklepów, nawet jeśli można tam upolować książki z „tylko” 35-procentową zniżką. Jaskiniowca zamówiłam bojąc się nieco o jego dostępność – to bodaj pierwsza wydana w Polsce książka Horsta i w wielu miejscach nie można jej już kupić. Na Kolej podziemną skusiłam się po bardzo obiecującym wywiadzie z autorem w wakacyjnym wydaniu Książek (czasopisma chyba nie mam już serca polecać, ale sam wywiad jest w porządku, podobnie jak artykuł o geografii polskiego fantasy). Rozmowa z prof. De Barbaro to wynik mojej sympatii do niego i zakup całkowicie spontaniczny (i udany! tekst o książce tutaj), natomiast Leon… Cóż, Kallentoft to must have mojej biblioteczki.

Niedawana przeprowadzka i wakacje rodziców przypomniały mi o mojej manii zbierania baśni i legend wszelakich, więc w kolaboracji z resztą rodziny przy okazji promocji uzupełniłam sobie również kolekcję książek wydawnictwa BOSZ. Prawdę mówiąc bliżej kojarzyłam tylko Duchy polskich miast i zamków, nie wiedziałam, że w ofercie jest więcej książek, które mogą mnie zainteresować (obczajałam sobie jedynie Bestiariusz słowiański, bo Sylwek ma, ale to raczej jego bajka, nawet mimo ślicznych ilustracji). Tym sposobem oprócz wspomnianych Duchów… sprawiłam sobie Legendy zamków karpackichLegendy zamków sudeckich oraz Świętych i biesy. Książki są prześliczne wydane, pełne cudownych ilustracji i bardzo tanie jak na swoją wspaniałość.



W tym miesiącu kupiłam również dwa komiksy (i więcej nie kupię, jak Babcię kocham, już przy tych cudeńkach mój portfel zapłakał rzewnie i rozpaczliwie). Po dwóch pierwszych tomach Sandmana postać Śmierci zawładnęła mną całkowicie, było zatem jedynie kwestią czasu, kiedy skuszę się na zbiorcze wydanie jej przygód. Z kolei Y został mi polecony – historia ostatniego mężczyzny mnie zaciekawiła, zobaczymy czy się polubimy.


A jak Wasze wakacyjne czytanie? Robicie zapasy?



piątek, 14 lipca 2017

Bogdan de Barbaro, Danuta Kondratowicz – „I jak tu się dogadać?!”



Nie da się tworzyć relacji bez konfliktów – różnice zdań zdarzają się w parze, wśród rodzeństwa, w kontakcie z rodzicami… Nie bez powodu mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Mam jednak dobrą wiadomość: wiele z tych problemów da się rozwiązać, choć czasem niezbędna może być pomoc specjalisty. Terapeuta specjalizujący się w pracy z rodzinami, profesor Bogdan de Barbaro, oraz dziennikarka Danuta Kondratowicz w swojej najnowszej książce dyskutują i omawiają kilka problemów, które wydają się nie mieć dobrego rozwiązania – w każdym razie na pierwszy rzut oka.

Gdy zaczęłam lekturę i zobaczyłam konstrukcję tej książki, naszła mnie cała masa wątpliwości. Forma, w jakiej prezentowane są dane oraz sama treść bardzo przypominają to, czego sama uczyłam się na zajęciach z terapii rodzin: znajdziemy tu coś na kształt transkrypcji wywiadu, omówienie przypadku wraz z genogramem (poczynione z perspektywy terapeuty) oraz, dopiero po tym wszystkim, komentarz w formie dialogu między autorami książki. Na początku nie byłam do końca przekonana, czy ta konstrukcja mi się podoba, czy nie jest to aby zbyt szczegółowe wejście w rolę psychologa i proces terapeutyczny jako taki – wszak to książka ogólnodostępna i raczej popularnonaukowa. Z czasem jednak coraz wyraźniej widziałam ogromną zaletę postępowania autorów, mianowicie oswajanie zwykłych ludzi z sytuacją terapeutyczną. 

Mimo że pomoc psychologiczna staje się coraz powszechniejsza, a wizyty u psychologa, terapeuty czy nawet psychiatry powoli przestają być powodem do wstydu, wciąż bardzo często spotykam się z oporem w tym zakresie. Mówią prościej: coraz przychylniej patrzymy na ludzi, którzy korzystają z profesjonalnej pomocy, ale sami nie jesteśmy już tak chętni, bo przecież „jesteśmy normalni” i poradzimy sobie sami, prawda? Właśnie dlatego uważam, że takie książki są bardzo potrzebne, bo nie tylko pokazują nam, że pewne problemy są powszechne i rozwiązywalne; dzięki nim zwykły, przeciętny człowiek ma szansę zobaczyć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. W I jak tu się dogadać?! czytamy o filarach pracy psychologa: bezstronności, nieocenianiu, niedoradzaniu; widzimy też, w jaki sposób analizowany jest problem pacjenta/klienta i jak klarują się rozwiązania. To zbliża i – moim zdaniem – może zmniejszać lęk.

Jeśli chodzi o samą treść, w książce znajdziemy trzy przykłady konkretnych problemów: skłócone siostry z wyraźną antypatią sprzed lat, dojrzała parę o różnych wzorcach podziału obowiązków oraz skonfliktowaną rodzinę patchworkową z bardzo pogmatwanymi relacjami. Można by powiedzieć, że to niewiele – trzy przypadki, skoro problemów wśród ludzi jest tak dużo… Mimo to warto mieć na względzie, że dzięki dużej selekcji, wybrane sytuacje omówione są bardzo dokładnie. Otrzymujemy nie tylko zaawansowaną analizę, ale również wiele hipotez na temat możliwych przyczyn danej sytuacji, ewentualnych rozwiązań plus nawiązania do innych, pokrewnych tematów.

Kto miał okazję czytać jakąkolwiek książkę profesora de Barbaro lub rozmowę taką jak ta, ten wie, czego można się spodziewać: będzie lekko, przyjemnie, z dużą dozą żartu i samokrytycyzmu. To bardzo charyzmatyczny rozmówca, który ma dar do prostego i przystępnego tłumaczenia meandrów terapii. Podoba mi się również rola, jaką przyjęła w tej książce Danuta Kondratowicz – nawet jeśli interesuje się psychologią, pod każdym względem wie o niej mniej niż profesor, a jednak nie przyjmuje na siłę postawy głupiutkiej, pytającej o wszystko, naiwnej istotki. Dialog ma konkretny, dobry poziom i pozwala rozwinąć interesujące kwestie w sposób, który jest bliski perspektywie czytelnika-laika. Pytania zadawane są umiejętnie, odpowiedzi właściwie konkretne. Wszystko jest na swoim miejscu.

Zamawiając tę książkę kierowałam się głównie nazwiskiem profesora de Barbaro na okładce i nie zastanawiałam się specjalnie, czego mogę od niej oczekiwać. No, może nieco bałam się tego, że trzy przykłady to za mało i w sumie może się okazać, że nie warto. Nic bardziej mylnego! Poziom, na jakim poprowadzony jest dialog do spółki z analizą konkretnych przypadków sprawiają, że to naprawdę interesująca pozycja, którą w dodatku bardzo lekko się czyta. Najważniejsze jest jednak to, o czym wspomniałam na początku: wydaje mi się, że po przeczytaniu tej książki terapia staje się nieco mniej straszna, bardziej przyjazna czytelnikowi. Mam nadzieję, że wielu osobom takie właśnie efekty przyniesie jej przeczytanie.


środa, 12 lipca 2017

Konkurs: poleć nam książkę!


W ostatnich miesiącach okazji do świętowania mieliśmy mnóstwo: 4 lata blogowania, 300 obserwatorów, 666 wpis… Mimo to ogólna sytuacja nie sprzyjała organizowaniu konkursów. Dopiero niedawno pojawiła się iskra: a może warto coś dla Was przygotować w ramach podziękowań? Nie ma na co czekać, ruszamy z tematem!


Na nowy dom czekają:

Arkadia Lauren Groff – niebanalna, poetycka powieść o życiu w hipisowskiej komunie i opuszczaniu jej; o tym w jaki sposób środowisko z dzieciństwa warunkuje nasz późniejszy stosunek do świata. Dla fanów literackich wyzwań i głośnych, nagradzanych autorów.

Opowiem ci mroczną historię Stefana Dardy – dla tych, którzy lubią czuć dreszczyk emocji płynący z grozy. Zbiór opowiadań naszego rodzimego mistrza horroru; klimatyczny, mroczny i niesztampowy.

To, co zostało Jodi Picoult – kultowa już powieść z pogranicza obyczajowości i etyki poruszająca (jak to u Picoult) ważny dylemat moralny: w tym przypadku problem eutanazji. W tej powieści nic nie jest czarno-białe, a autorka zostawia nas z ważnymi refleksjami.


Zasady konkursu są proste: w komentarzu pod tym postem polećcie nam wybraną książkę. Może to być Wasza ulubiona pozycja albo niedawny zachwyt – jak wolicie. My wybierzemy te odpowiedzi, które najbardziej nam się spodobają. Nie zapomnijcie dopisać, którą nagrodę wybieracie! Nie musicie być obserwatorami naszego bloga, ale pamiętajcie: wyniki pojawią się w osobnym poście, a zwycięzcy sami będą musieli się z nami skontaktować. Konkurs potrwa do 31.07 do godziny 23:59, a wyniki ogłosimy w ciągu kolejnych trzech dni. 


Powodzenia!

poniedziałek, 10 lipca 2017

5 rzeczy, których nauczyła mnie przeprowadzka


Część z Was pewnie wie z Instagrama (swoją drogą  zapraszamy), że niedawno i całkiem niespodziewanie zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Łatwo nie było. Gdy przy pakowaniu zaczyna brakować kartonów, a nerwy i presja czasu narastają, odkrywamy, że mamy za dużo rzeczy, ale nie tylko to. Po fakcie i namyśle można dojść do całkiem interesujących wniosków  poniżej znajdziecie moje.


1. W życiu nie ma miejsca na za małe ciuchy i bardzo kiepskie książki.

Serio. O pozbywaniu się książek pisałam więcej tutaj, jednak wspomniane porządki okazały się niewystarczające. Podczas pakowania odkryłam nowy sposób selekcji: jeśli dana książka denerwuje Cię swoją obecnością i tym, że zabiera miejsce w kartonie innym pozycjom, wiedz, że coś się dzieje! To samo z resztą tyczy się ubrań, bo co z tego, że mam dwadzieścia sukienek, skoro połowa z nich jest za duża/za mała/nie w moim stylu, więc i tak ich nie noszę? Przeprowadzka pomaga zastanowić się nad tym, czy rzeczy, którymi się otaczamy, są przez nas regularnie używane i, co za tym idzie, potrzebne. Ja zrobiłam selekcję zarówno w książkach, jak i w ciuchach, od razu przy rozpakowywaniu kartonów. Za późno.


2. Sentymenty muszą mieć granice.

Temat ściśle związany z punktem 1. Nie pozbędę się tego kubka, bo piłam w nim kawę na pierwszej stancji, a w tym pudełku dostałam trzeci prezent od czwartego chłopaka, więc ma dla mnie wartość sentymentalną. Wartość sentymentalna. Dużo wody upłynęło, zanim zrozumiałam, że wspomnienia nie są zaklęte w rzeczach i nie wszystko, co kiedyś było dla mnie ważne, muszę mieć przy sobie. Oczywiście rozumiem gromadzenie pamiątek i sama mam ich mnóstwo, ale nauczyłam się oddzielać te wartościowe od zapychaczy miejsca. Dla zdrowia własnego kręgosłupa i psychiki. 


3. Dobrze jest mieć miejsce, do którego zawsze można wrócić.

Niezależnie, czy zmieniałam stancję, czy przenosiłam się do innego miasta  zawsze miałam okres przejściowy, w którym zjawiałam się (z całym dobytkiem lub jego częścią) u rodziców. Tak samo dzieje się teraz. Nigdy nie przywiązywałam do tego jakiejś wielkiej wagi, prawdę mówiąc w ogóle o tym nie myślałam, ale serio: nie wiem, gdzie bym była i jak poradziłabym sobie z rzeczami, gdyby nie oni. Warto o tym pamiętać. To samo tyczy się z resztą osób, które zupełnie bezinteresownie i nagle deklarują swoją pomoc: jesteście super, wszyscy bez wyjątku!


4. Przeprowadzka to nie wypad w góry, nie zyskuje na spontanie.

Fakt, zmiana miejsca zamieszkania trochę zwaliła nam się na głowę, ale nie usprawiedliwia to braku jakiegokolwiek planu. Wszystko załatwiane było na szybko (auta, pomoc, kartony, sprzątanie) i bez rozkminy nad realnym zapotrzebowaniem, więc pod koniec byliśmy w ciągłym niedoczasie, w dodatku zostając na miejscu z rzeczami, które dawno mogły zostać wywiezione, gdy była ku temu okazja. O tym co zabrać/wyrzucić/sprzedać/zostawić również decydowaliśmy na szybko. Kosztowało nas to sporo nerwów i napiętych sytuacji, które mogłyby się nie wydarzyć. 2/10, nie polecam.


5. Jesteś w stanie znieść więcej, niż Ci się wydaje. 

I nie mam na myśli milionów ton liczonych w kartonach znoszonych po schodach, choć w tym zakresie też można odnaleźć nowego siebie.

Tak całkiem poważnie: to chyba najważniejszy wniosek płynący z przeprowadzek, choć brzmi nieco jak coachingowe brednie wcinane przez Puchatka. Tak naprawdę rację mają ci, którzy twierdzą, że większość ograniczeń istnieje tylko w naszej głowie. W zdecydowanej większości przypadków jesteśmy w stanie poradzić sobie z tym, co nas spotyka. Jest trudno. Jest zaskakująco. Praca jest niebywale ciężka. Psychika oporuje. A jednak widać w końcu jakieś promyczki słońca, które sugerują, że być może coś w końcu zmieni się na lepsze.


sobota, 8 lipca 2017

Terry Pratchett, Stephen Baxter – „Długi kosmos”


Nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Po pięciu latach pełnych wyczekiwania na kolejne części moja przygoda z Joshuą, Lobsangiem i spółką zostaje zamknięta... I wiecie co? Może to wpływ nostalgii i sentymentów, ale po wielu chwilach zniecierpliwienia i znudzenia, tym razem naprawdę mi się podobało!

Bohaterowie cyklu są już starsi, zmieniły ich doświadczenia i przemiany, w których czynnie uczestniczyli. Część z nich nie żyje, a ci, którzy pozostali, osiągnęli słuszny wiek. Długa Ziemia również nie jest już taka sama  skolonizowana, w znacznej mierze poznana nie kryje już tak wielu tajemnic, jak do tej pory. W każdym razie tak wszyscy podejrzewają. Nastawienie zmienia się jednak, gdy słyszalny staje się przekaz niewiadomego pochodzenia: Dołączcie do nas... Czy ludzkość powinna przyjąć propozycję? I dlaczego wiadomość pojawiła się właśnie teraz?

Paradoksalnie wątkiem, który najbardziej mnie zaciekawił, nie był tajemniczy przekaz z kosmosu; znacznie bardziej interesują mnie Następni, których obecność od dłuższego czasu jest w cyklu coraz silniej zaznaczana. Podoba mi się motyw wszelkich super mutacji zarówno w literaturze, jak i w filmie, i zawsze chętnie obserwuję pomysły twórców na umieszczenie w społeczeństwie pojawiających się nadludzi. Jasne, gdy czytam o tym, że nazywają ludzi "tępakami" i w jaki sposób ich traktują, pojawia się irytacja. Mimo to temat uważam za fascynujący, tym bardziej, że i Następni nie są idealni, a wiele ich cech zbliża ich do nas bardziej, niż by tego chcieli.

W Długim kosmosie autorzy jak zwykle zachwycają mnogością tematów poddanych po refleksję. Mamy tutaj cierpienie i ucieczkę, które są udziałem głównego bohatera  Joshua wciąż nie potrafi radzić sobie z uczuciami i woli uciekać, gdy tylko robi się niebezpiecznie blisko zaangażowania i wyboru. Wiek bohaterów i odchodzenie najbliższych skłania ich ku refleksji na temat przemijania, śmiertelności i oceny swojego życia. Z drugiej strony na scenę wkraczają młodzi  nierozumiani przez starszych (jak zwykle), ale chcąc nie chcąc będący przyszłością Długiej Ziemi. Obserwujemy nowe ruchy i różne sposoby adaptacji do rzeczywistości. Znów pojawia się dylemat dobra zbiorowego i mniejszego zła, rozważania nad kierunkiem rozwoju ludzkości i zmianami zachodzącymi w społecznościach. 

Jednym z podkreślanych elementów jest istnienie i znaczenie wiedzy jako dorobku. Rozproszeni po Długiej Ziemi, pozbawieni możliwości zdalnej komunikacji między kolejnymi światami ludzie powoli zatracają pamięć o kulturze przodków. To, co dzisiaj tak chętnie podkreślamy, dziedzictwo przeszłości, w tym świecie powoli odchodzi w zapomnienie. Rodzice-pionierzy, najczęściej nie mają czasu na edukowanie swoich dzieci, a jeśli to robią, uczą wyłącznie umiejętności praktycznych, które mogą się przydać w codziennym życiu i w razie niebezpieczeństwa. Pojawia się pytanie  to dobrze, czy źle? Czy człowieka określa jego kulturowe dziedzictwo, a może powinno ono schodzić na dalszy plan, gdy najważniejsze jest przetrwanie? Czy ludzi rozproszonych po tak wielu światach wciąż można określać jako wspólnotę? 

Bardzo podobał mi się również wstęp, jakim opatrzony jest ostatni tom cyklu, wydany przecież długo po śmierci Terry'ego Pratchetta. Nie ma tu niepotrzebnego patosu, zbędnych wspominek czy opowieści o niewypowiedzianym wprost żalu ze straty. Stephen Baxter podszedł do sprawy rzeczowo i w pięknych, choć oszczędnych słowach opowiedział czytelnikom, w jaki sposób powstawał Długi kosmos. Dzięki temu rozwiane zostały wątpliwości, czy aby nie jest to dzieło samego Baxtera; całość niemal od początku była planowana na pięciotomowy cykl, którego najważniejsze elementy powstały bardzo wcześnie. 

Nie jestem pewna, czy cykl o Długiej Ziemi mogę polecać w ciemno i każdemu  mam świadomość, że wiele osób nie dotrwa do samego końca. Poszczególne części są momentami powtarzalne i wewnętrznie schematyczne, a to, co uważam za największą wartość opowieści  sfera rozmyślań nie wszystkim przypadną do gustu. Mimo to ja jestem zachwycona i na pewno wrócę jeszcze do tej opowieści. Choćby z samego sentymentu. 







Długa Ziemia  ||  Długa wojna  ||  Długi Mars  ||  Długa utopia  ||  Długi kosmos

czwartek, 6 lipca 2017

Cecelia Ahern – „Lirogon”




Czytałam wszystkie wydane w Polsce powieści Cecelii Ahern. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, niektóre zapadły w moją pamięć na stałe, o innych zdążyłam już zapomnieć. Najistotniejszy jednak pozostaje fakt, że dzięki całości swojego dorobku autorka należy do grona moich ulubionych. Jest w jej powieściach coś, co nie pozwala mi się od nich oderwać, a wszelkie zawarte w nich emocje przeżywam bardzo silnie i odbieram osobiście.

Po Lirogonie spodziewałam się bardzo wiele. Choć miałam książkę już przed premierą, złożyło się tak, że dopiero w ostatnich dniach udało mi się ją przeczytać. Przez te dwa miesiące zapoznałam się z wieloma recenzjami, a w większości z nich znajdowałam takie określenia jak "niezwykła", "zachwycająca" i "wyjątkowa". Czy dałam się złapać na zdanie innych? Być może, ale najwyraźniej mamy bardzo zbieżny gust, bo i ja skończyłam lekturę z poczuciem ogromnego zadowolenia.

Gdzieś w małej, leśnej chacie w południowo-zachodniej Irlandii mieszka dziewczyna, o której istnieniu wie tylko jedna osoba. Przed światem skryta jest nie tylko ona sama, ale również jej niezwykły dar: naśladownictwo. Niczym australijski ptak, lirogon, potrafi odtwarzać najrozmaitsze dźwięki. Gdy o jej obecności dowiaduje się para filmowców, Salomon i Bo, cały świat dziewczyny zmienia się w okamgnieniu: ludzie są nią oczarowani i chcą oglądać, poznawać jej możliwości. Czy, izolowana do tej pory, poradzi sobie w świetle reflektorów? 

Muszę przyznać, że na samym początku łatwo nie było: fabuła niezbyt mnie wciągnęła, a do tego jedna z bohaterek, Bo, budziła we mnie koszmarne pokłady złości. Nie cierpię takich ludzi jak ona, serio. Przecież ta kobieta przekracza wszelkie granice! Na szczęście w miarę klarowania się fabuły lektura szła mi coraz łatwiej. Nie, Bo nie zniknęła ani nie stała się mniej irytująca jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki; po prostu emocje, które wywoływała, zostały zastąpione przez całe szeregi innych. Dla osób mocno empatycznych z pewnością nie będzie to łatwa lektura: Laura jako bohaterka jest osobą bardzo wrażliwą, ale też niezwykle ekspresyjną: jej stany emocjonalne są bardzo silne i dobrze nakreślone. Cecelia Ahern słynie z wiarygodnego odzwierciedlania uczuć i mam wrażenie, że w Lirogonie wspięła się na wyżyny swoich możliwości.

A'propos uczuć – w jednej z recenzji spotkałam się z rozważaniem, czy Lirogon nie jest przypadkiem tanim, niedopracowanym love story. Moim zdaniem nie. Większość powieści Cecelii Ahern to w jakimś stopniu romanse, ale w wielu z nich ta płaszczyzna stanowi raczej tło niż główną oś fabuły. Moje ulubione Kiedy cię poznałam i Sto imion to książki o konkretnej fabule, w których rodzące się między bohaterami uczucie stanowi kwestię drugorzędną, nienachalny dodatek, który pięknie uzupełnia całość. To właśnie ma miejsce w Lirogonie. Zgodzę się, że nie mamy tu pełnego nakreślenia relacji i tego, jak jest budowana, jednak moim zdaniem na tym polega urok tej książki. Romans jest subtelny i delikatny jak sama Laura, idealnie do niej pasuje.

Jeśli chodzi o główną oś fabularną, bardzo podoba mi się to, w jaki sposób zostały w tej powieści pokazane programy typu talent show, w których nie liczą się uczestnicy, a kariery i pieniądze producentów i sponsorów. Osoba niezwiązana z show-biznesem zostaje rzucona na głęboką wodę i jest bardzo podatna na wszelkie zagrożenia: czuje ogromną presję, ufa nieodpowiednim ludziom i bardzo łatwo ją oszukać. Wmawia się jej, że wykorzystuje największą szansę swojego życia i że od jednego wydarzenia zależy całe jej życie, dzięki czemu stopniowo uzależnia się od swoich "dobroczyńców" podpisując umowy i zmuszając się do robienia rzeczy, na które nie ma ochoty. Moim zdaniem to trafne ujęcie rzeczywistości, a jego najlepszym potwierdzeniem jest to, jak wielu zwycięzców tego typu programów nie robi ostatecznie żadnej większej kariery.

Ogromną zaletą powieści są również wstawki z autentycznej pracy na temat lirogonów autorstwa Ambrose'a Pratta. Fragmenty, które wybrała autorka, idealnie współgrają z tekstem; widać wyraźnie, że Ahern inspirowała się tymi ptakami nie tylko przy wymyślaniu nietypowej zdolności swojej bohaterki, ale także kreując jej charakter oraz przyszłe losy. To świetne uzupełnienie powieści, które kieruje interpretacje czytelnika na odpowiednie tory.

Polecam, zachęcam, podaję dalej, aby jak najwięcej osób dowiedziało się o tej niezwykłej powieści. Jest dokładnie taka, jak mówią: niesamowita.






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Akurat.

piątek, 30 czerwca 2017

Inspiracje: czerwiec


Nie wiem, czy to kwestia letnich miesięcy, które jakoś tak skłaniają do doświadczania, czy zwykły przypadek, w każdym razie czerwiec wyjątkowo obfitował w nowości i zachwyty. Niektóre się tu nie zmieściły, więc poodkrywam je jeszcze trochę w lipcu. Tymczasem bez zbędnych wstępów zapraszam na krótką opowieść o pozostałych. 


Krzyżakon 2017: tematyczne zwiedzanie zamku

Możliwość wejścia na zamek w cenie wejściówki była – nie mam zamiaru tego ukrywać – jedną z głównych motywacji, by w ubiegły weekend wybrać się do Malborka. Konwent, prelekcje i wystawcy stanowili jedynie dodatek (choć dla fanów LARP-ów możliwość wzięcia udziału w takim, który dzieje się na autentycznym zamku, z pewnością jest niesamowita). Nie spodziewaliśmy się jednak, że organizatorzy zapewnią nam coś tak wspaniałego jak zwiedzanie połączone z gawędą. W sobotę na spacer po zamku można się było wybrać z Tomaszem Bogdanowiczem, kierownikiem Działu Oświatowego Muzeum Zamkowego w Malborku, a prywatnie bardzo charyzmatycznym opowiadaczem. Podczas zwiedzania odkrywaliśmy symbolikę Zakonu i to, w jaki sposób poszczególne elementy sztuki i architektury miały oddziaływać na wyobraźnię ludzi średniowiecza. Rzeczy, których dowiedziałam się podczas tego spaceru, było mnóstwo, a wszystkie z pogranicza historii, biblioznawstwa i sztuki. 

Niesamowite doświadczenie, jeśli ktoś kiedyś będzie miał okazję zwiedzać z Panem Tomaszem, to bierzcie taką opcję w ciemno.



Piraci z Karaibów: zemsta Salazara


Do kina szłam z nastawieniem, że będzie przeciętnie ale zabawnie: tylko tego spodziewałam się po dość średniej części czwartej. Mam jednak do Piratów… ogromy sentyment i wiedziałam, że obejrzeć ich muszę, choćby nie wiem co. Zaskoczenie było mega pozytywne! Piąta (i ostatnia) część cyklu stanowi przepiękną, bardzo przemyślaną klamrę fabularną: znów mamy syna, któremu brakuje ojca i który zrobi wszystko, aby go uratować, znów mamy inteligentną i charyzmatyczną młodą damę, która wodzi wszystkich za nos. Mimo podobieństw opowieść nie jest wtórna i stanowi bardzo dobre domknięcie całości. Oczywiście znów jest sporo żartów (czasem przerysowanych) i dobrej zabawy przy przepięknych efektach specjalnych. 


Accantus na żywo: Paweł Izdebski

Na accantusowy koncert miałam odłożone specjalnie pieniądze i wiedziałam, że kiedy tylko pojawi się informacja, że ktokolwiek z ekipy będzie występował w Gdańsku, ja rzucę się na bilety jak lwica. I faktycznie tak było! Do dziś nie wiem, jak w tym całym zakupowym zamieszaniu udało mi się dorwać bilety w pierwszym rzędzie, ale ważne, że się dokonało i 23 czerwca zasiedliśmy na widowni teatru NOT. Koncert był cudowny! Co prawda nietypowy, bo ze względu na prywatną muzyczną działalność Pawła piosenek stricte „accantusowych” było mniej, ale za to jakich! I z jakimi gośćmi! Nie spodziewałam się, że na tym koncercie dane mi będzie posłuchać również Kuby Jurzyka i Sylwii Banasik, czyli dwóch osób (i głosów), które absolutnie uwielbiam. Wszystko wypadło świetnie, uśmialiśmy się z żartów Pawła, nasłuchaliśmy świetnej muzyki i naładowaliśmy pozytywną energią. Już odkładam środki na kolejne takie wyjście i mam nadzieję, że Accantus zawita do Trójmiasta całkiem niedługo!


wwwlosy.pl


Trzeba Wam wiedzieć, że jestem osobą, która do tematów fryzjerskich podchodzi dość swobodnie. Nieudane cieniowanie? Trudno, odrośnie. Kolor wyszedł źle? Połóżmy trzy rozjaśniacze pod rząd. Końcówki się spaliły? Zetnijmy na chłopaka. Przy tym wszystkim nie byłam jakoś szczególną włosomaniaczką. Ostatnio jednak uznałam, że skoro już jakimś cudem dorobiłam się względnie długich (jak na siebie) kudłów, to można by o nie zadbać, żeby przypominały snopek siana przynajmniej nieco mniej.

W poszukiwaniu informacji trafiłam na kanał Agnieszki. Chwilę musiałam się przyzwyczajać do jej sposobu mówienia, ale kiedy zobaczyłam, ile merytorycznych filmów można u niej obejrzeć… Przepadłam, serio. Znajdziecie tam wszystko: od strony technicznej czyli metod pielęgnacji, poprzez naukę czytania składów kosmetyków aż do charakterystyki konkretnych środków i substancji, których używamy. To dosłownie kompendium wiedzy w zakresie pielęgnacji włosów.


A Ciebie co zachwyciło w minionym miesiącu? 
Koniecznie daj znać!


poniedziałek, 19 czerwca 2017

Remigiusz Mróz – „Przewieszenie”


Po niemal półtorarocznej przerwie wróciłam do serii o komisarzu Forście. Dlaczego? Nie ukrywam, że głównym powodem była premiera czwartej części cyklu, a konkretnie chęć usprawiedliwienia się przed samą sobą po zakupie Deniwelacji. Bo przecież czytam, prawda?

Na wstępie muszę zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze Ekspozycja podobała mi się raczej średnio, mimo że na co dzień lubię klimaty Dana Browna i niezniszczalnych superbohaterów rodem z powieści/filmów sensacyjnych. Po prostu tym razem proporcje zostały źle dobrane (przynajmniej moim zdaniem) i całość nie spełniła moich (może nieco wygórowanych) oczekiwań. Po drugie: rozpoczynając Przewieszenie miałam z głowy zaskoczenie Mrozowskim zakończeniem, bo dzięki gronu życzliwych, spoilerowych blogerów znałam treść osławionego cliffhangera. Sami rozumiecie, że byłam nastawiona niespecjalnie pozytywnie. Ale przynajmniej nie ma, że ktoś mi zamydli oczy zaskakującym finiszem tak, że zapomnę o wszystkich słabościach, które wyłapałam.

Podczas lektury nie obyło się bez zaskoczeń, Przewieszenie jest bowiem powieścią zupełnie inną niż Ekspozycja. Choć właściwie temat jest ten sam (Bestia z Giewontu znów morduje, Forst tropi, bla bla), momentami miałam wątpliwości, czy na pewno czytam drugi tom tej samej serii. Zagrożenie, z którym mierzy się główny bohater, przybiera zupełnie inny charakter, akcja rozkłada się na mniejszy czas i teren, a tym samym klimat powieści jest znacznie bardziej ciężki i przytłaczający. Nie mamy już dojmującego poczucia, że Forst sobie poradzi, bo do "zwykłych" niebezpieczeństw dochodzą prokuratorskie oskarżenia, a tych nie można się pozbyć metodami siłowymi. Komisarzowi coraz trudniej się bronić, a przez to, choć wciąż tropi, sam również staje się zwierzyną, co sprawia że zaczynamy postrzegać go zupełnie inaczej.

Tak jak wspomniałam, Przewieszenie rozgrywa się w węższych ramach czasowych, więc siłą rzeczy nie ma tu miejsca na rozbudowaną zagadkę kryminalną czy antropologiczną. Wiemy, kto jest sprawcą przestępstw, nie ma więc czego rozwiązywać i szukać. Druga część cyklu skupia się zatem na czymś innym: kształtującej się relacji mordercy ze ścigającym go komisarzem: pojawiają się elementy obsesji i specyficzne próby nawiązania kontaktu. Mam wrażenie, że w tym względzie Mróz przygotowuje sobie treść pod Trawers, gdzie spodziewam się rozwinięcia tematu, a może również konfrontacji postaci (tylko błagam, nie piszcie mi w komentarzach, czy miałam rację; wiem, że wszyscy mają już za sobą trzecią część, a fani Mroza żyją Deniwelacją). 

Warto wspomnieć również o tym, że w Przewieszeniu do grona oponentów Forsta dołącza Dominika Wadryś-Hansen, prokurator. Póki co uważam, że nie jest to najbardziej trafna kreacja, bo na tle tak symbolicznych postaci jak skupiający najgorsze skojarzenia na temat swojego fachu Gerc, czy przełożony Forsta, inspektor Osica, kobieta wypada po prostu blado i zupełnie bez wyrazu. Tym niemniej czekam cierpliwie, bo być może w kolejnej części dowiemy się o niej czegoś więcej, a tym samym obraz jej osoby stanie się pełniejszy i bardziej interesujący.

Drugi tom serii o Forście wywołał we mnie mieszane uczucia, bo choć był ciężki i dynamiczny, tak jak lubię, to jednak znów czegoś mi tu brakowało. Mimo to po skończeniu lektury machinalnie sięgnęłam po Trawers i zaczęłam czytać, więc chyba jest w tych postaciach i historii coś, co mnie przyciąga... Póki co zapowiada się, że część trzecia znów różni się od poprzednich, więc nie ukrywam: jestem bardzo zainteresowana. Odezwę się za kilka dni, kiedy kolejną część przygód Forsta będę miała już za sobą.


sobota, 17 czerwca 2017

Katarzyna Enerlich – „Wiatr od jezior”


Wstęp w przypadku tego tekstu nie ma większego sensu, bo historia znalezienia się tej książki w moich rękach jest bardzo prosta. Wystarczą dwa słowa: Katarzyna Enerlich. Imię i nazwisko autorki mówi samo za siebie i jasno wskazuje, dlaczego Wiatr od jezior znalazł się na mojej półce – to w końcu jedna z moich ulubionych autorek (i nie tylko moich, bo, nie chwaląc się, zaraziłam miłością do jej książek co najmniej trzy osoby z mojego najbliższego otoczenia).

W swojej najnowszej powieści autorka splata dwa wątki pochodzące z różnych okresów historycznych. Z jednej strony przenosimy się do roku 1922, kiedy to na terenach bliskich dzisiejszym Mikołajkom osiedlili się mormoni. Wraz z połową jednego z pierwszych małżeństw zawartych w nowej religii obserwujemy, jaki wpływ na te tereny wywarło pojawienie się innowierców. Z kolei druga część akcji ma miejsce ponad 70 lat później; tu z kolei towarzyszymy głównej bohaterce, dziennikarce Annie, w rozwiązywaniu zagadki tajemniczych, rytualnych mordów na zwierzętach. Obie historie okazują się mieć punkty wspólne (a jakże!) i wspaniale się łączą – tym razem nie za sprawą głównej bohaterki i jej własnej historii rodzinnej, Anna jest bowiem tylko odkrywcą zagadki mającej swój początek przed laty.

Pewnie wspominałam już o tym przy okazji poprzedniej książki Katarzyny Enerlich, Rzeki ludzi osobnych, ale bardzo podoba mi się kierunek, w którym zmierza jej pisarstwo. Odejście od powieści stricte obyczajowych i poświęcenie się na dobre specyfice i przeszłości regionu okazało się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza że to już kolejna powieść utrzymana w podobnym klimacie, a jednak opowiadająca zupełnie inną historię. Autorka nie boi się trudnych tematów i znów sięga po bardzo ciężkie doświadczenia mieszkańców (a zwłaszcza mieszkanek) Mazur z okresu II wojny światowej. W sposób autentyczny prezentuje nam, jaki wpływ na jednostkę, ale też na kolejne pokolenia mogą mieć traumy i niezabliźnione rany. Odkrywa, jak zawiłe potrafią być ludzkie losy i czego możemy się dowiedzieć o przeszłości, gdy zadamy sobie trud rozpoczęcia poszukiwań.

Choć Wiatr od jezior jest książką w zupełnie innym stylu i odchodzi od tematu życia na prowincji i płynących z niego dobrodziejstw, autorce udaje się skutecznie i nienachalnie przemycać fragmenty ideologii slow. Znajdziemy tutaj zachwyty nad drobiazgami i wzmianki o bliskości z naturą. To również ogromny plus, bo właśnie te elementy stanowiły ogromną wartość w poprzednich powieściach Katarzyny Enerlich i mnie samą do niej przyciągnęły oraz przekonały. Lubię ten moment refleksji nad życiem, który przychodzi w odpowiednim momencie lektury. 

Mimo tych dwóch ogromnych zalet, Wiatr od jezior nie jest powieścią tak płynną i wciągającą, jak bym tego chciała. Autorka stworzyła coś nietypowego jak na siebie: historię pod wieloma względami kryminalną. Niestety sam temat, choć obiecuje wiele, nie wystarcza do zbudowania napięcia; czegoś tutaj najzwyczajniej w świecie brak. Nie mniej jednak byłam ciekawa rozwiązania zagadki, toteż losy Anny może nie pochłaniałam, ale śledziłam z zainteresowaniem. Jestem bardzo ciekawa, czy Katarzyna Enerlich planuje dalszy rozwój w tym kierunku, a jeśli tak – jak będą wyglądały kolejne jej powieści. Mam nadzieję, że niebawem się o tym przekonamy.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MG.

czwartek, 15 czerwca 2017

Porządkowanie biblioteczki – czy to boli?


Przez wiele lat nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo rozrosła się moja biblioteczka – część książek trzymałam w domu rodziców, część na stancji i choć w obu miejscach zbiór nie mieścił się na regałach, przymykałam oczy i nie myślałam, jak to wszystko wygląda. Dopiero zeszłoroczna przeprowadzka i zebranie wszystkich tomów w jednym miejscu uświadomiło mi, że mamy tu pewien problem: problem przesytu. 

Pewnie wiele z Was powie, że nie ma czegoś takiego jak za dużo książek i całkowicie to rozumiem – sama jeszcze do niedawna właśnie tak patrzyłam na swoją biblioteczkę. Cieszyłam się jej wielkością i marzyłam o tym, jak pięknie będzie wyglądała ściana książek w moim wymarzonym, przyszłym domu. Wyobrażałam sobie cudowne zdjęcia, które będę mogła zrobić na jej tle i cieszyłam się na myśl o przeczytaniu wszystkich tych tomów. I tu dochodzimy do sedna całego problemu, bo w którymś momencie zdałam sobie sprawę z jednej, prostej prawdy: nigdy nie przeczytam WSZYSTKICH tych książek, choćbym nie wiem jak się starała.

Nie chodzi tutaj o prosty rachunek matematyczny. Jestem młoda, umysł mam sprawny, czytam dużo i naprawdę lubię to robić, więc uporałabym się z taką ilością książek, jaką mam na swoich półkach. Problem tkwi w tym, że tak naprawdę wcale tego nie chcę. Przez wiele lat kupowaliśmy książki przypadkowe, na które nie mieliśmy ochoty, a były po prostu tanie/przecenione i względnie zbliżone do czytanych przez nas gatunków. Dopiero gdy zebrałam je wszystkie do kupy i zobaczyłam, że nie tylko nie mieszczą się na naszych czterech regałach, ale też jak wielu zupełnie nie kojarzę, zdałam sobie sprawę, że przeczytanie ich wszystkich absolutnie nie wchodzi w grę. Powiedzmy to sobie otwarcie: szkoda mi czasu i energii na powieści, na które nie mam ochoty. Zbyt wiele nowości mnie kusi, zbyt wielu autorów cenię, żeby odpuszczać ich odkrywanie na rzecz przymusu i wyrzutów sumienia.

Wymarzyłam sobie biblioteczkę, w której będą znane mi tytuły – niekoniecznie wszystkie przeczytane, ale takie, które mam w planach i o których wiem, dlaczego się tutaj znalazły. Takie, które mogę chętnie polecić znajomym lub przynajmniej powiedzieć o nich kilka słów. Takie, na które będę patrzyła z dumą i radością. 

Na początku wydawało mi się, że to cel niemożliwy do zrealizowania, ale osiągnięcie go zajęło mi mniej czasu, niż się spodziewałam. Na pierwszy ogień poszły wszystkie zakupy przypadkowe: egzemplarze kupione na promocjach za kilka złotych wyłącznie ze względu na cenę. Ten etap, jako początkowy, był dla mnie najtrudniejszy, ale okazał się katalizatorem dla dalszych działań. W kolejnych tygodniach pozbyłam się skrupułów i sentymentów dla egzemplarzy recenzenckich i innych powieści, które już czytałam, ale wspominam bardzo, bardzo źle – one również w większości znalazły nowy dom i mam nadzieję, że komuś innemu spodobają się bardziej niż mnie. Bo taka jest rola książki: ma być czytana, a nie stawiana na półce dla ozdoby. 

Zdjęcie z początku posta przedstawia obecny stan naszej biblioteczki: jak widać książek wciąż nam nie brakuje, a i minimalizmu na regale nie uświadczycie, bo praktycznie wszędzie tomy stoją w dwóch rzędach. A jednak swoją część księgozbioru zredukowałam niemal o połowę i chociaż na początku bałam się wyrzutów sumienia i kaca moralnego, nic takiego mnie nie spotkało. Wręcz przeciwnie – lepiej się czuję patrząc codziennie na książki, które lubię i chcę czytać. Cieszę się tym bardziej, że za porządkami poszła zmiana nawyków, dzięki której nie mam już skrupułów w stosunku do przeczytanych pozycji – jeśli książka, którą właśnie skończyłam, nie przypadła mi do gustu lub uważam, że wracanie do niej nie ma sensu (jak w przypadku niektórych poradników), niemal od razu ląduje na stosiku „do sprzedania” i znajduje nowy dom. Odpowiedź na pytanie z tytułu posta jest zatem oczywista, przynajmniej dla mnie: nie, porządki nie bolą, jeśli faktycznie ich chcemy i uważamy, że mogą przynieść coś pozytywnego.


A jaki jest Twój stosunek do książek? Gromadzisz je i marzysz o ogromnej biblioteczce, czy może odwrotnie – pozbywasz się wszystkich, które nie są tymi „najlepszymi”? Chętnie poznam Wasze zdanie i liczę na ciekawą dyskusję w komentarzach! 


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Remigiusz Mróz – „Inwigilacja”


Do kolejnej części cyklu o Chyłce i Zordonie podchodziłam bardzo sceptycznie: o ile pod względem kryminalnym kolejne powieści bardzo mi odpowiadają, o tyle obyczajowa część fabuły w jakimś stopniu mnie zawiodła. Zakończenie Immunitetu, choć niewątpliwie zaskakujące, zupełnie mi się nie podobało i wprowadzało do fabuły element, którego bardzo bym nie chciała. Miałam wiele obaw, jak Remigiusz Mróz poradzi sobie z własnym pomysłem, jednak nie tak silnych, żebym zrezygnowała z lektury kolejnej części. Kiepskie wrażenie z biegiem czasu się zatarło, a ja zaczęłam tęsknić za bohaterami, których tak bardzo polubiłam. Zwłaszcza że życie obojga zbliża się nieubłaganie do momentów zwrotnych…

Jedno jest pewne: autor wciąż trzyma rękę na pulsie, wykorzystując w swoich książkach aktualne problemy polityczne, prawne i społeczne. Tym razem pod pretekstem sprawy domniemanego terrorysty w fabułę zostają wplecione służby specjalne oraz tzw. ustawa inwigilacyjna, która pozwala państwu prowadzić nadzór nad obywatelami w znacznie większym stopniu, niż to miało miejsce do tej pory. Podoba mi się to, ze Remigiusz Mróz w swojej powieści pokazuje dwie strony medalu, nawet jeśli przez większość książki zmusza nas, byśmy myśleli inaczej. Argumenty wydają się jednoznaczne, a ocena łatwa, jednak sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana (i niebezpieczna), niż mogłoby się wydawać. Tym razem bohaterowie właściwie nie są w stanie samodzielnie ocenić sytuacji, w której się znaleźli, a tym samym oszacować niebezpieczeństw. 

W powieści przewijają się tematy rozpalające opinię publiczną: terroryzm oraz traktowanie muzułmanów. Inwigilacja pełna jest argumentów z obu stron barykady, a emocje, które pojawiają się przy okazji tej dyskusji, są równie prawdziwe w naszym zwykłym życiu, jak i tutaj. Dzięki temu po raz kolejny jest to książka autentyczna i bliska czytelnikowi, a fikcja miesza się z rzeczywistością naprawdę bardzo mocno. Czasem mamy wrażenie, że Chyłka i Oryński mogliby istnieć naprawdę, a my, zamiast o nich czytać, słuchalibyśmy o ich poczynaniach w największych stacjach informacyjnych. Jak to w książkach bywa, pewnie w opowieści znajdują się elementy, które obniżają autentyczność i nie pozwoliłyby na takie przeniesienie, ale chodzi o ogólne wrażenie: Mróz pisze o tym, co aktualne i prawdziwe, a im więcej takich elementów, tym przyjemniejsza i ciekawsza jest lektura.

Ci, którzy czekają na ciężkie zakończenie z gatunku tych, do których Mróz zdążył nas przyzwyczaić, z pewnością nie będą zawiedzeni. Tym razem, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich części cyklu, autor zrezygnował z prezentowania nowych faktów z życia Chyłki na rzecz naprawdę mocnego akcentu fabularnego. Finał Inwigilacji jest niespodziewany, przerażający i… cudowny; emocji, które we mnie wywołał, nie zapomnę przez kilka następnych tygodni. Choć jeszcze niedawno miałam w głowie myśli, że cykl robi się zbyt długi, znów wpadłam w schemat, w którym ostatnie słowa powieści przyćmiewają wszystko inne. Znów mogę tylko czekać i snuć domysły, jak autor zdecyduje się rozwiązać całą sprawę. Oby odpowiedź przyszła niebawem!






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

czwartek, 8 czerwca 2017

Stos: co na blogu w czerwcu?


Pierwsza część roku nie obfitowała raczej w interesujące mnie premiery książkowe  już się bałam, że mój gust zmienił się na tyle, że już nigdy nic dla siebie nie znajdę. Na szczęście (choć z perspektywy mojego portfela to raczej tragedia) im bliżej wakacji, tym więcej ciekawych książek pojawiło się na rynku. Dziś chciałabym pokazać, co trafiło do naszej biblioteczki w ubiegłym miesiącu, a tym samym czego możesz spodziewać się na blogu w najbliższych tygodniach. Niektóre z książek już przeczytałam, w przypadku innych jestem w trakcie, a kilka z pewnością nie doczeka się poznania od deski do deski. Ale łączy je jedna, ważna kwestia: wszystkie ogromnie uwielbiam i bardzo chciałam mieć.


Zakupy książkowe nie były może w ubiegłym miesiącu obfite, ale każdy z nich naprawdę przemyślałam i cieszę się z nich jak dziecko. Ostatnio bardzo często korzystam z księgarni internetowej Świata Książki  na nowości i przedpremiery mamy tam 30% rabatu, ale na promocjach naprawdę dużo książek można upolować 35-40% taniej. Z takiej właśnie przeceny pochodzą książki Rachel Abbott (najpierw kupiłam i przeczytałam Śpij spokojnie, o którym tekst możesz przeczytać tutaj, a że książka bardzo mi się spodobała, szybko kupiłam kolejną), Deniwelacja (może w końcu sięgnę po drugą i kolejne części cyklu), Opowieść podręcznej (najpierw książka, potem serial!)
oraz moja wymarzona, malutka Jadłonomia (tej dużej się bałam, że nieporęczna i bez sensu).

W ostatnim czasie było również kilka ciekawych promocji na stronie Znaku  ja skorzystałam z tej, która pozwalała kupić trzy tytuły, z których, jeśli dobrze pamiętam, dwa były tańsze o 45%. Całe zamówienie kosztowało mnie niecałe 70 zł, a znajdowały się w nim: Slow Life według ojca Leona, nieuchwycone na zdjęciu Sekretne życie drzew oraz Ktoś mnie pokocha (które dostałam i recenzowałam w zeszłym roku tutaj, ale postanowiłam wreszcie wymienić miękką oprawę na twardą).

Perełką w tym zestawie nowości jest prześliczna Księga legend karpackich, którą rodzice przywieźli z tegorocznych wakacji. To mój ulubiony rodzaj pamiątek, dlatego chętnie przyjmę wszelkie polecenia dotyczące zbiorów legend z Waszych regionów (czasem naprawdę ciężko coś takiego znaleźć).


W tym miesiącu postanowiłam wrócić do prezentowania otrzymanych egzemplarzy recenzenckich. Nie robiłam tego od wielu miesięcy (lat?) z różnych powodów, jednak uważam, że to świetna okazja do utrzymywania samodyscypliny i podsumowywania tego, co już udało się ogarnąć. W ubiegłym miesiącu prym wśród rozpieszczaczy wiodła Czwarta Strona, od której dostałam aż cztery tytuły: Inwigilację (którą właśnie kończę, spodziewaj się opinii jeszcze w tym tygodniu), Szpile, Żniwiarza oraz Apetyt na więcej (przypomnę sobie pierwszy tom i zbiorczo opowiem o całej serii, mam nadzieję, że jeszcze przed lipcową premierą najnowszej książki autorki). 

Dzięki uprzejmości GW Foksal otrzymałam Żercę Katarzyny Bereniki Miszczuk i tym sposobem wyparowała moja wymówka, by odłożyć na później lekturę dwóch pierwszych części cyklu, które dostałam na urodziny. O tej serii również przygotuję zbiorczy post, jestem bardzo ciekawa, czy opinia będzie pozytywna, czy też nie. Z kolei wydawnictwo Znak rozpieściło mnie dwiema majowymi nowościami: Boginią tańca (uwielbiam Ewę Stachniak!) oraz przewspaniałą Zośką Papużanką (którą zachwalam i polecam w tym poście). Swoją cegiełkę dołożyło również Sine Qua Non i debiutancka powieść Tomasza Marchewki, która mnie osobiście nie zachwyciła, ale i tak zachęcam do przeczytania, bo opinie zbiera całkiem niezłe (więcej na ten temat tutaj).


A jak tam Twoje majowe nowości? Co czytasz?


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Dlaczego nas tak mało, czyli dwie wielkie inspiracje (fanatyzmy) maja


Zgodnie z oczekiwaniami wiosna niemal od razu zmieniła się w lato. Mamy sezon na lodowo-bananowo-kakaowe smoothie, sukienki, sandały i długie spacery. Kiedy jest tak ślicznie, a słońce od rana świeci w okno, nie jestem w stanie długo spać, więc zrywam się bladym świtem, a wieczorem trafiam do łóżka znacznie później niż jeszcze kilka tygodni temu. Mam więcej czasu. Dlaczego zatem nie przekłada się to na częstotliwość nowych postów? Planów było mnóstwo, głowę mam pełną pomysłów na nowe wpisy, stosik czytelniczy rośnie i prawie zakrywa okno, a ja tymczasem...

Długo zastanawiałam się, co pochłania moje cenne minuty i nagle doznałam olśnienia – powody są tylko dwa, ale jakże absorbujące! Zapraszam na opowieść o majowych pożeraczach czasu.


Terraformujemy Marsa!



Rok 2315. Ziemia jest przeludniona i wyeksploatowana ponad miarę, a ludzkość staje przed dylematem: wyrzec się wszelkiego rozwoju, którego do tej pory dokonała, lub zacząć ekspansję na inne planety Układu Słonecznego. Wspierane przez Rząd Ziemi korporacje stają do wyścigu, w którym nadrzędnym zadaniem jest jak najszybsze i jak najskuteczniejsze przystosowanie Marsa do normalnego życia. W tym celu zaangażowane zostaną wszelkie środki i zasoby. Cel jest wspólny, a jednak każda korporacja dąży do jak największych zysków. 

W Terraformacji Marsa każdy z nas reprezentuje jedną z korporacji. To planszówka z ogromnym udziałem kart, w której będziemy rozwijali swoje możliwości produkcyjne i finansowe tak, aby jak najefektywniej przekształcić Marsa w miejsce zdolne do życia poprzez podnoszenie temperatury, zwiększanie ilości tlenu w atmosferze oraz pojawianie się kolejnych oceanów. Będziemy budować miasta i sadzić lasy. Będziemy doprowadzać do zrównoważonego rozwoju ludzkości. 

Choć swoją przygodę z tą grą zaczęliśmy już w kwietniu, to maj był miesiącem, kiedy poświęciliśmy się jej całkowicie, m.in. rozgrywając pierwszą pełną partię. Ta gra wciągnęła nas dzięki swojemu klimatowi, bardzo przemyślanej konstrukcji i mnogości rozwiązań. Podoba się nawet mnie, choć przegrywam zdecydowaną większość partii! Jedna rozgrywka w trybie dla zaawansowanych trwa 2,5 godziny, a my w wolny dzień potrafimy zagrać trzy pod rząd. Chyba nikogo nie dziwi, że miałam w tym miesiącu mało czasu na czytanie?


Zdobywam nowego skilla!



Pewnie część z Was wie, że praktycznie nie żyję bez artystycznego hobby: rysuję, maluję, wyklejam, tworzę, pakuję prezenty, uczę się kaligrafii i Bóg wie co jeszcze. Uwielbiam wszelkie prace, których efekt widać od razu i w których mogę się doskonalić oceniając na bieżąco postępy. Na przełomie roku postanowiłam spróbować swoich sił z manicure hybrydowym – przede wszystkim dlatego, że należę do tych nieszczęśników, u których zwykły lakier trzyma się na paznokciach dokładnie jeden dzień. Hybryda faktycznie jest trwalsza (zmieniam paznokcie co około 2 tygodnie ze względu na odrost i znudzenie kolorem), ale ma jeszcze jedną, ogromną zaletę – pozwala mi wyżyć się artystycznie. Od tego czasu wciąż ćwiczę nowe, coraz trudniejsze wzory i zachwycam się możliwościami. Potrafię siedzieć do 1:00 i wstać o 5:00 żeby pomalować jeszcze kilka wzorników, spróbować jeszcze czegoś. Już dawno nie pasjonowałam się czymś tak mocno i tak długo.


A jak u Ciebie minął przepiękny maj? Aktywnie, poza domem? A może rekordowo książkowo?