niedziela, 23 kwietnia 2017

Jørn Lier Horst – „Kluczowy świadek” [przedpremierowo]


Nie jest żadną tajemnicą, że kryminały Jørna Liera Horsta są jednymi z moich ulubionych. Cenię sobie jego powieści za nieoczywiste zagadki, dopracowanie merytoryczne i kreację głównego bohatera, który trzyma się bezpiecznie daleko od gatunkowej sztampy. Horst jest też autorem, który w niezwykły sposób łączy wiedzę zdobytą podczas służby w policji z talentem pisarskim i darem opowiadania: umie przekazać to, co podpowiada mu wyobraźnia w taki sposób, aby zainteresować czytelnika. Myślę, że to jedna z przyczyn faktu, że seria o Williamie Wistingu tak się rozrosła i odniosła światowy sukces. Dziś polscy fani cyklu mają okazję do świętowania: w nasze ręce trafia pierwsza część opowieści, której kolejne odsłony znamy doskonale. 

Fabuła powieści stworzona została w oparciu o autentyczne wydarzenia, jedną z najbardziej znanych zbrodni w historii Norwegii. Samotny, starszy mężczyzna został brutalnie zamordowany we własnym domu pełnym śladów walki i przeszukiwania. Nic nie zginęło, choć widać wyraźnie, że ofiara była przed śmiercią torturowana. Przed śledczymi stoi nie lada wyzwanie, bo danych na temat mężczyzny jest niewiele, podobnie jak bliskich mu osób czy jakichkolwiek świadków. Komisarzom brak punktu zaczepienia, który pozwoliłby powiązać ofiarę ze środowiskami zdolnymi do tak wielkiego okrucieństwa, niełatwe jest też odnalezienie motywu. Rozpoczyna się walka o każdy, nawet najdrobniejszy trop.

Muszę przyznać, że spodziewałam się dużego rozrzutu w poziomie stylu autora między Kluczowym świadkiem a pozostałymi, znacznie późniejszymi powieściami z serii. Kiedy w podobnej kolejności odkrywałam książki Monsa Kallentofta, różnica była kolosalna. Ze zdziwieniem muszę jednak stwierdzić, że pierwsza część serii o Williamie Wistingu nie odbiega znacząco od późniejszych zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym. Wciąż jest to przyzwoity kryminał z odpowiednią ilością zwrotów akcji, zapewniający rozrywkę, jak przystało na powieść z nurtu literatury popularnej. 

Jeśli chodzi o samą zagadkę, w gruncie rzeczy przypadła mi do gustu, chociaż jest na niej kilka rys. Przede wszystkim nie przepadam za zastosowanym w Kluczowym świadku wybieganiem w przyszłość: pierwsza scena książki jest tak oderwana od tego, o czym będziemy czytać przez kolejne kilkadziesiąt stron, że jej zaprezentowanie uważam za bezcelowe i naprowadzające czytelnika na niepotrzebne tory. I bez tego mamy przewagę nad komisarzami, co uważam za drugą drobną wadę: może to problem ze mną, ale już z przesłuchania pierwszego świadka wyciągnęłam znacznie więcej danych niż sam Wisting i szybciej dopasowałam do siebie elementy, a wierzcie mi, naprawdę rzadko mi się to zdarza podczas lektury kryminałów. Pomijając jednak te dwa drobiazgi powieść bardzo mi się podobała: była ciekawa i wciągająca dokładnie w takim stopniu, jak powinna. Autor zaprezentował nam przyjemnie pokomplikowaną zagadkę, która - w przeciwieństwie do swojego autentycznego pierwowzoru - zostaje rozwiązana. 

Przed lekturą Kluczowego świadka bałam się stawiać tej książce oczekiwania: wiedziałam, że to debiut i że mogę się na nim bardzo mocno zawieść. Na szczęście nic takiego się nie stało. Jestem przyjemnie zaskoczona stylem Horsta i sposobem prowadzenia przez niego akcji. Co prawda młodszy William Wisting, mimo ugruntowanej pozycji w policji, okazał się być śledczym nieco mniej sprawnym i bystrym, jednak dzięki lekturze późniejszych tomów serii wiem, że będzie się zmieniał tylko i wyłącznie na plus. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.
Premiera 26 kwietnia!


Gdy mrok zapada || Kluczowy świadek || Felicia forsvant || Når havet stilner || Den eneste ene || Nattmannen || Szumowiny || Poza sezonem || Psy gończe || Jaskiniowiec || Ślepy trop

piątek, 21 kwietnia 2017

Ian Tregillis – „Powstanie”


Choć pierwszą część Wojen Alchemicznych przeczytałam dość przypadkowo, nie będę ukrywała, że skradła moje serce właściwie od pierwszej strony. Historia Jaxa, mechanicznego sługi, który zapragnął wolności, idealnie wpasowała się w mój gust i urzekła mnie dojrzale poprowadzoną sferą filozoficzną i nieoczywistym wykorzystaniem znanych w literaturze schematów. Z wielką radością (i równie wielkimi oczekiwaniami) sięgnęłam zatem po kolejną część, pełna nadziei, że i w niej przepadnę bez reszty. Zdziwiłam się, to na pewno. Choć nie wszystko potoczyło się tak, jak mogłam się spodziewać, ostatecznie pozostaję pod wrażeniem pisarskich możliwości i zdolności Iana Tregillisa.

Zacznę od tego, że tym razem daleko było mi do „zachwytów już od pierwszej strony”  prawdę mówiąc na samym początku kilkukrotnie odkładałam książkę, by znów wrócić do niej po kilku dniach, tak ciężko brnęło mi się przez pierwszy rozdział. Historię otwiera opowieść poprowadzona z nowej perspektywy  miejsce jednej z trzech kluczowych postaci, pastora Vissera, zajmuje Hugo Longchamp, kapitan straży Zachodniej Marsylii, którego mieliśmy okazję poznać w pierwszej części cyklu. Roszada jest istotna ze względów fabularnych i całkowicie uzasadniona, jednak we mnie budzi mieszane uczucia. Perspektywa kapitana przynosi czytelnikowi sporo bardzo cennego humoru, ale też język, który nie każdemu (w tym mnie) przypadnie do gustu. Ponadto sam początek jest dość powolny i stanowi swego rodzaju wprowadzenie w perspektywę Francuzów, co średnio zachęcało mnie do lektury w gorsze dni. Na szczęście z każdą kolejną stroną robi się coraz ciekawiej. 

Bardzo podoba mi się to, w jaki sposób Tregillis kreuje postaci i wprowadza nowe pomysły do swojej opowieści: wszystko dzieje się płynnie i autentycznie. Jax, który niedawno zyskał wolność, odkrywa, że nie jest ona równoznaczna ze szczęściem, a w jego mechanicznej osobowości rozwija się coś nowego: poczucia moralności. Z kolei Berenice okazuje się bohaterką świetnie umotywowaną, a jej drugie oblicze niejednokrotnie zaskoczy czytelnika, nawet jeśli uczucia co do niej nie będą do końca pozytywne. Fabularnie świetnie sprawdził się wątek utopii klakierów, mitycznej krainy, gdzie mechaniczni żyją wolni i szczęśliwi, przynajmniej według legend. Wszystkie te elementy stanowią o sile książki, trzymają ją bowiem w mocnych, realnych ryzach. Wojny alchemiczne nie są (i mam nadzieję, że nie staną się w trzecim tomie) bajką o pięknym świecie, a mocno osadzoną w rzeczywistości historią pełną goryczy i rozczarowań, które umacniają charakter i hartują ducha.

Warto wspomnieć, że druga część cyklu znacząco odbiega od poprzedniczki pod względem balansu między sferą filozoficzną, a fabularną. W Mechanicznym, co niesamowicie mi się podobało, akcja niejednokrotnie zwalniała za sprawą ciekawych i wartościowych rozważań głównego bohatera lub utrzymanych w podobnym tonie, rozbudowanych dialogów. Powstanie pod tym względem jest znacznie uboższe i dużo bliżej mu do powieści przygodowej czy awanturniczej. Wciąż zdarzają się ciekawe elementy, zwłaszcza za sprawą Jaxa i jego rozważań natury moralnej, ale jest ich znacznie mniej. Z drugiej strony zyskuje na tym dynamika akcji, co z pewnością ucieszy wiele osób, dla których Mechaniczny był zbyt wolno rozgrywającą się historią  tym razem mamy do czynienia z szybko następującymi po sobie zdarzeniami i licznymi zwrotami akcji przy równie interesującej sieci intryg i zależności.

Mimo że balans elementów bardziej odpowiadał mi w pierwszej części cyklu, nie mam autorowi za złe takiego poprowadzenia historii. Ian Tregillis dzięki Powstaniu udowodnił, że jego seria jest dobrze przemyślana, a on sam nie ma w planach zamykać się w sztywnych okowach schematów  czy to zewnętrznych, czy narzuconych samemu sobie w poprzednich częściach opowieści. Dzięki zwiększeniu tempa akcji, Wojny alchemiczne stały się książką, która może zaciekawić szersze grono odbiorców i przyciągnąć ich do tej opowieści, tak bardzo wartej poznania. Ciekawa jestem, czym zaskoczy nas autor w części trzeciej i na co postawi tym razem. Jedno jest pewne: pomysłów na kreację świata absolutnie mu nie brakuje. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.



Mechaniczny || Powstanie || Wyzwolenie

środa, 12 kwietnia 2017

Teatr: „Jesus Christ Superstar” (Andrew Lloyd Webber, Tim Rice)


Czasami droga do odkrycia czegoś zachwycającego jest długa i kręta, pełna niesamowitych przypadków. Weźmy na przykład ten wyjazd: tak naprawdę wszystko zaczęło się jakiś czas temu, kiedy odkryłam Studio Accantus i zostałam jego wielką fanką. To dzięki ich kanałowi w ostatnim czasie odżyło moje zainteresowanie musicalem Jesus Christ Superstar, a na stronie jednej z ich wokalistek (Natalii Piotrowskiej) odnalazłam informację, że spektakl jest obecnie grany w Warszawie. To był Dzień Spontaniczności, bo kilka chwil później (przyznaję, niewiele myśląc o dojeździe z Gdańska i innych tego typu aspektach technicznych) byłam już szczęśliwą posiadaczką dwóch biletów.

Niesamowicie było od samego początku: mieliśmy okazję siedzieć w pierwszym rzędzie, co w teatrze, w którym scena znajduje się może pół metra od widzów, jest doświadczeniem bardzo niecodziennym. Odkryliśmy, że aktorzy mają mimikę! Oczywiście żartuję, ale faktem jest, że nigdy dotąd nie mieliśmy okazji tak dokładanie obserwować absolutnie całej aktorskiej pracy – od pełni twarzy, która przecież najlepiej wyraża nasze emocje, aż do funkcjonowania mięśni przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Pozycja, w jakiej się znaleźliśmy, pozwoliła nam dostrzec to, na co wcześniej nie mieliśmy okazji zwrócić uwagi, co dla mnie osobiście było niesamowitym przeżyciem. Pewnie przy spektaklach z większą liczbą aktorów i scenami równoległymi (jak np. Chłopi, gdzie oprócz głównej akcji mamy wiele smaczków w bocznych sektorach sceny) nie byłoby to aż tak wielką zaletą, ale w tym przypadku okazało się strzałem w dziesiątkę.

Trzeba również przyznać Teatrowi Rampa, że ma naprawdę niesamowitą obsadę. Jesus Christ Superstar to musical bardzo wymagający, prawie dla wszystkich postaci oparty na wysokich tonach, co jest wyzwaniem zwłaszcza dla męskiej części solistów. Tymczasem obu głównych bohaterów – Jakub Wocial oraz Sebastian Machalski – poradziło sobie świetnie, tworząc wyraziste, pełne emocji kreacje Jezusa i Judasza. Przyjemnym kontrastem był niski wokal Pawła Tucholskiego (Kajfasz), a całości dopełniła wiodąca prym wśród kobiet Natalia Piotrowska (Maria Magdalena). Bardzo miło było usłyszeć ją wreszcie na żywo po latach odkrywania kolejnych nagrań w internecie – zachwyciłam się jej głosem na nowo.

Jeśli chodzi o treść spektaklu, chyba prawdą jest, że obraża głównie tych, którzy nigdy go nie widzieli, bo w rzeczywistości jest znacznie mniej obrazoburczy, niż się spodziewałam. To po prostu znana historia z inaczej rozłożonymi światłocieniami, interesująca i skłaniająca do refleksji. Judasz i Jezus są tutaj postaciami równorzędnymi o różnych postawach, które niejednokrotnie nie mogą znaleźć punktów stycznych, a całość dotyczy w pewnym stopniu fenomenu społecznego, jakim było życie i działalność Chrystusa. Dzięki innemu akcentowaniu w opowieści znajduje się miejsce dla tak ciekawych postaci jak Herod czy Piłat (swoją drogą grający go Maciej Nerkowski to mój absolutny faworyt wokalny, mogłabym siedzieć i słuchać, słuchać…). Do tego wszystkiego dodać trzeba charakterystyczny klimat rock opery i towarzyszący mu rozmach, nadający opowieści zupełnie nowego charakteru.

Jesus Christ Superstar to musical barwny i cieszący oko, pełen niezwykłych, wyrazistych postaci, zaskakujący. W Teatrze Rampa jego realizacja jest fenomenalna, zarówno pod względem wokalnym, muzycznym, jak i wizualnym. My załapaliśmy się na jeden z ostatnich spektakli – z tego co wiem, wystawianie go w tym roku jest już zakończone, ale prowadzący facebookową stronę teatru już zapraszają na wiosnę 2018 zapowiadając, że powróci na ich deski. Tak czy inaczej do Rampy zapraszam również na inne produkcje, bo atmosfera jest świetna: przyjemna i bardzo kameralna. Mnie osobiście kusi jeszcze Rapsodia z demonem oraz jesienna premiera: Kobiety na skraju załamania nerwowego na podstawie filmu Pedro Almodóvara.




poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Lauren Groff – „Arkadia” [przedpremierowo]



W zeszłym roku miałam przyjemność poznać niezwykłą powieść o miłości, związku budowanym na kłamstwie i narastających konsekwencjach zatajania faktów. Fatum i furia, bo o niej mowa, podzieliła środowiska literackie na całym świecie – jest to powieść bardzo specyficzna, która mało kogo pozostawi obojętnym: kocha się ją lub nienawidzi. Mnie zachwyciła do tego stopnia, że uważam ją za jedną z najlepszych książek 2016 roku. Nic dziwnego, że po takim zachwycie aż zapiszczałam, gdy okazało się, że na rynku pojawi się nowa powieść autorki. Dla takiej książki byłam w stanie się poświęcić i wziąć z wydawnictwa e-booka, byle tylko poznać ją jak najszybciej. Niestety daleko mi do zatonięcia w tej historii.

Historia głównego bohatera powieści sięga czasu hipisów, którzy marzyli o lepszym życiu tworząc własną, wielką komunę zwaną Arkadią. Lutek był dzieckiem niezwykłym, dla wielu wręcz cudownym, ponieważ jako pierwszy urodził się w nowym miejscu. Tam dorastał, uczył się, wychowywał aż do momentu, gdy wszystko się posypało, a ludzie zaczęli uciekać. Wtedy zabrano go do cywilizacji, gdzie… No cóż, musiał sobie jakoś poradzić.

Arkadia to teatr wielu aktorów w różny sposób związanych z tematem tytułowej hipisowskiej komuny. Oprócz Lutka, który musiał nauczyć się żyć w świecie niebezpiecznym, którego całkowicie nie znał, są jeszcze inni: jego rodzice przeżywający odwrotny dylemat, zawiedzeni życiem, wykorzystani, pełni dawnych ideałów, których serce rwie się z powrotem do Arkadii; ukochana Lutka, niespokojny duch; jego córka, która dzieciństwo spędziła w zwykłym świecie i Arkadię odkryła dopiero u progu dorosłości… Każda z tych postaci ma własną opowieść i zupełnie inny stosunek do wspólnoty, do ideałów, inaczej mierzy się z przeciwnościami losu, bo też inne przeciwności ma lub miała kiedyś na swojej życiowej drodze. 

Podoba mi się ukazanie wspólnoty, która balansuje gdzieś na granicy sekty: mimo głoszonej równości ma przywódcę, który prowadzi hulaszcze życie nic nie robiąc, podczas gdy pozostali ciężko pracują, by społeczność miała co jeść. Ma tajemnice, układy i konflikty, których nie powinno być. Ci z jej mieszkańców, którzy instynktownie starają się trzymać pewnych zasad moralnych, napotykają ścianę, bo ich pomysły kłócą się z przekonaniami grupy. Do tego dochodzi specyfika ruchu hipisów: przyzwolenie dla narkotyków, naturyzmu, „wolnej miłości”… W takich warunkach wychowywane są dzieci. Mimo to Groff nie ocenia społeczności, wręcz przeciwnie, stara się odpowiedzieć na pytania o aktualność przekonań hipisów i ewolucję ruchu.

Zdecydowanie jest to książka, nad którą trzeba swoje odsiedzieć, bo autorka niewiele rzeczy mówi nam wprost: musimy przysiąść, zatrzymać się na chwilę i zastanowić, by odkryć wszystkie metafory kryjące się w tej opowieści. To żmudna praca. Pierwsza część książki opisująca dzieciństwo Lutka – mniej więcej 2/3 tekstu – ciągnie się niemiłosiernie; to wprowadzenie konieczne i ważne, ale trudne do przyswojenia. Styl autorki nie jest dobry dla osób, które lubią szybko czytać: brak zaznaczenia dialogów (są elementem ciągłego tekstu) może być czynnikiem wybijającym ze zwyczajnego rytmu i czasem utrudniającym zrozumienie. Jeśli temat nas pochłonie, wszystko jest w porządku; gorzej gdy treść nie będzie nam do końca pasowała. Z drugiej strony taka narracja mocno skraca dystans, zbliża nas do bohatera; mamy poczucie, że słyszymy jego myśli.

W przeciwieństwie do Fatum i furii, którą – jestem pewna – będę odkrywała na nowo jeszcze nie raz, Arkadia nie daje moim zdaniem tyle, by odczuwać satysfakcję po jej zakończeniu. To równie trudna opowieść napisana w stylu, do którego musimy przywyknąć: niespieszna, skupiona na relacjach, kładąca nacisk na nietypowe elementy. Tym razem jednak treść jest nieco mniej ciekawa, a ostateczne konkluzje nie zaskakują. W gruncie rzeczy po zamknięciu książki miałam poczucie, że to całkiem zwyczajna opowieść, niepotrzebnie ubrana w udziwnione ramy. Być może tym razem jestem w gronie osób, którym coś ważnego w tej historii umknęło – z niecierpliwością wyczekuję opinii na jej temat, bo jestem ciekawa, czy pozostało coś do odkrycia, czy warto próbować drugi raz.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 11 kwietnia!

sobota, 8 kwietnia 2017

Stos: zakupy z pierwszego kwartału 2017 roku


Trzy miesiące Nowego Roku minęły jak z bicza strzelił – jeszcze przed chwilą wyciągałam z szafy kożuch i kupowałam kozaki, a dziś w lekkich trampkach biegnę cieszyć się wiosennym słońcem. Z czytaniem i blogowaniem w okresie zimowym było różnie, ale chyba wreszcie udało mi się złapać odpowiedni rytm. Podobnie z kupowaniem... W gruncie rzeczy na luty i marzec miałam postanowienie żeby nie kupić ani jednej książki, ale proponuję spuścić na to zasłonę milczenia. Tak po prostu miało być.

W tym roku postawiłam na zamawianie książek przez internet. Zakup w księgarni wydawnictwa Sine Qua Non był dosyć spontaniczny i motywowany dość dużą obniżką cen, co było ważne zwłaszcza w kontekście książki Humans of the New York (teraz wiem, że warto było wydać każdą złotówkę, opinię o niej możesz przeczytać tutaj). Do koszyka dorzuciłam Piątą porę roku, która właściwie znajdowała się na chciejce Sylwka, ale mnie również ciekawiła, oraz Dygot, aby w końcu zacząć swoją przygodę z tekstami Jakuba Małeckiego. 

Druga część zdjęcia to zakupy z Arosa: Helisa Marca Elsberga, którego książki uwielbiam (o Blackoutcie pisałam tutaj, a o Zero tu), kolejna część cyklu o Malin Fors, Do trzech razy śmierć Alka Rogozińskiego (naczytałam się postów na Facebooku autora i musiałam się skusić) oraz Krąg, na który zdecydowałam się po obejrzeniu trailera filmu na jego podstawie, który niebawem pojawi się w kinach. Polecam Wam tę książkę serdecznie, zajrzyjcie z resztą tutaj po szerszą opinię.



Skoro już jesteśmy w temacie internetowych szaleństw - oto czym może zaowocować jedna przypadkowo znaleziona informacja. Pewnego wieczora siedziałam sobie przed komputerem, kiedy nagle przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, co stało się z uwielbianą przeze mnie Serią z Miotłą - w końcu od kilku miesięcy nie słyszałam o żadnych przypisanych do niej nowościach. Okazało się, że wydawnictwo W.A.B w 2016 roku po raz kolejny zmieniło szatę graficzną serii (plus za powrót do miotły na grzbiecie, minus za okładki...) i wydało pod jej sztandarem... aż pięć kolejnych tytułów! Jak nietrudno się domyślić, od razu przetrząsnęłam internety w poszukiwaniu ofert i ostatecznie zdecydowałam się na zakup czterech nowości i czterech starszych tytułów.


Seria z Miotłą zdecydowanie lubi się również z naszymi wyjazdami do Warszawy - tamtejsze Dedalusy pełne są książek z tej serii, a wycieczka po kilku pozwala skutecznie uzupełnić braki. Tym samym z krótkiego wypadu do stolicy, mimo braku miejsca w skromnym bagażu, przywiozłam aż 5 mioteł oraz brakującą książkę z cyklu o Bondzie. Z kolei dwie książki Guillaume Musso oraz Dom Augusty to zaplątane nabytki z gdyńskiego outletu Świata Książki - jeśli aktywnie z jakiegoś korzystacie, bądźcie czujni, bo ostatnio obserwujemy tendencję do ich zamykania. 



Na koniec, tradycyjnie już, prezentuję zbiór nabytków przypadkowych. Finansowy ninja to efekt ogólnej fascynacji blogiem Michała Szafrańskiego i tematami finansowymi. Dzień dobry, północy zakupiłam totalnie przypadkowo i się nie zawiodłam (opinię możesz znaleźć tutaj), Hipnotyzer pochodzi z księgarni BookSzpan w Gdańsku i kosztował całe 10 zł, podobnie z resztą jak obie części Królowej Tearlingu podczas promocji na stronie wydawnictwa Galeria Książki.


A Ty? Jak dopieszczasz wewnętrznego książkoholika?


czwartek, 6 kwietnia 2017

Dave Eggers – „Krąg”


Nie wiem, jak Ty, ale ja nie wyobrażam sobie, że mogłabym spóźnić się na reklamy przed seansem w kinie – to dla mnie integralna część filmu! Czasem nie wynoszę z nich niczego fascynującego, ale innym razem uda mi się chociażby zobaczyć zwiastun czegoś, o czym do tej pory nie wiedziałam, a co ma wszelkie walory, żeby mi się spodobać. To właśnie miało miejsce przy okazji seansu Logana – przed moimi oczami pojawił się trailer nowego filmu z Emmą Watson i Tomem Hanksem, który wskazywał na dystopijne klimaty, a w dodatku podobno został stworzony na podstawie bestsellera! Ten film to The Circle – swoją premierę będzie miał 26 kwietnia.

Książka Dave’a Eggersa, która jest jego pierwowzorem, opowiada historię Mae, młodej pracownicy korporacji Circle odpowiedzialnej za gromadzenie i przetwarzanie danych. Bohaterka stopniowo wdrażana jest w kolejne projekty firmy, a wraz z dodatkowymi obowiązkami coraz bardziej oddala się od swojego dotychczasowego świata. By sprostać wymogom dotyczącym średnich ocen wydajności, obecności na spotkaniach towarzyskich oraz aktywności w social mediach, Mae stopniowo porzuca dawne życie i poświęca się całkowicie nowemu – podporządkowanemu zasadom panującym w korporacji. 

Krąg porusza tak wiele niesamowicie ważnych i aktualnych tematów, że gdy zastanawiałam się, od czego zacząć, po prostu złapałam się na głowę. Na pewno jest to opowieść o pracy w korporacji: o tym, jak słupki, statystyki i wymagane wyniki wpływają na funkcjonowanie człowieka. Dla wielu osób realia Circle mogą wydawać się wyolbrzymione, jednak nie do końca tak jest. Nawet ja ze swoim skromnym korporacyjnym doświadczeniem wiem, że takie rzeczy, jak raport kierownika działu po spotkaniu pojednawczym z dwojgiem skłóconych pracowników, nie są wyssanym z palca absurdem. Podobnie ma się rzecz ze statystykami dotyczącymi wyników, które, choć teoretycznie stanowią „informację dla pracownika”, tak naprawdę są dodatkowym źródłem stresu, a w przypadku Mae stają się wręcz obsesją.

Kolejnym problemem poruszanym w „Kręgu” jest pozyskiwanie i gromadzenie danych. Dave Eggers stworzył wizję przyszłości, w której jednej korporacji udało się zgarnąć całą pulę: profile osobiste, które na początku stanowiły coś na kształt tych z naszego Facebooka, zostały poddane weryfikacji i są ściśle związane z prawdziwą tożsamością człowieka. Służą do załatwiania wszystkich ważnych spraw: nie tylko aktywności w social mediach, ale też robienia zakupów czy płacenia rachunków. Wszystko co człowiek robi na komputerze, telefonie czy tablecie od razu podpinane jest jako jego własna aktywność, nie ma zatem internetowej anonimowości. Ludziom prezentuje się wyłącznie pozytywne aspekty tego zjawiska, jednak tak naprawdę na gromadzeniu danych korzystają głównie największe koncerny – np. sklepy, które mogą swój marketing dopasować do odbiorcy i tym samym skuteczniej nami manipulować.

Z tematem gromadzenia danych ściśle wiąże się również zagadnienie prywatności. Circle lansuje model społeczny, w którym odchodzi się od pojęcia „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. Szefostwo firmy uważa, że jeśli ktoś ma ochotę o czymś wiedzieć, ma również do tego pełne prawo, niezależnie czy chodzi o poznanie nowych sposobów walki ze stwardnieniem rozsianym, czy też szczegóły życia intymnego sąsiada z naprzeciwka. Tajemnice prowadzą do kłamstw, a kłamstwa do przestępstw – tych ostatnich z kolei nikt nie chce, prawda? Społeczność Circle pod płaszczykiem przydatności wszelkich danych zachęca, aby ludzie stawali się przejrzyści i nie ukrywali niczego, a zjawisko to ma dotyczyć zarówno polityków, osoby ze świecznika, jak i zwykłych, szarych obywateli. Zaczyna się od przechowywania danych w Chmurze, która jest ogólnodostępna i każdy może w niej poszukiwać tego, czego chce. Dalej jest tylko gorzej…

Choć wszystkie te elementy (a wierz mi, jest ich znacznie więcej) potrafią skutecznie przerażać, to nie one są w książce Davida Eggersa najstraszniejsze; na mnie osobiście największe wrażenie wywarło coś zupełnie innego. Dopiero lektura Kręgu pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego nigdy nie odczuwałam lęku w związku z wizjami z młodzieżowych dystopii – kreacja świata w nich zawarta mogła mnie zainteresować, ale nie przerazić. Otóż sedno tkwi w tym, że tamtejsi bohaterowie walczą ze złem i niechcianym systemem – nawet jeśli na początku mu się poddawali, w końcu odkrywają prawdę i skupiają wszelkie siły na wprowadzeniu zmian; poświęcają się dla idei. W książce Eggersa tego nie znajdziecie. Owszem, są tu bohaterowie, którzy nie chcą wpisać się w narzucony przez Circle schemat, ale to raczej postaci poboczne, nie zaś główni zainteresowani. To właśnie czyni Krąg fatalistyczną powieścią o upadku – tak społeczeństwa, jak i jednostki. Mae jest ślepą idiotką, która dała się omamić i poddała się presji społeczeństwa, otoczenia, pracodawców, a my nie możemy zrobić dla niej absolutnie nic. Choć jako czytelnicy mamy ochotę wyrwać ją ze stron i naprawdę mocno potrząsnąć, możemy tylko patrzeć, a to jest źródłem niewyobrażalnej wręcz frustracji.

Krąg polecam wszystkim dookoła od momentu, kiedy go skończyłam, bo to nie tylko ważna wizja, ale też po prostu dobrze napisana, trzymająca w napięciu opowieść. Z pewnością wybiorę się też na film, ale nieco boję się, co mają zamiar wymyślić twórcy, bo opisy, które są dostępne, sugerują pewne zmiany fabularne. Czekam z niecierpliwością!


niedziela, 2 kwietnia 2017

Agnieszka Olejnik – „A potem przyszła wiosna”



Znana twarz, zawrotna kariera, życie na świeczniku – dla wielu osób brzmi to jak spełnienie marzeń. Pola Gajda, rozpoznawalna aktorka, uwielbia swoją codzienność. W każdym razie uwielbiała do momentu, gdy jej partner wyniósł się bez słowa po tym, jak na pierwsze strony portali trafiła wiadomość o jego romansie. Utrata chybotliwego fundamentu w postaci związku szybko doprowadza Polę do załamania. Życie aktorki ratuje – o, ironio! – jej największy wróg.

Agnieszka Olejnik sięgnęła po znany we współczesnych powieściach obyczajowych motyw kontrastu między zawrotnym tempem życia w mieście, a spokojem wsi. Bohaterka chcąc nie chcąc trafia do miejsca, gdzie ma okazję zastanowić się nad swoim życiem i przyjrzeć mu się w pewnym sensie z dystansu. Jakie wartości do tej pory wyznawała? Czemu podporządkowała swoje życie? Niech nie zwiedzie Cię prostota tych pytań, bo droga Poli do zdrowej zmiany będzie długa i wyboista, naznaczona bardzo dużym cierpieniem. Bohaterka przestaje mówić, zamyka się w sobie i wpada w ciężką depresję, z której wychodzi bardzo małymi krokami. Co ciekawe, kontakt z taką postacią nie jest dla czytelnika męczący, choć często tak właśnie bywa – mimo że w książce pojawia się bardzo wiele negatywnych emocji, nie przeszły one bezpośrednio na mnie, czułam raczej zainteresowanie historią niż zniecierpliwienie.

Wspomniana dawka goryczy jest jednak tym, co odróżnia powieść od innych obyczajówek. Autorka nie boi się sięgać po tematy trudne i bardzo aktualne: zaczynamy od płytkich relacji i życia na pokaz, brniemy przez próby samobójcze i depresje, a kończymy gdzieś w mrocznych zakamarkach traum z dzieciństwa. Mimo że podczas lektury wyczuwamy podskórnie pozytywne zakończenie (zwłaszcza jeśli mamy za sobą dużo książek z gatunku), to jednak emocje nam towarzyszące są naprawdę różnorodne.  

Bohaterowie Agnieszki Olejnik na pierwszy rzut oka mogą wydawać się prości i schematyczni, a jednak każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Stopniowo odkrywamy ich tajemnice, historie, osobowości. Autorka skrupulatnie kreśli portrety najważniejszych osób i dba, aby relacje między nimi były odpowiednio wyważone. Warto pamiętać, że A potem przyszła wiosna nie jest wyłącznie historią Poli Gajdy – w książce mamy dwoje narratorów, a zatem dwójkę pełnowartościowych bohaterów. Jej wybawiciel również zdążył zatracić się w wielkomiejskim życiu, choć jest w nieco lepszej sytuacji: ma odskocznię, która pozwala mu nabrać dystansu. Mimo tej pozornej przewagi, bohaterowie rozwijają się i zmieniają równolegle, dążąc do satysfakcjonującego zakończenia.

Znów tylko i wyłącznie zachwyty. Ale co mogę zrobić, skoro tak bardzo cieszę się, że są na rynku wartościowe i dobre powieści obyczajowe? Zostały mi do nadrobienia już tylko dwie starsze powieści Agnieszki Olejnik – spodziewam się po nich wszystkiego, co najlepsze. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.