wtorek, 14 kwietnia 2020

Niewiele jest rzeczy, których naprawdę mamy powód się obawiać || Chiara Parenti – „Sztuka sięgania gwiazd” [przedpremierowo]

Sole żyje w świecie pełnym schematów. Mieszka z rodzicami i w dużej mierze od nich uzależnia decyzje. Czyta w kółko tę samą książkę. Pracuje w niewielkim supermarkecie, u człowieka, którego zna od dziecka, spotykając na swojej drodze wciąż te same osoby. Jada zawsze w tym samym lokalu i dostaje specjalne, bardzo okrojone danie. Zdaje się, że ma wszystko pod ścisłą kontrolą, nieprawdaż? 

Niestety życie pisze własne scenariusze. Gdy przyjaciółka Sole, spontaniczna i energiczna dziewczyna, ginie w tragicznych okolicznościach, gruby mur otaczający bohaterkę zaczyna powoli pękać. Podążając za ostatnim prezentem, reakcjami otoczenia i coraz głośniejszym głosem wewnętrznym, Sole postanawia podjąć wyzwanie i zacząć robić rzeczy, których do tej pory panicznie się bała. Jedną po drugiej. Dzień po dniu. 

Sztuka sięgania gwiazd to jedna z tych opowieści, które dosłownie mnie pochłonęły. Przeczytałam ją niemal na raz, właściwie od razu po tym, jak wpadła w moje ręce, a na dodatek na pewno zostanie ze mną na dłużej. Historia Sole, która stworzyła listę 100 lęków i każdego dnia stara się przełamywać jeden z nich, jest z jednej strony abstrakcyjna, z drugiej zaś całkowicie możliwa do zrealizowania. Uważam, że takie historie wyjątkowo chwytają za serce, bo właściwie wiemy, że nigdy nie przydarzą się nam, a z drugiej strony podskórnie czujemy, że MOGŁYBY nam się przytrafić! I nagle chcemy być trochę jak główna bohaterka, która wciąż się boi (jak my!), ale nie pozwala swoim lękom dłużej nad sobą dominować.

W tym właśnie zawiera się subiektywne poczucie, że książka jest "inspirująca", które stoi za fenomenem Sztuki sięgania gwiazd

Sama historia Sole zawiera kilka dość oklepanych schematów: bohaterkę, która wszystkiego się boi, szereg konfrontacji, których musi dokonać, by doszło do wielkiej przemiany, a to wszystko okraszone stratą i tym, jak możemy się z nią pogodzić. Podczas lektury widziałam klisze, ale, prawdę mówiąc, miałam je totalnie gdzieś. I moim zdaniem w tym miejscu przebiega granica między pozytywną, a negatywną oceną tej powieści. 

Uważam, że książka Chiary Parenti ma wszelkie szanse, by stać się światowym bestsellerem (o ile jeszcze nim nie jest). Podejmuje nośne tematy, z którymi każdy z nas kiedyś będzie musiał się zmierzyć. Pokazuje życie, które wiele z nas chciałoby wieść (mam tu na myśli to, w którym nie dajemy się własnym lękom, nie to, w którym skaczemy ze spadochronem. ;)). Daje nadzieję, że choć wszyscy bardzo się boimy, większość z naszych lęków dotyczy bardzo niegroźnych spraw. I wskazuje, jak wiele możemy sobie odebrać, gdy pozwolimy, by rządził nami strach. 

Dla mnie historia Sole była jak powiew ciepłego, wiosennego wiatru – niosła nadzieję i dużo energii. Polecam ją wszystkim, którzy, jak ja, motywacji szukają na zewnątrz i muszą wciąż się stymulować odpowiednimi treściami, by działać. Polecam też tym, którzy lubią historie o wyzwaniach i bohaterki, które biorą sprawy w swoje ręce i stają życiu naprzeciw. 






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 15  kwietnia!

piątek, 10 kwietnia 2020

Nathan H. Lents – „Człowiek i błędy ewolucji”

Kilka dni temu pisałam o świetnej książce Toma Phillipsa, który ze swadą i humorem opisywał dzieje ludzkości z perspektywy jej największych porażek. Pozostając w temacie wielkich przegrywów, postanowiłam sięgnąć po kolejną pozycję, która, przynajmniej w zamyśle, zbija człowieka z piedestału najdoskonalszego ze stworzeń. Tym razem w ujęciu bardziej biologicznym niż antropologicznym.

Człowiek i błędy ewolucji to niewielkich rozmiarów (niespełna 300-stronicowa) książka popularnonaukowa, której treść jest właściwie zawarta w tytule, dotyczy bowiem tych słabości ludzkiego ciała i umysłu, które są wynikiem wielu miliardów lat ewolucji naszego gatunku. Wydawać by się mogło, że tak długi proces prowadzi do wysokiej specjalizacji i że genom człowieka, jako najwyższej rozwiniętego organizmu, będzie stanowił crème de la crème cech wszystkich jego przodków. Nathan H. Lents przekonuje jednak, że jest zgoła odwrotnie. Nasze DNA to zbitek przypadkowych pozostałości po minionych tysiącleciach, a budowa anatomiczna... cóż, pozostawia wiele do życzenia.

W kolejnych rozdziałach autor prezentuje nam struktury ludzkiego ciała, które nie do końca spełniają swoją funkcję, a także geny sabotujące zdrowe funkcjonowanie. Osobny rozdział poświęca na niedociągnięcia związane z rozmnażaniem, a także na uproszczenia stosowane na co dzień przez nasz mózg. Na kolejnych stronach rozprawia się z mitem człowieka jako najdoskonalszej z istot (niejednokrotnie podkreślając, w czym jesteśmy gorsi od innych zwierząt), a przy tym wciąż podtrzymuje, że piękno człowieka jako istoty tkwi właśnie w tym, jaki jest. 

Co ważne, autor podchodzi do prezentowanych faktów bardzo racjonalnie. Nie przekonuje nas za wszelką cenę, że dana struktura jest ewolucyjnym bublem i tyle. Wręcz przeciwnie - większość analiz odbywa się na zasadzie bilansu zysków i strat – Lents omawia dokładnie przyczyny powstania danego rozwiązania (o ile są znane) i tłumaczy, w jaki sposób nam pomaga lub co otrzymaliśmy w zamian. 

Wszelkie informacje zaprezentowane w książce zaprezentowane są lekko i z humorem. Nie jest to może poziom żartu jak u Toma Phillipsa czy Adama Kaya, ale książkę czyta się płynnie i przyjemnie, z uśmiechem na ustach. Nathan H. Lents zdecydowanie ma talent do przekazywania wiedzy i potrafi zainteresować czytelnika. Mam nadzieję, że jego poprzednia książka (o tym, co łączy nas ze światem zwierząt i że więcej niż podejrzewaliśmy) też ostatecznie zostanie wydana w Polsce. 


środa, 8 kwietnia 2020

O co tyle hałasu? || Sally Rooney – „Normalni ludzie”



Ona i on: dwoje nastolatków, reprezentujących przeciwległe bieguny szkolnego życia. Sportowiec i outsiderka, gwiazdor i dziwaczka, dziewczyna z bogatej rodziny i chłopak, który nigdy nie znał swojego ojca. Dzieli ich wszystko, a  jednak w wyniku mieszaniny rozmaitych zdarzeń i emocji, ich drogi łączą się po raz pierwszy, by krzyżować się nieustannie na przestrzeni kolejnych lat. 

O Normalnych ludziach napisano już wiele. A dziś ja postanowiłam dołożyć swoje trzy grosze. 

Przede wszystkim książka Sally Rooney nie jest typową młodzieżówką, której fabuła poprowadzi nas przez szkolne korytarze i boiska sportowe, która z wyczuciem opowie zarówno o zabawie na imprezie, jak i sprzeczkach z rodzicami czy rodzeństwem. Normalni ludzie to teatr dwojga aktorów i opowieść wyłącznie o nich. Gdy inne tematy się pojawiają, stanowią tło lub służą do zobrazowania konkretnych emocji; nie angażują czytelnika i nie odwracają uwagi od sedna sprawy. Niezależnie w jakiej scenerii się znajdujemy, reflektory pozostają nieruchome: jasnym światłem wskazują, że chodzi o Connella i Marianne. 

I choć tak zaprezentowana książka może wydawać się nudna, absolutnie tak nie jest, a przynajmniej ja tego nie odczułam. Normalnych ludzi przeczytałam na raz – zaczęłam rano, skończyłam po południu i nie zrobiłam właściwie żadnej dłuższej przerwy. Kiedy weszłam w świat bohaterów, nie chciałam go opuszczać nawet na chwilę; być może jakoś podświadomie bojąc się, że zburzę atmosferę intymności, jaka stała się moim udziałem. Nie wiem, czy znacie takie uczucie, gdy ktoś, kto nie jest Wam jakoś bardzo bliski, nagle zaczyna opowiadać o czymś ważnym i macie wrażenie, że łączy Was cienka nić, której nie chcecie przedwcześnie zerwać. Zdarzyło mi się doświadczać tego w prawdziwym życiu i coś podobnego czułam podczas czytania książki Sally Rooney.

Kolejnym ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autorkę są przeskoki czasowe. Generalnie opowieść toczy się linearnie, kolejne rozdziały przedstawiają następujące po sobie wydarzenia, ale czasem zdarza się, że bohaterowie we wspomnieniach wracają do pewnych scen, które wcześniej nie zostały do końca nakreślone. Mamy wtedy długie, retrospektywne akapity, które nakreślają nam sytuację między postaciami i pozwalają lepiej zrozumieć moment, w którym się znaleźli. I tak jak zwykle nie lubię podobnych zabiegów, tym razem pasowały one do narracji, idealnie wpasowywały się w jej rytm.

Normalni ludzie są powieścią nietypową również ze względu na zapis dialogów, a konkretnie brak ich wyodrębnienia. Jeśli czytacie angielskie książki, możecie być przyzwyczajeni do pomijania myślników na początku wypowiedzi bohaterów, jednak tutaj nie ma nic – ani kresek, ani cudzysłowów, ani ostrych nawiasów. Cytaty zapisywane są jeden pod drugim, mamy też narratora, więc wiemy doskonale, która z postaci jest aktualnie przy głosie. A przez pominięcie dodatkowych znaków, opowieść toczy się nad wyraz płynnie i rytmicznie, jak strumień świadomości. Osobiście miałam wrażenie, że to wszystko dzieje się po prostu w czyjejś głowie, zdanie po zdaniu, scena po scenie. 

I tak naprawdę mogłabym zakończyć swój tekst na wychwalaniu technicznej strony tej powieści. A jednak jest jeszcze jeden, najważniejszy moim zdaniem aspekt – emocjonalny. Pewne sceny Normalnych ludzi zrobiły na mnie ogromne wrażenie - jedne ze względu na wyjątkową bliskość do moich przeżyć, inne dlatego, że są po prostu mocne. I choć na samym początku, czytając dialogi bohaterów myślałam sobie: "Rany, jak oni świetnie się komunikują!", szybko wyszłam z tego błędu i zrozumiałam, jak wiele w ich relacji pozostaje niewypowiedziane. Im dalej podążamy za Marianne i Connellem, tym bardziej widzimy, jak się miotają, jak często godzą się na coś, czego nie chcą, pozwalają, by ktoś inny kierował ich losem, gdy oni sami są sparaliżowani strachem czy oczekiwaniami. Wchodzimy coraz głębiej w ich życie i zaglądamy w coraz ciemniejsze miejsca. To boli, a przynajmniej mnie bolało w niemal namacalny sposób. 

I właśnie dlatego uważam Normalnych ludzi za fenomenalną powieść.


poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Malcolm Gladwell – „Punkt przełomowy”

Malcolm Gladwell – jeden z najbardziej znanych myślicieli współczesności, nieustraszony tropiciel schematów i prawd rządzących światem, obserwator i komentator rzeczywistości. Jego książki polecano mi już z naprawdę różnych stron: w kontekście marketingu, mody, sprzedaży, budowania marki osobistej, socjologii, filozofii czy nawet psychologii. No dobra – pomyślałam zatem – sprawdźmy, co i jak. Skoro tylu moich znajomych jest nim zachwyconych, co może pójść nie tak?

Nie będę Was okłamywała – stwierdzenie, że Punkt przełomowy pochłonął mnie od pierwszej strony i nie wypuścił aż do ostatniej, byłoby sporym nadużyciem. Prawdę mówiąc przy pierwszym podejściu odłożyłam tę książkę już na samym początku i nie miałam zamiaru nigdy do niej wracać. Kwarantanna zrobiła jednak swoje i ostatecznie, z braku lepszych pomysłów, zrobiłam drugie podejście. Przemogłam się, a po około 100 stronach zaczęło mi się nawet podobać!

Pod względem treści Punkt przełomowy jest bardzo interesującą książką. Autor nie tylko przekonuje w nim, że wiele społecznych zjawisk cechuje się dynamiką podobną do epidemii, ale też opisuje czynniki, które są niezbędne, by taka "epidemia" miała szansę wybuchnąć: prawo garstki, czynnik przyczepności oraz siłę wpływu środowiska. Na przykładzie zmniejszenia przestępczości w Nowym Jorku, rosnącej popularności pewnego modelu obuwia czy tworzenia idealnego programu dla dzieci (a także wielu innych), omawia kluczowe elementy prowadzące do tzw. punktu przełomowego. Czyli tego, w którym zmiany stają się widoczne i spektakularne. 

Kolejne rozdziały książki odsłaniają przed czytelnikiem mnóstwo nowych faktów. Wraz z autorem podróżujemy w miejscu i czasie, poznajemy szereg barwnych postaci i wyciągamy wnioski, które mogą posłużyć nam zarówno do zrozumienia spraw wielkich, jak i w codziennym życiu. Malcolm Gladwell z dużą płynnością przeskakuje między ważnymi i wzniosłymi tematami społecznymi a perspektywą zwykłych odbiorców. Podając przykłady, odwołuje się do wyobraźni przeciętnego człowieka, co sprawia, że poruszane tematy, choć bardzo naukowe, są nam bliskie i w pełni zrozumiałe. 

Bardzo podobała mi się również konstrukcja książki przypominająca nieco wykład, a raczej cykl wykładów oscylujących wokół głównego tematu. W kolejnych rozdziałach Malcolm Gladwell stosuje szereg zabiegów retorycznych, które mają na celu podtrzymanie spójności wypowiedzi, nawiązanie do wcześniej prezentowanych faktów oraz powtórzenie ich, co pozwala czytelnikowi na lepsze zapamiętywanie. 

Skoro temat i zamysł książki są ciekawe w czym leży problem, który wywołał mój początkowy dystans? Chodzi mi o styl, w jakim napisany jest Punkt przełomowy. Wiele się nasłuchałam o tym, jak lekko i wciągająco pisze Malcolm Gladwell i nastawiałam się na naprawdę luźną lekturę. Później jednak uświadomiłam sobie, że opinie te pochodziły od osób, które czytały autora w oryginale. Nie wiem (i raczej nie będzie już mi dane sprawdzić), czy angielska wersja Punktu przełomowego jest bardziej przystępna. Mogę tylko powiedzieć, że polskie tłumaczenie jest raczej sztywne i dość akademickie (przynajmniej w moim odczuciu). 

Szczęście w nieszczęściu jest takie, że każda książka Gladwella wydana w Polsce jest tłumaczona przez kogoś innego. Jest to dla mnie zabieg kompletnie niezrozumiały, jednak w tym przypadku cieszę się bardzo, bo być może następne podejście przyjdzie mi nieco łatwiej. 


sobota, 4 kwietnia 2020

Tom Phillips – „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”



Zwykle, gdy myślimy o historii ludzkości, przychodzą nam do głowy pozytywne skojarzenia: często zapominamy o krwawych represjach kolonializmu, ale chętnie wspominamy o rozwoju technologii, wynalazkach, wysłaniu człowieka w kosmos i tym podobnych sprawach. Pamiętamy wielkich wodzów (nawet jeśli w końcu przegrali), ważnych myślicieli, bohaterskich odkrywców. A o królach przegrywu nie pamięta nikt.


Nieważne, ilu wyzwaniom dajemy radę sprostać, katastrofa zawsze czyha tuż za rogiem. Przykład historyczny: w jednej chwili jesteś Sigurdem Potężnym (nordyckim jarlem Orkadów z dziewiątego wieku), triumfalnie wracającym do domu po bitwie, z przytroczoną do siodła głową wroga, Máela Brighte'a, ksywka Wystający Ząb.
W następnej jesteś... cóż, kilka dni później jesteś Sigurdem Potężnym, umierającym na skutek infekcji spowodowanej przez wystające zęby Máela Brighte'a, które podczas twojej triumfalnej jazdy ocierały ci się o nogę.
To prawda: Sigurd Potężny zasługuje na wątpliwe wyróżnienie w historii wojskowej jako człowiek zabity przez wroga, którego dekapitował kilka godzin wcześniej. [s. 13]


Tom Phillips w swojej książce zabiera nas z wyjątkową podróż przez porażki ludzkości, prezentując zarówno krótko-, jak i długofalowe skutki Bardzo Złych Decyzji. Zaczynamy od pewnego wodza, który zginął śmiercią idiotyczną (nie bójmy się tego słowa), lecz w kolejnych rozdziałach poznamy nie tylko przywódców i polityków, ale również odkrywców, wynalazców, podróżników i inne osoby, które swoje karty historii zapisały dość niechlubnymi czynami.

Pierwszy wniosek, jaki nasunął mi się po lekturze tej książki, a właściwie dopadł mnie już w trakcie czytania to: komicy częściej powinni pisać (oczywiście o rzeczach, na których się znają). Adam Kay zrobił fenomenalną robotę w swoim Będzie bolało, ubierając wspomnienia z kariery młodego lekarza w formę dziennika pełnego zabawnych anegdot. I poniekąd podobną rzecz zrobił Tom Phillips z antropologią. Już od pierwszych stron jesteśmy w stanie zauważyć, jaki ton będzie miała opowieść: bardzo, bardzo lekki.

Oczywiście poczucie humoru autora (sarkastyczne, złośliwe, bezustannie kierujące przytyki do millenialsów, brytyjczyków i Donalda Trumpa) nie każdemu będzie się podobało. Jestem w stanie to zrozumieć i uszanować. Sama jednak momentami miałam łzy w oczach ze śmiechu - ewidentnie dogadałabym się z Tomem Phillipsem, gdyby nasze drogi kiedykolwiek się skrzyżowały.

Jednak nawet pomijając wszelkie żarty, książka Toma Phillipsa stanowi nie lada gratkę dla wszystkich fanów popularnonaukowych opowieści. Poszczególne rozdziały aż kipią od ciekawostek o władcach, którzy zostali pokonani na własne życzenie (no dobra, Montezumę chyba wszyscy kojarzymy, ale czy słyszeliście kiedyś o Imperium Chorezmijskim?), rozpieszczonych bogaczach, których decyzje niszczą środowisko (króliki nie dostały się do Australii na własnych statkach) czy wynalazcach, którzy czasem nie mieli złych intencji, a czasem zanadto skupili się na zysku i przymykali oczy na to, co ważne (moim absolutnym faworytem jest Thomas Midgley, człowiek, który w pojedynkę zmienił ziemską atmosferę; wygooglujcie go sobie, albo najlepiej po prostu przeczytajcie tę książkę!). Wszystkich łączy jedno: nieumiejętność długofalowego planowania i przewidywania konsekwencji swoich działań.

A może by tak zacząć uczyć się na błędach poprzednich pokoleń?


czwartek, 2 kwietnia 2020

Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk – „To Twoje życie. Pokochaj je!”

Nie jest wielką tajemnicą, że uwielbiam książki Katarzyny Miller. Jej spojrzenie na świat, sposób przekazywania wiedzy i podejście do życia niezwykle do mnie przemawiają i sprawiają, że przekaz każdej kolejnej opowieści szybko i łatwo do mnie trafia. Moim zdaniem jest to równie ważne w relacji terapeutycznej (serio, każdy z nas może znaleźć psychologa, z którym się dogada i jest to kluczowe dla całego procesu), jak i podczas lektury poradników. Jeśli będziemy czuli, że przekazywana wiedza nie współgra z nami (tak wewnętrznie), ciężko nam będzie cokolwiek z lektury wynieść.

Chcę to podkreślić na samym początku, ponieważ uważam, że żaden rodzaj książek nie dzieli czytelników tak mocno, jak poradniki. Każdą lekturę oceniamy subiektywnie, wiadomo, ale w tym przypadku do głosu dochodzi jeszcze nasza ocena informatywnej zawartości tekstu. Słowem: czego się z danej książki nauczyłam, co mi ona dała? Nie każdemu sprawdzi się to samo i nie każdy będzie w stanie wziąć coś dla siebie z danego poradnika. 


To tak gwoli wstępu. 
Dygresja jeszcze przed rozpoczęciem opowieści, brawo Kaś.

Przechodząc do sedna: To Twoje życie. Pokochaj je! jest zbiorem rozmów Katarzyny Miller z Joanną Olekszyk, redaktor naczelną miesięcznika Sens. W 24 krótkich rozdziałach Panie podejmują rozmaite życiowe tematy zamknięte w 6 głównych blokach: dorosłość, autentyczność, empatia, miłość, spokój ducha oraz przyjemność. Całość przestawiona jest w formie płynnych i przyjemnych w odbiorze dialogów. 

Tyle teorii, a jak prezentuje się praktyka? Gdybym miała samodzielnie powiedzieć, jakie są główe wątki tej książki, wskazałabym na akceptację – zarówno siebie, jak i zdarzeń, które spotykają nas na co dzień. Autorki przekonują, że doświadczenia, które traktujemy jako wyjątkowe i indywidualne, są znacznie bardziej powszechne, niż nam się wydaje. Zachęcają, by nabrać dystansu zarówno do negatywnych, jak i pozytywnych zdarzeń. Wskazują na wielką wartość poczucia humoru. A jednocześnie podkreślają, w jaki sposób kształtuje się tak stabilną osobowość.

Główne przesłanie książki jest właściwie zawarte w jej tytule – kluczem do szczęśliwego przejścia przez życie jest zaakceptowanie tego, co już mamy, a dopiero potem praca nad ewentualnymi zmianami. Przytrafia nam się wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu, zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie – nie możemy wybrać sobie rodziców, kolegów z podwórka czy środowiska szkolnego. Nie ma więc sensu porównywać się z ludźmi, którzy dorastali w innych warunkach i dziś mają zupełnie inny kontekst życiowy, niż my. Nie oznacza to jednak, że praca nad sobą, czy dążenie do zmiany nie mają sensu. Po prostu warto czasem spojrzeć na swoje życie z większą życzliwością.

I choć żadna z tych spraw nie jest odkryciem na miarę Nagrody Nobla, to mam wrażenie, że bardzo często o takich podstawach zapominamy. Sama łapię się na tym, że choć wiele pracy nad sobą już wykonałam, wciąż wracam do pewnych tematów i wciąż są one dla mnie zaskoczeniem. Dlatego lubię co jakiś czas sięgnąć po podobny dialog. Za pośrednictwem książki autorki zapraszają nas do nieco innego świata – takiego, w którym dbanie o siebie jest sprawą normalną, można z wyrozumiałością patrzeć na swoje przywary, a życzliwość skierowana do wewnątrz pozwala inaczej patrzeć również na otoczenie. 

Co by było, gdyby takie zachowania stały się standardem?