wtorek, 21 maja 2019

Tomasz Kwaśniewski – „W co wierzą Polacy?”



Religie, zabobony, rytuały, tarocistki, jasnowidze, szeptuchy, czarne koty, plucie przez lewe ramię, klątwy, egzorcyzmy i oczyszczanie energii. Jedni z nas wrzucają to wszystko do jednego wora i stanowczo się odwracają, inni wybierają elementy, które mieszczą się w ich światopoglądzie, a jeszcze inni patrzą łaskawym okiem na wszelkie przejawy rytualnej duchowości. Mówi się, że żyjemy w katolickim kraju. A w co tak naprawdę wierzymy?

Nagradzany reporter Tomasz Kwaśniewski postanowił przyjrzeć się polskiemu rynkowi usług ezoterycznych: od wróżących z kart, poprzez jasnowidzów, aż do spirytystów i bioenergoterapeutów. Odwiedził wielu z nich w ich własnych gabinetach i domach, wypróbował różnorodne rytuały, przeprowadził też wiele rozmów z ludźmi ze swojego otoczenia na temat tego, w co wierzą i jak przekłada się to na ich życie. Wynik tego śledztwa niejednego zaskoczy, okazuje się bowiem, że Polacy bardzo chętnie korzystają z podobnych usług, choć na każdym kroku deklarują się jako sceptycy. 

Ogromną zaletą tej książki jest styl Tomasza Kwaśniewskiego. Chyba nikt nie pisze jak on: ze swadą, humorem i lekkością, która zachwyca na każdej kolejnej stronie. Choć to reportaż, a w wielu miejscach wręcz pamiętnikowy zapis wydarzeń z kolejnych dni, wszystko pochłaniałam z nieskrywaną przyjemnością. I mimo że podchodziłam do tej książki z wielkim dystansem – to znaczy niby chciałam ją przeczytać, bo temat mnie interesował, ale jakoś nie mogłam się zebrać – to ostatecznie pochłonęłam ją niemal na raz. Od pierwszego rozdziału wiedziałam, że o czymkolwiek nie opowiadałby autor, ja pójdę za jego słowami.

Bardzo podoba mi się to, że mimo żartobliwego (czy też raczej ironicznego) charakteru wielu fragmentów, książka pozwala nam na samodzielne wyciąganie wniosków. Tomasz Kwaśniewski nie prowadzi nas za rączki mówiąc: patrzcie, to manipulanci, a to ciemny naród. Nie. On pokazuje, opisuje pewne zjawiska, które następnie sami możemy zinterpretować. Dostarcza nam faktów, nad którymi zastanawiamy się sami. Tak moim zdaniem wygląda rzetelne dziennikarstwo. Autor wykonał tytaniczną pracę, odwiedzając dziesiątki wróżek oraz wróżów i poznając ich pracę, włożył też z pewnością sporo wysiłku w eksperyment, który został opisany na końcu książki. 

I sama nie wiem, czy po lekturze ubolewam nad stanem polskiego społeczeństwa (jak niektórzy), czy jednak dryfuję w stronę "wszystko mi jedno", jak w przypadku wielu spraw. Nie jestem pewna, czy między wiarą w czarne koty a ruchem antyszczepionkowym można postawić znak równości (bo przecież olaboga, ciemny naród i jak można wierzyć w takie bzdury). Jestem w stanie zrozumieć, że komuś może być łatwiej iść do wróżki niż do psychologa (bo w wielu miejscach ten drugi wciąż jest synonimem stygmatyzacji), a jeśli wróżka ta powie człowiekowi, że siedzi w jakimś złym schemacie? Doskonale rozumiem też potrzebę odrobiny magii w naszym życiu, podobnie jak wiem, w czym pomaga głęboka wiara (w jakiegokolwiek boga). I tak sobie myślę, że moglibyśmy tych wszystkich zjawisk aż tak nie demonizować.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 19 maja 2019

Zarządzanie sobą w czasie || Ola Budzyńska – „Jak zostać panią swojego czasu”

Pani Swojego Czasu. Marka własna, pod szyldem której Ola Budzyńska wraz ze swoim Gangiem pracuje dzielnie, by jak najwięcej Polek nauczyło się określać swoje cele i je realizować. Dla mnie osobiście przykład nie tylko świetnie prosperującego biznesu, ale również źródło przydatnej wiedzy, którą mogę wykorzystywać w codziennym życiu. Znałam już bloga, webinary, znałam kursy, tylko jakoś z książkami zawsze było mi nie po drodze. Ale ostatnio, przy okazji premiery Kursoksiążki o asertywności (o której postaram się opowiedzieć, jak już wejdę w proces i go zakończę) skusiłam się na pakiet, który zawierał również pierwszą książkę Oli; tę o zarządzaniu czasem (lub, jak kto woli, sobą w czasie). Pochłonęłam i powiadam Wam: moje życie już nie będzie takie samo.

Czytałam w swojej karierze całkiem sporo książek o produktywności, zarządzaniu czasem i organizacji pracy, ale ta jest pierwszą napisaną tak przystępnym językiem. Ola pisze tak, jak mówi: prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, bez zbędnych ozdobników i na pewno nie po to, żeby komukolwiek się przypodobać. Jest wiele miejsc, w których słyszymy coś nieprzyjemnego (jak chociażby wtedy, gdy mowa o tym, że zmienić się musimy my, a nie nasze otoczenie i warunki), jednak zawsze wiemy jedno: wszystko zostało powiedziane po coś, w dobrej wierze.

Główny nacisk w książce jest położony na określanie celów. Pewnie wiele osób zapyta: po co cele, skoro chcę tylko mieć więcej czasu? Niestety bez określenia, do czego dążymy i co jest dla nas priorytetem, nie jesteśmy w stanie skutecznie działać. Zarządzanie czasem nie polega bowiem na magicznym wygenerowaniu kolejnych godzin, które rozciągną naszą dobę. To sztuka dokonywania wyborów w zgodzie ze sobą – swoimi wartościami i postanowieniami. Poświęcenie czasu na jedną rzecz zawsze jest decyzją, by z jakiejś innej (a często z wielu innych) zrezygnować. Owszem, z czasem będziemy pracować nad automatyzacją danych czynności (dbając, by stały się dla nas nawykami i odciążyły naszą uwagę), jednak podstawą jest przyjrzenie się sobie i temu, jak wygląda nasze życie (a jak chciałybyśmy, żeby wyglądało). 

Ola rozprawia się więc z mitami dotyczącymi planowania i nawyków, zachęca do poświęcenia czasu na podstawy i zadbania o siebie, a dopiero później tłumaczy nam, w jaki sposób określać większe i mniejsze zadania oraz tworzyć harmonogramy. Wszystko to przeplatane jest przykładami z jej życia (zarówno prywatnego, jak i zawodowego), dzięki czemu jesteśmy jeszcze bliżej tematu, staje się on zupełnie "nieksiążkowy". 

Ja sama przeczytałam Jak zostać panią swojego czasu dwa razy. Najpierw dosłownie ją pochłonęłam (jak to zwykle mam z książkami, które mnie wciągają i fascynują), a potem usiadłam na spokojnie, żeby wypisać narzędzia i krok po kroku przyjrzeć się swoim celom. 

Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć o jednym szczególe, który pewnie dla ogółu niezbyt znaczący, u mnie wywołał mikrozachwyt. Cała książka jest bardzo spójna graficznie, zgodnie z brandem PSC. Jednym z wyróżniających się elementów są cytaty zajmujące całą stronę. I te cytaty, proszę Państwa, są w zupełnie innych miejscach książki, niż fragment, z którego pochodzą. Niby nic, ale mam już serdecznie dość książek, w których najważniejsza myśl jest wyróżniona na stronie obok lub nawet na tej samej, bo mam wtedy poczucie, że niepotrzebnie odrywałam wzrok od tekstu, żeby przeczytać drugi raz to samo. Tutaj to, co najważniejsze, bardzo przyjemnie nam się utrwala, jakby Budzyńska szeptała nam zza ramienia: Ale pamiętasz, co powiedziałam przed chwilą?!.

Kończąc ten wywód powiem, że zdecydowanie była to najprzystępniejsza książka do nauki zarządzania czasem, jaką miałam okazję czytać. Napisana prosto, sprowadzająca nas przy ziemi i ucząca konkretnych, praktycznych zachowań, które mają szansę stać się naszymi dobrymi nawykami. Oczywiście jeśli chcemy się czegoś nauczyć.


piątek, 17 maja 2019

Rok bez zakupów? || Cait Flanders – „Królowa oszczędzania”

Muszę się Wam przyznać, że podchodziłam do tej pozycji z ogromnym sceptycyzmem – no bo jak to, kupować książkę o tym, jak nie kupować rzeczy? Czy to aby nie tworzy sprzeczności już na starcie, jeszcze zanim przeczytamy pierwszą stronę? Namówiły mnie dopiero pozytywne recenzje na Instagramie (co, jak się szybko zorientowałam, jeszcze dobitniej świadczy o moich problemach z zakupami) i postanowiłam spróbować. Tym razem nie żałuję ani jednej wydanej złotówki.

Królowa oszczędzania to opowieść o roku bez kupowania (oprócz artykułów codziennej potrzeby). Jej autorka, Cait Flanders, jest kanadyjską blogerką, która prowadzi witrynę dotyczącą finansów. Jej internetowa kariera zaczęła się od pisania o wychodzeniu z długów, jednak, jak szybko się dowiadujemy, autorka miała znacznie więcej problemów. Alkoholizm, zadłużenie konsumpcyjne, kompulsywne kupowanie, przytłaczający bałagan... Trzeba przyznać, że przez dobrych kilka lat poświęciła naprawdę sporo czasu na wyprowadzanie swojego życia na prostą. Królowa oszczędzania jest zwieńczeniem tego procesu – po części próbą cofnięcia się wstecz i opisania całej historii, a po części uzupełnieniem bloga (który również należy do tych bardziej osobistych).

Na samym początku muszę powiedzieć, że bardzo spodobał mi się styl Cait Flanders – książka jest naprawdę angażująca i wciągająca, lektura zajęła mi dwa dni. To takie trochę pogaduszki z koleżanką w lekkim stylu; sposób pisania, który sprawia, że czytelnik cały czas jest zainteresowany tematem. Na treść książki składają się różne wątki: analiza przeszłości miesza się tu z relacją z kolejnych miesięcy zakupowego detoksu. Autorka opisuje jak pozbywała się zbędnych rzeczy, z jakimi wyzwaniami się mierzyła, a także jak caly projekt wpłynął na jej życie. Bardzo spodobało mi się jej podejście do tematu, mianowicie potraktowanie roku bez zakupów jako eksperymentu. Sądzę, że zdjęło to z jej barków spory ciężar, a wyniki zdecydowanie ją zaskoczyły. 

Przede wszystkim jednak jest to książka niesamowicie motywująca. I tak, mam świadomość, że motywacja do działania jest często krótkotrwała, ale sama bardzo lubię takie proste, pozytywne bodźcie. Nie opieram na nich oczywiście swojego działania (klucz do zwyciętswa to samodyscyplina), ale uważam je za szalenie przydatne. Wracając jednak do meritum: autorka w przyjemny sposób daje nam odczuć, że skoro jej się udało ograniczyć kupowanie rzeczy, to nie ma powodów, dla których nie miałoby udać się nam. Nie dlatego, że to modne, albo dlatego, że powinniśmy. Dlatego, że choćby którki detoks zakupowy pokazuje, jak wielu przedmiotów po prostu nie potrzebujemy.

I to właśnie ta prosta idea tak bardzo mnie przekonała. Jeśli i Was ciekawi podobna tematyka, albo po prostu chcecie poczytać o perypetiach kobiety, która postanowiła zrobić w swoim życiu ciekawy eksperyment, myślę, że ta książka może Wam się spodobać.


środa, 15 maja 2019

Natalia Knopek – „Miej umiar”



Nie jestem zbyt dobra w obszarach minimalizmu i slow life. Zdarza mi się oglądać na Youtubie filmiki na ten temat, ale z książkami nigdy nie było mi po drodze. Po przeczytaniu Minimalizmu po polsku i Sztuki prostoty złapałam traumę na miesiące (a nawet lata) i dopiero z Miej umiar wróciłam do tematu. Pierwsze podejście było nieudane A jednak wróciłam do tej książki po półrocznej przerwie i dzisiaj ją polecam. Dlaczego?

Zacznijmy od tego, kim jest autorka książki. Natalia Knopek to autorka bloga Simplife.pl i nauczycielka jogi. Na co dzień pisze, jak sam tytuł witryny wskazuje, o prostocie życia codziennego. O rytuałach, dbaniu o siebie, organizacji czasu, zdrowiu, podróżach i innych podobnych tematach. Moim zdaniem ma dar trafnego ujmowania idei w słowa – jej bloga czytam od lat, zawsze z ogromną przyjemnością. Mimo to moje pierwsze podejście do książki było nieudane; nie dałam rady się w nią wciągnąć ani czytając na jeden raz, ani dzieląc ją na tygodnie, zgodnie z założeniami autorki.

W tym miejscu warto wspomnieć, że Miej umiar jest czymś w rodzaju kursu, programu, który w idealnym świecie poprowadziłby nas przez rok przyglądania się poszczególnym obszarom naszego życia. Rozdziałów jest dokładnie 52, a każdy z nich stanowi pół-felieton, pół-lekcję na inny temat: od budżetu, pracy i posiadanych przedmiotów, poprzez zdrowie, dbanie o siebie i relacje z innymi, aż do naszego własnego, osobistego rozwoju. Poszczególne rozdziały nawiązują do siebie nawzajem i faktycznie tworzą wspólną ścieżkę; tematy są coraz głębsze i wymagające większego skupienia.

Oczywiście czytając książki tego typu, nie skorzystamy ze wszystkich kroków w nich zawartych. A raczej nie wszystkie zrealizujemy w 100%, bo skorzystać z wiedzy możemy na wiele różnych sposobów. Natalia nie daje nam z resztą gotowych rozwiązań i nie mówi, co mamy robić – raczej rzuca temat do przemyślenia; taki, któremu warto się przyjrzeć i samemu ocenić, czy w tym obszarze coś wymaga zmiany. Sądzę, że to właśnie z tego powodu odłożyłam tę książkę za pierwszym razem – przyzwyczajona do innego typu poradników oczekiwałam narzędzi, a nie inspiracji. Dopiero kiedy zaczęłam głębiej wnikać w poruszane tematy i przekładać je na swoje życie, coś zaczęło lepiej stykać i działać. Czytałam. Analizowałam. Robiłam notatki. I dopiero kiedy czułam, że wyczerpałam temat, przechodziłam do kolejnego kroku.

Dziś myślę sobie, że Miej umiar trafi na specjalną półkę w mojej biblioteczce. Mam takie książki, po które sięgam, gdy spada mi motywacja i widzę, że życie wymaga środków zaradczych, bo gdzieś popełniam błąd. Znajduję wtedy chwilę, by wrócić do znanych tematów, przeczytać którąś z pozycji jeszcze raz i poszukać źródła problemu. A potem wrócić na właściwe tory.


poniedziałek, 13 maja 2019

Robert Małecki – „Skaza”, „Wada” [przedpremierowo]



Wstyd się przyznać, ale jak do tej pory obecność Roberta Małeckiego na polskim rynku wydawniczym umykała mojej uwadze. Może na zbyt długo wycofałam się z czytania literatury, a może automatycznie autor podpiął mi się pod jeden kontakt z Jakubem Małeckim? W każdym razie żyłam sobie w błogiej nieświadomości do czasu pewnego maila z wydawnictwa Czwarta Strona, który wspominał o serii kryminalnej. Serii, o której również do tej pory nie słyszałam. Jako że kryminały i thrillery bardzo lubię (co nietrudno zauważyć, czytając naszego bloga), szybko postanowiłam nadrobić zaległości. I tak właśnie majówkę spędziłam w towarzystwie komisarza Bernarda Grossa.

Skaza i Wada to typowe współczesne kryminały, a w tej typowości nie ma absolutnie nic złego. Wręcz przeciwnie – jest ona gwarancją sukcesu, a czytelnikowi daje pewność, że historia wzbudzi w nim emocje. Mamy zatem komisarza policji, głównego bohatera, który bezskutecznie szuka spokoju po niewyjaśnionej sprawie z przeszłości. Mamy wiszącego nad nim demona w postaci żony, która po tragicznej napaści od wielu lat pozostaje w śpiączce, a jej obecność nie pozwala Grossowi zrobić kroku naprzód. Mamy też sprawy, które toczą się swoim własnym, dość powolnym rytmem, a mimo to maksymalnie angażują czytelnika. I wreszcie mamy zaskakujące, dobre zakończenia.

Uwielbiam zagadki, które konstruuje Robert Małecki. Zarówno w przypadku Skazy, jak i Wady punktem wyjścia dla fabuły jest współczesna śmierć: świeżo znalezione zwłoki lub tajemnicze miejsce zbrodni. Jednak wraz z kolejnymi stronami zaczynamy odkrywać fakty z coraz dalszej przeszłości. Czytelnik, podobnie jak komisarze, nie jest w stanie ich zintegrować, połączyć w całość, dzięki czemu odkrywanie tajemnicy jest tak satysfakcjonujące. I wciągające, bo nie chcemy odrywać się od lektury, kusi nas przeczytanie jeszcze jednej strony, jeszcze jednego rozdziału. A gdy książka dobiega końca, naszym oczom ukazuje się kompletna, wielowątkowa, dobrze umotywowana historia na którą patrzymy z uznaniem dla autora.

Satysfakcjonujące są również wątki poboczne związane z życiem komendy policji. Oczywiście najlepiej poznajemy komisarza Grossa i jego życie prywatne (autorzy kryminałów muszą naprawdę nie lubić swoich bohaterów, że zsyłają im na głowę takie nieprzyjemności), ale w książce przejawia się również kilka postaci drugoplanowych. Może nie domagają się one uwagi tak usilnie, jak na przykład w książkach Monsa Kallentofta, ale ich indywidualny rys jest wyraźny i wpływa na to, w jaki sposób prowadzą swoją część śledztwa.

Cóż, wszystko wskazuje na to, że mamy nowego kandydata to grona moich ulubionych autorów kryminałów! Poprzednia seria Roberta Małeckiego jest już u mnie, mam nadzieję, że będzie równie świetna, jak te dwa gagatki. I tak sobie myślę, że powinniśmy częściej czytać polskich autorów, bo chyba trochę ich nie doceniamy.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.
Premiera „Wady” 15 maja!

sobota, 11 maja 2019

Co nam radzą poradniki? || Michał Rusinek – „Niedorajda”



Myślałby człowiek, że to ledwie chwila minęła od czasu, kiedy poprzednio zaśmiewałam się w głos przy książce Michała Rusinka. Myślałby tak i myślał, a tu proszę – sprawdziłam i nie chwila, a prawie półtora roku! Jakby nie patrzeć sporo czasu, a niektóre żarty z Pypciów na języku wciąż pamiętam i wciąż wywołują uśmiech na mojej twarzy. Jeśli jeszcze tamtej książki nie znacie, polecam Wam ją serdecznie, a jeśli chcecie większej zachęty, tutaj znajdziecie moją opinię.

Tym razem Michał Rusinek bierze na tapet nie sytuacje codzienne, a poradniki; konkretnie porady wszelkiego typu, które można znaleźć zarówno w książkach, jak i w internecie. Znajdziemy tutaj rozdziały poświęcone męskości, seksualności, sprzedaży, stylowi (a dokładniej byciu paryżanką) i wielu, wielu innym tematom, które najwyraźniej na co dzień spędzają sen z powiek przedstawicieli społeczeństwa. Autor przytacza przeróżne cytaty (nierzadko stojące ze sobą w sprzeczności) i każdy z nich okrasza ironicznym, często złośliwym, ale zawsze zabawnym komentarzem. W ten sposób wytyka wszelkie nieścisłości, wskazuje na bezsensowność niektórych porad, a jednocześnie uświadamia nam, jak podatni jesteśmy na zawarte w poradnikach manipulacje.

Sama forma książki jest bardzo przyjemna i sprawia, że sięgamy po nią z chęcią. Rozdziały są dość krótkie, a dodatkowo składają się z niewielkich akapitów, które zwykle się ze sobą nie łączą, dzięki czemu możemy przerwać w dowolnej chwili, czytać choćby akapit na raz. Osobiście nie stosowałam jednak tej metody, bo książki starczyło mi na dwie podróże pociagiem, można więc powiedzieć, że czytałam ją ciągiem. I zaprawdę powiadam Wam: absolutnie mi się nie nudziła. Uwielbiam styl autora i to, w jaki sposób ujmuje rzeczywistość. Jedyne ostrzeżenie, jakie dla Was mam to: będziecie się śmiać. A śmianie się w głos w miejscach publicznych, wciąż jest, niestety, uznawane za dziwaczne.

Jeśli poradniki na co dzień Was bawią i trzymacie się od nich z daleka, książka Michała Rusinka z pewnością Wam się spodoba – będzie okazja do wyśmiania wielu niezbyt mądrych porad, jak również językowych wpadek. Jednak mój przykład pokazuje, że również fani poradników – oczywiście z odpowiednim dystansem – znajdą tutaj coś dla siebie. Ironiczny styl autora i celność uwag sprawiają, że nie mamy wyjścia, po prostu musimy śmiać się (często w głos). A to cenię sobie w książkach ponad wszelką miarę.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Agora.

wtorek, 7 maja 2019

Pia Mellody – „Toksyczne związki”

Za każdym razem, kiedy czytam świetną książkę psychologiczną, zastanawiam się, jak o niej opowiedzieć. Odczucia związane z lekturą są bowiem nie tylko intymne (choć z uzewnętrznianiem się w internetach nie mam specjalnego problemu), ale też bardzo subiektywne. Nie każdego przekona ten sam styl pisania, nie do każdego trafią te same słowa i nie każdy doceni konkretne podejście. Tym niemniej opowieść Pii Mellody uważam za ważną na tyle, by wspomnieć o niej na blogu; może komuś z Was wpadnie w oko i pomoże.

Toksyczne związki oparte są o autorski koncept Pii Mellody – teorię współuzależnienia. Podczas swojej praktyki psychologicznej autorka zaobserwowała, że istnieje bardzo wielu pacjentów głęboko przekonanych, że "coś z nimi jest nie tak". Zachowują się oni nieadaptacyjnie, reagują przesadnie i zdają się interpretować rzeczywistość zupełnie inaczej niż pozostali ludzie. Mają zachwiane poczucie własnej wartości, problemy z wytyczaniem granic, rozróżnianiem i zaspokanianiem potrzeb i pragnień, a także umiarkowanym wyrażaniem emocji. Wiele z tych zachowań koresponduje z objawami współuzależnienia, nawet jeśli pacjenci ci nie mieli w swoim życiu kontaktu z alkoholikami czy narkomanami. 

Zgodnie z podtytułem, książka opisuje "anatomię i terapię współuzależnienia", przy czym główny nacisk położony jest na pierwszy aspekt – dokładnie omówienie definicji i genezę powstawania zaburzenia. Autorka wskazuje na wiele konkretnych wydarzeń z dzieciństwa, które mają wpływ na rozwój u dziecka cech osoby współuzależnionej. Podczas lektury szybko pojmujemy, że sprawa nie dotyczy tylko skrajnych, odosobnionych przypadków. Autorka prezentuje nam również przykłady z własnego życia - ona również była osobą współuzależnioną.

Choć stworzona przez specjalistkę, książka napisana jest przystępnym językiem. Autorka jasno wyraża swoje myśli i omawia temat na tyle dogłębnie, że nie mamy większego problemu ze zrozumieniem jej intencji. Wiedza, którą pozyskujemy jest na bieżąco klasyfikowana, a sama teoria spójnie opisuje rzeczywistość. Niestety brakuje mi tutaj obszerniejszego omówienia sposobów działania, gdy dostrzegamy u siebie symptomy współuzależnienia. Choć we wstępie odnajdziemy myśl autorki dotyczącą wsparcia czytelników w samopomocy, w rzeczywistości nie znajdziemy tu zbyt wielu praktycznych wskazówek. Na szczęście nie jest to jedyna książka Pii Mellody – mam nadzieję, że kolejne okażą się bardziej praktyczne.

Na koniec mam jeszcze jedną myśl. Niestety nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić, jak będzie czytało się tę książkę całkowitemu psychologicznemu laikowi. Podejrzewam, że może to być dość trudna i żmudna lektura, więc lepiej sprawdźcie ją sobie przed zakupem.




czwartek, 2 maja 2019

Jakub Kuza – „Krótka historia jednego zdjęcia” [przedpremierowo]



Czy znacie fanpage Krótka historia jednego zdjęcia? Jeśli nie, proszę natychmiast przerwać lekturę tego posta i właśnie tam udać się w pierwszej kolejności! Musicie na własnej skórze przekonać się, o czym mowa. To raj dla fanów historycznych ciekawostek, jak również dla tych, którzy lubią merytoryczne dyskusje. Dzięki tej stronie mój strumień na Facebooku jest odrobinę mądrzejszy.

Ale do rzeczy. Krótka historia jednego zdjecia to strona prowadzona przez Jakuba Kuzę. Zgodnie z nazwą prezentowane są tam historyczne fotografie opatrzone krótkim komentarzem. Przekrój wydarzeń i dat jest przeogromny – znadziemy tutaj zarówno momenty powszechnie uznawane za ważne (już we współczesnych sobie czasach), jak i te, o których wartości zadecydował kontekst i późniejsze wydarzenia. Czasem są to zdjęcia znane, innym razem takie, na które nie miałabym szansy trafić nigdzie indziej. Sam opis, choć krótki, zwraca uwagę na wszystkie najważniejsze perspektywy. W prostych słowach zawiera celne ujęcie tematu.

Dowiadujemy się zatem, co tak naprawdę widzimy na zdjęciu i dlaczego sytuacja jest istotna dla jego bohaterów. Poznajemy kontekst, który nierzadko poszerza naszą perspektywę. Czasem otrzymujemy  również komentarz z perspektywy dzisiejszej wiedzy, np. dotyczący późniejszych skutków sytuacji, którą uwieczniono na fotografii. Ot, codzienna dawka ciekawostek. 

Książka wydana nakładem Wydawnictwa Znak to właściwie dokładnie ten sam content, który znajdziemy na fanpage'u. Ten sam, jeśli chodzi o typ, jednak nie pod względem treści, bo papierowa Krótka historia jednego zdjecia jest zbiorem fotografii, które, jak do tej pory, nie były publikowane na Facebooku. Dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się czegoś zupełnie nowego. Znajdziemy tu zdjęcia z wieku XIX, XX i XXI, a im bliżej czasów współczesnych, tym większe wrażenie robiły na mnie opowieści.

Nie mogłabym nie porównać tej książki do innego zbioru fotografii, który poruszył moje serce, mianowicie Humans of New York. Tamta książka, pełna zdjeć przypadkowo spotkanych na ulicy osób, również zawiera krótkie komentarze, zawierające ich historie. I choć wiele różni oba te sposoby przekazywania informacji, pokazują nam jedno i to samo – że za każdym zdjeciem stoi człowiek i jego opowieść. A ta, umiejętnie ujęta, potrafi złapać nas za serce.

Zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego będzie to must have, ale ja lubię takie przepiękne albumy, do których znacznie łatwiej mi wrócić. Wyszukiwanie czegoś na fanpage'u to droga przez mękę, a w przypadku ksiażki wystarczy minuta i łatwo wracam do zdjęcia, które przykuło moją uwagę. W dodatku do intelektualnej radości dochodzi ta z obcowania z przepięknym wydaniem. ;) A tak serio – w książce znajdziemy zdjecia, które nie pojawily się na stronie, wiec stanowi ona idealne uzupełnienie zawartych tam treści.  







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 10 maja!

wtorek, 30 kwietnia 2019

Katarzyna Miller – „Droga Kasiu, jak żyć lepiej?”

Gdybym miała wymienić jedno nazwisko, które definiuje ostatnich 12 miesięcy mojego czytelnictwa, musiałabym powiedzieć: Miller. W ciągu roku niespełna roku przeczytałam prawie wszystkie książki pani Kasi, jakie do tej pory ukazały się na naszym rynku. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, kiedyś pewnie opowiem Wam o tym bardziej szczegółowo w osobnym poście z podsumowaniem. Dziś jednak kilka słów o tej najnowszej, a zarazem piewszej, jaka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

W książce znajdziemy ponad 40 listów podzielonych na kategorie takie jak praca, dzieci, związki czy relacja z samym sobą. Czytelnicy opisują różne historie – zarówno prostsze, jak i bardziej skomplikowane – a Katarzyna Miller stara się odpowiedzieć na dręczące ich wątpliwości. Robi to z właściwą sobie lekkością i bezpretensjonalnością; niektórych traktuje łagodniej, jednak najczęściej mówi prosto z mostu, zawsze szczerze, choćby miało to być nieprzyjemne dla odbiorcy.

Udzielając kolejnych odpowiedzi autorka stara się każdemu problemowi nadać bardziej uniwersalny charakter, spojrzeć na niego z wielu różnych perspektyw. Dzięki temu więcej czytelników może utożsamić się z opisywaną sytuacją i wziąć z odpowiedzi coś dobrego dla siebie. To cenne i mam nadzieję, że dzięki temu wiele osób spojrzy inaczej na swoje problemy, być może poszuka pomocy, zawalczy o swoje życie. Jestem zachwycona, jak wiele listów zawartych w książce pochodzi od osób dojrzałych, którym się wydaje, że niewiele już mogą, a którym Katarzyna Miller mówi wprost: człowieku, tyle jeszcze życia przed tobą! 

Niestety nie jestem do końca przekonana co do formuły tej książki - może nie jest przeznaczona do pochłaniania za jednym podejściem, jak ja to zrobiłam, ale czytanie kolejnych rozdziałów było lekko męczące. Na każdy list pani Kasia odpowiada dokładnie tak, jakby kierowała odpowiedź bezpośrednio do nadawcy wiadomości. Samo w sobie jest to wspaniałe, bo osoba, która ów list napisała z pewnościa czuje się uszanowana i zaopiekowana. Niestety, kiedy czytamy takich rozdziałów pięć, dziesięć czy trzydzieści pod rząd, szybko męczymy się jednakowymi formułami retorycznymi, które rozpoczynają większość odpowiedzi. Pani Kasia odsłania niestety kalki, które usłyszeć możemy również w gabinetach psychologicznych: to bardzo ważny temat, cieszę się, że o tym wspominasz itp. Przez nie kolejne rozdziały stają się powtarzalne i nużące.

Muszę jeszcze wspomnieć, że bardzo podobał mi się aneks, który znajdziemy na końcu książki. Znajdziemy w nim lektury polecane przez panią Kasię, które mogą pomóc nam w rozwoju w różnorodnych obszarach. Dla mnie to wielka radość, bo do tej pory zdarzało mi się wertować przeczytaną książkę na zasadzie "przecież gdzieś tu była ta polecanka", a tu mam wszystko elegancko w jednym miejscu, podane na tacy do szybkiego zaglądnięcia.

Podsumowując – jeśli jeszcze nie czytaliście książek pani Kasi, polecałabym Wam wybrać jedną z poprzednich o dowolnej, interesującej Was tematyce. Jeśli zaś znacie temat i zastanawiacie się nad zakupem, powiem Wam kolokwialnie: nie ma spiny. Droga Kasiu, jak żyć lepiej? to nie jest jakiś wielki must read, który każdy czytelnik musi znać. Tematy są tu omówione raczej po łebkach i sporo w tej książce powtarzalności, która na dłuższą metę potrafi znużyć, nie z każdego listu możemy też bezpośrednio skorzystać. 






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Czy przeszłość dopadnie każdego? || Megan Miranda – „Co o mnie wiesz?”

Leah z dnia na dzień traci wszystko – karierę, chłopaka, znajomych. Na szczęście może jeszcze liczyć na Emmy. Razem przeprowadzają się do małego miasteczka, gdzie Leah zaczyna wszystko od nowa. Niespodziewanie w jej życiu pojawia się David Cobb, napastliwy adorator. Kiedy mężczyzna zostaje oskarżony o napaść na znalezioną w lesie w stanie krytycznym Bethany, Leah jest przerażona. Tymczasem Emmy nie wraca do domu. Leah zgłasza jej zaginięcie i dowiaduje się, że ktoś taki jak Emmy nie istnieje.

Leah, Bethany i Emmy są do siebie łudząco podobne. Bethany walczy o życie w szpitalu. Emmy zaginęła i nie pozostał po niej ślad. Leah już nie wie, kim tak naprawdę jest.

Naprawdę dawno nie czytałam thrillera (ba, własciwie żadnej książki "zmyślonej", czyli literatury, bo w ostatnich miesiącach na tapecie mam głównie poradniki) i nieco bałam się powrotu do tego gatunku. Na szczęście zupełnie niepotrzebnie. W opowieść Megan Mirandy wciągnęłam się bowiem od pierwszej strony i właściwie do samego końca byłam maksymalnie zaangażowana. To thriller o solidnie zbudowanych wątkach, ciekawych zwrotach akcji i zaskakującym rozwiązaniu, ma wiec wszystko, czego trzeba do sukcesu.

W swojej dynamice Co o mnie wiesz? przypominało mi bardzo Kobietę w oknie A.J. Finna (którą, swoją drogą, z całego serca Wam polecam). Co prawda tutaj nie mamy do czynienia z atmosferą paranoi, jednak sposób budowania napięcia jest bardzo podobny. Tak naprawdę do samego końca nie wiemy, co tak naprawdę sie wydarzyło, a główne zwroty akcji znajdziemy w ostatnich rozdziałach książki. Wcześniej badamy wątki, a nasz umysł pracuje na pełnych obrotach, jednak nie mamy szansy sami dojść do prawdy. Pomiędzy wciągającym początkiem, a porywającym finałem, mamy znaczne zwolnienie tempa akcji, kiedy to przyglądamy się sytuacji z pewnym dystansem; warto jednak przejść przez tę część, by dotrzeć do rozwiązania. 

Co o mnie wiesz? to książka ciekawa również dlatego, że chyba pierwszy raz niesamowicie wkurzająca postać nie dała rady zepsuć mi radości z lektury. Leah od początku była dla mnie zbyt asekuracyjna i zbyt siląca się na samodzielność, a mimo to autorce udało się zainteresować mnie jej historią. I choć mój stosunek do głównej bohaterki nie zmienił się aż do końca, lektura była prawdziwą przyjemnością. 

Na sam koniec muszę się jeszcze przyczepić do opisu okładkowego, który – jak to niestety często bywa – zdradza coś, co w zasadzie można uznać za spoiler. Rozumiem, że informacja o tym, że współlokatorka Leah nie figuruje w żadnych rejestrach (czyli, mówiąc wprost, nie istnieje), nadaje blurbowi dramatyzmu, jednak w książce zostaje podana wprost dopiero około połowy. Myślę, że zdradzanie jej czytelnikowi przed lekturą zabiera część frajdy.

Może nie jest to thriller o zapierającym dech w piersiach tempie i scenach, które mrożą krew w żyłach, jednak chcę oddać autorce sprawiedliwość, stworzyła bowiem naprawdę przyzwoitą powieść. To jedna z tych książek na jeden, może dwa wieczory, którą trudno odłożyć, kiedy już raz zaczniemy. Sądzę, że wielu fanom gatunku bardzo się spodoba.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

środa, 24 kwietnia 2019

Marcin Napiórkowski – „Mitologia współczesna”

Zauważyłam w moim życiu zabawną prawidłowość: kiedy Radzka na swoim kanale umieszcza inspiracje miesiąca, szansa na to, że złożę zamówienie w którejś z internetowych księgarni, znacznie się zwiększa. Trudno się dziwić – Magda poleca naprawdę zacne książki, które często poruszają interesujące dla mnie tematy. W dodatku nierzadko są to pozycje mniej znane i nie promowane jakoś szerzej; takie, na które nie miałabym szansy trafić w żadnych innych okolicznościach. 

Nie inaczej było na początku marca, kiedy to obejrzałam odcinek, w którym jedną z inspiracji była Mitologia współczesna. Choć na co dzień nie sięgam po książki socjologiczne, temat współczesnych mitów zawładnął moim sercem i dlatego też zdecydowałam się na lekturę. 

Pod względem tematyki książka Marcina Napiórkowskiego nie rozczarowuje. Znajdziemy tutaj 12 rozdziałów poświęconych współczesnym mitom, czyli powszechnie znanym, nieprawdziwym lub wyolbrzymionym opowieściom, które są skutecznie powtarzane, mają bowiem przynieść społeczeństwu określony cel. I to właśnie na owych celach (a co za tym idzie również przyczynach powstawania mitów) skupia się autor. No bo właściwie po co ludziom historia o kebabowym podziemiu? Albo o dzieciach grających w słoneczko? Autor celnie wskazuje na źródła owych historii, rozkładając na czynniki pierwsze ludzkie dążenia leżące u ich podstaw. Poszczególne rozdziały to właściwie odrębne prace naukowe, pełne źródeł, z których możecie skorzystać już po zakończeniu lektury.

Jeśli jesteście ciekawi, po co w ogóle ludziom mity i dlaczego te klasyczne, do których podchodzimy z przymrużeniem oka, zastąpione zostały innymi, tutaj znajdziecie zadowalające odpowiedzi. Mnie osobiście najbardziej podobał się rozdział o Reducie Ordona, który odnosi się bezpośrednio do naszej narodowej tożsamości. Ciekawe były również rozważania o naturze skandalu oraz o wizualizacjach lęku wobec obcych. Praktycznie za każdym razem, gdy siadałam do lektury, znajdowałam jakąś ciekawostkę, którą chętnie dzieliłam się z ludźmi w moim otoczeniu. 

Niestety oprócz wielu zalet, Mitologia współczesna posiada również znaczącą wadę, przez którą nie zachwyca, a rozczarowuje. Jest nią język, jakim operuje autor – ciężki, hermetyczny, akademicki. Nie wiem, na jakiej podstawie wydawca w opisie wydawniczym określił tę książkę jako napisany przystępnym językiem przewodnik, ale w rzeczywistości mamy do czynienia z tekstem, przez który raczej się brnie niż płynie. Owszem, Marcin Napiórkowski jest mistrzem płynnej parafrazy (kto pisał jakąkolwiek pracę naukową, z pewnością wie, o czym mówię - swobodne łączenie własnych myśli z fragmentami wypowiedzi innych jest niezwykle ważne), jednak to zbyt mało, by uczynić tekst atrakcyjnym. Zdecydowanie nie jest to pozycja popularnonaukowa.

Czy jest to książka interesująca? Z pewnością. Czy poszerza nasze horyzonty? Bezapelacyjnie. Czy poleciłabym ją znajomym? Nie bezkrytycznie. Choć nie spotkałam się dotąd z tak ciekawym ujęciem tematu, forma, w jakiej jest ujęta Mitologia współczesna skutecznie mnie od niej odstrasza; tak skutecznie, że porzuciłam ją, zanim zapoznałam się z ostatnimi dwoma rozdziałami. Wielka szkoda, bo spojrzenie autora było naprawdę ciekawe.


poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Agnieszka Jucewicz – „Czując”



Emocje. Większość z nas wie, czym są, potrafi je nazwać i rozróżnić – przynajmniej w teorii. Schody zaczynają się w momencie, w którym mamy odpowiednio zidentyfikować własne przeżycia lub, co gorsza, dostrzec, co tak naprawdę je wywołało... Choć w podręcznikach akademickich łatwo znajdziemy definicje wkazujące, czym jest miłość, lęk, wstyd czy smutek, w realnym życiu wszystkie te emocje współistnieją tak blisko, że ciężko jest oddzielić je od siebie. Dlatego też, cytując myśl przewodnią książki Agnieszki Jucewicz, ważne jest, żeby mieć taką przestrzeń w głowie, w której można myśleć o tym, co się czuje.

Czując to zbiór wywiadów z psychologami i psychoterapeutami, z których każdy dotyczy innej emocji: wdzięczności, miłości, zazdrość i zawiści, poczucia winy i krzywdy, lęku, złości, radości, pokory, straty, współczucia, wstydu, nudy, euforii, namiętności, bliskości, przyjemności i smutku. Mimo że każdy rozdział książki jest zupełnie inny (co wynika chociażby z różnych rozmówców), nie odczułam między nimi większej dysproporcji. Agnieszka Jucewicz jest jedną z tych osób, które potrafią zadawać właściwe i celne pytania, które pozwalają na skierowanie rozmowy na odpowiednie tory. Dzięki temu z każdego tematu i, mówiąc kolokwialnie, z każdego gościa, wyciśnięte zostaje maksimum.

O czym zatem rozmawiają autorka i jej goście? Z poszczególnych rozdziałów możemy dowiedzieć się między innymi, jaka jest charakterystyka danej emocji, co ją wywołuje i z jakimi uczuciami możemy łatwo ją pomylić. Bardzo podoba mi się to, że główne zagadnienia opisane są z wielu różnych perspektyw, a nie tylko w najpowszechniejszym ujęciu. Emocje powszechnie uważane za negatywne (jak np. złość, smutek. nuda), ukazane są również w pozytywnym kontekście, jako katalizatory naszego działania. Ponadto forma dialogu sprawia, że książka jest bardzo lekka w odbiorze, a czytelnik ma wrażenie, że uczestniczy w swobodnej wymianie myśli.

Pisząc o Czując, nie mogłabym nie wspomnieć o fenomenalnej oprawie graficznej. Książka jest solidna, wydana na grubym papierze, a każdy rozdział otwiera wizualizacja danej emocji, której autorem jest Arobal, czyli Bartek Kocięba (odkrycie jego pracy poczytuję za kolejną wielką zaletę, jaką dała mi lektura tej książki). To coś więcej niż po prostu grafiki – świetnie współgrają z tematem i... no cóż, mnie przenikają na wskroś.

Jednym słowem – polecam. Nie tylko tym, którzy z zapałem drążą temat emocji. Sądzę, że dzięki przyjemnej formie każdy jest w stanie wziąć z tej książki coś dla siebie.


piątek, 8 lutego 2019

"Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze"

Dwoje poetów, dwoje ludzi niezwykle wrażliwych i intensywnych w swoim czuciu i pojmowaniu świata. Dwoje artystów pióra, którzy swoje myśli i uczucia przelewali na papier tak celnie, że czasem niebezpiecznie boleśnie. Dwie wielkie osobowości i dwie miłości  bo choć uczucie ich łączyło, to każde kochało zupełnie inaczej. 


Takie talenty, takie urody, takie inteligencje i takie poczucia humoru zdarzają się raz na 100 lat. Obydwoje byli dziećmi szczęścia obdarzonymi przez los więcej niż talentem. Geniuszem. Czyli kłopotem. [Magda Umer]


Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora towarzyszą mi przez całe życie. Ich piosenki to te, na których się wychowałam i którym zawdzięczam pasję do słów  ich brzmienia, wyrazu i siły sprawczej. I choć poezja rzadko jest w stanie zawładnąć moim sercem, ich zdania mialy tę niezwykłą moc. Nic dziwnego, że w końcu zaczęłam sięgać głębiej i lepiej poznawać historię tych postaci, ani że droga ta zawiodła mnie w końcu właśnie do wpólnego epizodu dwojga wybitnych poetów. Czy dwie tak niezwykłe osoby, żyjące w tym samym czasie i kraju, mogłyby nigdy się nie spotkać? Mnie wydaje się to absolutnie niemożliwe!

Listy na wyczerpanym papierze to nie jest zwykła książka. Tak naprawdę książką czyni ją jedynie fizyczna forma w postaci okładki i stron, no i wnętrze, które opowiada pewną historię. Jestem zachwycona tym, że dzieci poetów (tu wielki szacunek zwłaszcza dla Magdy Umer!) zdecydowały się na wydanie tak śmiałe i tak niezwykłe. W książce znajdziemy listy, które Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora wymieniali w latach 1964-66. Listy spisane, ale też przedrukowane, pozostawione w formach oryginalnych, uzupełnione o zdjęcia i wzbogacone drobnymi komentarzami kontekstowymi. 

Ach, ileż wspaniałości bije z tych słów, jaka paleta emocji jest w nich zawarta! Radość, niepokój, złość i tęsknota, ironia, humor... Listy na wyczerpanym papierze stanowią hołd nie tylko dla miłości, ale również dla zapomnianej już sztuki epistolografii  bo komu dziś chce się tak bawić słowem, by jak najbarwiej wyrazić swoje uczucia? Tutaj znajdziemy nie tylko piękne opisy, ale również wyjątkowe wiersze, tworzone i dodawane jakby mimochodem, przekazujące informacje nieco mniej wprost. Dedykowane tej jednej, konkretnej osobie, wyjątkowe, często z humorem komentujące świat.  

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że Listy... czyta się jak powieść. Owszem, wpadamy w ich świat i zatracamy się w nim, ale wciąż jednak bliżej im do poezji niż do prozy. Kazdy kolejny wywołuje (a przynajmniej u mnie wywoływał) wiele emocji i przemyśleń, więc robimy pauzy, by znów na chwilę wrócić do lektury. 

Obyśmy mieli więcej tak niezwykłych opowieści o miłości. 


wtorek, 1 stycznia 2019

Moje ukochane poradniki + książki rozwojowe do przeczytania w 2019 roku



Dokładnie 3 lata temu, 1 stycznia 2016 roku, publikowałam dla Was tego posta. Wymieniłam w nim kilka poradników, które były dla mnie bardzo ważne. Z niektórych z nich korzystam do tej pory! Jako że początek roku to czas postanowień i planów, do których nierzadko potrzebujemy motywacyjnego kopa, postanowiłam nieco tę listę zaktualizować i pokazać Wam kilka książek, które w minionym roku w jakiś sposób zmieniły moje spojrzenie na świat. Wszystkie dotyczą tematów ważnych i łączy je istotna cecha, jaką jest lekkość pióra autora.