wtorek, 31 grudnia 2019

2019. Ten rok był wspaniały, bo...



Stało się  dziś wieczorem bezpowrotnie pożegnamy 2019 rok. Pewnie większość z nas, niezależnie, czy wieczorem wyjdzie na imprezę, czy przed hucznym świętowaniem schowa się pod kocem, zrobi z tej okazji mniejsze bądź większe podsumowania. Zastanowimy się, co nam nie wyszło, a także  mam nadzieję, że przede wszystkim!  co wspaniałego przyniosło nam minione 12 miesięcy.

Kilka szczęśliwostek z mojego 2019:

  • Naprawdę mocno "poszłam w kulturę". Choć wszystkie działania dość płynnie rozłożyły się w czasie, zebrane razem dały niezły wynik. Oprócz setki przeczytanych książek wreszcie zaczęłam regularnie czytać komiksy i opracowania o nich, żeby wyłapywać więcej nawiązań. Byłam na kilku koncertach i sztukach teatralnych, a także na dwóch konwentach, na których śmigałam na naprawdę ciekawe prelekcje. Zaczęłam na nowo interesować się historią filmu. Patrzę na to wszystko i nadziwić się nie mogę, czuję z tego powodu naprawdę dużą satysfakcję. 
  • Nie jestem pewna, czy odkryłam (nie pamiętam, kiedy się zaczęło), ale na pewno wdrożyłam Budzyńską, czyli metody zarządzania sobą w czasie prosto spod ręki Pani Swojego Czasu. Choć myślałam, że nigdy nie uda mi się spiąć tyłka i robić tego co do mnie należy efektywniej, krok po kroku zaczęłam robić postępy. W codziennej produktywności widzę olbrzymią różnicę, a w 2020 roku będę pracowała nad realizacją długofalowych celów, bo odraczanie gratyfikacji i ciężka praca to tematy całkowicie mi obce.
  • Pierwszy raz w życiu pojechałam gdzieś całkiem sama. I to może brzmieć głupio, biorąc pod uwagę, że mam 27 lat, ale rzeczywiście nigdy dotąd nie zaliczyłam wyjazdu, na którym zarówno podróż, jak i czas na miejscu spędzałabym wyłącznie w pojedynkę. Toruń i Copernicon to było oczywiście w miarę bezpieczne (bo znane) środowisko, ale powolutku, pierwsze koty za płoty!
  • Realnie machnęłam ręką na kilka znajomości, które mnie spalały. Na pewno znacie frazesy, że "nie jesteśmy zupą pomidorową, żeby nas wszyscy lubili" i żeby nie angażować się zanadto w relacje, które wydają się nie mieć żadnego sensu. To wszystko pięknie brzmi w teorii, ale w praktyce ciężko jest odpuścić, zwłaszcza jeśli mowa o osobach, które znamy dłużej niż miesiąc czy dwa. Mnie chyba w końcu udało się pogodzić z tym, że życie zmienia się na każdym kroku i nie wszystkie znajomości muszą być na zawsze.

A Tobie co się udało w 2019? Mam nadzieję, że miniony rok rzeczywiście był wspaniały, a 2020 będzie jeszcze lepszy, czego sobie i Wam życzę.


niedziela, 29 grudnia 2019

Najlepsze książki 2019 roku



Przyznam, że miałam poważną zagwozdkę z tym, jakie książki wybrać do tego zestawienia. W poprzednich latach zwykle pomysły same pchały mi się do głowy, a w tym... no cóż, niekoniecznie. Najlepsza pozycja, jaką przeczytałam w 2019 roku to niezły staroć – polską premierę miała w latach 70-tych ubiegłego wieku, a ja do podsumowań staram się wybierać pozycje wydane w ciągu minionych 12 miesięcy. Niestety na tle Ojca chrzestnego wszystkie inne książki wypadają blado. Chciałam, żebyście mieli to na uwadze.

Ostatecznie spięłam się jednak, siadłam do listy przeczytanych książek i gruntownie ją przejrzałam, żeby wybrać perełki, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie są może perfekcyjne, ale bardzo dobre; no i każdą z ręką na sercu jestem w stanie Wam polecić. Poniżej znajdziecie listę z krótkimi opisami, a tytuły oraz zdjęcia są linkami prowadzącymi do recenzji – ot, gdybyście chcieli dowiedzieć się o którejś czegoś więcej.





Miałam w tym roku w rękach kilka przyzwoitych kryminałów, ale najbardziej w pamięć zapadła mi właśnie Wada. To przyzwoicie skonstruowana powieść z ciekawą zagadką, w sam raz dla tych, którzy lubią powolne odkrywanie historii i wątki, w których elementów układanki musimy szukać w przeszłości. Zarówno książka, jak i bohaterowie skonstruowani są dość klasycznie, ale to zaleta, a nie (nomen omen) wada - dzięki temu książka jest "pewna", ale absolutnie nie wtórna czy przewidywalna.

Już w styczniu premiera trzeciego tomu (bo Wada jest środkowa w tej bardzo dobrej serii). Już nie mogę się doczekać!




To zdecydowanie nie jest pozycja dla każdego – ci, którzy mają tendencję do nadmiernego zamartwiania się i panikowania, mogą śmiało przejść do następnej książki w zestawieniu. Ale jeśli jesteście fanami opowieści o chorobach i ich rozprzestrzenianiu, zwłaszcza jeśli chodzi o współczesne mechanizmy, lekturę polecam Wam z całego serca.

Książka Soni Shah to opowieść pełna ciekawostek, ale też rzetelnej wiedzy z zakresu epidemiologii. Dowiadujemy się, w jaki sposób życie społeczne i polityka wpływają na rozprzestrzenianie się chorób, jak to się dzieje, że uśpione wirusy wracają i w jaki sposób zagrażają nam dzisiaj. Epidemia potrafi przerazić, ale też wciąga jak najlepszy kryminał. Moim zdaniem warto zaryzykować.



Obecność książki Amy Morin w tym zestawieniu nie powinna nikogo dziwić  w zeszłym roku również chwaliłam jeden z napisanych przez nią poradników. Jak widać autorka nie wyczerpała jeszcze tematu, bo kolejna książka trzyma poziom poprzednich i zawiera wartościowe treści.

Tym razem tematem przewodnim są kobiety i to, jak radzą sobie we współczesnym świecie. Podobnie jak w przypadku poprzednich publikacji autorki, tutaj również znajdziemy 13 rozdziałów poświęconych poszczególnym zagadnieniom związanym z naszym codziennym życiem. Zgodnie z myślą przewodnią tytuł każdego z nich zawiera negację, jednak nie nadaje to książce charakteru antyporadnika. Wręcz przeciwnie, poszczególne rozdziały stanowią skarbnicę pozytywnej wiedzy, popartej wieloma świetnie opracowanymi przykładami pacjentów (a w przypadku tej książki pacjentek), odwiedzających gabinet autorki na przestrzeni lat.



O, ta książeczka, to jest prawdziwy hit! Niepozorna, malutka, z minimalistyczną okładką – bardzo łatwo ją przeoczyć, gdy przeglądamy półki w księgarni. A jednak warto się nią zainteresować, bo skłania czytelnika do refleksji i pozwala na głębsze przemyślenia.

W kilku tematycznych rozdziałach zawierają się dialogi między dwojgiem psychologów, którzy dzielą się doświadczeniami i spostrzeżeniami na temat kobiecości. Dwie odmienne perspektywy, zarówno zawodowe, jak i płciowe, sprawiają, że opowieść jest pełniejsza i ciekawsza, a my jako czytelnicy mamy okazję ustosunkować się do zdań obojga autorów. Na przestrzeni niecałych 200 stron znajdziemy 10 rozdziałów poświęconych rozmaitym aspektom kobiecości: od córeczek tatusia, poprzez wykorzystywanie stereotypów, seks, macierzyństwo aż do wchodzenia w rozmaite relacje.



Na koniec zostawiłam thrillerową perełkę, co do której starałam się nie mieć oczekiwań (sami wiecie, jak to jest z książkami, które pojawiają się wszędzie – nie zawsze są tak dobre, jak mówią). I dzięki temu byłam bardzo pozytywnie zaskoczona! To książka niebanalna, wykorzystująca ciekawy, a jednocześnie mało eksploatowany w literaturze motyw, jakim jest relacja terapeuty i pacjenta, która z założenia powinna opierać się na dużej dawce zaufania.

W przypadku Anonimowej dziewczyny mamy dwie mocne bohaterki, subtelnie budowaną między nimi więź, a także zwroty akcji tak niespodziewane, że wywołują bardzo dużo emocji. Coś wspaniałego, ja dosłownie tę książkę pochłonęłam! I bardzo zazdroszczę wszystkim, którzy odkrywanie tej opowieści mają jeszcze przed sobą.


Ode mnie tyle, a teraz Wy dajcie znać, jakie książki z 2019 roku najbardziej Was zachwyciły! Chyba wszyscy szukamy inspiracji czytelniczych na 2020. ;)


piątek, 27 grudnia 2019

Gabriella Contestabile – „Włoszki” [przedpremierowo]

Jeszcze nie tak dawno zachwycałyśmy się francuskim szykiem i nonszalancją, niedbałym, acz dopracowanym stylem i seksowną pewnością siebie. Na rynku pojawiło się wówczas wiele pozycji z pogranicza mody, stylu życia, a nawet wychowania dzieci. Dziś świat zwraca się nieco bardziej na południe, gdzie pewne siebie, niezależnie i temperamentne Włoszki wszystkimi zmysłami czerpią z życia to, co najlepsze. To właśnie o nich miała być książka Gabrielli Contestabile. 

Czemu "miała być", a nie "jest"? Ano dlatego, że Włoszki to w znacznej mierze książka autobiograficzna. Autorka za punkt wyjścia dla tego, jakie są mieszkanki Italii i co je ukształtowało, przyjęła historię swoją oraz swojej rodziny. I właściwie nie ma w tym nic złego - w końcu każdy w swoim pojmowaniu rzeczywistości jest subiektywny i działa przez pryzmat własnych doświadczeń, tutaj jednak jest tego zbyt wiele, przynajmniej dla mnie. Biografie nie są moim ulubionym typem książek, a gdy dotyczą osób, których nie znam i których życie – będę szczera – w ogóle mnie nie obchodzi, męczę się podczas lektury niesamowicie. 

Autorka pisze zatem nie tyle o Włoszkach w ogóle, co raczej o swoich bliskich Włoszkach, które zna i obserwuje na co dzień. Gdzieś pomiędzy wątkami z własnego życia wplata elementy historii Italii, opowieści o tym, jak rozwijała się tamtejsza branża modowa (tłamszona na początku przez francuskie haute couture), a także refleksje dotyczące tamtejszego życia codziennego. To zdecydowanie ciekawsza i bardziej wciągająca część, przynajmniej w moim odczuciu. Niestety nie jest tego zbyt wiele, a poszczególne tematy są raczej wspomniane niż omówione, przez co podczas lektury miałam uczucie ciągłego niedosytu. Przywoływane smaki i wydarzenia mają chyba tylko przypominać, o jakim klimacie mowa.  

Czy polecam bądź odradzam lekturę? To zależy, czego szukasz. Jeśli sięgając po Włoszki będziesz liczyć na coś w rodzaju poradnika czy przewodnika podobnego do popularnych książek o Francuzkach, dopiero druga połowa książki ma szansę spełnić Twoje oczekiwania. Znajduje się tam znacznie więcej konkretnych informacji i porad, bardzo ogólnych i uniwersalnych, jak to bywa w tego typu opowieściach. W pozostałych rozdziałach też się one pojawiają, ale nie są podane wprost.

To będzie ciekawa książka również dla tych osób, które lubią klimatyczne historie i nie przeszkadza im, że czytają o życiu zupełnie obcych ludzi. Sądzę, że wiele osób odnajdzie tu ciekawe elementy i da się porwać opowieści Gabrielli Contestabile. Opowieści, dla której, moim zdaniem, Włochy stanowią tylko tło.







Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.
Premiera 15 stycznia!

wtorek, 24 grudnia 2019

Anders Hansen – „Wyloguj swój mózg” [przedpremierowo]

Święta to idealny czas, by pomyśleć o naszym bywaniu w świecie wirtualnym. I choć nie jestem zwolenniczką wszelkich detoksów (polegających na przykład na nie korzystaniu z mediów społecznościowych przez ileś dni), to zgadzam się, że jest coś niepokojącego w tym, że wiele z nas po prostu nie wyobraża sobie nawet jednego dnia offline. Żyjemy w świecie wielu bodźców, a telefon komórkowy i jego funkcje, zaprojektowane z resztą tak, by przyciągać naszą uwagę, dostarcza nam kolejnych. Nie pozostają one obojętne dla naszego mózgu.

Szwedzki psychiatra Anders Hansen w swojej książce stara się opisać nam, w jaki sposób nasz mózg radzi sobie w świecie, do którego nie jest w pełni przystosowany. Autor wskazuje, że postęp technologiczny, jaki dokonał się na przestrzeni ostatnich lat, jest jedną z największych i najszybszych zmian, jakie miały miejsce w całej historii ludzkości. A człowiek, choćby nie wiadomo jak się starał być istotą wzniosłą i duchową, jest w znacznej mierze zależny od własnej biologii, a konkretnie funkcjonowania mózgu. Ten z kolei jest narządem wolno adaptującym się do warunków zewnętrznych. 

Mówiąc krótko: postęp jest w stanie dokonać się w czasie jednego czy dwóch pokoleń. Ale ewolucyjna adaptacja mózgu już nie.

Muszę przyznać, że podczas lektury poznałam wiele ciekawych faktów. Autor przytacza wyniki rozmaitych badań i analizuje je pod kątem teorii ewolucyjnych i adaptacyjnych. Bardzo zainteresowały mnie hipotezy dotyczące depresji jako jednego z mechanizmów immunologicznych, a także eksperymenty dotyczące telefonu jako biernego rozpraszacza (tzn. że sama obecność telefonu jest dla naszego mózgu angażująca, nawet jeśli nie wyświetlają się na nim żadne powiadomienia). Ucieszyło mnie również, że autor sporo miejsca poświęcił mitowi podzielnej uwagi - wciąż spotykam osoby, które uparcie twierdzą, że coś takiego istnieje, podczas gdy wiele naukowych badań udowodniło już, że tak naprawdę mózg może jedynie szybciej bądź wolniej przełączać się między poszczególnymi zadaniami, co jest dla niego bardzo angażujące i obciążające.

Co ciekawe, mimo szumnego tytułu w trybie rozkazującym (przynajmniej po polsku), Hansen nie skupia się w swojej książce na zachęcaniu, czy, broń Boże, zmuszaniu nas do czegokolwiek. Wyloguj swój mózg to opowieść dość neutralna w treści, która wiele pozostawia samemu czytelnikowi - w żadnym miejscu nie odczułam, że autor mówi mi, co powinnam robić i jak poprowadzić swoje życie. Myślę jednak, że ta książka może przynieść wiele pozytywnych zmian. Uświadomienie sobie, jak trudne jest dla naszego mózgu przystosowanie się do pełnego bodźców świata, który zmienia się jak w kalejdoskopie pozwala zrozumieć wiele codziennych spraw. Być może okaże się, że niektórym pomoże w skupieniu schowanie telefonu do szuflady, a inni docenią wartość ruchu i postanowią wygospodarować na niego dwa popołudnia w tygodniu. 

Niezależnie czy planujemy wcielać w życie jakieś zmiany, czy też chcemy poszerzyć swoją wiedzę o adaptacyjnych funkcjach mózgu, książka Andersa Hansena jest dobrym wyborem. Autor jest dobrym gawędziarzem i w ogóle nie odczuwamy, że mamy do czynienia z książką pełną naukowych treści. Poza tym tematyka jest bardzo bliska naszej codzienności. Mnie książka spodobała się na tyle, że w 2020 na pewno sięgnę po pozostałe teksty autora. W Polsce mamy dwa: Projekt zdrowie oraz W zdrowym ciele zdrowy mózg.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 15 stycznia!

wtorek, 10 grudnia 2019

Szymon Hołownia, Marcin Prokop – „Pół na pół”

Pewnie już o tym wspominałam, ale bardzo rzadko sięgam po biografie. Co do zasady nie interesuje mnie życie innych ludzi, nawet tych najbardziej znanych, poza tym bardzo trudno jest mi się zainspirować czyjąś drogą. Gdy już wpada w moje ręce opowieść o historii jakiejś znanej postaci, zwykle kusi mnie ona nie samym bohaterem, a wartością dodaną, na przykład w postaci humoru lub szczególnego spojrzenia autora na świat. 

W przypadku duetu Hołownia&Prokop taką spodziewaną wartością są pewne spostrzeżenia na temat szołbiznesu, kondycji społeczeństwa i życia codziennego, nierzadko bardzo trafne i okraszone odpowiednią dawką żartu. Obu Panów bardzo lubię i cenię, czytałam też poprzednie książki, które tworzyli w duecie: Bóg, kasa i rock'n'roll oraz Wszystko w porządku. I choć żadna z nich nie była tak bardzo biograficzna, jak Pół na pół, wszystkie trzy są zasadniczo do siebie podobne: w formie i sposobie wypowiedzi ich autorów. 

Tym razem punktem wyjścia dla opowieści jest dzieciństwo obu Panów, które przypadło na lata komunistycznego kryzysu i z tego względu jest wyjątkowo wdzięcznym tematem do opowieści (przynajmniej moim zdaniem). Autorzy starają się dotrzeć do tego, co i w jaki sposób ukształtowało ich osobowości oraz wartości, którymi kierują się w życiu codziennym. W następujących po sobie rozdziałach przepytują się wzajemnie w temacie kolejnych etapów dzieciństwa i dorastania. Choć ich zawodowe losy splotły się więcej niż raz, czytelnik nie będzie zaskoczony, że podejściem do życia i poglądami Panowie różnią się znacznie, przynajmniej w niektórych kwestiach. Dzięki temu dyskusja jest barwna i dynamiczna.

Od samego początku widziałam wyraźną różnicę między rozdziałami – te dotyczące Marcina Prokopa spodobały mi się znacznie bardziej. Powody są dwa. Jego historia, domowe realia, a także osobowość są mi znacznie bliższe niż dzieciństwo Szymona Hołowni, więc łatwiej było mi się utożsamić z opowiadaną historią, przynajmniej w jakimś stopniu. Poza tym to Hołownia jest w tym duecie zdecydowanie lepszym słuchaczem, więc rozdziały, w których to on stawał w roli dziennikarza, wydawały mi się znacznie przyjemniejsze. Choć obaj Panowie mają tendencję do przerywania wypowiedzi kolegi żartami, często złośliwymi (taki już urok ich relacji), Marcinowi Prokopowi takie wtrącenia zdarzają się zdecydowanie częściej. Mniej jest w nim ukierunkowania na drugą osobę, towarzyszenia jej w opowieści, a więcej oceniania i wpychania na siłę w rozmaite umysłowe szufladki. 

Na szczęście w miarę upływu kolejnych stron, gdy autorzy przechodzą od dzieciństwa do późniejszych lat, granice między rozdziałami coraz bardziej się zacierają. Wspólne doświadczenia sprawiają, że Panowie nie muszą już tak mocno starać się zrozumieć życiowej sytuacji drugiej strony, a mogą sobie pozwolić na swobodniejszą wymianę myśli, co zdecydowanie służy całej książce. Im dalej, tym więcej rozważań o tym, jak na przestrzeni lat zmieniało się dziennikarstwo, a także społeczeństwo, co obserwujemy na przykładzie pojawiających się na rynku a następnie znikających programów, gazet czy innych mediów. Jako czytelnicy mamy okazję zajrzeć za kulisy i lepiej zrozumieć popkulturowe mechanizmy.

Nie będę ukrywała, że rozmowę Szymona Hołowni i Marcina Prokopa czytałam z przyjemnością. Oprócz historii autorów, miałam też okazję zaobserwować ich wymianę myśli i doświadczeń, a wszystko to w bardzo lekkim stylu. Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę i uważam, że była naprawdę ciekawą lekturą.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 8 grudnia 2019

Katarzyna Kłosińska, Michał Rusinek – „Dobra zmiana” [przedpremierowo]

Kiedy wypatrzyłam tę książkę w zapowiedziach, miałam co do niej bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony staram się jak tylko mogę unikać tematów związanych z polityką – w myśl zasady, że źródła nerwów należy ograniczać do minimum, trzymam się z daleka od tego, co rozpala serca i umysły rodaków. Z drugiej zaś, mam niezwykle dużo sympatii dla pana Michała Rusinka i jego polonistycznych opowieści; jego nazwisko na okładce zawsze sugeruje mi, że dowiem się czegoś ciekawego, a przy okazji będę miała okazję nieco się pośmiać. Uznałam więc, że tym razem lekko nagnę przyjęte zasady i sprawdzę, co też autorzy mają do powiedzenia o języku rodzimej polityki. 

Od razu muszę powiedzieć, że książka jest zupełnie inna niż sobie wyobrażałam. Chyba miałam nadzieję na jakąś formę rozmowy między autorami albo luźniejszy tekst, który będzie efektem ich współpracy. Tymczasem Dobra zmiana to coś na kształt słownika, leksykonu znanych pojęć i powiedzeń z polskiego politycznego podwórka. Pół biedy, gdyby poszczególne definicje/opisy były w jakiś sposób dowcipne czy błyskotliwe; niestety w zdecydowanej większości przypadków to po prostu wyjaśnienia kiedy i w jakich okolicznościach dane sformułowanie zostało użyte i dlaczego zyskało tak dużą sławę, że pamiętamy o nim do dziś. Znajdziemy tam również naukowe w formie i treści dywagacje nad etymologią i wszelkimi odniesieniami, z jakimi wiążą się te pojęcia, a także szeroką bibliografię, z której korzystali autorzy podczas swoich badań. 

Kilkukrotnie miałam już styczność z podobną formą w tekstach prof. Bralczyka (500 zdań polskich, 1000 słów) i niestety nie jestem jej wielką fanką. Wspominałam o tym już przy okazji Dzieci czasu Eduarda Galeano: jak już siadam do książki, to czytam ją ciągiem przez godzinę, dwie, trzy. Sięganie po jakąś pozycję tylko po to, żeby przeczytać dwie strony, a potem odłożyć ją na kolejny dzień jest dla mnie kompletnie bez sensu. Z drugiej strony, gdy czytam wszystkie te leksykalne pozycje ciągiem, czuję się, jakbym pochłaniała encyklopedię – jeden fragment zupełnie nie łączy się z innym, a natłok wiedzy sprawia, że przestaję cokolwiek kojarzyć. 

Wychodzi na to, że przez własną nieuwagę chwyciłam za książkę, która nie miała prawa spełnić moich oczekiwań. Skusiło mnie nazwisko autora, którego bardzo lubię za humor i lekkie pióro, nie doczytałam jednak dość poważnych informacji z opisu okładkowego, że książka to "wynik wnikliwych obserwacji i badań prowadzonych przez Katarzynę Kłosińską i Michała Rusinka w latach 2015-2019 układający się w słownik języka władzy tego okresu". 

Dla kogo zatem nada się Dobra zmiana? Ciężko mi to jednoznacznie określić. Pod względem językowym książka jest dość wymagająca – czyta się ją jak podręcznik czy leksykon pełen specjalistycznego słownictwa, zdecydowanie nie jest to beletrystyka. Sama forma również nie pomaga w płynnej i przyjemnej lekturze. W moim odczuciu nie jest to pozycja dla każdego, kto interesuje się polityką, bo wielu z nas po prostu przez tę książkę nie przebrnie. Ale jeśli macie polonistyczne ciągoty i interesuje Was bardziej naukowe podejście do języka polityki, sięgajcie śmiało – znajdziecie tu konkretną wiedzę popartą badaniami.







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.
Premiera 11 grudnia!

piątek, 6 grudnia 2019

Spotkanie po latach: Remigiusz Mróz – „Kasacja”

Gdy Kordian Oryński staje przed warszawskim wieżowcem Skylight, gdzie ma rozpocząć aplikację w kancelarii Żelazny & McVay, nie spodziewa się nawet ułamka tego, co go czeka. Jeszcze tego samego dnia pozna swoją niezrównoważoną patronkę, porozmawia z człowiekiem oskarżonym o zamordowanie dwóch osób, a także żwawym krokiem wejdzie w świat intryg i zależności, których macki sięgają dalej, niż ktokolwiek się spodziewa. Ten dzień na zawsze zmieni życie młodego aplikanta... a także wielu czytelników, którzy zapoznają się z tą prawniczą historią. 

Przygotowując się do tego posta zajrzałam w archiwum bloga, żeby sprawdzić, kiedy po raz pierwszy miałam styczność z cyklem o Chyłce i Zordonie – wyszło mi, że w grudniu 2015. Cztery lata dzielą mnie od poprzedniej lektury Kasacji co jest dla mnie po prostu niewyobrażalne... No bo kiedy to zleciało? I ile od tego czasu zdążyło się w moim życiu, także czytelniczym, zmienić? Dziś Chyłka przeżywa drugą młodość za sprawą serialu realizowanego przez TVN. I choć produkcja niezbyt mnie interesuje (to jedna z tych historii, których chyba nie chciałam zobaczyć zekranizowanych), to nowe wydanie zarówno Kasacji, jak i Zaginięcia stanowiło świetny pretekst by wrócić do dawnych bohaterów i sprawdzić, czy nadal dogadujemy się tak doskonale, jak za pierwszym razem.

Trzeba Wam wiedzieć, że w cyklu o prawniczym duecie dotarłam do 8 tomu, którego lektura zmęczyła mnie na tyle, że dałam sobie spokój z dalszym poznawaniem serii. Miałam dłuższą przerwę od książek Mroza w ogóle i przyznam szczerze, że trochę się bałam powrotu. Na szczęście Kasacja wciągnęła mnie od pierwszej strony i szybko przypomniała, za co tak naprawdę pokochałam Chyłkę i Zordona. Relacja między prawnikami, ich specyficzny język i charakterystyczne żarciki - wszystko to sprawiało, że uśmiechałam się niemal przez cały czas (poza tymi brutalnymi fragmentami, podczas których nie sposób się uśmiechać). Wiedza o tym, jak losy bohaterów potoczą się w kolejnych tomach zupełnie nie wpłynęła na moją ocenę sytuacji. 

Tym samym mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Kasacja zdała próbę czasu – jej lektura cieszy tak samo, jeśli nie bardziej, nawet gdy znamy już mniej więcej sprawę i jej zakończenie. Z resztą z tą pamięcią bywa różnie – zawsze gdy wracam do jakiejś książki, którą, jak mi się zdaje, "doskonale pamiętam", okazuje się, że wiele znaczących szczegółów mi umknęło. Tym razem też tak było, nawet gdy już zaczęłam  czytać, nie wróciły żadne wyraźniejsze wspomnienia dotyczące fabuły. Sprawa Langera wciągnęła mnie na tyle, że czytałam tę książkę do upadłego – już leżąc w łóżku powtarzałam sobie słynne "jeszcze tylko jeden rozdział", co zdarza mi się niezwykle rzadko. 

Kasacja stanowi bardzo udany wstęp do cyklu, który nieprzypadkowo pokochały miliony Polaków. To ciekawy, lekki w odbiorze kryminał z wątkami prawniczymi, dodatkowo uzupełniony o historię obyczajową pełną świetnego humoru (językowego i sytuacyjnego). Bohaterowie są wyraziści i zjednują sobie naszą sympatię, a zagadka kryminalna jest wciągająca od początku do samego końca. Niczego więcej nie wymagam, by uznać książkę za udaną i z pewnością będę chciała wrócić również do kolejnych odsłon serii.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

środa, 4 grudnia 2019

Muniek Staszczyk – „King!”



Gdybym ze wszystkich słuchanych w życiu zespołów miała wybrać jeden, który jest ze mną najdłużej i do którego wracam z największą regularnością, bezapelacyjnie byłby to T.Love. Ich piosenki towarzyszą mi nieprzerwanie od czasów szkolnych aż do dzisiaj, przeplatane solowymi występami lidera zespołu, Zygmunta Staszczyka. I choć na co dzień rzadko sięgam po biografie, autobiografie czy wywiady ze znanymi osobami, dla Muńka postanowiłam zrobić wyjątek. Intuicja podpowiadała mi, że to może być całkiem ciekawa lektura.

King! to wywiad przeprowadzony zręcznie i bardzo dobrze napisany – czytelnik momentalnie wsiąka w rozmowę, a kolejne strony niemal same się przewracają. Pewnie sporo w tym zasług redakcji, ale również dziennikarza prowadzącego, czyli Rafała Księżyka. Wykazując się wiedzą, ale również taktem, który spotykamy wyłącznie u tych dobrych rozmówców, towarzyszy on Zygmuntowi Staszczykowi w opowieści o jego życiu od samych początków, poprzez całą muzyczną karierę, aż do stanu obecnego, który wiązał się w wieloma niełatwymi dla autora decyzjami.

Jaki obraz Muńka wyłania się z tej biografii? Nade wszystko czujemy, że jest to człowiek szczery, który nie widzi już potrzeby kreowania się lub utajania niezbyt wygodnych faktów. Do błędów młodości (i nie tylko) przyznaje się otwarcie i nie tuszuje niepotrzebnie tego, o czym i tak wszyscy wiemy – że życie rockmana w tamtych czasach było życiem szybkim i pełnym igrania z losem. Doceniam takie podejście bardzo mocno, bo niesie ono ze sobą ważne przesłanie: tak, wszyscy popełniamy błędy. Młodzi, starzy, biedni, bogaci – wszyscy mamy swoje słabości i schodzimy z toru wartości, które, jak sądziliśmy, są dla nas ważne.

Jeśli liczycie, że znajdziecie w tej książce jakieś sensacyjne informacje, podejrzewam, że się zawiedziecie - odnoszę wrażenie, że zupełnie nie było to celem jej powstania. Ale czy wszystko w naszym życiu musi być sensacyjne? King! to po prostu dobra książka – dla fanów T.Love i Muńka ciekawa opowieść o kulisach powstawania naszych ukochanych piosenek, a dla pozostałych wywiad, który warto docenić za angażującą treść. Wielkie ukłony dla obu panów za stworzenie książki, którą mimo tak znaczącej objętości czyta się lekko i przyjemnie.


Na koniec chciałabym podzielić się z Wami pewną refleksją. Otóż podczas lektury wywiadu z Muńkiem uderzył mnie fakt, że dzisiaj muzyk taki jak on prawdopodobnie nie miałby szans nie tylko na sukces, ale nawet na zaistnienie w świecie szołbizu. I choć na co dzień staram się nie wpadać w tony "kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów", chyba trochę brak mi tych wszystkich nieidealnych zespołów, muzyków, którzy nie wyglądają jak z żurnala, nie piszą wciąż takich samych tekstów, nie mają głosów jak dzwony bez jednej fałszywej nuty i którzy nade wszystko mieli odwagę i osobowość sceniczną, by robić rzeczy, które nie zawsze podobały się innym. I zastanawiam się, na ile ta zmiana jest winą nas, odbiorców, konsumentów, którzy po prostu wolą, kiedy wszystko jest ładne i równe jak od linijki. A może ktoś narzuca nam to od tak dawna, że sami już nie wiemy, co kiedyś nam się podobało?






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

6 przepięknych książek, które polecają się na prezenty (choć jeśli liczyć sztuki, wyjdzie ich znacznie więcej)



Ha! Jakbym po świątecznej gorączce w dziale marketingu miała mało prezentowników do opracowania, postanowiłam stworzyć jeszcze jeden, specjalnie dla Was – oczywiście książkowy! Nie chcę jednak skupiać się na konkretnych gatunkach czy seriach, a wyłącznie na aspekcie wizualnym. Moim zdaniem Święta to doskonały moment, aby sprezentować komuś bliskiemu (lub samemu sobie!) coś wyjątkowego, na co w ciągu roku zwykle szkoda nam pieniędzy. Coś, co będzie cieszyć nasze oczy i serca. A że na rynku mamy sporo przepięknie wydanych książek z rozmaitych gatunków, postanowiłam pokazać Wam kilka, które mnie osobiście najbardziej chwyciły za serce. 

Dla potrzebujących odrobiny magii




Muszę, po prostu muszę zacząć od Harry'ego Pottera, bo to on wiedzie prym wśród najpiękniejszych książek dostępnych na naszym rynku. Odkąd pojawiła się pierwsza edycja ilustrowana (a od tego wydarzenia minęły już 3 lata!), nie widziałam książki, która urzekłaby mnie bardziej. Głównie dlatego, że ona nie jest wzbogacona grafikami, tylko w gruncie rzeczy jest jedną wielką grafiką. Kojarzy mi się przez to z najlepszymi tytułami dla dzieci, choć prezentem będzie świetnym dla każdego fana serii, niezależnie od wieku.

A jeśli osoba, którą obdarowujecie, w miarę dobrze posługuje się angielskim (lub wręcz przeciwnie, dopiero się go uczy, bo Harry Potter świetnie się do tego nadaje), możecie wybrać dla niej jeszcze bardziej spersonalizowany prezent, czyli książki z serii w kolorach poszczególnych domów! To wydania rocznicowe (każdy tom pojawia się na rynku dokładnie 20 lat po premierze oryginału), dlatego w tej chwili dostępne są tylko 3, ale spójrzcie na to perspektywicznie – jeśli prezent się sprawdzi, macie z głowy pomysły na następne 4 lata! ;) I choć to angielskie wydania, może je dostać bez problemu w polskich sklepach, od ręki m.in. na Arosie czy w oficjalnym sklepie Allegro.

Dla tych, którzy się uczą (nie tylko w szkole)




Niezależnie, czy jesteśmy jeszcze dziećmi, studentami, czy też "zwykłymi" dorosłymi, stosunkowo często musimy się czegoś nauczyć. Pół biedy, jeśli mowa o zadaniach praktycznych – te jakoś łatwiej wchodzą do głowy, ale co z teorią? Języki, schematy postępowań, dane, a także wiedza szkolna przyswajana jest znacznie trudniej, głównie dlatego, że nikt nigdy nie nauczył nas, jak skutecznie się uczyć... Na szczęście Radek Kotarski, znany popularyzator nauki, wziął sprawy w swoje ręce, zebrał razem wiedzę o metodach, przetestował ją na sobie, a następnie przygotował dla nas niezwykle przystępną ściągę z wytrychów, jakie możemy zastosować w celu lepszego przyswajania wiedzy. 

Ogromnie żałuję, że tej książki nie było na rynku, gdy byłam na studiach lub nawet w liceum – sądzę, że moja nauka, zwłaszcza języków obcych, mogła być znacznie bardziej efektywna. Dlatego nie róbmy tego kolejnemu pokoleniu, niech chociaż ktoś uczy się skutecznie i z łatwością. A może nawet, o zgrozo, czerpiąc z tego przyjemność!

Co ważne, zarówno Włam się do mózgu, jak i nowe wydanie poprzedniej książki Radka Kotarskiego, Nic bardziej mylnego (to ta druga, otwarta książka na zdjęciu), można kupić wyłącznie na stronie wydawnictwa Altenberg. Znajdziecie tam również inne książki napisane przez internetowych twórców (np. Ewę Red Lipstick Monster, Rafała z kanału 7 metrów pod ziemią, Arlenę Witt czy Ulę Pedantulę). Sama mam kilka z nich i wiem, że wszystkie są naprawdę solidnie wydane, w dodatku każda z nich zawiera masę ciekawych informacji. 

Dla domorosłych historyków




A skoro już jesteśmy przy rozwoju i nauce: w czasach szkolnych miałam szczęście trafiać na dobrych historyków, którzy w swoim przedmiocie widzieli coś więcej niż tylko puste wkuwanie dat (którego szczerze nie cierpiałam i do którego wciąż nie mam ani serca, ani mózgu). To dzięki nim zrozumiałam, że choć nie jestem fanką chronologii, to uwielbiam, można by rzec, historię społeczną, mocno osadzoną w kontekstach i międzynarodowych powiązaniach. Dlaczego to wydarzenie, z pozoru błahe, miało tak znamienne skutki? I co do niego doprowadziło?

W taki sposób o historii opowiada Jakub Kuza, twórca facebookowego profilu Krótka historia jednego zdjęcia. Znajdziemy tam fotografie z całego świata, na których uwiecznione zostały mniej lub bardziej znaczące wydarzenia. Każde ze zdjęć opatrzone jest krótkim komentarzem kontekstowym, omawiającym, z jakich względów właśnie to zdjęcie warte jest uwagi. Czasem chodzi o konkretne osoby, czasem o uzupełnienie innej sytuacji, a innym razem o coś, co dopiero będzie miało się wydarzyć.

Książki Jakuba Kuzy (druga to świeżynka, wyszła około miesiąc temu), to świetne prezenty nawet dla tych, którzy na co dzień nie czytają zbyt wiele, ale na przykład interesują się historią, socjologią i naukami pokrewnymi. Te zbiory wyjątkowych ciekawostek, które na pewno zaskoczą niejednego czytelnika. 

Dla lubiących się bać




Przyszedł czas na peany pod adresem wydawnictwa, które specjalizuje się w podnoszeniu czytelnikom ciśnienia (bo wydaje mnóstwo horrorów), przy jednoczesnym łagodzeniu nerwów przepięknymi, niezwykle estetycznymi tomiszczami. Wydawnictwo Vesper, bo o nim mowa, zdecydowanie powinno zawitać pod choinkę każdego fana grozy! W ich ofercie znajdziecie zarówno literackie pierwowzory najbardziej znanych horrorów (jak np. Omen, Dracula czy Frankenstein), książkowe adaptacje tychże (Obcy), jak również autorskie powieści z rodzimego podwórka (Gałęziste). Co więcej, książki te często mają twarde oprawy, pełne są klimatycznych ilustracji, a w przypadku klasyków opatrzone stosownym posłowiem, opowiadającym o kontekstach.

U mnie stanowią ozdobę biblioteczki i jestem pewna, że wiele osób bardzo się z nich ucieszy. 

Dla żądnych krwi




Nigdy nie fascynowałam się Grą o Tron. Przez całe studia trzymałam się z daleka od serialu, który rozbudzał pasje wśród moich znajomych. Patrzyłam na współlokatorkę wyczekującą kolejnych odcinków jak narkoman na głodzie i nie potrafiłam zrozumieć tego fenomenu. Aż w końcu uznałam: dość tego, zbyt wiele mnie omija, może by tak spróbować jeszcze raz? I tak w kwietniu tego roku, tuż przed premierą ostatniego sezonu, nadrobiłam całość w tempie ekspresowym. A teraz przyszedł czas na książki!

Ilustrowana edycja Gry o Tron to nie lada gratka dla każdego fana serialu oraz prozy George'a R.R. Martina, ale uprzedzam - to prawdziwa cegła. 1000 stron doskonałej intrygi, ciekawych opisów oraz przepięknych rycin robi genialne wrażenie i wcale nie waży dużo (w każdym razie jak na swój gabaryt). Nie jest to może książka do torebki i podczytywania w drodze do pracy, ale umówmy się, standardowe wydania Martina też do poręcznych nie należą. Tak więc nie ma wymówek, by nie skusić się na te ślicznotki! W tym momencie mamy na rynku dwa pierwsze tomy serii (Starcie Królów to świeżynka, premierę miała w połowie listopada) oraz zbiór opowiadań Rycerz Siedmiu Królestw osadzone w świecie Westeros i pasujące do serii pod względem wielkości.

Dla pasjonatów mody




Last but not least dwie książki, które łączą w sobie duże stężenie ciekawej wiedzy, przepiękną oprawę graficzną oraz solidne wykonanie. Wspaniały prezent dla wszystkich, którzy interesują się modą, historią strojów, zależnością między ubraniami i innymi podobnymi tematami. 

Karolina Żebrowska na co dzień zajmuje się rekonstrukcją mody i prowadzi na youtubie kanał pełen filmów na temat strojów z lat minionych. I właściwie dokładnie o tym samym są jej książki. Pierwsza, Polskie piękno, to stuletni przekrój tego, jak zmieniała się moda na terenie naszego kraju, a także z jakich przyczyn stroje ewoluowały w takim a nie innym kierunku. Z kolei druga (nowość, która pojawiła się na rynku pod koniec listopada) stanowi subiektywny przegląd tych wydarzeń, które z perspektywy autorki wydają się być kluczowe dla historii światowej mody. W gruncie rzeczy jest to zbiór dobrze napisanych felietonów, które pełne są zaskakujących faktów. 

Obie książki zostały zilustrowane za pomocą ciekawych rycin i rysunków, a także zdjęć, na których sama autorka prezentuje stylizacje z różnych epok. 


sobota, 30 listopada 2019

Eduardo Galeano – „Dzieci czasu”

Wszyscy przyzwyczailiśmy się do linearnej nauki historii, kiedy to poznajemy następujące po sobie wydarzenia w porządku chronologicznym. Gdy chcemy lepiej zrozumieć świat, jest to chyba najlepsza droga, bo pozwala uchwycić potrzebne konteksty i ciągi przyczynowo-skutkowe. Z drugiej strony swoją wiedzę możemy poszerzać również poprzez poznawanie zupełnie przypadkowych faktów – ciekawostek, które mogą okazać się początkiem nowej pasji lub zachęcą nas do dalszych poszukiwań.

Dzieci czasu to właśnie taki zbiór różnorodnych wydarzeń, z których każde przypisane jest do jednego dnia w roku. Znajdziemy tutaj nieoczywiste historie z różnych zakątków świata. Jest to swego rodzaju kalendarz, który możemy czytać dowolnie: cały na raz, jak zwykłą książkę, lub każdego dnia sięgając po małą dawkę wiadomości, które zebrał dla nas autor, Eduardo Galeano. 

Kiedy zdecydowałam się zamówić Dzieci czasu, kierowałam się chęcią poszerzenia swojej wiedzy. Wydawało mi się, że wśród tych wszystkich ciekawostek znajdę jakąś inspirację, coś co pozwoli mi sięgać dalej, może dobrać jakieś kolejne lektury... Formuła książki skojarzyła mi się z Krótką historią jednego zdjęcia – tam również mamy krótkie opisy zupełnie niezwiązanych ze sobą wydarzeń. Byłam przekonana, że teksty Eduardo Galeano będę czytała z podobnym zainteresowaniem; niestety ostatecznie aż tak wspaniale nie było. 

Wydaje mi się, że głównym problemem tej książki jest forma, na jaką zdecydował się autor. Poszczególne opowieści są bardzo krótkie (od kilku zdań do jednej niepełnej strony), a wiele z nich nie zawiera absolutnie żadnego kontekstu, który stanowiłby dla czytelnika punkt odniesienia. I o ile dany fragment dotyczy powszechnie znanych osób czy wydarzeń (chyba wszyscy wiemy, kim był Hitler czy Picasso), łatwo jest nam docenić poznawaną treść. Kiedy jednak sprawa dotyczy bardziej abstrakcyjnych ciekawostek, ich odkrywanie nie sprawia aż takiej przyjemności. Gdy nie wiemy, z czym połączyć daną historię, bardzo szybko o niej zapominamy.

Drugą, nieco bardziej subiektywną sprawą, jest to, że nie znalazłam dobrego sposobu na czytanie Dzieci czasu. Gdy próbowałam przysiąść do nich na dłużej, jak do zwykłej powieści, bardzo szybko poszczególne opowieści zaczęły mi się zlewać w jedną, nijaką masę. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że miałabym codziennie brać tę książkę do ręki i czytać jedną czy dwie ciekawostki, a potem odkładać ją na miejsce; to rozwiązanie zupełnie mi nie odpowiada. Ostatecznie rozłożyłam lekturę na kilka dni, ale nie przyniosła mi ona większej satysfakcji.

Na pewno nie będzie to najlepsza książka miesiąca, roku, czy dekady; dla mnie to jedna z tych pozycji, które powstały... właściwie nie wiadomo, po co. Owszem, zawiera sporo ciekawych informacji, ale ich prostota sprawiła, że Dzieci czasu kojarzą mi się raczej z kalendarzem-zrywką, niż pełnoprawną pozycją do postawienia na półce (choć opis okładkowy zapewnia, że to zupełnie inna sprawa!). Przeczytałam w kilka godzin, odłożyłam, zapomnę. I niestety nie czuję się bogatsza w wiedzę czy doświadczenia. 






Za możliwość poznania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu W.A.B.

czwartek, 28 listopada 2019

Karolina Żebrowska – „Modowe rewolucje”

Moja relacja z modą nie jest jakaś głęboka – zdarza mi się o niej czytać w prasie, poszerzać swoją wiedzę filmikami albo oglądać pokazy znanych projektantów (co pewnie sprawia, że jestem powyżej jakieś średniej w populacji). Nie nazwałabym tego jednak pasją, ani nawet hobby; to po prostu zainteresowanie, wynikające chyba głównie z tego, że lubię ładne rzeczy. Znam jednak kanał Karoliny Żebrowskiej, która opowiada o historii mody, stylu vintage i... wielu innych sprawach. Zawsze lekko, wesoło, z pasją i humorem, za który po prostu ją uwielbiam. 

Karolina jest również autorką dwóch książek. Pierwsza z nich, Polskie piękno. Sto lat mody i stylu była pokłosiem bodaj najsłynniejszego filmu na kanale autorki i pojawiła się na rynku pod koniec listopada zeszłego roku. Druga zaś jest na półkach księgarni dosłownie od kilku dni.

Modowe rewolucje to w gruncie rzeczy zbiór felietonów na temat przełomowych momentów w historii mody. Ich dobór jest oczywiście subiektywny, a co za tym idzie miejscami zaskakujący (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Znajdziemy zatem rozdział o transporcie i produkcji ubrań, o butach na obcasie, o koronkach... Mnie najbardziej zaskoczył ten o kieszeniach w damskiej garderobie (nie miałam pojęcia, jak rozwiązywano to w dawnych strojach!), a także o znaczeniu kolorów i o tym, w jaki sposób noszone barwy wiązały się ze społeczną klasyfikacją. Jednak jeśli mam być szczera, to w każdym tekście znalazłam coś wartościowego, jakiś element, o którym do tej pory nie miałam pojęcia. Nie bez znaczenia jest fakt, że lity tekst felietonów uzupełniony jest o ramki z ciekawostkami, a także mini rozdziały poświęcone dawnym ikonom mody.

Zarówno w przypadku Modowych rewolucji, jak i poprzedniej książki autorki, Polskiego piękna, Wydawnictwo Znak zrobiło kawał dobrej roboty jeśli chodzi o estetykę i stronę techniczną. Książki są duże, solidne, zabezpieczone obwolutą, a wewnątrz pełne ilustracji. Zarówno starych rycin i obrazów, jak i współczesnych zdjęć ze specjalnych sesji zdjęciowych. Co ciekawe (choć dla wielu pewnie oczywiste), na fotografiach ubrania z różnych epok prezentuje na sobie sama autorka, która na co dzień zajmuje się rekonstrukcją mody. To świetny akcent, który sprawia, że książka jest jeszcze bardziej "jej".

Modowe rewolucje to książka przepiękna zarówno pod względem wizualnym, jak i treściowym. Oprócz cieszącej oko oprawy graficznej i zdjęć, które z pewnością kosztowały całą ekipę bardzo dużo pracy, czytelnik może cieszyć się podaną w przystępny sposób wiedzą na temat historii mody. Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile zawarte tu treści będą odkrywcze dla historyków i pasjonatów, ale wydaje mi się, że ta pozycja nie jest do nich skierowana. A na nas, ludzi środka, którzy interesują się modą hobbystycznie, zaskoczenia czekają właściwie na każdej stronie.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

wtorek, 26 listopada 2019

Rafał Gębura – „Otwórz oczy”

Od dłuższego czasu regularnie oglądam kanał 7 metrów pod ziemią, gdzie Rafał Gębura przeprowadza krótkie wywiady z rozmaitymi osobami, których życie może się wydać komukolwiek interesujące. Znajdziemy tam opowieści przedstawicieli różnych profesji (jest wśród nich ginekolog i strażak, ale też wróżka czy haker), a także osoby w rozmaity sposób dotknięte przez los i nieakceptowane w społeczeństwie. I choć nie widziałam wszystkich dostępnych na stronie filmów, było ich dostatecznie dużo, żebym doceniła warsztat dziennikarski autora, jego niezwykły takt i spokój, a także pewną otwartość, która zdaje się udzielać widzowi. Nie skłamię, jeśli powiem, że wiele filmów z tego kanału realnie otworzyło mi oczy i zmieniło moje spojrzenie na świat. 

Nic więc dziwnego, że kiedy usłyszałam o nadchodzącej premierze książki Rafała Gębury, nie wahałam się długo. I choć na co dzień rzadko czytam reportaże, tym razem postanowiłam zrobić wyjątek. Niestety, mimo całej sympatii do twórcy książki i pozytywnego nastawienia do lektury, Otwórz oczy nie spełniło moich oczekiwań. 

Zacznijmy od kwestii technicznych: na książkę składa się 19 rozdziałów; każdy z nich, podobnie jak filmy na kanale, poświęcony jest osobnemu bohaterowi. Tym razem nie mamy jednak do czynienia z wywiadami, a bardziej opisową formą reportażu. Z wielogodzinnych rozmów wybrane zostały najważniejsze tematy i konteksty, które otrzymały narracyjny opis. Wszystko to zwieńczone jest krótkim komentarzem z przemyśleniami autora. W każdym rozdziale pojawiają się też wypowiedzi samych bohaterów reportaży – są one wtrącane w formie ciekawie zaznaczonych cytatów. W ogóle oprawa wizualna tej książki bardzo mi się podoba, ale ja ogólnie lubię stylistykę książek Altenberga: jest minimalistyczna, a jednocześnie niemożliwa do pomylenia z żadną inną. 

Ale wróćmy do treści. Niestety to właśnie konstrukcja poszczególnych rozdziałów sprawiła, że nie czytało mi się tej książki dobrze. Serce mi się łamało, bo podczas czytania słyszałam w głowie skądinąd przyjemny głos autora i wiedziałam, że są to jego słowa, którymi stara się naszkicować mi świat i sytuację bohaterów. Niestety zabrakło mi wyobraźni lub umiejętności wczucia się w poszczególne historie. Postaci bez twarzy i głosu (choćby zmodyfikowanego) nie wzbudzały moich emocji, a same opowieści były zwyczajnie za krótkie, żebym zdążyła się zaangażować. Momentami miałam wrażenie, że autor stoi w rozkroku, że jednocześnie chce nam dać coś więcej, niż w filmach, które realizuje na co dzień, a z drugiej nie ma miejsca lub pomysłu, żeby stworzyć naprawdę szeroki i wyczerpujący kontekst.

I tak, wiem, że w reportażu chodzi o temat i bohaterów i że to na nich powinnam się skupić. Niestety kiedy forma mnie nie zachęca, przyswojenie treści sprawia spory problem. Ale muszę to przyznać: w tych 20 rozdziałach, na 300 stronach pada wiele ważnych zdań. Wiele tekstów uwrażliwia nas na rzeczywistości i pozwala dostrzec to, na co zwykle nie zwracamy uwagi. Są tu treści kontrowersyjne, ciekawe, wywołujące emocje; są też takie, które niewątpliwie poszerzą nasze horyzonty.

A jednak zawahałabym się, gdybym miała powiedzieć, czy to książka, którą koniecznie trzeba przeczytać. Myślę, że część z nas może pozostać przy kanale 7 metrów pod ziemią. 


piątek, 22 listopada 2019

Aneta Jadowska – „Dynia i jemioła”

Macie czasem tak, że kupujecie książkę, zaczynacie lekturę, a potem robicie wszystko, żeby odwlec w czasie jej zakończenie? Wydaje mi się, że czytając Dynię i jemiołę osiągnęłam w tym temacie mistrzostwo, bo poznanie wszystkich opowiadań zajęło mi... nieco ponad rok. Pamiętam dokładnie, jak w pociągu powrotnym z Targów Książki w Krakowie w 2018 roku zaczęłam czytać pierwsze opowiadanie. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, a z drugiej czułam, że chcę podawkować sobie tę zabawę. I podawkowałam, bo ostatni tekst ze zbioru skończyłam czytać dzisiaj. 

Ale może od początku – czym w ogóle jest Dynia i jemioła? To zbiór 10 opowiadań autorstwa Anety Jadowskiej, osadzonych w stworzonym przez nią magicznym uniwersum Thornverse. Zbiór ten w założeniu miał oscylować tematycznie w okolicach świąt, które możemy spotkać na swojej drodze jakoś między październikiem a grudniem. I choć z klimatem bywa tutaj różnie – raz jest go więcej, a raz mniej – to śmiało można powiedzieć, że jest to pierwszy wspólny mianownik dla wszystkich opowieści. Drugim są zdecydowanie bohaterowie, z których większość znamy z poprzednich książek autorki. Dora, Nikita, Roman, Witkacy, Karma, Baal... Fani serii z pewnością ucieszą się z obecności ulubionych postaci. 

A czy ja się ucieszyłam, czytając kolejne opowiadania? I tak i nie. Jak to ze zbiorami bywa, niektóre teksty były lepsze, inne gorsze, albo po prostu mniej wpadające w mój gust niż pozostałe. Bardzo spodobało mi się na swój sposób urocze Jak pies z kotem i zabawny Powrót wiedźmy bojowej. Wielkie serduszko leci również do Wampira, który ukradł święta (uwielbiam Romana) oraz długo wyczekiwanych 50 twarzy Baala. Zdecydowanie wiele razy uśmiechałam się z nostalgią i śmiałam z dobrych żartów. Zrozumiałam też, że w 2020 koniecznie muszę wrócić do Heksalogii o Wiedźmie i przeczytać ją ponownie, bo najzwyczajniej w świecie tęsknię. 

Duży plus również za całą sferę wizualną Dyni i jemioły. Twarda oprawa, wyklejka wewnątrz, szyte strony, spójna, klimatyczna szata graficzna, detale w poszczególnych rozdziałach, przepiękne ilustracje niezastąpionej Magdaleny Babińskiej, a także dodatki (pocztówki i karta) – wszystko to tworzy razem wspaniałą całość i sprawia, że po tę książkę po prostu chętnie się sięga. Powiedziałabym, że jest to również doskonały pomysł na prezent, ale mam wrażenie, że po roku od premiery większość fanów Anety Jadowskiej lekturę ma już za sobą. 

W mojej głowie nie jest to może zbiór na miarę Ropuszek (w których, jak nie ja, pokochałam absolutnie wszystkie opowiadania i chciałam tylko więcej, więcej, więcej), ale też się na to nie nastawiałam. To, co znalazłam w Dyni i jemiole, było przyjemne i satysfakcjonujące, jestem też pewna, że kiedyś jeszcze wrócę do wybranych opowiadań. A jeśli Wy wciąż zastanawiacie się czy warto, nie wahajcie się dłużej. Jestem pewna, że każdy fan Thornverse znajdzie tutaj coś dla siebie.


środa, 20 listopada 2019

Camilla Sten – „Osada”

Silvertjärn – miasteczko owiane legendą po tym, jak cała jego populacja (czyli dobre kilkaset mieszkańców) po prostu zniknęła bez śladu. Śledczy, którzy badali sprawę, nie znaleźli niczego, prócz ciała przywiązanego do pala na centralnym placu oraz noworodka ukrytego w jednym z budynków mieszkalnych. Wszystko wyglądało normalnie, zupełnie jakby mieszkańcy po prostu wyszli gdzieś na chwilę, tyle że nigdy nie wrócili do swoich domów. 

60 lat po tajemniczych wydarzeniach do odciętej od świata osady przybywa grupa młodych ludzi, których ambicją jest nakręcenie filmu o tym niezwykłym miejscu, a także, być może, rozwikłanie zagadki Silvertjärn. Przewodzi im Alice, której babcia mieszkała w miasteczku, jednak wyprowadziła się jeszcze przed tragedią zostawiając tam rodziców oraz młodszą siostrę. Dziewczyna dysponuje całkiem sporą wiedzą na temat osady, ma też własne teorie, którymi niekoniecznie chce dzielić się z innymi. Dla niej to nie tylko szansa na przygotowanie ciekawego materiału, ale również sprawa osobista. Niestety nikt z grupy nie spodziewa się, co czeka na nich w Silvertjärn i jaką cenę przyjdzie im zapłacić za poznanie prawdy.

Jestem pewna, że wielu osobom już sama historia Silvertjärn wystarczy, by poczuli na plecach dreszcze niepokoju. No bo jak to możliwe, żeby niemal 1000 osób po prostu zniknęło, bez ingerencji zewnętrznej, nie pozostawiając żadnych śladów? Dodatkowo autorka bardzo się stara, by poziom emocji był wysoki, wykorzystując  charakterystyczne dla grozy schematy. Mam wrażenie, że inspiracje pochodzą raczej z filmów niż z książek (bo jednak konstrukcja horroru mocno zależy od medium, jakim się posługujemy), przez co nie zawsze wywołują oczekiwany efekt. Ale może to też być kwestia mojego subiektywnego odbioru, bo, przyznaję to ze smutkiem, książkom rzadko zdarza się mnie przerazić. W każdym razie jest tutaj kilka mniej lub bardziej umiejętnie zastosowanych klisz, które mają wzbudzać w odbiorcy niepokój. Czy są to zabiegi udane - ocenę pozostawiam Wam.

Mimo że nie jestem w stanie docenić walorów horrorowych Osady (nie umiem ocenić, czy książka jest naprawdę przerażająca, wybaczcie), to zdecydowanie podobała mi się jej konstrukcja fabularna. Historia opowiadana jest z dwóch perspektyw – teraźniejszości i przeszłości, które doskonale się uzupełniają. Autorka umiejętnie przeplatała sceny, dbając jednocześnie, by nie zdradzić nam zbyt wiele za jednym razem. Zagadka Silvertjärn była ciekawa i do samego końca mnie intrygowała, a chęć poznania zakończenia motywowała do dalszej lektury. Słowem – podobało mi się! Ani przez moment się nie nudziłam, nie wywracałam oczami, nie miałam ochoty odkładać książki na bok. A gdy skończyłam, byłam usatysfakcjonowana lekturą, a to chyba najważniejsze, prawda?






Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.

poniedziałek, 18 listopada 2019

Paulina Tyczkowska, Jakub Kuza – „Krótka historia jednego zdjęcia. Kobiety”



Od kilkunastu minut siedzę z rękami zawieszonymi nad klawiaturą i zastanawiam się, jak zacząć swoją opowieść. To trudne zadanie, bo choć w opisywanej książce nie brakuje bohaterów i wydarzeń, nie ma ona fabuły, którą mogłabym opisać, a także skrytykować, gdyby zaszła taka potrzeba. Krótka historia jednego zdjęcia jest bowiem zbiorem fotografii, które prowadzą nas od końca XIX wieku prosto do czasów współczesnych. Opatrzone zwięzłym komentarzem kontekstowym nakreślają nam rzeczywistość sprzed lat.

O pierwszej książce Jakuba Kuzy, twórcy facebookowej strony Krótka historia jednego zdjęcia pisałam przy okazji majowej premiery. Tym razem autor, we współpracy z lifestyle'ową dziennikarką Pauliną Tyczkowską, wyselekcjonował fotografie, których głównymi bohaterkami są kobiety. Nie tylko te znane, gwiazdy kina i estrady. Na kartach książki na równi traktowane są damy popularne (te zwykle pokazane są z jakiejś niebanalnej perspektywy), jak i niemal anonimowe bohaterki codzienności, które z jakichś powodów (nierzadko już po zrobieniu zdjęcia, a czasem nawet wiele lat po śmierci) okazały się być wyjątkowe.

W zbiorze Krótka historia jednego zdjęcia. Kobiety znajdzie się kilka naprawdę popularnych fotografii (jak chociażby samobójczyni Evelyn McHale, która skoczyła prosto na dach samochodu, czy Wisławy Szymborskiej, zaskoczonej informacją o otrzymaniu literackiej Nagrody Nobla), ale zdecydowaną większość z nich widziałam pierwszy raz w życiu. I świetnie, bo dzięki temu poznałam całą plejadę osób i wydarzeń, o których jak do tej pory nie miałam pojęcia, a które w jakiś sposób poszerzyły moją wiedzę o świecie. Książkę odłożyłam na półkę opatrzoną kilkudziesięcioma karteczkami indeksującymi, a sama wynotowałam sobie wiele tematów, o których chcę przeczytać więcej. To chyba znaczy, że spełniła swój obowiązek.

W kontekście zbliżających się świąt, uważam, że Krótka historia jednego zdjęcia to świetny pomysł na prezent, nawet dla osób, które na co dzień nie czytają zbyt wielu książek, ale np. interesują się historią czy kulturą. To solidnie wydany album pełen interesujących opowieści, który spokojnie możemy raczej podczytywać niż czytać – wiecie, po jednym rozdziale dziennie, do poduszki. Jestem pewna, że każdy znajdzie tutaj coś interesującego i niejednokrotnie będzie zaskoczony opowieściami, które pozna. A nic tak dobrze nie poszerza naszych horyzontów!








Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

czwartek, 14 listopada 2019

Marta Kisiel – „Nomen Omen”

Salomea Przygoda to istota, której los nie oszczędza – zaczyna się od charakterystycznych personaliów i nieco zwariowanej rodzinki, a kończy na skłonności do wszelkiego typu wypadków i zdarzeń, które przeciętny obywatel, nie doświadczający takiego ich natężenia, nazwałby niemal pieszczotliwie pechem lub niefartem. Jednak gdy dziewczyna wprowadza się do odziedziczonego po koleżance pokoju w starym domu, którego adres wszystkich przyprawia co najmniej o dreszcze, natłok dziwnych zdarzeń staje się niemal nie do zniesienia. A to dopiero początek całej opowieści...

To, co teraz napiszę, ledwo przejdzie mi przez klawiaturę, ale muszę, żeby oddać sprawiedliwość szczerości. Nomen Omen na samym początku niesamowicie mi się dłużyło. Choć kocham bogaty i przewrotny styl Marty Kisiel, tutaj nieźle mnie wymęczył. Może to dlatego, że miejscami dialogi brały górę nad narracyjnymi akapitami? Może ze względu na brak wyraźnego celu fabularnego? Sama nie wiem, ale już dawno nie zdarzyło mi się tyle razy zamykać książkę, by wziąć kilka głębokich oddechów. Rozmowy między Salomeą a jej bratem, Niedasiem, doprowadzały mnie do szału i to wcale nie tylko dlatego, że nie zostałam wielką fanką tego drugiego! Po prostu nie mogłam pozbyć się przeczucia że nikt na świecie tak nie mówi.

Na szczęście mniej więcej w połowie, gdy powoli kończą się wieczne przedrzeźnianki, a (równie powoli) zaczyna jakaś ważniejsza fabuła, nabrałam wiatru w żagle i większej ochoty na czytanie. I właściwie już do końca było całkiem przyjemnie. Akcja przyspieszyła, a cała historia wreszcie miała jakiś cel. Na pierwszy plan wyszła historia rodzinna Salomei, i mieszkańców starego domu, a kolejne fakty nakreślały nam sytuację i pozwalały uporządkować sobie wszystko w głowie. 

Koniec końców najważniejszą częścią książki (przynajmniej w moim odczuciu) jest plejada osobliwych postaci, które rozjaśniają niemal każdą stronę. No dobrze, może w przypadku Niedasia z tym rozjaśnianiem popłynęłam nieco zbyt daleko, a i pani Matylda wnosi raczej lęk niż światło, ale nie o to chodzi! Mam na myśli fakt, że każda, absolutnie każda z postaci, pojawiających się na kartach Nomen Omen, ma coś charakterystycznego, jakiegoś bzika, który nadaje jej niezwykle wyrazisty rys. Ta nieskrępowana wyobraźnia jest cechą wręcz gatunkową dla prozy Marty Kisiel i czynnikiem, za który absolutnie ją (prozę, choć Ałtorkę w sumie też, bezgranicznie kocham). 

To jak, polecam tego Kiśla, czy nie? Ostatecznie Nomen Omen w miarę mi się podobało. W moim odczuciu warto było nieco się poirytować na bohaterów, żeby dotrzeć do rozwiązania tej historii, ale wiem, że część czytelników może być odmiennego zdania. Inni z kolei wpadną w tę opowieść od pierwszej strony i nie będą mogli zrozumieć, o co mi chodzi, gdy mówię o przydługim wstępie. Także tego, co kraj, to obyczaj. 


wtorek, 12 listopada 2019

Aneta Jadowska – „Przygody małego Duchołapa”



Piotruś Duszyński jest dzieckiem wyjątkowym – widzi, słyszy i czuje znacznie więcej niż jego rówieśnicy. Podczas gdy koledzy z piaskownicy chwalą się wymyślonymi przyjaciółmi, on ma coś znacznie lepszego: parę duchów, które rzeczywiście mu odpowiadają i są doskonałymi kompanami do zabawy! Brakuje im rodzinnego ciepła i kogoś bliskiego, kto zrozumiałby ich problem. Kto by się spodziewał, że para dwóch tak uroczych istot może być źródłem jakichkolwiek kłopotów?

Historyjka stworzona przez Anetę Jadowską opowiada o pierwszym poważnym zadaniu, przed jakim stanął Piotruś, znany później jako szaman Witkacy. Na kolejnych stronach książki chłopiec nawiązuje pierwszy w życiu kontakt z duchami, odkrywa, w jaki sposób może pomóc im w przejściu na drugą stronę, a także wykonuje swoje pierwsze "zlecenie", choć właściwie robi to wyłącznie dla pewnej bliskiej osoby. Wszystko to okraszone jest dużą dawką ciepła i bardzo przyjemnego klimatu, dzięki któremu opowieść o duchach absolutnie nie jest przerażająca.

I choć to Aneta Jadowska odpowiada za treść całej opowiastki, jeszcze większe ukłony należą się, moim zdaniem, Magdalenie Babińskiej. Wszyscy fani książek z Thornverse znają jej prace i wiedzą, jaki ma styl, ale tym razem ilustratorka przeszła samą siebie. Wszak zilustrowanie komiksu/powieści graficznej to zupełnie inna bajka niż przygotowanie szkiców do powieści. Przygody małego Duchołapa mają oprawę delikatną i ewidentnie skierowaną do młodszego odbiorcy, a jednak pozostają charakterystyczne dla tej właśnie ilustratorki.

Podsumowując powiem, że to prosta, urocza i bardzo przyjemna w odbiorze opowieść, która nie tylko stanowi świetną zajawkę dla maluchów (jestem za tym, by jak najwcześniej zacząć wychowywanie nowego pokolenia fanów Thornverse!), ale również jest całkiem przyjemna dla dorosłego odbiorcy. Nie porywająca i nie odkrywcza, o to bardzo trudno przy historiach dla maluchów, ale na tyle przyjemna, że z pewnością do niej wrócę. W końcu Witkac to jeden z moich ulubionych bohaterów wykreowanych przez Anetę Jadowską!