piątek, 17 stycznia 2020

Wojciech Chmielarz – „Żmijowisko”

Czasem zastanawiam się, od czego zależy to, czy sięgam po książki danego autora, czy też nie. Zdarza mi się przeczytać powieść dobrą, ale nie wybitną, a jednak jak zaczarowana z miejsca pochłaniam całą backlistę w dorobku pisarza. Innym razem jakaś książka robi na mnie ogromne wrażenie, a mimo to nie sięgam po kolejne – jak z Larsem Keplerem, którego Piaskun był jednym z lepszych thrillerów w mojej karierze, a mimo to pozostałe części serii kurzą się na mojej półce od wielu lat....

Wojciech Chmielarz również należy do drugiej grupy. O jego Przejęciu pisałam w styczniu 2015 roku i do dziś pamiętam, że książka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Potem autor przypomniał mi o sobie fenomenalnym opowiadaniem w antologii Rewers, a ja nadal trzymałam się z daleka od jego powieści. I nawet głośna premiera Żmijowiska i ogromna popularność tej książki nie skłoniła mnie to powrotu; zdecydowałam się dopiero po pewnej polecajce. I znów nie rozumiem, jak mogłam tak długo zwlekać z przeczytaniem książki. 

Czy człowiek może po prostu zniknąć bez śladu, nawet gdy wokół jest mnóstwo innych osób? Z tym pytaniem od miesięcy mierzą się Kamila i Arek, rodzice Ady – nastolatki, która zaginęła w poprzednie wakacje. Dokładnie rok po tragicznych wydarzeniach ojciec dziewczyny wraca do Żmijowiska w nadziei, że uda mu się dotrzeć do nowych faktów. A może po prostu chce załatwić jakieś sprawy z samym sobą, poradzić sobie z tragedią, która go spotkała?

Przyznam szczerze, że nie byłam do końca przygotowana na to, co znajdę w tej książce. Choć akcja Żmijowiska nie rozgrywa się na podmokłym terenie, czytelnik czuje się, jakby został wrzucony w naprawdę gęste bagno. Na początku próbujemy się odnaleźć w rzeczywistości, poskładać sobie wszystko w głowie, szufladkujemy więc zdarzenia i postaci według własnego widzimisię. Jednak z każdą kolejną stroną atmosfera się zagęszcza, a informacje, które otrzymujemy sprawiają, że robi się naprawdę nieprzyjemna. Gdy na jaw wychodzą rozmaite brudne sprawki i powiązania, zagadka zaczyna stopniowo składać się w całość. 

Ta fabularna konstrukcja i stopniowe budowanie napięcia niejako wymuszają dość powolne tempo akcji. Przez większość czasu bohaterowie nie robią nic szczególnego, a jednak ostatecznie nie jest to książka monotonna czy męcząca. Moim zdaniem jest to zasługa przeplatających się stale trzech perspektyw: dawnej, czyli poprzedzającej bezpośrednio zaginięcie Ady, teraźniejszej, czyli związanej z pierwszą rocznicą wydarzeń w Żmijowisku, oraz pośredniej, która spina całą opowieść i uzupełnia dwie poprzednie. Wydarzenia są ukazywane naprzemiennie, po kilka krótkich rozdziałów na każdą z perspektyw, dzięki czemu opowieść stale się zmienia, a kolejne informacje płynnie się przenikają. 

Pamiętam, że zwracałam na to uwagę, gdy kilka lat temu czytałam Przejęcie, ale powtórzę i tym razem: Wojciech Chmielarz ma wyjątkową zdolność do mozolnego budowania fabuły. W Żmijowisku również widać, że cała ta opowieść jest doskonale przemyślana i spięta solidną klamrą. Tutaj nie znajdziecie klejonej na szybko historii, przy której co i rusz trzeba przymykać oko na rozmaite nieścisłości. Autor serwuje nam dzieło kompletne, skrojone na miarę, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Gdy zamykamy książkę po przeczytaniu ostatniej strony, mamy poczucie, że to była po prostu dobra lektura.

No to jak będzie z tym Wojciechem Chmielarzem? Chyba powinnam w końcu nadrobić zaległości w pozostałych jego książkach, bo ewidentnie jest to autor, którego mam szansę polubić i docenić. Nie mam jakiegoś wielkiego parcia na wchodzenie w nową serię, ale może skuszę się na Ranę...? Czytaliście, polecacie? Biorę w ciemno, jeśli to opowieść tak zaskakująca jak Żmijowisko!


środa, 15 stycznia 2020

Ewelina Matuszkiewicz – „Biały latawiec”, „Noc komety”



Jeszcze w 2019 roku odezwało się do mnie wydawnictwo Skarabeusz z propozycją przeczytania Nocy komety, najnowszej powieści, która za ich sprawą pojawiła się na rynku. Akurat szukałam lekkich historii obyczajowych, które umilą mi okres świąteczny (jak już wiemy, nic z tego nie wyszło), więc postanowiłam spróbować prozy nieznanej mi dotąd autorki. Choć wiedziałam, że książki Eweliny Matuszkiewicz spokojnie można czytać w dowolnej kolejności, zamówiłam sobie również Biały latawiec, czyli pierwszą powieść autorki. I do takiego zestawu usiadłam wraz z początkiem stycznia.

Muszę przyznać, że nie wiedziałam do końca, czego się spodziewać. Powieści obyczajowych – to oczywiste, ale jakich dokładnie? Takich bardziej romantycznych, czy jednak bliższych sadze, która obejmuje wiele pokoleń i skomplikowane zawiłości między bohaterami? Muszę się Wam przyznać, że nie miałam konkretnego nastawienia i jestem bardzo mile zaskoczona tym, co finalnie otrzymałam, bo powieści Eweliny Matuszkiewicz to coś nietypowego, a rozwiązania, na które zdecydowała się debiutująca autorka są naprawdę ciekawe.

Cała opowieść rozpoczyna się od powrotu Mai, która do tej pory pracowała w stolicy, do domu dziadka w Kozienicach. Kobieta postanowiła zacząć wszystko od nowa, porzuca więc wielkie miasto na rzecz prowincji, jak to we współczesnych powieściach bywa. Jednak wydarzenia, które rozgrywają się na kolejnych kartach Białego latawca i które są w pewnym sensie kontynuowane w Nocy komety, są zdecydowanie bardziej niebanalne (o ile można w ogóle tak napisać). Książki Eweliny Matuszkiewicz są bowiem przebogate pod względem bohaterów, których losy splatają się i przenikają w niezwykłych okolicznościach, a związki te sięgają wielu lat wstecz.

Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób autorka odmalowała społeczność niewielkiej miejscowości. Opisywane przez Ewelinę Matuszkiewicz Kozienice mogą z powodzeniem symbolizować jakiekolwiek miasteczko na mapie Polski, a fabuła z pewnością się do niego dopasuje. Bardziej niż o miejsce chodzi tu bowiem o specyficzne relacje łączące mieszkańców, o ich codzienne spotkania, a także lokalną historię, która łączy bohaterów nierzadko od wielu pokoleń. Taki zabieg czyni z miejsca akcji niejako jednego z bohaterów, co nadaje książce bardzo przyjemnego charakteru. Jednocześnie miasteczko odmalowane jest na tyle plastycznie, że dla mieszkańców z pewnością będą to powieści wyjątkowe i bardzo bliskie. 

Chciałabym zwrócić uwagę również na styl autorki. Jest on bardzo prosty (zwłaszcza, że niedawno czytałam Nieświętego Mikołaja Magdaleny Kordel i mierzyłam się ze wspaniałymi, bogatymi zdaniami), jednak nie jest to wada, bo kolejne zdania płynnie się przenikają. Jest w sposobie opowiadania Eweliny Matuszkiewicz coś, co sprawia, że czujemy się zwyczajnie, swojsko, zupełnie jakbyśmy podglądali sąsiadów przez firankę lub słuchali plotek opowiadanych przez dobrą koleżankę. W powieściach obyczajowych bardzo lubię taki styl narracji i uważam, że zbliża on czytelnika do opisywanych wydarzeń. 







Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Skarabeusz.

poniedziałek, 13 stycznia 2020

TED Books: Kio Stark – „Znajomi nieznajomi”



Jak często zdarza się Wam rozmawiać z przypadkowymi osobami na ulicy? Mówicie "Dzień dobry!" przechodniom, albo chociaż sąsiadom? Prowadzicie rozmowy w sklepowych kolejkach? A może przemykacie ukradkiem w nadziei, że nie zostaniecie zaczepieni przez kogoś obcego? Dla mnie chyba od zawsze small talk w rozmaitych sytuacjach jest sprawą całkowicie naturalną i zwykle dzieje się poza zakresem mojej świadomości. Nie planuję do kogoś zagadać, ale często "od słowa do słowa" wynika jakaś większa lub mniejsza dyskusja z moim udziałem.

I choć wiele się mówi o społecznych przemianach i o tym, w jaki sposób postęp technologiczny wpływa na komunikację (w miejscach publicznych i nie tylko spędzamy czas ze smartfonami w dłoni zamiast nawiązywać kontakty), niewiele jest książek, które zajmowałyby się tematem spontanicznego nawiązania relacji. Sama chyba nigdy nie miałam takiej w rękach – aż do momentu, gdy trafiła do mnie opowieść Kio Stark. To jedna z książek wydanych w ramach serii TED Books, co oznacza, że jej początkiem było krótkie wystąpienie autorki na jednej z konferencji TED. dopiero później znalazło ono rozszerzenie w postaci dłuższej formy wypowiedzi.

Jak już wspomniałam, dla mnie nawiązywanie kontaktów z obcymi ludźmi jest czymś naturalnym i mam wrażenie, że ta cecha odebrała mi nieco radości z lektury Znajomych nieznajomych. Nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego jest mi łatwo zagadywać do obcych, nie czułam też potrzeby aż tak silnego wchodzenia w ten temat. Męczyło mnie nieco rozkładanie na czynniki pierwsze każdej, nawet najmniejszej spontanicznej sytuacji i analizowanie, w jaki sposób można się w niej zachować. Moim zdaniem to wszystko pięknie brzmi na papierze, ale wątpię, by większość społeczeństwa zaczęła nagle aż tak drobiazgowo podchodzić do własnych odruchów i spontanicznych reakcji. 

Pół biedy, gdyby Znajomi nieznajomi byli wyłącznie książką popularnonaukową – wiecie, opisem badań i analizowaniem ich pod kątem jakiejś teorii z ewentualnymi przykładami z życia. Tymczasem autorka tworzy coś pomiędzy poradnikiem a opowieścią o swojej teorii ze wskazaniem pojedynczych eksperymentów i tekstów naukowych. Mam wrażenie, że na kolejnych kartach książki zatraca się nieco główny jej sens i przekaz, a także że jest tutaj za dużo różnorodnych danych. W rezultacie książka, choć niewielka i poręczna, w którymś momencie zaczyna się dłużyć i nie daje takiej satysfakcji, jak byśmy chcieli.

Z drugiej strony osoby, które nie miały wcześniej styczności z badaniami z zakresu psychologii społecznej, mogą tutaj wyłowić nieco ciekawostek, które powinny rozjaśnić im świat spontanicznej komunikacji. Autorka porusza między innymi tematy związane z pomocą potrzebującym, otwartości na doświadczenia oraz ciekawie opisuje tzw. pierwsze wrażenie. Pod tym względem Znajomi nieznajomi mogą być lekturą poszerzającą naszą wiedzę.









Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Relacja.