środa, 17 sierpnia 2016

Danka Braun – „Historia pewnej rozwiązłości”

Długo zastanawiałam się, czy sięgać po kolejną odsłonę cyklu Danki Braun, zważywszy że swoją z nim przygodę zaczęłam od końca i jak do tej pory nie zebrałam się w sobie, aby nabyć pierwsze części, nie wspominając o ich czytaniu. Teraz, z perspektywy czasu, cieszę się, że skusiłam się na Historię pewnej rozwiązłości, bo o ile moje poprzednie spotkanie z twórczością autorki było po prostu ciekawe, o tyle to zwyczajnie mnie zachwyciło i przekonało całkowicie, że cykl będzie dla mnie strzałem w dziesiątkę. Tylko portfel płacze na myśl o zakupie pięciu brakujących tytułów... Ale na tak wciągające książki nigdy nie było mi szkoda pieniędzy i czasu.

Trudno jest w jakiś sposób opowiadać o fabule powieści, gdy na rynku pojawiło się już tyle jej części - właściwie każda informacja jest w tym przypadku spoilerem dla osób, które mają przed sobą lekturę pierwszych tomów cyklu. Starym wyjadaczom wspomnieć mogę jedynie, że małżeństwo Orłowskich, które do tej pory wydawało się niemal idealne, przeżyje poważny kryzys. W rodzinie pojawią się duże problemy zdrowotne, romanse, a dokonane wybory przyniosą skutki - często znacznie poważniejsze, niż podejrzewano. Nie zabraknie zagłębiania się w przeszłość i odkrywania niektórych postaci na nowo, dzięki poznawaniu ich historii wpływającej na aktualne motywy zachowania.

Właśnie elementy związane z przeszłością bohaterów podobały mi się najbardziej zarówno w tej książce, jak i w czytanym przeze mnie poprzednio Zabójczym uroku blondynki. W odróżnieniu od Historii pewnej rozwiązłości tamta książka nie należała do głównej osi cyklu Miłość, namiętność, pożądanie, stanowiła jedynie dodatek rozbudowujący fabułę i pozostający w ścisłym związku z bohaterami. O ile ta dodatkowa historia była mocna, bo silnie naznaczona kryminałem, o tyle Historii... znacznie bliżej do zwykłej obyczajówki. Chociaż nie, nie powinnam używać tego sformułowania, które z pewnością wiele osób zniechęci tak, jak zniechęciłoby mnie. Nie zrozumcie mnie źle, bo historia, choć posiada silny element romansu i jest w głównej mierze oparta na relacjach międzyludzkich, skonstruowana jest dużo lepiej niż większość znanych mi obyczajówek.

Nie znając początków opowieści nie mogę się wypowiedzieć na temat rozwoju postaci, jednak widzę wyraźnie, że każda z nich jest dobrze przemyślana i rozpisana. Autorka uwzględnia indywidualne cechy bohaterów i każdemu z nich kreśli wieloletnią historię. Odkrywając kolejne jej elementy możemy sami poznać i zrozumieć motywy działania poszczególnych osób, często dopiero po dłuższym czasie jesteśmy w stanie zrozumieć, czemu zdecydowali się na takie a nie inne postępowanie. Co ważne, poszczególne postaci są ze sobą silnie związane - autorka duży nacisk położyła na to, jaki wpływ ma na poszczególne osoby ich środowisko wychowania, w jaki sposób podobni (lub różni) są poszczególni członkowie rodziny, a także jakie (często dramatyczne i ciągnące się przez wiele lat) skutki mają podejmowane przez nich decyzje. Rodzina Orłowskich oraz ich otoczenie zawiera w sobie bardzo wiele osób, zatem bohaterowie tworzą ciekawą siatkę zależności. Nie jest to jednak nic skomplikowanego, nawet rozpoczynając przygodę z cyklem od środka szybko połapiemy się, kto jest kim.

Tak jak wspomniałam na początku, lektura Historii pewnej rozwiązłości utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinnam lepiej poznać cały cykl, najlepiej rozpoczynając go od początku. Zrobiłam tak już w przypadku jednej serii obyczajowej (cyklu prowincjonalnego Katarzyny Enerlich) i nic złego się nie wydarzyło, bo pozostałe walory fabuły wynagrodziły mi, że wiedziałam z góry, jak potoczą się losy głównych bohaterów. Mam wielką nadzieję, że podobnie będzie w tym przypadku, a odkrywanie szczegółów tych wydarzeń, które w tym momencie są dla bohaterów rzadko podejmowanymi wspomnieniami, sprawi mi dużo satysfakcji. Póki co powiedzieć mogę jedno: Danka Braun zachwyca zarówno w wydaniu obyczajowym, jak kryminalnym. Powieści czyta się szybko, lekko, a losy bohaterów po prostu pochłaniają czytelnika tak, że nie chce się odkładać książki na bok przed jej zakończeniem. Jak dla mnie zestawienie absolutnie idealne.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Prozami.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Christoph Marzi – „Heaven. Miasto elfów”

Przy przeglądaniu zapowiedzi zauroczyła mnie zarówno okładka tej książki, jak i blurb. Kiedy Heaven wreszcie do mnie dotarło, byłam już po lekturze kilku recenzji, które nie były szczególnie entuzjastyczne: sporo było w nich rozczarowania, a książkę oceniano jako generalnie przeciętną. Z miejsca zrobiło mi się smutno, bo nastawiałam się naprawdę pozytywnie - może nie na jakąś wybitną literaturę, ale na pewno na lekką, ciekawą opowieść serwującą kilka chwil dobrej zabawy. Mój entuzjazm nieco opadł, ale jednak nie do końca. I słusznie, bo gdy wreszcie zabrałam się za lekturę, naprawdę mi się spodobało. Chyba mam w sobie jakiś pierwiastek niewymagającego, młodego czytelnika...

Heaven to dość nietypowa młoda dziewczyna - pochodząca z bogatego domu sierota, która nocami włamuje się na dachy i obserwuje niebo, zafascynowana niezwykłym zjawiskiem astronomicznym. Otóż od wielu lat nad Londynem... brakuje kawałka nieboskłonu. Tak, dokładnie - jest ciemny i na stałe pozbawiony gwiazd. Jakby nie dość było dziwaczności w jej życiu, Heaven pada ofiarą niezwykłej napaści, podczas której tajemniczy człowiek kradnie jej serce. A ona nadal żyje. Dzięki pomocy młodego chłopaka udaje jej się uciec - od tej pory razem będą szukali odpowiedzi na dręczące ich pytania i odkrywali wzajemnie swoje tajemnice.

Moim zdaniem już sam opis fabuły tej książki sugeruje całkiem dobrą zabawę, a to dzięki mnogości niecodziennych zdarzeń, które autor włączył do swojego świata. Pomysł z brakującym fragmentem nieba, choć na początku zepchnięty nieco na dalszy plan, okazuje się ciekawą i dobrze skrojoną historią, która doskonale utrzymuje zainteresowanie czytelnika na tajemnicy. Do tego dochodzi duży dynamizm w prowadzeniu akcji (bohaterowie stale uciekają przed oprawcą Heaven, co znacznie przyspiesza ciąg zdarzeń i wprowadza wiele ciekawych scen związanych z konfrontacjami) oraz delikatny klimat baśni, który naprawdę dobrze współgra z całą opowieścią. Bohaterowie są przeciętni - nie jakoś szczególnie pogłębieni, choć każde z nich (w tym główny oprawca) ma własną historię nadającą niejednoznaczności. Dodatkowo pojawia się wątek miłosny, jednak napisany z taktem i absolutnie nie dominujący tego, co w powieści najważniejsze.

Oddając sprawiedliwość czytelnikom muszę powiedzieć, że nie jest to książka pozbawiona wad. W moim odczuciu fabuła była dość powtarzalna, a przez to w którymś momencie stała się prosta i przewidywalna: bohaterowie uciekali, by po jakimś czasie znów skonfrontować się z przeciwnikami, umknąć im i tak w kółko - nawet mimo generalnie dynamicznych scen stało się to po prostu nużące. Dodatkowo sam styl pisania autora nie zachwyca tak, jak by mógł: mimo dużej ilości dialogów zdarzają się fragmenty, przez które nie brnie się najlepiej. Warto jednak mieć na uwadze, że generalnie jest to powieść skierowana do młodszego czytelnika, a ten zapewne przedkładać będzie klimat i treść nad pewne elementy techniczne.

Czasem bywa tak, że książka podoba nam się w pewnych aspektach na tyle, że przymykamy oko na inne, nieszczególnie idealne. Tak było w moim przypadku podczas lektury Heaven. W moim odczuciu jest to całkiem przyjemna powieść z pogranicza baśni, urban fantasy i powieści przygodowej, w której sporo się dzieje, a bohaterowie mają swoje tajemnice, które - jako czytelnik - chciałabym jak najszybciej odkryć. Klimat nieco zmienionego Londynu jest silny i ma duże znaczenie dla całej książki, stanowiąc jej dodatkową, mocną stronę. Jasne, nie jest to książka dla każdego (o czym świadczy rozbieżność ocen czytelników), ale jestem pewna, że znajdzie wielu fanów, zwłaszcza wśród młodszych odbiorców.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MUZA SA.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Ken Liu – „Królowie Dary”

Choć zjednoczenie siedmiu wysp pod rządami jednego cesarza w zamyśle przynieść miało wiele korzyści ich obywatelom, cena, jaką musieli za to zapłacić, okazała się zbyt wysoka. Eufemistyczne "rządy silnej ręki" szybko przerodziły się w boleśnie realne "rządy terroru", gdzie każde nieposłuszeństwo wobec władzy karane było śmiercią. Gdy cesarz umarł, a na tron wstąpić miał jego nieprzygotowany jeszcze syn, lud znalazł okazję, by upomnieć się o swoje. Tak wybuchła rewolucja, która - jak to zwykle bywa - pochłonie wiele ofiar i na zawsze zmieni bieg historii.

Nie będę przed Wami ukrywała, że przeczytanie tej książki zajęło mi naprawdę sporo czasu. Gdy usiadłam do niej pierwszy raz, przeczytałam około 1/3, a brnęło mi się przez nią naprawdę ciężko. Mimo że dostrzegałam pewne ciekawe elementy, we znaki dawały mi się "dziwne" (no, wiecie, orientalne) nazwy własne, które ciągle mi się myliły mimo zawartego w książce spisu, a także fabuła w znacznej mierze złożona z powolnego rozwoju akcji oraz planowania i przebiegu kolejnych działań wojennych. Odebrałam tę książkę jako raczej męską (użyję tego określenia z braku lepszych, mam nadzieję, że zrozumiecie, co mam na myśli) i na kilka tygodni straciłam zapał, jaki do niej miałam. Na szczęście nie całkowicie, bo dokończona okazała się naprawdę niesamowita i, choć pochłonęła masę mojego czasu i energii, nie żałuję żadnej chwili spędzonej na jej czytaniu.

Wielką zaletą są postaci, na których opiera się cała historia. Dwóch skrajnie różnych młodych mężczyzn, dwa spojrzenia na świat, na ludzi, dwa bardzo różne doświadczenia życiowe i wykształcone przez nie postawy. A jednak bije w nich jedno serce, łączy ich coś tak niesamowitego, że w niektórych (rzadkich) chwilach zdają się być braćmi, czy wręcz bliźniakami. Kuni Garu to hulaka i lekkoduch, który nie ma pojęcia o polityce, taktyce czy teorii prowadzenia wojny, ale ma gorące serce, charyzmę, dar mówienia tak, aby porwać tłumy, dużą inteligencję emocjonalną i niezwykłą wręcz intuicję. Ta ostatnia pozwala mu osiągać sukcesy w dziedzinach, na których teoretycznie nie powinien się znać. Z kolei Mata Zyndu pochodzi z rodu najznamienitszych żołnierzy i jest doskonale wyszkoloną maszyną do zabijania. Już sam jego wygląd wskazuje, że to człowiek niebezpieczny, ale tez fascynujący: postawny, szybki, inteligentny, ale przy tym kompletnie nieprzystosowany społecznie. Celem jego życia jest zemsta, a narzędziem, które ma jej dokonać - on sam.

Jednak Królowie Dary to nie tylko Mata i Kuni. Na kartach powieści znajdziemy całą plejadę różnorodnych bohaterów i mam wrażenie, że żaden nie pojawił się tu przypadkowo. Autor dołożył wszelkich starań, aby jego postaci były barwne, ciekawe, niejednoznaczne i aby ich historia została należycie opowiedziana. Przy tym większość z nich ma duże znaczenie dla fabuły, a ich działania - bezpośrednie przełożenia na rozwój akcji. Co ważne, bohaterami książki są nie tylko śmiertelnicy, ale i bogowie - spersonifikowani jak ci w starożytnej Grecji, toczący między sobą swoje małe gierki, z jednej strony wpływający na świat, z drugiej - w pewnym stopniu zaskakiwani, tym, co się na nim dzieje i jaki obrót przybierają sprawy.

Kolejną sprawą, która w ostatecznym rozrachunku robi niesamowite wrażenie, jest kreacja świata, o jaką pokusił się autor. Podczas prac nad książką Ken Liu inspirował się autentycznymi wydarzeniami z historii Chin, jednak stwierdzenie, że to wariacja na ich temat, byłoby chyba nadużyciem. Świat przedstawiony jest z jednej strony niesamowicie bliski temu, co znamy z kart historii, a z drugiej - wzbogacony o całe szeregi fantastycznych dodatków takich jak wymyślone religie, wykreowane dodatkowo postaci bogów czy paranormalne artefakty. Społeczeństwo w Królach Dary jest połączeniem różnych postaw dawnych i współczesnych, jednak mimo kompletnej różnorodności zachowuje spójność, natomiast rozwiązania technologiczne, którymi posługują się ludzie, wykraczają daleko poza realny świat. Do tego wszystkiego dochodzi naprawdę silny klimat Orientu budowany od pierwszej do ostatniej strony dzięki nazwom własnym, językowi, kulturze bohaterów, a także specyfice opisywanych miejsc. Trudno to opisać, ale czytając tę powieść po prostu przenosimy się w czasie i przestrzeni.

Jedno jest pewne - powieść nie jest lekką i przyjemną fantastyką dla mas, w której wiele rzeczy dzieje się samo, a akcja jest szybka i niewymagająca. Nad Królami Dary trzeba przysiąść, niejednokrotnie odłożyć ich na bok, aby nabrać nieco dystansu i świeższym okiem spojrzeć na całość. Tą książką można się zmęczyć, zwłaszcza jeśli - jak ja - nie ma się dużej wprawy z podobnymi powieściami, a chce się wszystko robić szybko, najlepiej na raz. Jednak gdy już przebrniemy przez pierwszy trudny moment, naprawdę jest cudownie, zwłaszcza gdy możemy w pełnej krasie docenić wkład pracy autora. Gdybym miała jednym słowem określić, jaka jest ta książka, myślę, że "epicka" oddałoby najtrafniej wszystkie moje odczucia - z jednej strony doceniam niezwykłość świata, bogactwo postaci i obszerność fabuły, z drugiej zaś zastanawiam się, czy ten monumentalizm nie jest dla mnie zbyt przerażający.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Sine Qua Non.