piątek, 13 stycznia 2017

Zapasy książek na 2017 rok - stos

W ostatnim czasie staram się wdrożyć nowy system organizacji, a wraz z nim racjonalne planowanie zakupów książkowych. W swoim organizerze stworzyłam specjalną chciejkę, która przydała się zwłaszcza w grudniu  wykreślałam z niej te pozycje, które jakoś tam wpadły w moje ręce w tym szalonym, prezentowym okresie. Dzięki temu wiedziałam, czego mi brakuje, kiedy przyszło do wyczekiwanego zamawiania. Następne dopiero za kilka miesięcy...

Pierwszą (i zdecydowanie najliczniejszą) grupą zakupową są trzy zamówienia poczynione w ostatnim czasie na stronie Księgarni Świat Książki. Pierwsze było malutkie i podyktowane zmniejszającym się w zastraszającym tempie nakładem książki Dziki łabędź i inne baśnie. Drugie, nieco bardziej śmiałe, to właściwie test kuponu rabatowego  udany, bo zwieńczony spełnieniem wreszcie marzeń o komplecie książek Jeana Hatzfelda o ludobójstwie w Rwandzie. Ostatnie zamówienie to z kolei realizacji planu opisanego we wstępie - po prostu kupiłam wszystko, co nie zniknęło z chciejki w okresie okołoświątecznym. Zamówienie czekało na realizację aż do stycznia ze względu na premierę Wotum nieufności Remigiusza Mroza, ale pozostałe tytuły są znacznie starsze. Stalker to kwestia niesłabnącego sentymentu do poprzedniej części, Piaskuna (wciąż uważam tę książkę za jeden z lepszych kryminałów, jakie czytałam; recenzja tutaj). Dla duszy gram to wyraz mojego osobistego uwielbienia dla Andrzeja Poniedzielskiego - tekstu o tych wierszach raczej się na blogu nie spodziewajcie. Prędzej czy później opiszę jednak na pewno pozostałe tytuły: Trzy po 33, Małe eksperymenty ze szczęściem i Polska odwraca oczy.

Drugi zestaw to książki upolowane w antykwariacie BookBooka. Wierzcie lub nie, ale przez pół roku mieszkania we Wrzeszczu nie odwiedziliśmy go ani razu, mimo że mijamy jego witrynę codziennie idąc do pracy i z niej wracając. Dopiero w grudniu, przy okazji wolnego przedpołudnia zaszłam tam dosłownie na chwilę, która to chwila przeciągnęła się w godzinę spędzoną na przeglądaniu zawartości regałów z najróżniejszą literaturą. Uwielbiam antykwariaty podobnie jak lumpeksy i chyba mam łatwość wyszukiwania w jednych i drugich różnorodnych perełek  tym razem udało mi się upolować dwie trudno dostępne odsłony Serii z Miotłą: Sto butelek na ścianie oraz Białe zeszyty (ta ostatnia z dedykacją od autorki, Soni Raduńskiej!). Do zakupów dołożyłam Drugi grób po lewej oraz wyczekiwanego Najgorszego człowieka na świecie  już myślałam, że ktoś mi tę książkę podkupił, ale na szczęście okazało się, że po prostu troszkę ją przesunęli a ja, ślepa, prawie wyszłabym bez niej.

W tak zwanym międzyczasie dokonałam heroicznego czynu - w dniu, gdy startował kiermasz książek w Biedronce, wstałam o 7:00, żeby wczesnym rankiem dostać się do pobliskiego sklepu i zgarnąć, co moje. To była bardzo dobra decyzja, bo na przykład Awarii małżeńskiej (którą czytałam w zeszłym roku, gdy kupiłam ją na prezent pewnej bliskiej osobie  opinia tutaj) znalazłam dokładnie jedną sztukę, która z pewnością do popołudnia zdążyłaby się sprzedać. A skoro już byłam w Biedronce... skusiłam się na kryminał Marty Guzowskiej (czaiłam się na niego już kilka razy) oraz swego czasu zachwalaną Najdroższą Wandy Żółcińskiej. Do obu książek mam stosunek dość nijaki, to znaczy nie oczekuję po nich żadnych cudów i mam nadzieję zostać mile zaskoczona.

Na sam koniec, tuż przed planowanym postem stosikowym, do zacnego grona zakupów dołączyła maleńka paczka z Arosa (mówcie sobie co chcecie, to wciąż mój ulubiony dyskont, nawet jeśli ceny na ich stronie powoli stają się "normalne", a nie "konkurencyjne"). Zachęcona opinią Agnieszki z kanału Dressed in Mint postanowiłam sięgnąć po książki dotyczące zarządzania czasem napisane przez Charlesa Duhigga. Rzadko czytam poradniki, więc tym bardziej jestem ciekawa, co też zostało tutaj zaprezentowane  z pewnością podzielę się z Wami opinią, gdy już się z nimi uporam. Do paczuszki dorzuciłam sobie ostatnią pozycję z chciejki, a mianowicie Zapomniane słowa.

Jestem niesamowicie dumna z faktu, że tym razem nie ma tak zwanego stosu nabytków przypadkowych. Na końcu posta znajdzie się tylko jednak książka (trudno nazwać to stosem), która w dodatku absolutnie nie jest przypadkowa. Na jej poszukiwaniach spędziłam dobry tydzień i niesamowicie się cieszę, że ostatecznie zakończyły się sukcesem. Jeden z nas to wspaniała, choć ciężka opowieść, którą z całego serca Wam polecam (całość recenzji znajdziecie tutaj). Wznowienie tej książki możecie kupić wyłącznie w Empiku za około 50 zł, mnie natomiast udało się odkupić stare wydanie dzięki facebookowej grupie za połowę tej ceny. Tyle wygrać!


Standardowo dajcie znać, jakie książkowe wspaniałości dotarły do Was w ostatnim czasie. Wiecie, zbieram inspiracje do kolejnej książkowej chciejki. ;) A może czytaliście coś z powyższych stosików? Jestem jeszcze przed lekturą większości pozycji, więc chętnie poznam Waszą opinię.





wtorek, 10 stycznia 2017

Åsne Seierstad – „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii”

Czasem w naszym czytelniczym życiu bywa tak, że trafiamy na tekst niezwykły. Nie jest łatwy, właściwie to trzeba przez niego brnąć, ale mimo wszystko z każdą kolejną stroną widzimy, że poznanie go jest warte każdego wysiłku; po prostu chcemy więcej. Tak właśnie wyglądała moja przygoda z książką Åsne Seierstad: była długa, żmudna i zabrała mi naprawdę dużo czasu, ale nie żałuję ani jednej minuty. Dziś nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego tekstu nie przeczytać.

O Jeden z nas po raz pierwszy dowiedziałam się w momencie premiery – akurat wtedy pracowałam w księgarni, więc specyficzna okładka przyciągnęła mój wzrok, ale nigdy na tyle, żebym zainteresowała się treścią. W blogosferze chyba też nie było na nią specjalnego szału, choć może nie pamiętam nic takiego dlatego, że w tamtym okresie nie miałam zbyt wiele wolnego czasu. W każdym razie na poważnie zwróciłam na nią uwagę dopiero niedawno, podczas oglądania jednych z inspiracji na kanale Radzki. Najpierw bolałam nad tym, dlaczego jeszcze tej książki nie czytałam, a potem rozpoczęłam batalię o jej zdobycie – stare wydanie jest niedostępne, a nowe, limitowane, możecie kupić tylko w Empiku za… no cóż, dużą kwotę. Mnie udało się odkupić je na facebookowej grupie, a kiedy tylko wyczekiwana książka wpadła w moje ręce, zaczęłam lekturę. To na niej spędziłam ostatnie dwa, może nawet trzy tygodnie.

No dobrze, ale ja tu sobie gadam właściwie o niczym, a o czym tak naprawdę ta książka jest? Jeden z nas to wynik pracy dziennikarskiej Åsne Seierstad po zbrodni, jakiej dokonał Anders Breivik na norweskiej wyspie Utøya w 2011 roku. Na początku cała opowieść miała zawierać się w jednym artykule, jednak w miarę poszukiwań autorka natrafiała na coraz to nowe fakty, które stopniowo rozszerzały tekst. Gdybym chciała mówić krótko, pewnie stwierdziłabym, że to historia uwarunkowań społecznych, które ukształtowały osobowość zamachowca, jednak takie określenie zupełnie nie wyczerpuje ogromu tematów i zależności, które zostały tutaj poruszone, nakreślone i opracowane. Przede wszystkim autorka podejmuje problem z naprawdę wielu stron: opowiada o polityce, nastrojach społecznych i zmianach, które rozpoczęły się jeszcze przed narodzinami Breivika, zagłębia się w dzieciństwo nie tylko jego, ale także ofiar, opisuje przebieg procesu i pochyla się nad emocjami, które wywołał wśród opinii publicznej. To szeroko zakrojona opowieść o Norwegii – dokładnie tak, jak głosi jej podtytuł.

Należy podkreślić, jak niesamowitą pracę wykonała Åsne Seierstad i jak wielkim talentem wykazała się podczas łączenia danych. Mimo mnogości poruszanych tematów książka jest niesamowicie płynna, a poszczególne historie, choć pozornie związane jedynie feralnym 22 lipca 2011, pięknie się ze sobą przeplatają tworząc niesamowicie spójny i tym bardziej przejmujący obraz. Mimo że wiele miejsca jest tu poświęcone Breivikowi, autorka nie czyni z niego gwiazdy swojej książki. To tak naprawdę portret Norwegii okresu przemian, mierzącej się z wyzwaniami podobnymi do tych, które zaburzają ład praktycznie w całej Europie: napływ imigrantów, problemy z asymilacją, społeczeństwo rozdwojone między tym, czy wybrać prawicowy, czy też lewicowy rząd, bo mocne hasła padają z obu stron barykady, a także zwykła, ludzka zdolność do odrzucania drugiego człowieka nawet jeśli jest on naszym rodakiem, sąsiadem czy przyjacielem. Wiele z tych tematów opisanych jest szeroko i właśnie dlatego książkę czyta się tak żmudnie. Mimo wszystko uważam, że to wysiłek wart podjęcia.

Wartość tej książki mieści się jednak nie tylko w perfekcyjnej mieszance tematów. Największą jej siłą jest sposób, w jaki została napisana: przejmujący do szpiku kości. Po pierwsze już na samym wstępie czytelnik dostaje niejako w twarz mocną sceną, w której bezduszny zamachowiec dokonuje kolejnych morderstw, a przerażone ofiary starają się jakoś uciec. Ten zabieg od razu odpowiednio nastawia czytelnika, a pozostające w głowie, wyraziste sceny, nie pozwalają zapomnieć, kim stał się Breivik, gdy zaczynamy czytać o jego dzieciństwie i sytuacji rodzinnej. W dalszej części książki opowieść w naturalny sposób nieco się uspokaja, ale autorka pozostaje bezwzględna: przedstawia nam losy kolejnych bohaterów, opisuje dorastanie młodych aktywistów, sprawia że zaczynamy z nimi sympatyzować i kibicować im, na chwilę zapominając, że wszyscy przecież zginą, bo to ich losy skrzyżowały się na wyspie Utøya.

Jeśli chodzi o portret psychologiczny samego Breivika, Åsne Seierstad wycisnęła z tematu naprawdę wiele. Jej opowieść składa się w zależności przyczynowo-skutkowe i obnaża, co tak naprawdę mogło być motywem przewodnim dokonanej zbrodni. Jeden z nas dobitnie pokazuje, jak ciężko jest w tym i wielu innych, podobnych przypadkach dokonać jednoznacznej oceny – widzimy wyraźnie, jak bohater zmienia się popadając ze skrajności w skrajność. Historia Breivika to opowieść o próbie zasymilowania się ze środowiskiem, a jednak podoba mi się również, że autorka nie zdecydowała się stanąć po jednej ze stron i nie tłumaczy jego zachowania. Choć czasem miałam myśli, że coś poszło nie tak już na samym początku jego życia, dalekie to było od usprawiedliwień, a sama sugestia nie płynęła z książki tylko moich własnych analiz.

Mam wielki problem, bo mogłabym jeszcze długo opowiadać o niuansach związanych z tą książką, a jednak nie chcę Was całkowicie zanudzić. Zakończę więc krótko: to opowieść naprawdę godna polecenia i jeśli Was ciekawi, musicie po nią sięgnąć. Ciężko ją zdobyć i czyta się ją długo, ale – jak już mówiłam – naprawdę warto.


niedziela, 8 stycznia 2017

Mikal Hem – „Jak zostać dyktatorem”

Kiedy rozpakowywałam paczkę z tą książką i Sylwek zobaczył, co znajduje się w środku, przeczytał tytuł, po czym stwierdził: Pff, podręcznik dla nowicjuszy? Przecież jesteś już ekspertem w tym temacie! I co ja mogłam w takiej sytuacji zrobić? Książka zainteresowała mnie bynajmniej nie z powodów samorozwojowych – przejęcie władzy jakoś zupełnie mi nie leży, wystarczy mi, że szarogęszę się w swoim najbliższym otoczeniu. Uznałam jednak, że to może być ciekawa opowieść, w jakiś sposób rzucająca nowe światło na temat, który z reguły poznajemy tylko z jednej strony: poprzez relacje ofiar. Sięgam po nie chętnie, jednak mechanizmy i schematy rządzące drugą stroną również wydają mi się bardzo interesujące.

Już sam tytuł sugeruje, jaki klimat będzie towarzyszył całej opowieści – nazywając książkę podręcznikiem, autor obiecuje nam sporą dawkę humoru i podejście do tematu z dużym przymrużeniem oka. Pod tym względem nikt, kto sięga po ten tekst, nie powinien być zawiedziony, z drugiej strony jednak warto o tym pamiętać, jeśli jakiekolwiek żarty z dyktatury nam przeszkadzają. Od razu zaznaczam: moim zdaniem granica dobrego smaku nie została przekroczona. Całość jest po prostu uporządkowanym tematycznie zbiorem anegdot i ciekawostek na temat reżimów z różnych zakątków świata. Autor prowadzi czytelników przez całą dyktatorską drogę: od zdobycia i utrzymania władzy, poprzez pomnażanie majątku i dysponowanie nim, aż do różnorodnych końców, jakie mogą nas spotkać na reżimowej drodze. A wszystko to z zachowaniem pouczającej, podręcznikowej formy opartej na mniej lub bardziej łagodnych poleceniach i wskazówkach. 

Pod względem informacyjnym książka ma kilka zasadniczych zalet. Po pierwsze dla osoby, która potrafi wymienić z nazwiska dość małą liczbę dyktatorów, a zapytana o państwa, których reżimy kojarzy, nieśmiało dorzuci jeszcze kilka (jak ja), na pewno poszerza wiedzę, ponieważ autor każdą z prezentowanych ciekawostek łączy z konkretnym miejscem i konkretnym przywódcą. Po drugie w swojej opowieści Mikal Hem sięga zarówno po przykłady oczywiste, jak i zupełnie niebanalne, a w każdym razie mniej znane. Po trzecie samych anegdot jest naprawdę mnóstwo, a autor ma niesamowity dar płynnego konstruowania opowieści. W wielu przypadkach podobnych książek, niezależnie od tematyki, mamy wrażenie, że pisarz po prostu wyrzuca z siebie kolejne ciekawostki w sposób zupełnie nieuporządkowany, co daje bardzo toporne wrażenie; tutaj całość jest płynna, wciągająca i naprawdę przyjemna w odbiorze. Ponadto zgrabne łączenie faktów i wątków przez autora sprawia, że czytelnik zaczyna dostrzegać pewne schematy, wyciągać wnioski, a nawet przekładać je na znane sytuacje społeczno-polityczne (tak przynajmniej było w moim przypadku).

Małą objętość książki (około 250 stron) można uznać zarówno za wadę, jak i zaletę. Z pewnością nie jest to kompendium wyczerpujące wiedzę na temat wszelakich dyktatur, nie zbiera też na pewno wszystkich ciekawostek, jakie są znane na ten temat. Z drugiej strony taka forma w połączeniu z bardzo lekkim stylem autora oraz (momentami czarnym) humorem sprawia, że otrzymujemy książkę do połknięcia w jeden wieczór. Moim zdaniem to zawsze bardzo duży plus.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Smak Słowa.