czwartek, 3 sierpnia 2017

Wyniki konkursu na polecajkę


Jak obiecaliśmy, tak czynimy. Komisja w składzie Kaś&Sylwek po burzliwych naradach wyłoniła zwyciężczynie konkursu na książkowe polecanki. Dziękujemy pięknie za wszystkie zgłoszenia, najważniejszy cel został osiągnięty mamy kilka ciekawych tytułów do przetestowania. A teraz bez zbędnych wstępów prezentujemy wyniki:


Arkadię otrzymuje ... Oko na kulturę

Opowiem ci mroczną historię poleci do ... Gab rieli

To, co zostało wzbogaci biblioteczkę ... Księgozbioru Kasiny


Dziewczyny, gratulujemy! Prosimy o przesłanie danych do wysyłki na adres czworgiem@gmail.com. Czekamy 7 dni. :)

poniedziałek, 31 lipca 2017

Inspiracje: lipiec


Miałam przygotowany cudny, kłapouszkowy wstęp o tym, jaką piękną mamy jesień tego lata i jak duży ma to wpływ na poszukiwanie inspiracji. Chciałam go tutaj umieścić, może nawet z odpowiednik wykresem, ale po prostu nie jestem w stanie. No bo jak można marudzić, kiedy za oknem słońce świeci tak mocno, że jest w stanie spalić mi ramionka? No nie można. Tak więc wstępu nie będzie, po prostu zaprezentuję, co mam do pokazania.


Simplife.pl

Blog Natalii to inspiracja jeszcze z czerwca, ale postanowiłam wtedy o nim nie pisać  nie chciałam nadmiernie rozbudowywać tamtego posta, a wiedziałam, że Simplife zostanie ze mną na dłużej. Tak też się stało: przez ostatnie dwa miesiące zaglądałam tam kilka razy w tygodniu.

Natalia pisze o bardzo wielu sprawach: jodze, jedzeniu, ubraniach, kosmetykach... Choć wydawać by się mogło, że to tematyczny rozrzut, tak naprawdę wszystko jest spójne dzięki nasyceniu ideologią slow. Z dumą mogę powiedzieć, że przeczytałam większość tekstów na blogu i wiele z nich mnie zachwyciło; podoba mi się podejście autorki do życia i sposób, w jaki ubiera swoje myśli w słowa. To posty wartościowe z gatunku tych, o których można powiedzieć, że w jakiś sposób wpłynęły na nasze życie. Poniżej kilka tekstów, które należą do moich ulubionych, ale wierzcie mi  jest ich znacznie więcej:



Kulinarna Świętojańska



Zdarza Wam się wybrać na jedno wydarzenie, a trafić na zupełnie inne? To właśnie spotkało nas w ostatni weekend lipca. Do Gdyni pojechaliśmy na Nadmorski Plener Czytelniczy, ogarnęliśmy co było do ogarnięcia, a ja w drodze powrotnej zapragnęłam wstąpić na chwilę do Tigera (i niech mi ktoś powie, że nie było warto!). Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że, połowa ulicy Świętojańskiej zamieniła się w strefę gastro, na której okoliczne restauracje prezentowały miniaturki swoich produktów. Załapaliśmy się na pyszne mięso w sosie od Bollywood Lounge oraz mini burgery z Bliżej. Tym sposobem mamy dwie nowe miejscówki do wypróbowania!

Nie wiem, która to była edycja (na pewno nie pierwsza, bo takie samo wydarzenie odbyło się rok temu), ale na pewno będę obserwowała profil organizatorów, żeby dowiedzieć się o kolejnej. Zainteresowanie było bardzo duże, więc liczę, że widzimy się za rok!


Escape room

Zanim wybraliśmy się do escape roomu miałam wrażenie, że jesteśmy ostatnimi osobami, które jeszcze nigdy tam nie były. Co nie znaczy, że nie chcieliśmy, albo że poszliśmy tam dla mody; wręcz przeciwnie  w luźnych planach mieliśmy ten wypad od dawna, ale ciągle nie było czasu i okazji. W tym miesiącu wreszcie się udało i możemy z radością dołączyć do grona zadowolonych odbiorców tej formy rozrywki. 

Na nasz pierwszy raz (haha!) wybrałam Escape Me w Gdyni i właściwie nie żałuję  to (jak dowiedzieliśmy się później) miejsce słynące z mniej oczywistych pokoi opartych na czymś więcej niż dużej liczbie kodów, dlatego też część osób może być równie zaskoczona jak my podczas pierwszych oględzin pokoju. Obsługa jest świetna, cała wizyta przebiega w cudnej atmosferze. Na pewno wrócimy tam jeszcze do pozostałych pokoi.

Co ważne – nawet ktoś tak pozbawiony logicznego myślenia jak ja, może się tam wybrać. Bałam się, że będę bezużyteczna, ale nie było aż tak źle. W dodatku ani razu się nie pokłóciliśmy!


Czasopismo Paznokcie


Podczas którejś z wizyt w Empiku Sylwek wypatrzył ten magazyn na jednej z półek z prasą. Przez cały miesiąc byłam pewna, że to jedno z pierwszych wydań  w końcu nigdy wcześniej go nie widziałam. Dopiero niedawno odkryłam, że już za moment na rynku pojawi się 82 numer! Brawo ja...

Sam magazyn jest naprawdę ciekawy, zwłaszcza z perspektywy paznokciowego laika, którym jestem. Znajdziemy tu mnóstwo inspiracji co do stylizacji, wiele z nich opisanych krok po kroku pod względem wykonania. Do tego dochodzą artykuły techniczne pisane przez profesjonalne stylistyki paznokci. Jednym słowem: duża dawka wiedzy zebrana w bardzo przyjemnej dla oka formie. 


Sierpień będzie dla nas czasem wyczekiwanych wakacji (przynajmniej w połowie), więc mam nadzieję, że przyszłomiesięczne inspiracje będą przebogate. Tymczasem dajcie znać, co Was zachwyciło w ostatnim czasie!







PS Żeby nie było, że nie przypominaliśmy  tylko do końca lipca trwa nasz konkurs, w którym rozdajemy książki za polecajki, także na zgłoszenia zostały ostatnie godziny. Klik, klik?


sobota, 22 lipca 2017

Mons Kallentoft, Markus Lutteman – „Leon”


Co do pierwszej części cyklu Herkules – miałam bardzo dużo wątpliwości. Kolaboracje między pisarzami mają to do siebie, że często zamiast wyciągać z prozy obu twórców to, co najlepsze, raczej uwydatniają braki. Ostatecznie powieści wychodzą sztywne i pozbawione charakteru, albo, co gorsza, kompletnie niespójne, z wyraźnym rozdźwiękiem między autorami. 

Na szczęście ani w przypadku Na imię mi Zack, ani tym bardziej w kontynuacji, Leonie, nic takiego nie miało miejsca.

W niedostępnej, mało uczęszczanej dzielnicy, na szczycie komina przemysłowego znalezione zostaje ciało chłopca. Gdy policja stara się ustalić kim był i w jaki sposób zginął, do sieci trafia nagranie z ostatnich minut jego życia – dziecko zostało brutalnie zamordowane przez mężczyznę w lwiej skórze. Komisarze muszą szybko znaleźć sprawcę, bo wszystko wskazuje na to, że w piwnicznej klatce przetrzymywany jest kolejny chłopiec…

Już jedna z pierwszych scen książki pokazuje nam dokładnie, z czym będziemy mieli do czynienia i stanowi reprezentację tak Leona, jak i całego cyklu. Zack Herry, wschodząca gwiazda policji, gra w rosyjską ruletkę, aby pozyskać informacje na temat zaginionego dziecka. Ale jak gra! Autorzy bardzo dokładnie odzwierciedlają to, co dzieje się w umyśle komisarza przy każdej kolejnej dokładanej kuli, jak buzuje w nim adrenalina i rośnie napięcie. Duet Kallentoft&Lutteman nie boi się skrajnych tematów, a ich sposób opisu potrafi przyprawić o ciarki. Nie będzie ozdobników i uproszczeń, o nie. Tutaj babramy się w psychice bardzo dziwnych bohaterów.

Sam komisarz Herry nie jest typowym przedstawicielem policji nawet jeśli wziąć pod uwagę patologiczną normę wśród skandynawskich śledczych. W jego przypadku problemy są głębsze, a ich odzwierciedlenie w życiu Zacka znacznie bardziej spektakularne. Młody mężczyzna nosi w sobie traumę, z którą nie jest w stanie poradzić sobie sam, w efekcie czego co i rusz funduje sobie nowe, silne doznania dzięki środkom psychoaktywnym: kokainie, amfetaminie, alkoholowi. Komisarz zdaje się być uzależniony także od adrenaliny: im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym więcej emocji w nim wyzwala. Cały myk autorów nie polega jednak na stworzeniu odpowiednio kontrowersyjnego śledczego, a na należytym opisaniu jego zachowań. Jak już wspomniałam, Kallentoft i Lutteman uwielbiają babrać się w tym, co dzieje się w głowie Zacka na co dzień, a także w kontakcie z narkotykami. Rozkładają na czynniki pierwsze stan napięcia w umyśle bohatera i cały błogostan, który nadchodzi po nim. 

Chyba nie powinnam się przyznawać, że Zack Herry tak bardzo mnie intryguje.

W obliczu tak wyrazistej kreacji głównego bohatera, sama zagadka zdaje się schodzić na nieco dalszy plan. Nie oznacza to jednak, że nie jest interesująca! Wręcz przeciwnie – moim zdaniem jest skonstruowana dobrze, spójnie i posiada wszelkie cechy, by utrzymać zainteresowanie czytelnika. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to nieadekwatny opis okładkowy. Naprawdę rozumiem, że wyścig z czasem sprzedaje się lepiej niż żmudne śledztwo, ale nie dajcie się nabrać. Zanim dojdzie do sytuacji opisanej w blurbie, czeka nas wiele innych, równie kluczowych fabuły wydarzeń, a cała książka nie opiera się bynajmniej na gorączkowym poszukiwaniu chłopca zamkniętego w piwnicy, choć i ten element oczywiście w końcu się pojawia. Dużo czasu i uwagi jest tu poświęcone poszczególnym śledczym, sposobom ich pracy, a pierwsza połowa książki nie jest napakowana akcją, choć mimo to wcale się nie dłuży.

Jeśli z jakichś powodów nie spodobały Wam się solowe powieści Monsa Kallentofta, możecie śmiało spróbować cyklu o Zacku Herrym. Wpływ Markusa Luttemana jest bardzo wyraźny: nie ma charakterystycznych dla serii o Malin Fors długich, quasi-filozoficznych myśli, nie ma ofiar przemawiających zza grobu. Jest za to świetna kreacja głównego bohatera i opis, który potrafi zachwycić. Nie boję się powiedzieć, że cykl o Zacku Herrym jest lepszy od tego o Malin Fors, mimo że oba lubię i chętnie po nie sięgam. Gdybym miała polecać, zachęcałabym jednak, żeby w pierwszej kolejności sięgnąć po Herkulesa.






Na imię mi Zack || Leon || Bambi