wtorek, 21 maja 2019

Tomasz Kwaśniewski – „W co wierzą Polacy?”



Religie, zabobony, rytuały, tarocistki, jasnowidze, szeptuchy, czarne koty, plucie przez lewe ramię, klątwy, egzorcyzmy i oczyszczanie energii. Jedni z nas wrzucają to wszystko do jednego wora i stanowczo się odwracają, inni wybierają elementy, które mieszczą się w ich światopoglądzie, a jeszcze inni patrzą łaskawym okiem na wszelkie przejawy rytualnej duchowości. Mówi się, że żyjemy w katolickim kraju. A w co tak naprawdę wierzymy?

Nagradzany reporter Tomasz Kwaśniewski postanowił przyjrzeć się polskiemu rynkowi usług ezoterycznych: od wróżących z kart, poprzez jasnowidzów, aż do spirytystów i bioenergoterapeutów. Odwiedził wielu z nich w ich własnych gabinetach i domach, wypróbował różnorodne rytuały, przeprowadził też wiele rozmów z ludźmi ze swojego otoczenia na temat tego, w co wierzą i jak przekłada się to na ich życie. Wynik tego śledztwa niejednego zaskoczy, okazuje się bowiem, że Polacy bardzo chętnie korzystają z podobnych usług, choć na każdym kroku deklarują się jako sceptycy. 

Ogromną zaletą tej książki jest styl Tomasza Kwaśniewskiego. Chyba nikt nie pisze jak on: ze swadą, humorem i lekkością, która zachwyca na każdej kolejnej stronie. Choć to reportaż, a w wielu miejscach wręcz pamiętnikowy zapis wydarzeń z kolejnych dni, wszystko pochłaniałam z nieskrywaną przyjemnością. I mimo że podchodziłam do tej książki z wielkim dystansem – to znaczy niby chciałam ją przeczytać, bo temat mnie interesował, ale jakoś nie mogłam się zebrać – to ostatecznie pochłonęłam ją niemal na raz. Od pierwszego rozdziału wiedziałam, że o czymkolwiek nie opowiadałby autor, ja pójdę za jego słowami.

Bardzo podoba mi się to, że mimo żartobliwego (czy też raczej ironicznego) charakteru wielu fragmentów, książka pozwala nam na samodzielne wyciąganie wniosków. Tomasz Kwaśniewski nie prowadzi nas za rączki mówiąc: patrzcie, to manipulanci, a to ciemny naród. Nie. On pokazuje, opisuje pewne zjawiska, które następnie sami możemy zinterpretować. Dostarcza nam faktów, nad którymi zastanawiamy się sami. Tak moim zdaniem wygląda rzetelne dziennikarstwo. Autor wykonał tytaniczną pracę, odwiedzając dziesiątki wróżek oraz wróżów i poznając ich pracę, włożył też z pewnością sporo wysiłku w eksperyment, który został opisany na końcu książki. 

I sama nie wiem, czy po lekturze ubolewam nad stanem polskiego społeczeństwa (jak niektórzy), czy jednak dryfuję w stronę "wszystko mi jedno", jak w przypadku wielu spraw. Nie jestem pewna, czy między wiarą w czarne koty a ruchem antyszczepionkowym można postawić znak równości (bo przecież olaboga, ciemny naród i jak można wierzyć w takie bzdury). Jestem w stanie zrozumieć, że komuś może być łatwiej iść do wróżki niż do psychologa (bo w wielu miejscach ten drugi wciąż jest synonimem stygmatyzacji), a jeśli wróżka ta powie człowiekowi, że siedzi w jakimś złym schemacie? Doskonale rozumiem też potrzebę odrobiny magii w naszym życiu, podobnie jak wiem, w czym pomaga głęboka wiara (w jakiegokolwiek boga). I tak sobie myślę, że moglibyśmy tych wszystkich zjawisk aż tak nie demonizować.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

niedziela, 19 maja 2019

Zarządzanie sobą w czasie || Ola Budzyńska – „Jak zostać panią swojego czasu”

Pani Swojego Czasu. Marka własna, pod szyldem której Ola Budzyńska wraz ze swoim Gangiem pracuje dzielnie, by jak najwięcej Polek nauczyło się określać swoje cele i je realizować. Dla mnie osobiście przykład nie tylko świetnie prosperującego biznesu, ale również źródło przydatnej wiedzy, którą mogę wykorzystywać w codziennym życiu. Znałam już bloga, webinary, znałam kursy, tylko jakoś z książkami zawsze było mi nie po drodze. Ale ostatnio, przy okazji premiery Kursoksiążki o asertywności (o której postaram się opowiedzieć, jak już wejdę w proces i go zakończę) skusiłam się na pakiet, który zawierał również pierwszą książkę Oli; tę o zarządzaniu czasem (lub, jak kto woli, sobą w czasie). Pochłonęłam i powiadam Wam: moje życie już nie będzie takie samo.

Czytałam w swojej karierze całkiem sporo książek o produktywności, zarządzaniu czasem i organizacji pracy, ale ta jest pierwszą napisaną tak przystępnym językiem. Ola pisze tak, jak mówi: prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, bez zbędnych ozdobników i na pewno nie po to, żeby komukolwiek się przypodobać. Jest wiele miejsc, w których słyszymy coś nieprzyjemnego (jak chociażby wtedy, gdy mowa o tym, że zmienić się musimy my, a nie nasze otoczenie i warunki), jednak zawsze wiemy jedno: wszystko zostało powiedziane po coś, w dobrej wierze.

Główny nacisk w książce jest położony na określanie celów. Pewnie wiele osób zapyta: po co cele, skoro chcę tylko mieć więcej czasu? Niestety bez określenia, do czego dążymy i co jest dla nas priorytetem, nie jesteśmy w stanie skutecznie działać. Zarządzanie czasem nie polega bowiem na magicznym wygenerowaniu kolejnych godzin, które rozciągną naszą dobę. To sztuka dokonywania wyborów w zgodzie ze sobą – swoimi wartościami i postanowieniami. Poświęcenie czasu na jedną rzecz zawsze jest decyzją, by z jakiejś innej (a często z wielu innych) zrezygnować. Owszem, z czasem będziemy pracować nad automatyzacją danych czynności (dbając, by stały się dla nas nawykami i odciążyły naszą uwagę), jednak podstawą jest przyjrzenie się sobie i temu, jak wygląda nasze życie (a jak chciałybyśmy, żeby wyglądało). 

Ola rozprawia się więc z mitami dotyczącymi planowania i nawyków, zachęca do poświęcenia czasu na podstawy i zadbania o siebie, a dopiero później tłumaczy nam, w jaki sposób określać większe i mniejsze zadania oraz tworzyć harmonogramy. Wszystko to przeplatane jest przykładami z jej życia (zarówno prywatnego, jak i zawodowego), dzięki czemu jesteśmy jeszcze bliżej tematu, staje się on zupełnie "nieksiążkowy". 

Ja sama przeczytałam Jak zostać panią swojego czasu dwa razy. Najpierw dosłownie ją pochłonęłam (jak to zwykle mam z książkami, które mnie wciągają i fascynują), a potem usiadłam na spokojnie, żeby wypisać narzędzia i krok po kroku przyjrzeć się swoim celom. 

Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć o jednym szczególe, który pewnie dla ogółu niezbyt znaczący, u mnie wywołał mikrozachwyt. Cała książka jest bardzo spójna graficznie, zgodnie z brandem PSC. Jednym z wyróżniających się elementów są cytaty zajmujące całą stronę. I te cytaty, proszę Państwa, są w zupełnie innych miejscach książki, niż fragment, z którego pochodzą. Niby nic, ale mam już serdecznie dość książek, w których najważniejsza myśl jest wyróżniona na stronie obok lub nawet na tej samej, bo mam wtedy poczucie, że niepotrzebnie odrywałam wzrok od tekstu, żeby przeczytać drugi raz to samo. Tutaj to, co najważniejsze, bardzo przyjemnie nam się utrwala, jakby Budzyńska szeptała nam zza ramienia: Ale pamiętasz, co powiedziałam przed chwilą?!.

Kończąc ten wywód powiem, że zdecydowanie była to najprzystępniejsza książka do nauki zarządzania czasem, jaką miałam okazję czytać. Napisana prosto, sprowadzająca nas przy ziemi i ucząca konkretnych, praktycznych zachowań, które mają szansę stać się naszymi dobrymi nawykami. Oczywiście jeśli chcemy się czegoś nauczyć.


piątek, 17 maja 2019

Rok bez zakupów? || Cait Flanders – „Królowa oszczędzania”

Muszę się Wam przyznać, że podchodziłam do tej pozycji z ogromnym sceptycyzmem – no bo jak to, kupować książkę o tym, jak nie kupować rzeczy? Czy to aby nie tworzy sprzeczności już na starcie, jeszcze zanim przeczytamy pierwszą stronę? Namówiły mnie dopiero pozytywne recenzje na Instagramie (co, jak się szybko zorientowałam, jeszcze dobitniej świadczy o moich problemach z zakupami) i postanowiłam spróbować. Tym razem nie żałuję ani jednej wydanej złotówki.

Królowa oszczędzania to opowieść o roku bez kupowania (oprócz artykułów codziennej potrzeby). Jej autorka, Cait Flanders, jest kanadyjską blogerką, która prowadzi witrynę dotyczącą finansów. Jej internetowa kariera zaczęła się od pisania o wychodzeniu z długów, jednak, jak szybko się dowiadujemy, autorka miała znacznie więcej problemów. Alkoholizm, zadłużenie konsumpcyjne, kompulsywne kupowanie, przytłaczający bałagan... Trzeba przyznać, że przez dobrych kilka lat poświęciła naprawdę sporo czasu na wyprowadzanie swojego życia na prostą. Królowa oszczędzania jest zwieńczeniem tego procesu – po części próbą cofnięcia się wstecz i opisania całej historii, a po części uzupełnieniem bloga (który również należy do tych bardziej osobistych).

Na samym początku muszę powiedzieć, że bardzo spodobał mi się styl Cait Flanders – książka jest naprawdę angażująca i wciągająca, lektura zajęła mi dwa dni. To takie trochę pogaduszki z koleżanką w lekkim stylu; sposób pisania, który sprawia, że czytelnik cały czas jest zainteresowany tematem. Na treść książki składają się różne wątki: analiza przeszłości miesza się tu z relacją z kolejnych miesięcy zakupowego detoksu. Autorka opisuje jak pozbywała się zbędnych rzeczy, z jakimi wyzwaniami się mierzyła, a także jak caly projekt wpłynął na jej życie. Bardzo spodobało mi się jej podejście do tematu, mianowicie potraktowanie roku bez zakupów jako eksperymentu. Sądzę, że zdjęło to z jej barków spory ciężar, a wyniki zdecydowanie ją zaskoczyły. 

Przede wszystkim jednak jest to książka niesamowicie motywująca. I tak, mam świadomość, że motywacja do działania jest często krótkotrwała, ale sama bardzo lubię takie proste, pozytywne bodźcie. Nie opieram na nich oczywiście swojego działania (klucz do zwyciętswa to samodyscyplina), ale uważam je za szalenie przydatne. Wracając jednak do meritum: autorka w przyjemny sposób daje nam odczuć, że skoro jej się udało ograniczyć kupowanie rzeczy, to nie ma powodów, dla których nie miałoby udać się nam. Nie dlatego, że to modne, albo dlatego, że powinniśmy. Dlatego, że choćby którki detoks zakupowy pokazuje, jak wielu przedmiotów po prostu nie potrzebujemy.

I to właśnie ta prosta idea tak bardzo mnie przekonała. Jeśli i Was ciekawi podobna tematyka, albo po prostu chcecie poczytać o perypetiach kobiety, która postanowiła zrobić w swoim życiu ciekawy eksperyment, myślę, że ta książka może Wam się spodobać.


środa, 15 maja 2019

Natalia Knopek – „Miej umiar”



Nie jestem zbyt dobra w obszarach minimalizmu i slow life. Zdarza mi się oglądać na Youtubie filmiki na ten temat, ale z książkami nigdy nie było mi po drodze. Po przeczytaniu Minimalizmu po polsku i Sztuki prostoty złapałam traumę na miesiące (a nawet lata) i dopiero z Miej umiar wróciłam do tematu. Pierwsze podejście było nieudane A jednak wróciłam do tej książki po półrocznej przerwie i dzisiaj ją polecam. Dlaczego?

Zacznijmy od tego, kim jest autorka książki. Natalia Knopek to autorka bloga Simplife.pl i nauczycielka jogi. Na co dzień pisze, jak sam tytuł witryny wskazuje, o prostocie życia codziennego. O rytuałach, dbaniu o siebie, organizacji czasu, zdrowiu, podróżach i innych podobnych tematach. Moim zdaniem ma dar trafnego ujmowania idei w słowa – jej bloga czytam od lat, zawsze z ogromną przyjemnością. Mimo to moje pierwsze podejście do książki było nieudane; nie dałam rady się w nią wciągnąć ani czytając na jeden raz, ani dzieląc ją na tygodnie, zgodnie z założeniami autorki.

W tym miejscu warto wspomnieć, że Miej umiar jest czymś w rodzaju kursu, programu, który w idealnym świecie poprowadziłby nas przez rok przyglądania się poszczególnym obszarom naszego życia. Rozdziałów jest dokładnie 52, a każdy z nich stanowi pół-felieton, pół-lekcję na inny temat: od budżetu, pracy i posiadanych przedmiotów, poprzez zdrowie, dbanie o siebie i relacje z innymi, aż do naszego własnego, osobistego rozwoju. Poszczególne rozdziały nawiązują do siebie nawzajem i faktycznie tworzą wspólną ścieżkę; tematy są coraz głębsze i wymagające większego skupienia.

Oczywiście czytając książki tego typu, nie skorzystamy ze wszystkich kroków w nich zawartych. A raczej nie wszystkie zrealizujemy w 100%, bo skorzystać z wiedzy możemy na wiele różnych sposobów. Natalia nie daje nam z resztą gotowych rozwiązań i nie mówi, co mamy robić – raczej rzuca temat do przemyślenia; taki, któremu warto się przyjrzeć i samemu ocenić, czy w tym obszarze coś wymaga zmiany. Sądzę, że to właśnie z tego powodu odłożyłam tę książkę za pierwszym razem – przyzwyczajona do innego typu poradników oczekiwałam narzędzi, a nie inspiracji. Dopiero kiedy zaczęłam głębiej wnikać w poruszane tematy i przekładać je na swoje życie, coś zaczęło lepiej stykać i działać. Czytałam. Analizowałam. Robiłam notatki. I dopiero kiedy czułam, że wyczerpałam temat, przechodziłam do kolejnego kroku.

Dziś myślę sobie, że Miej umiar trafi na specjalną półkę w mojej biblioteczce. Mam takie książki, po które sięgam, gdy spada mi motywacja i widzę, że życie wymaga środków zaradczych, bo gdzieś popełniam błąd. Znajduję wtedy chwilę, by wrócić do znanych tematów, przeczytać którąś z pozycji jeszcze raz i poszukać źródła problemu. A potem wrócić na właściwe tory.