poniedziałek, 19 czerwca 2017

Remigiusz Mróz – „Przewieszenie”


Po niemal półtorarocznej przerwie wróciłam do serii o komisarzu Forście. Dlaczego? Nie ukrywam, że głównym powodem była premiera czwartej części cyklu, a konkretnie chęć usprawiedliwienia się przed samą sobą po zakupie Deniwelacji. Bo przecież czytam, prawda?

Na wstępie muszę zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze Ekspozycja podobała mi się raczej średnio, mimo że na co dzień lubię klimaty Dana Browna i niezniszczalnych superbohaterów rodem z powieści/filmów sensacyjnych. Po prostu tym razem proporcje zostały źle dobrane (przynajmniej moim zdaniem) i całość nie spełniła moich (może nieco wygórowanych) oczekiwań. Po drugie: rozpoczynając Przewieszenie miałam z głowy zaskoczenie Mrozowskim zakończeniem, bo dzięki gronu życzliwych, spoilerowych blogerów znałam treść osławionego cliffhangera. Sami rozumiecie, że byłam nastawiona niespecjalnie pozytywnie. Ale przynajmniej nie ma, że ktoś mi zamydli oczy zaskakującym finiszem tak, że zapomnę o wszystkich słabościach, które wyłapałam.

Podczas lektury nie obyło się bez zaskoczeń, Przewieszenie jest bowiem powieścią zupełnie inną niż Ekspozycja. Choć właściwie temat jest ten sam (Bestia z Giewontu znów morduje, Forst tropi, bla bla), momentami miałam wątpliwości, czy na pewno czytam drugi tom tej samej serii. Zagrożenie, z którym mierzy się główny bohater, przybiera zupełnie inny charakter, akcja rozkłada się na mniejszy czas i teren, a tym samym klimat powieści jest znacznie bardziej ciężki i przytłaczający. Nie mamy już dojmującego poczucia, że Forst sobie poradzi, bo do "zwykłych" niebezpieczeństw dochodzą prokuratorskie oskarżenia, a tych nie można się pozbyć metodami siłowymi. Komisarzowi coraz trudniej się bronić, a przez to, choć wciąż tropi, sam również staje się zwierzyną, co sprawia że zaczynamy postrzegać go zupełnie inaczej.

Tak jak wspomniałam, Przewieszenie rozgrywa się w węższych ramach czasowych, więc siłą rzeczy nie ma tu miejsca na rozbudowaną zagadkę kryminalną czy antropologiczną. Wiemy, kto jest sprawcą przestępstw, nie ma więc czego rozwiązywać i szukać. Druga część cyklu skupia się zatem na czymś innym: kształtującej się relacji mordercy ze ścigającym go komisarzem: pojawiają się elementy obsesji i specyficzne próby nawiązania kontaktu. Mam wrażenie, że w tym względzie Mróz przygotowuje sobie treść pod Trawers, gdzie spodziewam się rozwinięcia tematu, a może również konfrontacji postaci (tylko błagam, nie piszcie mi w komentarzach, czy miałam rację; wiem, że wszyscy mają już za sobą trzecią część, a fani Mroza żyją Deniwelacją). 

Warto wspomnieć również o tym, że w Przewieszeniu do grona oponentów Forsta dołącza Dominika Wadryś-Hansen, prokurator. Póki co uważam, że nie jest to najbardziej trafna kreacja, bo na tle tak symbolicznych postaci jak skupiający najgorsze skojarzenia na temat swojego fachu Gerc, czy przełożony Forsta, inspektor Osica, kobieta wypada po prostu blado i zupełnie bez wyrazu. Tym niemniej czekam cierpliwie, bo być może w kolejnej części dowiemy się o niej czegoś więcej, a tym samym obraz jej osoby stanie się pełniejszy i bardziej interesujący.

Drugi tom serii o Forście wywołał we mnie mieszane uczucia, bo choć był ciężki i dynamiczny, tak jak lubię, to jednak znów czegoś mi tu brakowało. Mimo to po skończeniu lektury machinalnie sięgnęłam po Trawers i zaczęłam czytać, więc chyba jest w tych postaciach i historii coś, co mnie przyciąga... Póki co zapowiada się, że część trzecia znów różni się od poprzednich, więc nie ukrywam: jestem bardzo zainteresowana. Odezwę się za kilka dni, kiedy kolejną część przygód Forsta będę miała już za sobą.


sobota, 17 czerwca 2017

Katarzyna Enerlich – „Wiatr od jezior”


Wstęp w przypadku tego tekstu nie ma większego sensu, bo historia znalezienia się tej książki w moich rękach jest bardzo prosta. Wystarczą dwa słowa: Katarzyna Enerlich. Imię i nazwisko autorki mówi samo za siebie i jasno wskazuje, dlaczego Wiatr od jezior znalazł się na mojej półce – to w końcu jedna z moich ulubionych autorek (i nie tylko moich, bo, nie chwaląc się, zaraziłam miłością do jej książek co najmniej trzy osoby z mojego najbliższego otoczenia).

W swojej najnowszej powieści autorka splata dwa wątki pochodzące z różnych okresów historycznych. Z jednej strony przenosimy się do roku 1922, kiedy to na terenach bliskich dzisiejszym Mikołajkom osiedlili się mormoni. Wraz z połową jednego z pierwszych małżeństw zawartych w nowej religii obserwujemy, jaki wpływ na te tereny wywarło pojawienie się innowierców. Z kolei druga część akcji ma miejsce ponad 70 lat później; tu z kolei towarzyszymy głównej bohaterce, dziennikarce Annie, w rozwiązywaniu zagadki tajemniczych, rytualnych mordów na zwierzętach. Obie historie okazują się mieć punkty wspólne (a jakże!) i wspaniale się łączą – tym razem nie za sprawą głównej bohaterki i jej własnej historii rodzinnej, Anna jest bowiem tylko odkrywcą zagadki mającej swój początek przed laty.

Pewnie wspominałam już o tym przy okazji poprzedniej książki Katarzyny Enerlich, Rzeki ludzi osobnych, ale bardzo podoba mi się kierunek, w którym zmierza jej pisarstwo. Odejście od powieści stricte obyczajowych i poświęcenie się na dobre specyfice i przeszłości regionu okazało się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza że to już kolejna powieść utrzymana w podobnym klimacie, a jednak opowiadająca zupełnie inną historię. Autorka nie boi się trudnych tematów i znów sięga po bardzo ciężkie doświadczenia mieszkańców (a zwłaszcza mieszkanek) Mazur z okresu II wojny światowej. W sposób autentyczny prezentuje nam, jaki wpływ na jednostkę, ale też na kolejne pokolenia mogą mieć traumy i niezabliźnione rany. Odkrywa, jak zawiłe potrafią być ludzkie losy i czego możemy się dowiedzieć o przeszłości, gdy zadamy sobie trud rozpoczęcia poszukiwań.

Choć „Wiatr od jezior” jest książką w zupełnie innym stylu i odchodzi od tematu życia na prowincji i płynących z niego dobrodziejstw, autorce udaje się skutecznie i nienachalnie przemycać fragmenty ideologii slow. Znajdziemy tutaj zachwyty nad drobiazgami i wzmianki o bliskości z naturą. To również ogromny plus, bo właśnie te elementy stanowiły ogromną wartość w poprzednich powieściach Katarzyny Enerlich i mnie samą do niej przyciągnęły oraz przekonały. Lubię ten moment refleksji nad życiem, który przychodzi w odpowiednim momencie lektury. 

Mimo tych dwóch ogromnych zalet, Wiatr od jezior nie jest powieścią tak płynną i wciągającą, jak bym tego chciała. Autorka stworzyła coś nietypowego jak na siebie: historię pod wieloma względami kryminalną. Niestety sam temat, choć obiecuje wiele, nie wystarcza do zbudowania napięcia; czegoś tutaj najzwyczajniej w świecie brak. Nie mniej jednak byłam ciekawa rozwiązania zagadki, toteż losy Anny może nie pochłaniałam, ale śledziłam z zainteresowaniem. Jestem bardzo ciekawa, czy Katarzyna Enerlich planuje dalszy rozwój w tym kierunku, a jeśli tak – jak będą wyglądały kolejne jej powieści. Mam nadzieję, że niebawem się o tym przekonamy.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu MG.

czwartek, 15 czerwca 2017

Porządkowanie biblioteczki – czy to boli?


Przez wiele lat nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo rozrosła się moja biblioteczka – część książek trzymałam w domu rodziców, część na stancji i choć w obu miejscach zbiór nie mieścił się na regałach, przymykałam oczy i nie myślałam, jak to wszystko wygląda. Dopiero zeszłoroczna przeprowadzka i zebranie wszystkich tomów w jednym miejscu uświadomiło mi, że mamy tu pewien problem: problem przesytu. 

Pewnie wiele z Was powie, że nie ma czegoś takiego jak za dużo książek i całkowicie to rozumiem – sama jeszcze do niedawna właśnie tak patrzyłam na swoją biblioteczkę. Cieszyłam się jej wielkością i marzyłam o tym, jak pięknie będzie wyglądała ściana książek w moim wymarzonym, przyszłym domu. Wyobrażałam sobie cudowne zdjęcia, które będę mogła zrobić na jej tle i cieszyłam się na myśl o przeczytaniu wszystkich tych tomów. I tu dochodzimy do sedna całego problemu, bo w którymś momencie zdałam sobie sprawę z jednej, prostej prawdy: nigdy nie przeczytam WSZYSTKICH tych książek, choćbym nie wiem jak się starała.

Nie chodzi tutaj o prosty rachunek matematyczny. Jestem młoda, umysł mam sprawny, czytam dużo i naprawdę lubię to robić, więc uporałabym się z taką ilością książek, jaką mam na swoich półkach. Problem tkwi w tym, że tak naprawdę wcale tego nie chcę. Przez wiele lat kupowaliśmy książki przypadkowe, na które nie mieliśmy ochoty, a były po prostu tanie/przecenione i względnie zbliżone do czytanych przez nas gatunków. Dopiero gdy zebrałam je wszystkie do kupy i zobaczyłam, że nie tylko nie mieszczą się na naszych czterech regałach, ale też jak wielu zupełnie nie kojarzę, zdałam sobie sprawę, że przeczytanie ich wszystkich absolutnie nie wchodzi w grę. Powiedzmy to sobie otwarcie: szkoda mi czasu i energii na powieści, na które nie mam ochoty. Zbyt wiele nowości mnie kusi, zbyt wielu autorów cenię, żeby odpuszczać ich odkrywanie na rzecz przymusu i wyrzutów sumienia.

Wymarzyłam sobie biblioteczkę, w której będą znane mi tytuły – niekoniecznie wszystkie przeczytane, ale takie, które mam w planach i o których wiem, dlaczego się tutaj znalazły. Takie, które mogę chętnie polecić znajomym lub przynajmniej powiedzieć o nich kilka słów. Takie, na które będę patrzyła z dumą i radością. 

Na początku wydawało mi się, że to cel niemożliwy do zrealizowania, ale osiągnięcie go zajęło mi mniej czasu, niż się spodziewałam. Na pierwszy ogień poszły wszystkie zakupy przypadkowe: egzemplarze kupione na promocjach za kilka złotych wyłącznie ze względu na cenę. Ten etap, jako początkowy, był dla mnie najtrudniejszy, ale okazał się katalizatorem dla dalszych działań. W kolejnych tygodniach pozbyłam się skrupułów i sentymentów dla egzemplarzy recenzenckich i innych powieści, które już czytałam, ale wspominam bardzo, bardzo źle – one również w większości znalazły nowy dom i mam nadzieję, że komuś innemu spodobają się bardziej niż mnie. Bo taka jest rola książki: ma być czytana, a nie stawiana na półce dla ozdoby. 

Zdjęcie z początku posta przedstawia obecny stan naszej biblioteczki: jak widać książek wciąż nam nie brakuje, a i minimalizmu na regale nie uświadczycie, bo praktycznie wszędzie tomy stoją w dwóch rzędach. A jednak swoją część księgozbioru zredukowałam niemal o połowę i chociaż na początku bałam się wyrzutów sumienia i kaca moralnego, nic takiego mnie nie spotkało. Wręcz przeciwnie – lepiej się czuję patrząc codziennie na książki, które lubię i chcę czytać. Cieszę się tym bardziej, że za porządkami poszła zmiana nawyków, dzięki której nie mam już skrupułów w stosunku do przeczytanych pozycji – jeśli książka, którą właśnie skończyłam, nie przypadła mi do gustu lub uważam, że wracanie do niej nie ma sensu (jak w przypadku niektórych poradników), niemal od razu ląduje na stosiku „do sprzedania” i znajduje nowy dom. Odpowiedź na pytanie z tytułu posta jest zatem oczywista, przynajmniej dla mnie: nie, porządki nie bolą, jeśli faktycznie ich chcemy i uważamy, że mogą przynieść coś pozytywnego.


A jaki jest Twój stosunek do książek? Gromadzisz je i marzysz o ogromnej biblioteczce, czy może odwrotnie – pozbywasz się wszystkich, które nie są tymi „najlepszymi”? Chętnie poznam Wasze zdanie i liczę na ciekawą dyskusję w komentarzach! 


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Remigiusz Mróz – „Inwigilacja”


Do kolejnej części cyklu o Chyłce i Zordonie podchodziłam bardzo sceptycznie: o ile pod względem kryminalnym kolejne powieści bardzo mi odpowiadają, o tyle obyczajowa część fabuły w jakimś stopniu mnie zawiodła. Zakończenie Immunitetu, choć niewątpliwie zaskakujące, zupełnie mi się nie podobało i wprowadzało do fabuły element, którego bardzo bym nie chciała. Miałam wiele obaw, jak Remigiusz Mróz poradzi sobie z własnym pomysłem, jednak nie tak silnych, żebym zrezygnowała z lektury kolejnej części. Kiepskie wrażenie z biegiem czasu się zatarło, a ja zaczęłam tęsknić za bohaterami, których tak bardzo polubiłam. Zwłaszcza że życie obojga zbliża się nieubłaganie do momentów zwrotnych…

Jedno jest pewne: autor wciąż trzyma rękę na pulsie, wykorzystując w swoich książkach aktualne problemy polityczne, prawne i społeczne. Tym razem pod pretekstem sprawy domniemanego terrorysty w fabułę zostają wplecione służby specjalne oraz tzw. ustawa inwigilacyjna, która pozwala państwu prowadzić nadzór nad obywatelami w znacznie większym stopniu, niż to miało miejsce do tej pory. Podoba mi się to, ze Remigiusz Mróz w swojej powieści pokazuje dwie strony medalu, nawet jeśli przez większość książki zmusza nas, byśmy myśleli inaczej. Argumenty wydają się jednoznaczne, a ocena łatwa, jednak sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana (i niebezpieczna), niż mogłoby się wydawać. Tym razem bohaterowie właściwie nie są w stanie samodzielnie ocenić sytuacji, w której się znaleźli, a tym samym oszacować niebezpieczeństw. 

W powieści przewijają się tematy rozpalające opinię publiczną: terroryzm oraz traktowanie muzułmanów. Inwigilacja pełna jest argumentów z obu stron barykady, a emocje, które pojawiają się przy okazji tej dyskusji, są równie prawdziwe w naszym zwykłym życiu, jak i tutaj. Dzięki temu po raz kolejny jest to książka autentyczna i bliska czytelnikowi, a fikcja miesza się z rzeczywistością naprawdę bardzo mocno. Czasem mamy wrażenie, że Chyłka i Oryński mogliby istnieć naprawdę, a my, zamiast o nich czytać, słuchalibyśmy o ich poczynaniach w największych stacjach informacyjnych. Jak to w książkach bywa, pewnie w opowieści znajdują się elementy, które obniżają autentyczność i nie pozwoliłyby na takie przeniesienie, ale chodzi o ogólne wrażenie: Mróz pisze o tym, co aktualne i prawdziwe, a im więcej takich elementów, tym przyjemniejsza i ciekawsza jest lektura.

Ci, którzy czekają na ciężkie zakończenie z gatunku tych, do których Mróz zdążył nas przyzwyczaić, z pewnością nie będą zawiedzeni. Tym razem, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich części cyklu, autor zrezygnował z prezentowania nowych faktów z życia Chyłki na rzecz naprawdę mocnego akcentu fabularnego. Finał Inwigilacji jest niespodziewany, przerażający i… cudowny; emocji, które we mnie wywołał, nie zapomnę przez kilka następnych tygodni. Choć jeszcze niedawno miałam w głowie myśli, że cykl robi się zbyt długi, znów wpadłam w schemat, w którym ostatnie słowa powieści przyćmiewają wszystko inne. Znów mogę tylko czekać i snuć domysły, jak autor zdecyduje się rozwiązać całą sprawę. Oby odpowiedź przyszła niebawem!






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Czwarta Strona.

czwartek, 8 czerwca 2017

Stos: co na blogu w czerwcu?


Pierwsza część roku nie obfitowała raczej w interesujące mnie premiery książkowe  już się bałam, że mój gust zmienił się na tyle, że już nigdy nic dla siebie nie znajdę. Na szczęście (choć z perspektywy mojego portfela to raczej tragedia) im bliżej wakacji, tym więcej ciekawych książek pojawiło się na rynku. Dziś chciałabym pokazać, co trafiło do naszej biblioteczki w ubiegłym miesiącu, a tym samym czego możesz spodziewać się na blogu w najbliższych tygodniach. Niektóre z książek już przeczytałam, w przypadku innych jestem w trakcie, a kilka z pewnością nie doczeka się poznania od deski do deski. Ale łączy je jedna, ważna kwestia: wszystkie ogromnie uwielbiam i bardzo chciałam mieć.


Zakupy książkowe nie były może w ubiegłym miesiącu obfite, ale każdy z nich naprawdę przemyślałam i cieszę się z nich jak dziecko. Ostatnio bardzo często korzystam z księgarni internetowej Świata Książki  na nowości i przedpremiery mamy tam 30% rabatu, ale na promocjach naprawdę dużo książek można upolować 35-40% taniej. Z takiej właśnie przeceny pochodzą książki Rachel Abbott (najpierw kupiłam i przeczytałam Śpij spokojnie, o którym tekst możesz przeczytać tutaj, a że książka bardzo mi się spodobała, szybko kupiłam kolejną), Deniwelacja (może w końcu sięgnę po drugą i kolejne części cyklu), Opowieść podręcznej (najpierw książka, potem serial!)
oraz moja wymarzona, malutka Jadłonomia (tej dużej się bałam, że nieporęczna i bez sensu).

W ostatnim czasie było również kilka ciekawych promocji na stronie Znaku  ja skorzystałam z tej, która pozwalała kupić trzy tytuły, z których, jeśli dobrze pamiętam, dwa były tańsze o 45%. Całe zamówienie kosztowało mnie niecałe 70 zł, a znajdowały się w nim: Slow Life według ojca Leona, nieuchwycone na zdjęciu Sekretne życie drzew oraz Ktoś mnie pokocha (które dostałam i recenzowałam w zeszłym roku tutaj, ale postanowiłam wreszcie wymienić miękką oprawę na twardą).

Perełką w tym zestawie nowości jest prześliczna Księga legend karpackich, którą rodzice przywieźli z tegorocznych wakacji. To mój ulubiony rodzaj pamiątek, dlatego chętnie przyjmę wszelkie polecenia dotyczące zbiorów legend z Waszych regionów (czasem naprawdę ciężko coś takiego znaleźć).


W tym miesiącu postanowiłam wrócić do prezentowania otrzymanych egzemplarzy recenzenckich. Nie robiłam tego od wielu miesięcy (lat?) z różnych powodów, jednak uważam, że to świetna okazja do utrzymywania samodyscypliny i podsumowywania tego, co już udało się ogarnąć. W ubiegłym miesiącu prym wśród rozpieszczaczy wiodła Czwarta Strona, od której dostałam aż cztery tytuły: Inwigilację (którą właśnie kończę, spodziewaj się opinii jeszcze w tym tygodniu), Szpile, Żniwiarza oraz Apetyt na więcej (przypomnę sobie pierwszy tom i zbiorczo opowiem o całej serii, mam nadzieję, że jeszcze przed lipcową premierą najnowszej książki autorki). 

Dzięki uprzejmości GW Foksal otrzymałam Żercę Katarzyny Bereniki Miszczuk i tym sposobem wyparowała moja wymówka, by odłożyć na później lekturę dwóch pierwszych części cyklu, które dostałam na urodziny. O tej serii również przygotuję zbiorczy post, jestem bardzo ciekawa, czy opinia będzie pozytywna, czy też nie. Z kolei wydawnictwo Znak rozpieściło mnie dwiema majowymi nowościami: Boginią tańca (uwielbiam Ewę Stachniak!) oraz przewspaniałą Zośką Papużanką (którą zachwalam i polecam w tym poście). Swoją cegiełkę dołożyło również Sine Qua Non i debiutancka powieść Tomasza Marchewki, która mnie osobiście nie zachwyciła, ale i tak zachęcam do przeczytania, bo opinie zbiera całkiem niezłe (więcej na ten temat tutaj).


A jak tam Twoje majowe nowości? Co czytasz?


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Dlaczego nas tak mało, czyli dwie wielkie inspiracje (fanatyzmy) maja


Zgodnie z oczekiwaniami wiosna niemal od razu zmieniła się w lato. Mamy sezon na lodowo-bananowo-kakaowe smoothie, sukienki, sandały i długie spacery. Kiedy jest tak ślicznie, a słońce od rana świeci w okno, nie jestem w stanie długo spać, więc zrywam się bladym świtem, a wieczorem trafiam do łóżka znacznie później niż jeszcze kilka tygodni temu. Mam więcej czasu. Dlaczego zatem nie przekłada się to na częstotliwość nowych postów? Planów było mnóstwo, głowę mam pełną pomysłów na nowe wpisy, stosik czytelniczy rośnie i prawie zakrywa okno, a ja tymczasem...

Długo zastanawiałam się, co pochłania moje cenne minuty i nagle doznałam olśnienia – powody są tylko dwa, ale jakże absorbujące! Zapraszam na opowieść o majowych pożeraczach czasu.


Terraformujemy Marsa!



Rok 2315. Ziemia jest przeludniona i wyeksploatowana ponad miarę, a ludzkość staje przed dylematem: wyrzec się wszelkiego rozwoju, którego do tej pory dokonała, lub zacząć ekspansję na inne planety Układu Słonecznego. Wspierane przez Rząd Ziemi korporacje stają do wyścigu, w którym nadrzędnym zadaniem jest jak najszybsze i jak najskuteczniejsze przystosowanie Marsa do normalnego życia. W tym celu zaangażowane zostaną wszelkie środki i zasoby. Cel jest wspólny, a jednak każda korporacja dąży do jak największych zysków. 

W Terraformacji Marsa każdy z nas reprezentuje jedną z korporacji. To planszówka z ogromnym udziałem kart, w której będziemy rozwijali swoje możliwości produkcyjne i finansowe tak, aby jak najefektywniej przekształcić Marsa w miejsce zdolne do życia poprzez podnoszenie temperatury, zwiększanie ilości tlenu w atmosferze oraz pojawianie się kolejnych oceanów. Będziemy budować miasta i sadzić lasy. Będziemy doprowadzać do zrównoważonego rozwoju ludzkości. 

Choć swoją przygodę z tą grą zaczęliśmy już w kwietniu, to maj był miesiącem, kiedy poświęciliśmy się jej całkowicie, m.in. rozgrywając pierwszą pełną partię. Ta gra wciągnęła nas dzięki swojemu klimatowi, bardzo przemyślanej konstrukcji i mnogości rozwiązań. Podoba się nawet mnie, choć przegrywam zdecydowaną większość partii! Jedna rozgrywka w trybie dla zaawansowanych trwa 2,5 godziny, a my w wolny dzień potrafimy zagrać trzy pod rząd. Chyba nikogo nie dziwi, że miałam w tym miesiącu mało czasu na czytanie?


Zdobywam nowego skilla!



Pewnie część z Was wie, że praktycznie nie żyję bez artystycznego hobby: rysuję, maluję, wyklejam, tworzę, pakuję prezenty, uczę się kaligrafii i Bóg wie co jeszcze. Uwielbiam wszelkie prace, których efekt widać od razu i w których mogę się doskonalić oceniając na bieżąco postępy. Na przełomie roku postanowiłam spróbować swoich sił z manicure hybrydowym – przede wszystkim dlatego, że należę do tych nieszczęśników, u których zwykły lakier trzyma się na paznokciach dokładnie jeden dzień. Hybryda faktycznie jest trwalsza (zmieniam paznokcie co około 2 tygodnie ze względu na odrost i znudzenie kolorem), ale ma jeszcze jedną, ogromną zaletę – pozwala mi wyżyć się artystycznie. Od tego czasu wciąż ćwiczę nowe, coraz trudniejsze wzory i zachwycam się możliwościami. Potrafię siedzieć do 1:00 i wstać o 5:00 żeby pomalować jeszcze kilka wzorników, spróbować jeszcze czegoś. Już dawno nie pasjonowałam się czymś tak mocno i tak długo.


A jak u Ciebie minął przepiękny maj? Aktywnie, poza domem? A może rekordowo książkowo?