wtorek, 12 grudnia 2017

Andy Weir – „Artemis”



Kiedy zobaczyłam, że na rynku ma się pojawić nowa książka Andy'ego Weira, bardzo się ucieszyłam – Marsjanina wspominam miło, więc i do autora jestem nastawiona pozytywnie. Niestety zaraz za radością przyszły wątpliwości. Opowieść o Marsie podobała mi się głównie za sprawą głównego bohatera  szczególna konstrukcja książki, która skupiała się na przeżyciach i samotności Marka, w połączeniu z jego humorem okazała się mieszanką idealną. Bez charyzmatycznej postaci Marsjanin byłby bardzo przeciętny. A przecież Artemis to opowieść o kimś zupełnie innym...

Jazz Bashara żyje w najbardziej pożądanym miejscu na świecie – pierwszej księżycowej kolonii, Artemis. Nie jest jej łatwo, bo choć foldery turystyczne prezentują kosmiczne miasto jako krainę ze snów, realia są znacznie mniej przyjemne: prócz bogaczy, którzy będą mieszkali w pięknych apartamentach, potrzebni są również drobni robotnicy, którzy zapracują na ich sukces. Nic dziwnego, że znajdzie się tu wielu ludzi (w tym, oczywiście, nasza bohaterka) gotowych zaryzykować dla pieniędzy, nawet jeśli propozycja, którą otrzymają, będzie po prostu niemoralna. 

Muszę przyznać, że historia Jazz wciągnęła mnie od pierwszej strony, a książkę pochłonęłam w tempie ekspresowym. To jedna z tych opowieści, które nie mają zbędnych wstępów, dzięki czemu łatwo w nie "wejść", a kolejne strony mijają nam naprawdę szybko. Choć opis okładkowy głosi, że głównej bohaterki nie sposób lubić, mnie bardzo się spodobała (taki już mój los, że lubię negatywne postaci...) – może nie miała najlepszego stosunku do życia, ludzi i pieniędzy, a jej moralność można nazwać dość wątpliwą, ale świetnie się sprawdziła jako towarzyszka podróży po kosmosie. Do tego dochodzi charakterystyczny dla Weira humor, który potrafi zdziałać i uratować nawet pozornie nudne sceny. Dzięki niemu Artemis czyta się z przyjemnością i zainteresowaniem.

Tym, co najbardziej mi się spodobało, jest nietypowe ukazanie miasta na Księżycu. W większości książek science fiction kolonizowanie kosmosu wiąże się z ucieczką z niezdatnej do życia Ziemi lub inną apokalipsą. Tymczasem u Weira mamy do czynienia z zupełnie innym podejściem – Artemis to zwyczajne miasto zbudowane na powierzchni Księżyca, które utrzymuje się z turystyki. Bogaci ziemianie (lub ci biedni, którzy całe życie odkładają na jedną podróż) przylatują do niego, by przeżyć coś zupełnie nowego: czasem jest to poszukiwanie adrenaliny, czasem ciekawość, innym razem chęć doświadczenia seksu przy mniejszej grawitacji... 

Ciekawe jest również ukazanie samej kolonii i jej mieszkańców. Artemis jest jak miasteczko, w którym obywatele się znają i bardzo trudno jest przemknąć niezauważonym. Zamieszkałe tereny są odcięte od powierzchni księżyca ze względu na panującą na nim próżnię i niebezpieczny pył księżycowy – to właśnie sytuacja na zewnątrz jest powodem wielu obostrzeń (np. dotyczących rozpalania ognia), ale również źródłem ustawicznego strachu znacznej części mieszkańców miasta. Tak skonstruowany świat sprawia lekko klaustrofobiczne wrażenie, co jest potęgowane przez bardzo sztywne zasady panujące w Artemis - ze względu na duże zagrożenie, w sytuacji kryzysowej nikt nie zaryzykuje życia całej społeczności dla kilku osób.

Pisząc o tej książce nie jestem w stanie uniknąć porównań do wspomnianego już Marsjanina – to po prostu musi zostać powiedziane, zwłaszcza że pierwsza książka Weira okazała się międzynarodowym sukcesem. Moim zdaniem Artemis, choć bardzo przyjemny, nie ma aż takiego potencjału. Prezentowana historia jest znacznie bardziej zwyczajna i schematyczna, a bohaterka, choć mnie osobiście przypadła do gustu, nie ma niesamowitego charakteru i dowcipu Marka Watneya, który "robił robotę" w poprzedniej książce autora. Tym samym Artemis jest poprawną książką rozrywkową, którą świetnie się czyta, ale nic poza tym - brakuje jakiegoś zaskoczenia, nietypowych uwypukleń lub innego elementu, który wyróżniłby ją spośród pozostałych. 

Muszę jednak przyznać, że w stosunku do Marsjanina jedna rzecz zmieniła się na plus – tam opisy techniczne były bardzo męczące i, co gorsza, ważne z punktu widzenia opisu świata. W przypadku Artemis możemy je po prostu pomijać.