Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 października 2017

Vince Flynn – „Amerykański zabójca”



Przywiązanie do zasady "najpierw książka – potem film", potrafi być bardzo problematyczne, zwłaszcza jeśli o istnieniu tej pierwszej dowiadujemy się z trailera, który miga nam przed oczami gdzieś w kinie. Kolejny raz w tym roku miałam okazję zmierzyć się z taką sytuacją: musiałam szybko zorganizować sobie egzemplarz książki, żeby pochłonąć go jeszcze przed seansem. W przypadku American Assassin nie wyszło mi to na zdrowie... Do momentu pójścia do kina przeczytałam dokładnie połowę – zbyt mało, żeby czuć satysfakcję, a jednocześnie zbyt dużo, żeby w pełni cieszyć się umiarkowanej jakości ekranizacją. 

Ale dajmy temu spokój, ten tekst nie ma być przecież porównaniem książki z filmem. Skupmy się na słowie pisanym.

Mitch Rapp byłby idealnym kandydatem do służb specjalnych: wysportowany, silny, wszechstronnie uzdolniony, inteligentny, dokładny, a do tego fenomenalnie ukierunkowany na cel. Problem w tym, że sprawa, o którą ma walczyć, jest dla niego silnie personalna. Kilka lat temu narzeczona Mitcha zginęła jako jedna z ofiar katastrofy samolotu; katastrofy, co trzeba dodać i podkreślić, spowodowanej przez organizację terrorystyczną. Od tej pory jedynym celem bohatera jest dokonanie zemsty, co jest jego ogromną siłą, a jednocześnie największą słabością.

Cykl o Mitchu Rappie należy do najpopularniejszych serii powieści sensacyjnych i został bardzo dobrze przyjęty na świecie już wiele lat temu. Do tej pory ukazało się 11 części, 8 z nich zostało wydane w Polsce. Nie dziwię się twórcom filmu, że zdecydowali się sięgnąć po tę historię – wszelkie prawa naturalne kazałyby sądzić, że wartka akcja lepiej sprawdzi się na ekranie, wśród efektów specjalnych, pościgów i widowiskowych wybuchów. Tym razem jednak – i jestem tym totalnie zaskoczona – wersja książkowa odpowiada mi milion razy bardziej. 

Amerykański zabójca nie jest typową powieścią sensacyjną, albo może to Vince Flynn nie jest typowym autorem gatunku; przede wszystkim w książce znajdziemy całą masę szczegółowych i bardzo trafnych opisów. Autor pochyla się nad psychiką postaci i misternie ją konstruuje – w życiu bohaterów nic nie dzieje się bez przyczyny, a ich charaktery są mocne, dobrze zaprezentowane. Osoby kluczowe dla fabuły są ze sobą ściśle powiązane, a siatka zależności jest bardzo dokładnie utkana. To coś więcej niż prosta, jednowymiarowa strzelanka, do której przyzwyczaiło mnie amerykańskie kino akcji (i książki sensacyjne, choć tych nie czytałam zbyt wielu) – tutaj naprawdę jest nad czym się pochylić i czym zainteresować.

Zachwycam się zwłaszcza kreacją głównego bohatera – Mitch, jak wspomniałam, jest osobą wykraczającą poza normy, zwłaszcza jeśli chodzi o inteligencję (zarówno pod względem analizy, jak i reakcji). Jest niepokorny, nie podporządkowuje się, co czyni go bardzo interesującą postacią. Dzięki wnikliwemu opisowi mamy okazję prześledzić, co dzieje się w jego głowie i jakie czynniki wpływają na poszczególne decyzje – to, co dla jego przełożonych jest szaleństwem i czystą niesubordynacją, dla bohatera i czytelników ma wymiar bardzo sensownego planu. Dzięki temu sympatyzowanie z Mitchem nie sprawia nam trudności, nawet jeśli przekracza on wszelkie normy: zarówno te moralne, jak i biurokratyczne. 

Warto podkreślić, że na bogatym opisie absolutnie nie cierpi akcja – powieść, mimo że obszerna, jest dynamiczna i bardzo płynna w odbiorze. Tam, gdzie wydarzenia zwalniają, autor stosuje całą masę zabiegów, które nie pozwalają na nudę: wplata pojedyncze, ciekawe sceny lub wprowadza przeskoki czasowe. Sam temat również jest aktualny i interesujący: walka z terroryzmem wciąż rozpala umysły ludzi na całym świecie i pewnie będzie tak jeszcze przez wiele lat. 

Podsumowując krótko cały ten wywód muszę powiedzieć, że fajnie jest trafić na powieść-reprezentantkę danego gatunku, która jest napisana po prostu dobrze i ciekawie. Do tej pory byłam święcie przekonana, że sensacja jako taka znacznie lepiej sprawdzi się na wielkim ekranie, bo możliwości są inne i łatwiej jest zaakcentować pewne jej cechy charakterystyczne. Nie brałam pod uwagę, że siła historii może leżeć w czymś innym – naprawdę dobrze przygotowanych postaciach i samej fabule, która jest interesująca od początku do końca. Cieszę się, że miałam okazję poznać obie wersje tej historii, bo gdyby nie film, prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po książkę. A teraz będę wypatrywała kolejnych tomów!


sobota, 2 stycznia 2016

Chuck Palahniuk – „Fight club”

Kto z Was nie kojarzy filmu Davida Finchera z Edwardem Nortonem, Bradem Pittem i Heleną Bonham Carter? Nie skłamię, jeśli powiem, że to jeden z tych obrazów, który kojarzę z moimi nastoletnimi latami. Atmosfera Podziemnego kręgu, specyficzne sceny, niepodrabialny klimat i obrazy wypełnione perfekcyjnie dobranymi aktorami – wszystko to na zawsze zostanie w mojej pamięci. Trudno się dziwić, że bardzo chciałam poznać książkowy pierwowzór filmu, a gdy tylko do mnie dotarł, właściwie się na niego rzuciłam.

Jak radzić sobie z konsumpcjonizmem i ratować się przed upadkiem współczesnego świata? Główny bohater powieści poszukuje odpowiedzi i próbuje odnaleźć swoje miejsce w zmieniającej się rzeczywistości. Na jego drodze pojawia się silny i charyzmatyczny Tyler – człowiek, któremu nie sposób odmówić. To on przekonuje, że jedyną drogą życia jest destrukcja. Od jednego ciosu zadanego na tyłach knajpy rozpoczyna się budowanie idei klubów walki, których podstawową zasadą jest, aby nigdy o nich nie rozmawiać. Dziwnym trafem jednak wieść rozchodzi się dalej, a proceder rozrasta się w nieoczekiwanych kierunkach…

Zawsze ilekroć przestawię tę świętą kolejność i najpierw obejrzę film, a dopiero potem przeczytam książkę, nie jestem w stanie uniknąć porównań między jednym obrazem a drugim. Toczą one w mojej głowie zaciętą batalię i wciąż zastanawiam się, który był lepszy, pełniejszy i przekazywał więcej treści. Zazwyczaj wygrywa książka, ale nie jest to reguła i właśnie odstępstwem od niej będzie to, co mam do powiedzenia: w przypadku Fight clubu zdecydowanie bardziej spodobała mi się ekranizacja.

Wersja filmowa zyskuje dużą przewagę już na starcie, a jest nią sama konstrukcja powieści. Autor, jak sam przyznał w zamieszczonym na końcu książki wywiadzie, podczas pisania wielu części tekstu miał w głowie gotowe obrazy, a przelewając je na papier zdecydowanie ułatwił pracę reżyserowi. Znajdziemy tutaj wiele scen najzwyczajniej w świecie gotowych do tego, żeby ściśle przenieść je na ekran, przy tym jednak powieść Chucka Palahniuka wypada zdecydowanie mniej klarownie. Jest to zbiór poszarpanych, pourywanych obrazów przemieszanych z przemyśleniami głównego bohatera. Narracja jest pierwszoosobowa, więc czytelnik nie tylko ma wgląd we wszelkie zmiany zachodzące w postaci, ale też jest ich pierwszą bezpośrednią ofiarą. To my doświadczamy krótkich zdań, niepełnych myśli i otrzymujemy obrazy, które nie bardzo wiadomo, jak zinterpretować.

Zdecydowanie nie uważam za wadę tego, że podczas lektury musimy używać mózgu, aby dać sobie radę, jednak w przypadku Palahniuka mam wrażenie, że pewne normy zostały przekroczone – dla mnie była to książka, przez którą się brnie, a wysiłek intelektualny nie jest w tym przypadku przyjemny. Mocna scena na początek to zbyt mało, aby zainteresować większość, a nadążanie za kolejnymi przypomina trochę próbę podziwiania krajobrazu z wagonika kolejki górskiej – każda chwila nieuwagi odbiera nam jakąś część myśli, której nie potrafimy już z powrotem uchwycić i dopasować do reszty. Podobnie ma się z resztą sprawa z granicą dobrego smaku – choć autor nie stosuje nienaturalnie brutalnego języka, jego sceny balansują gdzieś pomiędzy bezczelnością a wulgarnością, częściej niestety przechylając się na stronę tej drugiej i wywołując w czytelniku niesmak.

Mówiąc szczerze nie wiem, jak poradziłabym sobie z lekturą, gdybym nigdy wcześniej nie zetknęła się z jej ekranizacją; prawdopodobnie brnęłabym przez tę opowieść, traciła wątek, a może nawet odłożyłabym ją przed zakończeniem, mimo że ma niecałe 300 stron. Nie jestem i chyba nigdy nie będę fanką prozy Palahniuka, a Fight club napisany jest naprawdę bardzo, bardzo specyficznie. Znajomość filmu zdecydowanie ułatwia odnalezienie się w myślach głównego bohatera i uporządkowanie treści, a także daje nadzieję na świetne zakończenie, które motywuje do czytania. Chociażby z tych względów odesłałabym Was raczej do wizji Davida Finchera niż tej, która była w tym przypadku pierwowzorem.


wtorek, 22 grudnia 2015

Mariusz Ziomecki - "Umierasz i cię nie ma"

Dwoje eksgliniarzy na wcześniejszej emeryturze próbuje stworzyć swój własny kąt, stawiając pensjonat nad Zalewem Zegrzyńskim. Ich spokój zostaje jednak szybko zakłócony - miejscowy polityk zostaje brutalnie zamordowany, a okoliczności tego zdarzenia pełne są zagadek i niejasności. Choć Roman Medyna początkowo nie planuje angażować się w całą sprawę, szybko okazuje się, że pewni wpływowi ludzie są gotowi zapłacić grube pieniądze, by to on poprowadził śledztwo i zapewnił im ochronę. Czemu jednak tak bardzo zależy im na zaangażowaniu podinspektora w stanie spoczynku? I jakie były rzeczywiste motywy zbrodni?

Cóż, przyznam szczerze, że od samego początku lektura tej książki zupełnie mi nie szła. Musiałem przewrócić dziesiątki stron, zanim w ogóle udało mi się złapać odpowiedni rytm, wielokrotnie przerywałem czytanie po kilku kartkach, po prostu tracąc jakikolwiek zapał. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że długo nie byłem w stanie określić, skąd się biorą te problemy. Dopiero po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że wszystkiemu winna jest narracja. Otóż jest ona prowadzona w pierwszej osobie, w dodatku w czasie teraźniejszym. Nie jest to typ narracji łatwy dla autora i tutaj ewidentnie coś w nim zgrzytało. Równie istotny wpływ na mój odbiór tekstu miał też fakt, że narratorem był Roman Medyna - nie powiem, żebym zapałał wyjątkową sympatią do tej postaci, pewien jego rys charakteru i schematy zachowań zupełnie nie pozwalały mi go polubić. No i jego sposób mówienia: specyficzny, momentami wręcz sztuczny; zdecydowanie nie pomagał mi on w złapaniu rytmu.

Z narracją wiąże się jeszcze jedna kwestia: początkowe opisy przedstawiane z perspektywy Medyny przeplatane są fragmentami dotyczącymi osób związanych ze zbrodnią. W nich występuje mieszana forma narracji: z pierwszej i trzeciej osoby. Taki miks wypada dość dziwnie, w dodatku język i rytmika tych urywków raczej nie powalały. Najlepsze jednak jest to, że stosunkowo szybko przestają się one pojawiać, później wracając tylko na chwilę. Osobiście taki stan rzeczy mi pasował - bez ich obecności tempo lektury wyraźnie przyśpieszyło. Tak po prawdzie to pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że owe wstawki w gruncie rzeczy niewiele wnoszą do całego tekstu i nie sądzę, by stracił on na wartości, gdyby ujawnione w nich rzeczy wprowadzono do fabuły w bardziej prozaiczny sposób, bądź też w ogóle z nich zrezygnowano. Swoją drogą zarzut zbędności byłbym gotów postawić wielu scenom z głównej narracji, sporo też było wątków, które były nadmiernie rozbudowane w stosunku do tego, co wynikało z nich dla głównych wydarzeń.

Żeby nie było, że się tylko czepiam - sporo elementów powieści mi się podobało. Zdecydowanie pozytywnie oceniam konstrukcję tekstu. Mariusz Ziomecki zrezygnował z klasycznego podziału tekstu na rozdziały, zamiast tego powieść dzieli się na kolejne dni, te zaś na poszczególne wydarzenia. Fragmenty są stosunkowo krótkie, więc gdy tylko przyzwyczaiłem się do stylu narracji (co niestety chwilę trwało), kolejne partie czytałem jedna za drugą. Na plus oceniam też akcję - jest wartka, pełna tajemnic i nagłych zwrotów. Cała fabuła rozgrywa się na przestrzeni siedemnastu dni, są więc one przeładowane wydarzeniami. Jedynie co, to jak dla mnie troszkę za dużo było w tekście wskazówek naprowadzających czytelnika na właściwy tok rozumowania - zdecydowanie sporo rzeczy domyśliłem się zbyt szybko, przez co zabrakło elementu zaskoczenia. A, no i średnio lubię (zwłaszcza w kryminałach) tłumaczenie sporej części zagadki w epilogu, “na spokojnie”, tu jestem jednak w stanie to wybaczyć - końcówka fabuły gnała zbyt szybko, by móc w nią wpleść wszystkie wyjaśnienia.

Niestety muszę się przyczepić do bohaterów powieści. Co do zasady są oni stosunkowo dobrze nakreśleni (poza żoną Romana, Baśką - konstrukcja tej postaci był moim zdaniem wyjątkowo niekonsekwentna), problemem jest jednak ich różnorodność. Czytając tę powieść można odnieść wrażenie, że każda osoba związana z policją bądź polityką koniecznie musi mieć coś na sumieniu i zdecydowanie ze świecą trzeba szukać w tym gronie choć trochę przyzwoitych jednostek. Początkowo myślałem, że takie ukazanie tych sfer wynika z pryzmatu, jakim jest subiektywne spojrzenie narratora, ale nie: te postaci przedstawiane są w sposób bardzo obiektywny, więcej o nich jest faktów, niż domysłów Medyny. I choć pomiędzy poszczególnymi bohaterami są pewne istotne różnice, pewien schemat jest dość mocno zauważalny.

Umierasz i cię nie ma to w moim odczuciu kryminał bardzo przeciętny. Jasne, czytałem gorsze książki, ale też spotkałem się w swoim życiu ze sporą ilością o wiele lepszych powieści. Pozytywne aspekty w postaci dobrej (choć nieco przewidywalnej) fabuły i dynamicznej akcji nie były w stanie zakryć licznych mankamentów i niedociągnięć. Nie zostałem jednak całkowicie zniechęcony do pióra Mariusza Ziomeckiego i myślę, że dam mu jeszcze co najmniej jedną szansę - zwłaszcza, że cykl o Medynie ma liczyć cztery tomy, a mnie niezmiernie ciekawi, czy seria będzie zbudowana z osobnych historii, czy też skupi się ona na wyjaśnieniu kilku niewielkich, niezamkniętych wątków z pierwszej części...





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu Akurat.

niedziela, 2 sierpnia 2015

"Wieża Asów"


Cykl Dzikie karty to opowieść o alternatywnej rzeczywistości, w której ludzkość została zarażona kosmicznym wirusem. W wyniku jego działania wiele osób przemieniło się, jednak nie wszyscy mogli zostać herosami - ci, którzy otrzymali nadnaturalne moce, nazywani są Asami i stanowią elitę, natomiast jednostki zdeformowane to Dżokerzy, nowe wyrzutki społeczne. Akcja Wieży Asów rozgrywa się trzydzieści lat po wydarzeniach tomu pierwszego, gdy społeczeństwo jest już mocno podzielone, względnie poukładane i w tym stanie zmierzyć się musi z nowym niebezpieczeństwem - atakującym planetę kosmicznym Rojem.

Podstawową sprawą, którą chciałabym poruszyć, jest fakt, iż cały ten projekt jest naprawdę świetne skonstruowany. Moje doświadczenia ze wszelkimi opracowaniami zbiorowymi są raczej niezbyt pozytywne, tutaj natomiast otrzymujemy coś pomiędzy antologią a powieścią i jest to twór bardzo, bardzo udany. Teoretycznie każdy z autorów miał za zadanie stworzyć coś własnego - swoje postaci, wydarzenia, historie - a jedynym ograniczeniem był tu świat przedstawiony o pewnej konkretnej konwencji. Taki zbiór mógł wypaść bardzo nierówno, jednak tak się nie stało. Opowiadania czyta się płynnie, jednym tchem, nie rażą nawet przeskoki między poszczególnymi autorami. Jedynym, co zwraca uwagę czytelnika, są zmiany postaci i do tego faktycznie należy przywyknąć - opowieści są raczej zamknięte i, choć nie zawsze mają jasne zakończenie, nie wraca się do nich w dalszej części książki. Z drugiej strony całość ładnie spajają łączniki, opowieści podzielone na części, i widać tutaj wyraźnie dobrą robotę George'a R.R. Martina.

Różnorodność autorów, bohaterów i historii sprawia, że trudno książkę zaklasyfikować do konkretnego gatunku, co po raz kolejny potwierdza, jak epicki jest to projekt. Na pewno jest to fantastyka w klasycznym wydaniu, bowiem nagromadzenie zjawisk nadnaturalnych jest po prostu niesamowite; to stały i pewny element świata przedstawionego. Wiele opowiadań przypomina klasyczne filmy sensacyjne - ktoś dąży do jakiegoś celu, kogoś trzeba wyśledzić i zabić, kogoś trzeba uratować... Ich akcja jest wartka, dynamiczna i różnorodna, czyta się je naprawdę wspaniale. Pojawia się również wiele wątków obyczajowych - w zdeformowanym świecie bohaterowie z obu stron barykady umawiają się na randki, flirtują, kochają i nienawidzą. Ten aspekt dodaje opowieściom pełni i autentyczności.

Muszę się przyznać, że nie czytałam pierwszego tomu, książki Dzikie karty, więc to, o czym mówię, odnosi się jedynie do Wieży Asów. Nie mam porównania, no i niestety uciekały mi pewne wątki fabularne. Samo zrozumienie treści zajmowało mi sporo czasu, bo czytelnik drugiej części nie otrzymuje żadnych wstępów; zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń od pierwszego opowiadania. To prawo autorów i nie uważam tego za wadę; jestem raczej zła na siebie, że jak dotąd nie zwróciłam na ten cykl uwagi i znów będę poznawała coś nie w kolejności. Jeśli czujecie się do cyklu zachęceni, nie idźcie moim śladem; zdecydowanie polecałabym poznawanie historii od początku, nawet jeśli pierwszy tom wydaje się nieco słabszy (przynajmniej takie mam wrażenie, gdy czytam recenzje).

Cykl Dzikie karty to moim zdaniem pomysł niesamowity, lekko szalony, ale zrealizowany na naprawdę wspaniałym poziomie. Nie jest to może typowa, trzymająca w napięciu opowieść, ale zbiór naprawdę przyzwoitych opowiadań, które dobrze się uzupełniają i przenikają. Jestem ciekawa, jak czyta się tę książkę w oryginale - zakładam, że w wydaniu anglojęzyczny bardziej widać różnice pomiędzy poszczególnymi pisarzami i zastanawiam się, czy wypada to na plus, czy jednak na minus. Póki co jednak odkładam na bok te rozważania i czekam z niecierpliwością na tom pierwszy - już w przyszłym tygodniu będę mogła się zabrać za lekturę.





Za rozpoczęcie nowej, literackiej przygody dziękuję serdecznie wydawnictwu Zysk i S-ka.

niedziela, 1 marca 2015

Adam Brookes - "Noc ślepowrona" [recenzja przedpremierowa]

Z obozu karnego na terenie Chińskiej Republiki Ludowej ucieka więzień 5995; jak się okazuje, jest nim były agent brytyjskiego wywiadu. Chce tylko jednego – uciec poza granice kraju, możliwie jak najszybciej. Za pomocą odnowionych kontaktów udaje mu się wejść w posiadanie dokumentów objętych klauzulą poufności; do ich upublicznienia postanawia wykorzystać zachodniego freelancera. Problemy zaczynają się w momencie, gdy okazuje się, jak istotne są dane zawarte w tajnych aktach. Rozpoczyna się walka z czasem, tocząca się gdzieś pomiędzy agenturą tak zachodniego wywiadu, jak i chińskich służb specjalnych.

Jak można się domyślić, jest to przede wszystkim powieść akcji – od pierwszej strony czytelnik zostaje wrzucony w wir wydarzeń, których tempo nie spada do samego końca. Opowieść snuta jest z kilku perspektyw – byłego więźnia zwanego Fistaszkiem, dziennikarza Philipa Mangana oraz agentki Patterson. Każdy z bohaterów ma odmienne cele i na swój sposób dąży do zaspokojenia potrzeb; ich historie są inne, choć dotyczą tych samych wydarzeń. Tym niemniej całość zbiega się w punkcie stycznym i jest w tym miejscu świetnie połączona – autorowi udało się skonstruować ją dobrze, pełnie i ciekawie, co czyni tekst przyjemnie wielowymiarowym. Każda postać wnosi do historii dodatkową płaszczyznę, mamy więc także pełen ogląd społeczny – czytelnik otrzymuje informacje z zakresu historii Chin, sposobu traktowania więźniów, niebezpieczeństw pracy dziennikarza w starciu z reżimem, czy struktur służb wywiadu. Wszystkie te dane są jednak niejako przemycone i nie zaburzają odbioru głównej osi akcji.

Dużym atutem jest też język książki – płynny, lekki, na dobrym poziomie. Cała opowieść poprowadzona jest naprawdę wyśmienicie i świetnie się ją czyta; dodatkowo tekst wzbogacony jest o chińskie terminy związane z pracą tajnych służb, więzieniami, szpiegostwem – wszystkie oczywiście przetłumaczone. Taki zabieg dopełnia klimatu, który i tak jest w książce wyraźny.

Można by powiedzieć, że jest to przeciętna sensacja, ale byłaby to opinia absolutnie krzywdząca. Treść jest może zwyczajna i raczej mało nowatorska, ale konstrukcja akcji wszystko wynagradza – napięcie i wywoływane emocje są jak najbardziej autentyczne. Historia na pewno nada się dla fanów thrillerów szpiegowskich – czuć tu wyraźnie klimat gatunku, a galopująca akcja nie pozwala złapać tchu. Dla mnie lektura była miłą odskocznią od codzienności i zapewniła mi sporo rozrywki na całkiem dobrym poziomie; chętnie obejrzałabym tę historię na wielkim ekranie.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.
Premiera 4 marca!

środa, 25 lutego 2015

Emil Marat - "Lawirynt"


Kamil Kott jest dziennikarzem, któremu przejadła się telewizyjna praca; marzy o zajęciu, w którym miałby względną swobodę i dobre zarobki. Gdy otrzymuje idealną propozycję, porzuca swoje przekonania i decyduje się zająć wizerunkiem firmy oferującej klientom szybki i duży zysk na inwestycjach w złoto. W interes wciąga też swojego najlepszego przyjaciela, mecenasa Jenotowicza. Wszak dużo przyjemniej zarabia się w doborowym towarzystwie, prawda?

Jeśli funkcjonowanie spółki pracodawców Kotta coś Wam przypomina, to macie rację – Emil Marat wykorzystał historię, o której słyszał chyba każdy, czyli upadek gdańskiej piramidy finansowej, której szefowi udało się oszukać rzesze Polaków. Na kartach tej książki mamy jednak okazję obserwować aferę z zupełnie innej strony – od wewnątrz, z perspektywy osób znajdujących się w samym sercu wydarzeń. Opowieść oscyluje gdzieś pomiędzy światem wielkiego biznesu, wewnętrznych układów, służb specjalnych czy nawet zagranicznej mafii, a wszelkie powiązania (czy to prawdziwe, czy domniemane) ukazane są tak autentyczne, że aż trudno brać na serio słowa autora, że cała historia jest literacką fikcją. Powieść ma wprost wspaniałe osadzenie w rzeczywistości i miejscami naprawdę ciężko odgadnąć, do którego miejsca sięga prawda; odnajdywanie kolejnych nawiązań sprawia czytelnikowi niemałą przyjemność.

Jednak Lawirynt to przede wszystkim powieść kryminalna – co do tego nie ma wątpliwości już od pierwszej strony, ponieważ książkę otwiera dramatyczna scena, w której Kott i Jenotowicz w miejscu umówionego spotkania znajdują ciało mężczyzny. Dalej co prawda sytuacja wycisza się, jednak z czasem wraca z całą mocą, fundując czytelnikowi naprawdę sporo emocji. Jak w najlepszych klasykach gatunku wraz z bohaterami zanurzamy się w szemrane sprawy i obserwujemy konsekwencje nieostrożności; odczuwamy lęk o ich bezpieczeństwo, próbujemy zrozumieć trudną sytuację. Pod względem fabularnym całość jest poprowadzona naprawdę dobrze – akcja jest dynamiczna, co dodatkowo potęgują krótkie rozdziały, a sama historia do końca pozostawia przed czytelnikiem pewne drobne, domagające się wyjaśnienia wątpliwości.

Chciałabym również wspomnieć o samym tytule powieści – wszak to on zwrócił moją uwagę i sprawił, że w ogóle zainteresowałam się tekstem Emila Marata. „Lawirynt” jest tutaj zobrazowaniem sytuacji głównego bohatera, który wciąż szuka dobrej drogi i stara się wyważyć najlepsze postępowanie między tym, czego się od niego oczekuje, a tym, czego chcę. Połączenie „lawirowania” i „labiryntu” jest naprawdę ciekawe i dobrze oddaje sytuację, w jakiej znalazł się Kott oraz jego postawę. Poza tym całkiem prywatnie lubię podobne słowotwórcze zabawy.

Mimo że w zetknięciu z pierwszymi ekonomicznymi terminami na początku książki wpadłam w niemałą panikę, szybko zdałam sobie sprawę, że powieść ma o wiele większy potencjał. Po wbiciu się w rytm i ogarnięciu pewnych spraw lektura szła po prostu cudownie – historia naprawdę mnie wciągnęła i sprawiła, że przepadłam na kilka całkiem długich chwil. Autor ma bardzo przyjemny w odbiorze styl, a lekki stosunek do opisywanej historii pomaga w jej przyswojeniu. Do opowieści Emila Marata nie trzeba się długo przekonywać – wystarczy tylko spróbować.


Za wspaniałą przygodę z lekturą dziękuję Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

sobota, 24 stycznia 2015

Fabio Delizzos - "Czarna loża jasnowidzów"

Ciemna, klimatyczna okładka i lekko rozmyta flaga ze swastyką gdzieś w tle; do tego czerwone litery układające się w słowa Trzymający w napięciu thriller… Od razu było wiadomo, że kiedy tę książkę zobaczę, na długo zapadnie mi w pamięć i z pewnością nie da spokoju, póki w końcu jej nie przeczytam. Aż dziw bierze, że czekała na mojej półce prawie miesiąc, jak również że jej lektura zajęła mi więcej niż dwa dni. W dodatku jak zwykle nie jestem w pełni zadowolona z lektury, a właściwie lekko się zawiodłam…

Lio Rol jest pisarzem, któremu nie zawsze sprzyja wena, przez co zmuszony jest do wykorzystywania swoich paranormalnych zdolności i przepowiadania ludziom przyszłości w zamian za pieniądze. Czyni to niechętnie i wyłącznie w chwilach, gdy brak mu środków do życia, jednak zdobyta w ten sposób sława wystarczy, aby zwrócić na siebie uwagę tych, dla których dar jasnowidzenia jest bardzo pożądany – tajnych agentów, specjalizujących się w szpiegostwie psychologicznym. W czasie II wojny światowej z podobnych zdolności korzystają obie strony barykady, jednak szczególnie cenna jest ona dla Niemców, którzy oprócz okrętów nieprzyjaciela i dat planowanych zamachów poszukują także pewnej mitologicznej broni, mającej doprowadzić ich do zwycięstwa. Nieświadomy skali zagrożenia Rol wplątuje w międzynarodową intrygę nie tylko siebie, ale i piękną nieznajomą – aktorkę, która utrzymuje, że jest przyjaciółką jego zmarłej siostry. Tyle że pisarz nie pamięta, aby kiedykolwiek miał rodzeństwo…

Książka stworzona jest na podwalinach, które już znamy – nazistowskiej fascynacji mitologią, rodem gigantów oraz Atlantydą. Powstało o tym już sporo książek i pewnie jeszcze nie raz o temacie usłyszymy, zwłaszcza że jest wyjątkowo wdzięcznym polem dla wszelkich thrillerów i powieści sensacyjnych. Delizzos nie ujął go może w sposób nowatorski, ale pełny i ciekawy; autor zawarł w swojej książce sporo szczegółowych informacji. Dodatkowo interesującym motywem jest sama współpraca nazistów z jasnowidzami czy hipnotyzerami. Zakres ich możliwości i repertuar talentów jest naprawdę barwny, a sceny opisujące rytuały, przesłuchania i egzekucje przeprowadzane przy użyciu magii są doprawdy świetne i nadają powieści charakterystycznej dla thrillera atmosfery.

Autorowi dobrze wychodzi łączenie prawdy z literacką fikcją. Na szkielecie historycznych faktów stworzył opowieść pełną dobrze ukazanych relacji międzyludzkich, o ciekawej fabularnej osi. Trudno jest z całą pewnością oddzielać tu kłamstwo od rzeczywistości – niektóre nieprawdopodobieństwa okazują się zgrabnie użytymi, acz prawdziwymi ciekawostkami, natomiast to, co z pozoru zdaje się być do bólu autentyczne, niejednokrotnie jest jedynie wymysłem autora. Całość pięknie się spaja, wręcz zlewa w jednolity obraz świata, który czytelnik odkrywa z przyjemnością – podczas lektury należy być czujnym, bo pozornie przypadkowe sceny i osoby mogą później odegrać kluczową rolę; wypłyną zmieniając swój charakter lub dopiero go nabierając. Jedynym, co może razić w tej wspaniałej konstrukcji, jest przesyt ciekawostek – chwilami można mieć wrażenie, że są wciśnięte niemal na siłę, jakby autor chciał w tej książce zamieścić wszystko, co wie o nazistach.

Ostatnie promienie słońca w to zimowe popołudnie odbijały się od marmurowych nagrobków, migocząc niczym lusterka w cmentarnych alejkach i rzucając na ziemię powłóczyste cienie cyprysów i jodeł, krzyży i uskrzydlonych aniołów.[s.87]

Narracja momentami zaskakuje swoim bogactwem, co w równym stopniu może być zaletą, jak i wadą. Jeśli lubicie tego typu opisy i barwne formy stylistyczne, powinniście być usatysfakcjonowani. Osobiście kilkakrotnie miałam problem z odnalezieniem się w tym stylu; może to wynikać z umysłowego przemęczenia, ale swoje na pewno dołożyły też problemy korektorskie – w wielu miejscach zabrakło myślników oddzielających wypowiedzi poszczególnych bohaterów, co sprawiło, że musiałam robić pauzę i cofać się, aby zrozumieć sens. Było to odczuwalne zwłaszcza na początku, zanim jeszcze czytelnik dobrze zrozumie i poskłada sobie w głowie, kto jest kim.

Tym, czego w moim odczuciu zabrakło, jest płaszczyzna psychologiczna. Czarna loża jasnowidzów to dynamiczny thriller sensacyjny pełen gwałtownych zwrotów akcji, zagadek i bohaterów – wielu, ale potraktowanych bez zbytniej wnikliwości. Nawet o kluczowych postaciach wiemy mało i trudno nam podjąć jakąkolwiek próbę ich zrozumienia, nie wspominając o całej rzeszy bohaterów drugoplanowych. Są to osoby niewątpliwie niezbędne dla fabuły i nierzadko posiadające charakterystyczny, stereotypowy rys, jednakże żadna z nich nie jest na tyle wyrazista i interesująca, by pozostała w naszym umyśle na dłużej niż kilka chwil.

Oceniając powieść całościowo powiedziałabym, że jest lekko ponad przeciętną – choć na początku odpowiadała mi dynamika akcji, a opowiadana historia mocno mnie wciągnęła, napięcie opadło mniej-więcej w połowie. Częste przenosiny pomiędzy różnymi sceneriami, powolne splatanie się historii w całość – trudno mi było poradzić sobie z tymi aspektami, zwłaszcza że książka jest dość pokaźnych rozmiarów (liczy sobie ponad 500 stron). Jednakże mimo tego, że tekst ostatecznie mnie nie porwał, nie żałuję, że mogłam go przeczytać – uwielbiam podobną tematykę, a i klimat udał się autorowi całkiem nieźle. Kilka razy, podczas co lepszych scen, chwycił mnie autentyczny, miły dreszczyk, a samą opowieść oceniam jako dobrze skonstruowaną. Myślę, że kiedyś jeszcze wrócę do twórczości autora.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Olé, będącemu częścią GW Foksal.

środa, 7 stycznia 2015

Salla Simukka - "Białe jak śnieg"

Pierwsza część przygód Lumikki Andersson interesowała mnie jeszcze jako zapowiedź wydawnicza, potem jednak zapomniałam o niej na dobrych kilka miesięcy. Historia, owszem, wydawała się interesująca, nie przewidziałam jednak, że trylogia w takim stopniu zawładnie moim sercem, skutecznie wciągając w swoją fabułę; chciałam więcej i więcej. Dzięki Sylwkowi drugi tom trafił w moje ręce niemal bezpośrednio po lekturze pierwszego, a ja pochłonęłam go niemal od razu. I choć do lektury zasiadałam z głową pełną oczekiwań, absolutnie się nie zawiodłam – kolejny raz bawiłam się świetnie i jestem absolutnie pewna, że podobnie będzie w przypadku trzeciej części.

Po wydarzeniach z pierwszego tomu Lumikki postanawia odpocząć – udaje się w samotną podróż do Europy Środkowej by spędzić kilka dni w Pradze i nacieszyć się latem. Dziewczyna kolejny raz poprzysięga sobie trzymanie się z dala od kłopotów i tajemnic innych ludzi, jednak te znajdują bohaterkę same – podczas zwiedzania zaczepia ją dziewczyna, która twierdzi że… jest jej siostrą! Lumikki nie podejrzewa, że wchodząc w bliższą relację z nieznajomą znów wpakuje się w kłopoty; tym razem przyjdzie jej zmierzyć się z siłami religijnej sekty.

W porównaniu z pierwszym tomem historia jest znacznie bardziej prawdopodobna i nie przypomina aż tak bardzo ciągu nierealnych zdarzeń rodem z kreskówki. Owszem, bohaterce wszystko udaje się w sposób niemal magiczny, a los zawsze ma dla niej na podorędziu jakiś zestaw podejrzenie szczęśliwych zbiegów okoliczności, ale wszystko to jest dopuszczalne w tego typu powieściach. Tematyka sekty ze względu na swoje osadzenie w rzeczywistości wymusza większą autentyczność i jest ona zachowana – prawidłowo oddane są mechanizmy rządzące podobną organizacją oraz jej atmosfera. Dzięki takiej konstrukcji czytelnik przeżywa dużo silniejsze emocje! Podobnie jak w poprzedniej części akcja w pewnej chwili zaczyna gnać do przodu i nie odpuszcza aż do ostatniej strony.

Wciąż jestem pod wrażeniem kreacji głównej bohaterki. Kończąc Czerwone jak krew bałam się, że w kolejnym tomie zabraknie ciekawych aspektów przeszłości i osobowości Lumikki, które czytelnik mógłby z pasją odkrywać. Nic bardziej mylnego! Jak się okazuje, niedopowiedzeń było znacznie więcej, niż się spodziewałam, a ich stopniowe ujawnianie znów biegnie obok głównej osi zdarzeń, wspaniale ją urozmaicając. Poznajemy co nieco z przeszłości dziewczyny, ale żadna informacja nie jest nam podana tak po prostu – to raczej urywki, migawki, fragmenty wspomnień, wdzierające się do świadomości bohaterki i poddawane przez nią analizie. Nie są to może opowieści tak głęboko warunkujące jej osobowość, jak to było w przypadku zdarzeń ujawnionych w tomie pierwszym, ale mimo wszystko pozwalają nieco lepiej poznać Lumikki. Dodatkowo autorka i tym razem pozostawia czytelnika z niedopowiedzeniami, na rozwiązanie których musimy czekać do premiery następnego tomu.

Na koniec drobna uwaga – na początku miałam żal do autorki za wykorzystanie motywu kolorystycznego z Królewny Śnieżki, a tym bardziej poprzestawianie kolejności opisywanych barw – jakoś mi to przeszkadzało, bo sądziłam, że zabieg jest pustym chwytem, zapewniającym ładne brzmienie  tytułów. Jestem zaskoczona faktem, że kolory naprawdę mają związek z fabułą i widzę, że ich przestawienie jest celowe. Poza tym już martwię się, co okaże się głównym motywem w trzecim tomie, skoro jego tematem przewodnim jest czerń…

sobota, 27 grudnia 2014

Salla Simukka - "Czerwone jak krew"


Jak to jest znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie? Kilkoro nastolatków z fińskiego Tampere boleśnie się o tym przekonało. Podczas jednej z domówek troje przyjaciół znajduje w ogrodzie posesji worek pełen zakrwawionych banknotów. Odurzeni narkotykami i alkoholem postanawiają wyczyścić i wysuszyć pieniądze w szkolnej ciemni. Dopiero na drugi dzień zaczynają zastanawiać się, skąd w ogóle wzięło się znalezisko i czy źródło, z którego pochodzi, może być legalne... Niestety, w międzyczasie ich tajemnicę odkrywa Lumikki - szkolna outsiderka. Wplątana w sprawę dziewczyna okazuje się dużo sprytniejsza i bardziej niezwykła niż można by przypuszczać - szybko to właśnie ona bierze sprawę w swoje ręce i wbrew własnej dewizie, by nie wtrącać się w nie swoje sprawy, podejmuje działania prowadzące do rozwiązania zagadki. Nastolatkowie wchodzą w niebezpieczną grę, której stawka jest zdecydowanie wyższa niż znalezione w ogrodzie 30 000 Euro...

Naturalnym jest, że we wszelkiego typu opisach na pierwszy plan wysuwać się będzie wątek kryminalny. Mafijne porachunki, w które wplątana zostaje grupa nastolatków, zapewniają wartkość akcji i skutecznie podtrzymują zainteresowanie czytelnika. Nie brakuje tu dynamicznych scen, niebezpieczeństw, choć opowieść jest raczej prosta i mało zaskakująca. Próżno tu szukać niezwykłych zwrotów akcji, bo i zagadki kryminalnej do rozwiązania brak, książka jest jednak spójna i dobra w odbiorze. Może pewne zdarzenia są naciągane, jest to jednak specyfika zarówno powieści dla młodzieży, jak i gatunku sensacyjnego. Atutem tekstu jest dwupłaszczyznowość fabuły - równolegle z rozwojem sprawy poznajemy lepiej psychikę, przeszłość i motywy Lumikki, odkrywając jej wewnętrzny, fascynujący świat.

Była sobie raz dziewczynka, która się nie bała.
Biegała tak, jak biegają ludzie, którzy nie boją się upaść. (...)
Śmiała się tak, jak śmieją się ludzie, których jeszcze nie ośmieszono. (...)
Ufała tak, jak ufają ludzie, którzy nigdy nie stracili grutu pod stopami, którzy nigdy nie zostali przez nikogo zdradzeni. Zawsze zwieszała się głową w dół. Wierzyła, że choćby nawet zaczęła spadać, ktoś ją na pewno zdąży złapać.
Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać.[s.92]

Tym, co zachwyciło mnie w książce Salli Simukki, jest właśnie kreacja postaci. Od początku do końca byłam zafascynowana główną bohaterką, a mój rozbudzony apetyt został w pełni zaspokojony. Autorce udało się stworzyć osobę niezwykle autentyczną - Lumikki jest silna i słaba jednocześnie; to uciekinierka w siebie i perfekcjonistka w każdym calu. Dziewczyna ewidentnie zmaga się z traumą sprzed lat i buduje wokół siebie mocną otoczkę, byle tylko nie zbliżyć się do kogokolwiek. Zarówno ona, jak i pozostali bohaterowie, są prawdziwi, wielowymiarowi i bliscy nastoletniemu czytelnikowi.

W tym miejscu muszę wspomnieć o pewnej ważnej sprawie, która przyciąga mnie jak magnes do nurtu young adult - uwielbiam to, że w większości książek tego gatunku naprawdę o coś chodzi. Nieważne, jak fantastyczna jest otoczka i jak wiele magii lub nieścisłości jest w świecie przedstawionym; istotny jest fakt, że tekst porusza pewne bliskie nastolatkom sprawy. Powieść Simukki pod warstwą całkiem niezłej sensacji wyzwalającej w czytelniku emocje ma też drugą, znacznie ciekawszą część - opowiada o problemie nękania i jego skutkach dla ludzkiej psychiki. Główna bohaterka jest ofiarą, która sama musi radzić sobie z własną psychiką, co jest zadaniem tyleż trudnym, co niemalże karkołomnym. Czytelnik widzi efekty tego procesu, ale też jego genezę - pod tym względem powieść jest po prostu świetna.

Jedyne, czego się obawiam, to dalszy ciąg tej historii. Właśnie zakończyłam pierwszy tom trylogii, która w pewnym sensie mogłaby się zakończyć już tutaj - wpadłam w pogoń za prawdą skrywaną przez Lumikki i otrzymałam odpowiedź na nurtujące mnie pytania. Oczywiście pozostały pewne niedopowiedzenia, jednak nie przyciągają mnie one jakoś szczególnie. Faktem jest jednak, że wspaniale spędziłam czas przy lekturze, a książka naprawdę mi się spodobała. Dlatego też jestem pewna, że w niedługim czasie sięgnę po kolejny tom, choćby z chęci powrotu do znanej już scenerii.

UWAGA! Opis okładkowy drugiej części jest spoilerem...


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie YA!, będącemu częścią GW Foksal.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Pierre Lemaitre - "Ofiara"

- Ja chcę się tylko dowiedzieć, dlaczego robisz z tego śledztwa sprawę osobistą!
- Obawiam się, że jest odwrotnie (…). Że to sprawa osobista, która zamieniła się w śledztwo.[s.293]

Camille Verhoeven, komisarz paryskiej policji, cztery lata temu stracił żonę. Zginęła w związku ze sprawą, którą się zajmował, a on sam przez długi czas dochodził do siebie. Nie sądził, że będzie jeszcze kiedyś skłonny do uczuć, choćby przywiązania, kiedy los zetknął go z piękną Anne. Jednak czy na pewno była to sprawka ślepego trafu? Gdy nowa partnerka pada ofiarą brutalnej napaści w centrum handlowym, komisarz Verhoeven gotów jest poświęcić wszystko, by złapać jej katów – stawia na szali swoją reputację, karierę i wolność, by przejąć kontrolę nad śledztwem i rozgrywać je według własnego pomysłu. Szybko okazuje się jednak, że bandyci, którzy dokonali napadu, to nie amatorzy, a kobieta żyjąca u boku Camille’a nie jest tym, za kogo dotąd się podawała…

Pierwsza myśl po rozpoczęciu lektury kieruje się w stronę języka – jakiż on lekki, w dodatku okraszony subtelnym humorem! Aż tu nagle rozpoczyna się akcja, a wraz z nią czytelnik otrzymuje prztyczka w nos, ponieważ ów lekki styl znacząco kontrastuje z treścią, która aż do samego końca będzie nam towarzyszyła. Pierwsze strony zawierają sporo brutalnych opisów działań gangsterów, jak również odczuć katowanej ofiary, a to dopiero początek tekstu, w którym nie zabraknie dosadności i wartko rozgrywających się scen rodem z filmów sensacyjnych. Pierwszy raz miałam do czynienia z takim połączeniem, ale muszę przyznać, że było ciekawe, a subtelny humor pozwolił autorowi na stworzenie niepowtarzalnego klimatu.

Specyficzna jest również kreacja głównego bohatera – Camille’a Verhoevena zdecydowanie nie można nazwać standardowym gliną. Ten mierzący ledwie 145 cm wzrostu, obdarzony lotnym umysłem, dystansem do świata i niezwykłymi umiejętnościami plastycznymi komisarz zdobywa sympatię czytelnika niemal od pierwszej strony. Przyjemnością było obserwowanie jego poczynań i choć czasem można było mieć żal, że kieruje się tak błahymi pobudkami, ostatecznie udało mu się wybronić własne decyzje. Działanie pod wpływem emocji sprawiło, że został wykreowany autentycznie, nie zaś jak ideał, robot, którym zazwyczaj są superbohaterowie z filmów sensacyjnych. Verhoeven jest postacią złożoną i interesującą zarówno przez swoją przeszłość, jak i obecne działania.

Dziwnym i nieco niezrozumiałym zabiegiem jest organizacja książki pod względem czasu. Nie dość, że akcja zamknięta jest w trzech dniach i podzielona jedynie na krótsze odcinki opisane godzinami, to jeszcze w narracji stosowany jest zabieg wybiegania w przyszłość, który niezmiennie mnie denerwuje. Nieco dziwnie czyta się książkę pisaną w czasie teraźniejszym, w której nagle pojawiają się wzmianki o tym, co wydarzy się kilka stron dalej, a co dla czytelnika jeszcze de facto nie miało miejsca. Zastanawia mnie również, dlaczego narracja prowadzona jest z dwóch perspektyw – gdy sceny dotyczą sprawcy, mówi on sam, natomiast w każdym innym przypadku towarzyszy nam wszechwiedzący narrator.

Z racji tego, że jest to kryminał, warto poświęcić chwilę na przyjrzenie się samej treści, czyli zaprezentowanej intrydze. Trzeba przyznać, że autor zna się na rzeczy i skonstruował całkiem zgrabną opowieść, w której nic nie jest przewidywalne ani jałowe. Fabuła nie jest zbyt łatwa do rozwikłania, chociaż podejrzewam, że dla czytelników zaznajomionych z poprzednimi tomami jest ona prostsza i bardziej klarowna. Tak czy owak niemal do samego końca czytelnik jest zwodzony, a w dodatku doświadcza całej gamy emocji podczas scen akcji. Choć momentami lektura może się dłużyć, ponieważ opisanie trzech dni na ponad 300 stronach wymusza rozwleczenie pewnych scen, to jednak w ostatecznym rozrachunku z pewnością nie jest to wada, a raczej zwykła pisarska wnikliwość.

Dla mnie pierwsze spotkanie z Pierrem Lemaitre, mimo że za pośrednictwem ostatniego tomu jego cyklu, było jak najbardziej udane. Polubiłam komisarza Verhoevena, a także ciekawy i specyficzny klimat wykreowany przez autora. Nie odgadłam rozwiązania zagadki już na początku, a wręcz przeciwnie – do końca byłam trzymana w niepewności. Jedyne nad czym mogę ubolewać to fakt, że w Polsce nie można kupić pierwszej części trylogii o niewysokim komisarzu. Być może wydawnictwo w końcu się na to zdecyduje…


Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Mat Sidal - "Anamnesis"

Wybrałam tę książkę jak to ja – trochę po okładce, trochę po opisie na stronie wydawnictwa… Nawet nie przeszło mi przez myśl sprawdzenie ocen lub opinii czytelników na jakimkolwiek portalu. Gdy dostałam książkę i chciałam oznaczyć ją jako właśnie czytaną, przeraziłam się niską oceną. Muszę jednak przyznać, że to kolejny raz, kiedy przychodzi mi nie zgodzić się z opiniami innych czytelników.

Pierwszą, podstawową i największą zaletą tekstu jest nie treść, a język, jakim posługuje się autor. Długie akapity pełne złożonych zdań snują opowieść, która daje niezwykle wiele satysfakcji z lektury. Autor bawi się słowem, snuje dygresje, miesza tematy i tym samym zabiera czytelnika w niezwykłą literacką podróż. Dodatkowo w tekst wplecione są wiersze, w większości stworzone przez samego autora. Nie znam się na poezji, ale ta wyjątkowo przypadła mi do gustu i dodatkowo podniosła wartość tekstu. W zakresie literackim kuleją jedynie dialogi, są sztuczne i zupełnie niedopasowane. Na szczęście autor chyba zdawał sobie sprawę, że nie jest to jego mocna strona, bo dyskusji jest tu niezwykle mało.

Niestety, sam język, chociaż wspaniały, nie odpowiada za wartość książki. Pośród różnorodności obrazów ciężko odnaleźć treść i sens, a także główną oś czasoprzestrzenną. Wiemy, że opowieść dotyczy losów literata Maxa Moriela, który uchodzi z życiem z zamachu, jaki szykują na niego tajne służby. Wiemy też, że ów twórca po ucieczce ukrywa się na Maderze, gdzie czekają na niego jeszcze większe kłopoty. Jednak wszystko to, ukryte w gąszczu dygresji, nie składa się zupełnie w jedną spójną opowieść. Wręcz przeciwnie – choć do pewnego momentu miałam wrażenie, że wiem, o co chodzi, tak naprawdę nawet po skończeniu tekstu nie jestem w stanie tego zweryfikować.

Moja wysoka ocena książki wynika z faktu, że tekst naprawdę mi się podobał. Lektura była dla mnie niezwykle miłą odskocznią od przeciętnych językowo tekstów, z którymi stykam się na co dzień, natomiast dygresyjne fragmenty analizujące czytelnictwo, a także napisane przez autora wiersze uważam za prawdziwy literacki majstersztyk. I choć gdzieś podskórnie czułam, że niskie oceny nie biorą się znikąd, a więc treść zapewne nie dąży do satysfakcjonującego końca, losy Maxa wciągnęły mnie i z zapałem śledziłam kolejne zdarzenia na osi czasu. Zdaję sobie jednak sprawę, że Anamnesis nie jest książką dla każdego – indywidualnej ocenie pozostawiam fakt, czy dla Ciebie właśnie książka Mata Sidala jest interesująca.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.

poniedziałek, 19 maja 2014

Scott Mariani - "Zagubiony klejnot"


Przyznam szczerze, że nie słyszałam jak dotąd o Scotcie Marianim, ani tym bardziej o jego wydawanych jak dotąd książkach. Do Zagubionego klejnotu podeszłam jak do osobnej historii, nie zaś jak do szóstego tomu cyklu. I myślę sobie, że nie zaszkodziło mi to w odbiorze.

Ben Hope to były agent SAS, szkolony w nieziemsko trudnych warunkach, obecnie w stanie spoczynku. Do Włoch przyjeżdża by odwiedzić dawnego przyjaciela i złożyć mu pewną propozycję. W południowym kraju ma spędzić jedynie kilka dni, jednak zamieszanie, jakie powstanie wokół jego osoby w wyniku serii niefortunnych zdarzeń, znacząco wpłynie na korektę owych planów. Ben przypadkiem trafia na wystawę w nowo otwartej galerii sztuki, gdzie jedno z dzieł jest obiektem zainteresowania rabusiów z ukraińskiej mafii. Będący świadkiem i uczestnikiem masakry gości były agent wplątuje się w zawiłą sieć intryg, w której po piętach deptać mu będą zarówno przedstawiciele mafii, jak i służb specjalnych.

Podstawową cechą i atutem tej książki jest nie zwalniająca nawet na moment akcja. Dużo się dzieje, a z 60 przeczytanych stron nagle robi się 160, a potem błyskawicznie 300. Osobiście przesuwałam oczami po tekście ze stale przyspieszającą akcją serca. Tekst Marianiego jest zdecydowanie książką dla osób, które nie lubią się nudzić, męczących się przy dłuższych dialogach czy opisach – nie znajdziemy tutaj zbędnych słów ani filozoficznego drugiego dna. Nie znaczy to oczywiście, że brak książce treści, o nie. Autor odrobił zadanie domowe i opracował dobrą, spójną fabułę, nie odsłaniającą przed czytelnikiem wszystkich asów od razu. W tekst zgrabnie wplecione są takie smaczki, jak choćby wtrącenia dotyczące historii używanej broni czy poszukiwanego przedmiotu. Najkrócej można by rzec tak: do napisania dobrej powieści sensacyjnej trzeba mieć talent, a ten Mariani posiada w dużych ilościach.

Jedynym, co lekko kłuje w oczy, jest wysoka nieprawdopodobność zdarzeń, znana nam z amerykańskich filmów akcji. Ben Hope nie jest androidem ani superbohaterem tylko zwykłym śmiertelnikiem – wyszkolonym przez SAS, to prawda, ale wciąż śmiertelnikiem. Tymczasem autor zdaje się momentami o tym zapominać, zwłaszcza w scenach gdy bohater w pojedynkę daje sobie radę z całą grupą wyćwiczonych zabójców lub oddziałem Carabinieri. Nie można jednak mieć tego za złe pisarzowi, w końcu czyż nie kochamy takich właśnie bohaterów?

Chętnie przeczytałabym więcej takich właśnie powieści sensacyjnych. Czas przy lekturze minął mi szybko i naprawdę dobrze, no i ani przez moment się nie nudziłam – mój umysł kreował coraz to nowe obrazy, korzystając z plastycznych opisów Scotta Marianiego idealnie oddających klimat i napięcie. Choć nie była to wymagająca lektura, mogę ją polecić każdemu, kogo nie odstręczają pościgi, intrygi i dużo ofiar z ranami postrzałowymi. Tę książkę czyta się tak, jak powinno się oglądać dobry film akcji – z bijącym sercem i pełnym zaangażowaniem. 


Za okazję do przeczytania książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz MUZA SA.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (448 stron)