Marię Nurowską kojarzyłam jak dotąd jedynie z nazwiska,
wiedziałam też, że należy do grona pisarek nie tyle poczytnych, co
rozpoznawalnych. Jej książka znalazła się na mojej półce przypadkowo i równie
bez planu po nią sięgnęłam – po prostu coś mnie tknęło przy szukaniu kolejnej
lektury i zaczęłam przetrząsać pokój, by znaleźć tę właśnie pozycję. Co wynikło
z takiego splotu wypadków? Właściwie jedno wielkie zagmatwanie…
Książka opowiada o losach kobiety, która w czasie wojny
została wywieziona na Wschód i była przetrzymywana w jednym z radzieckich
łagrów. Dziś Anna jest matką, borykającą się nie tylko z trudną przeszłością,
ale i problemami dnia codziennego. Jej córka, Ewa, cierpi na
anoreksję/bulimię/zaburzenia odżywiania – jak zwał tak zwał, wszystko zależy od
aktualnej diagnozy, a sens jest taki, że dziewczyna łyka masę proszków z każdym
dniem przybliżających ją do śmierci. W obliczu takiego zagrożenia dla siebie,
córki i wnuka, Anna podejmuje decyzję o rozpoczęciu kolejnej terapii. Nie
spodziewa się, że tym razem to ona znajdzie się w centrum zainteresowań lekarza
i sama będzie musiała stanąć do konfrontacji ze swoją przeszłością.
Muszę przyznać, że wgryzienie się w tekst nie należy do
zadań najłatwiejszych i nie jest to bynajmniej sprawka wyłącznie trudnej i
emocjonującej treści. Dużą rolę w utrudnianiu odbioru odgrywa narracja, która –
choć zawsze pierwszoosobowa i skonstruowana w czasie teraźniejszym – dotyczy trzech
różnych płaszczyzn czasowych. Anna równocześnie opowiada nam o swojej aktualnej
sytuacji, a także wydarzeniach z przeszłości: sprzed narodzin córki i tych,
które wiążą się już z nią. Choć opowieści łączą się i tworzą ciągi
przyczynowo-skutkowe, a nawet pozwalają wyciągać wnioski, poukładanie sobie ich
w głowie zajmuje sporo czasu, tym bardziej że książka jest właściwie jednym wielkim
ciągiem, bez rozdziałów. Jestem jednak w stanie zrozumieć taki zabieg, bo
doskonale ukazuje on rozbudowaną i zagmatwaną psychikę bohaterki.
Co do samej treści – choć opisywana historia jest skrajna i
brutalna, to również niezwykle prawdziwa, co uważam za dużą zaletę. Przy
głębszym zastanowieniu stwierdzam jednak, że lekturę zakończyła z uczuciem
niedosytu. Owszem, postaci są barwne, ciekawe i dobrze skonstruowane, jednak
sama opowieść nie dostarcza odpowiedzi na wszystkie rodzące się w czytelniku
pytania. Na domiar złego autorka zdecydowała się na otwarte zakończenie,
którego ogólnie nie preferuję, a w przypadku tej książki uznaję wręcz za wadę.
Książkę Nurowskiej można kochać lub nienawidzić – równie wiele
argumentów jest po obu stronach barykady. Moim zdaniem psychologiczna głębia do
spółki z przepięknym, literackim językiem stanowi przewagę nad średnim
zakończeniem, natomiast trudności ze zrozumiałością treści mogą być tłumaczone przyjętą
konwencją. Nie jestem jednak przekonana, czy jest to książka do polecenia
każdemu – z pewnością trzeba do tej prozy przywyknąć. Ja na pewno jeszcze
sięgnę po książki autorki, choćby po to, by porównać Hiszpańskie oczy z innym
jej tekstem i sprawdzić, czy Maria Nurowska jest pisarką oryginalną, czy też
powtarzalną wewnątrz własnego, niezwykłego schematu.