W krótkim czasie przyszło mi zetknąć się z dwiema książkami
zahaczającymi o paranormal romance, choć dotąd stroniłam od tego gatunku jak
tylko się da. I o ile pierwsza (której recenzja pojawi się na blogu nieco
później) wywołała we mnie głównie pozytywne emocje, o tyle druga raczej mnie
zawiodła. Spodziewałam się historii obyczajowej lekko zabarwionej fantasy,
natomiast to, co otrzymałam, nieco mnie zdziwiło.
Idąc za myślą przewodnią opisu okładkowego można by
powiedzieć, że opowiadana historia dotyczy losów Katherine, która straciła w
wypadku męża i ukochaną córeczkę. Pogrążona w żałobie kobieta prosi o pomoc
Boga, w modlitwach błaga o skrócenie cierpień lub zesłanie anielskiego wsparcia.
W tym momencie w jej życiu pojawia się nieznajomy, który bierze na swoje barki
ciężar wyciągnięcia jej z depresji. Nieznajomy, który okazuje się kimś innym
niż uważa Kathie.
Tyle informacji dostarcza nam blurb, jednak moim zdaniem
sprowadza to oczekiwania czytelnika na nieprawidłowe tory. Przede wszystkim
opowieść tak naprawdę nie dotyczy Kathie, a Logana – owego tajemniczego
nieznajomego, który przyczynia się do poprawy stanu kobiety. To on jest
narratorem i w gruncie rzeczy opowiada głównie o sobie – istotne są jego stany
emocjonalne, uczucia oraz losy, a także wielka przemiana jaka się w nim
dokonuje. Logan jest bowiem synem samego władcy piekieł, Lucyfera; pół-demonem,
który, choć dotąd wiódł pełne zła życie hulaki, zmienia się pod wpływem nowo
poznanej kobiety, dążąc do roli wspaniałego partnera i ojca, wzoru wszelkich
cnót.
W mojej ocenie bohaterowie wykreowani poprzez Marlene S.
Olive są mocno nieautentyczni. Kathie zaskakuje mnie swoimi wahaniami nastrojów
już od początku, gdy ze skrajnej rozpaczy wychodzi jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki. Dziwnym wydaje mi się też, że kobieta pogrążona w tak
silnej żałobie jest w stanie związać się emocjonalnie z innym mężczyzną,
którego w ogóle nie zna. Z drugiej strony mamy też Logana, zaprzeczającego
wszelkim definicjom demona, który popatrzywszy raz w oczy urodziwej damie jest
w stanie sprzeniewierzyć wszystko, co do tej pory robił i wyznawał. Takie
poddanie się emocjom kłóci się nieco z przyjętym wizerunkiem upadłych aniołów,
z jakim mamy styczność na co dzień.
Drugim, dość trudnym dla mnie, aspektem książki jest brak
wnikliwości, jaki wykazuje autorka w stosunku do wykreowanego przez siebie
świata. Choć spora część akcji rozgrywa się w czeluściach piekieł, nie ma tu
należytego ukazania ani mechanizmów nim rządzących, ani choćby jego wyglądu.
Zarówno miejsca jak i relacje między demonami po prostu istnieją. W dodatku
opisy same w sobie są nierówne i niekonsekwentne – nie brakuje miejsca na to,
by powiedzieć, że Lucyfer zamknął za sobą drzwi, ale brak go na uzasadnienie,
gdy bohaterowie przeprowadzają ważną i intymną rozmowę… stojąc w drzwiach.
Niestety, jeśli chodzi o wątek, książka jest przewidywalna i
raczej przeciętnie interesująca. Przy lekturze trzymała mnie chęć dowiedzenia
się, co takiego Logan będzie musiał zrobić, by ratować ukochaną, a jednocześnie
nadzieja, że nie będzie to nic spośród rozwiązań, które podejrzewałam. Muszę
przyznać, że w tym względzie autorka nieco mnie zaskoczyła, nie wiem jednak,
czy otwarte zakończenie, jakim się posłużyła, oceniać pozytywnie. Trzeba jednak
przyznać, że Marlene S. Olive swoją książkę przemyślała dobrze, i poprowadziła
wątki dokładnie tam, gdzie chciała.
Na koniec przyznam jedno – książkę czyta się szybko i łatwo,
a język jest na przyzwoitym poziomie. Niestety dla mnie to zbyt mało. Historia
nie porwała mnie ani nie urzekła – może gdyby była zwykłą książką obyczajową,
oceniłabym ją lepiej. W otoczeniu, które wybrała autorka, historia młodej pary,
walczącej z przeciwnościami losu wygląda lekko dziwnie, przynajmniej w moim
odczuciu. Jedynym, co tak naprawdę całkowicie mi się podobało, jest tytuł –
idealnie wytłumaczony i świetnie współgrający z wątkiem głównym książki.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.