sobota, 9 sierpnia 2014

Marlene S. Olive - "Kochając anioła"

W krótkim czasie przyszło mi zetknąć się z dwiema książkami zahaczającymi o paranormal romance, choć dotąd stroniłam od tego gatunku jak tylko się da. I o ile pierwsza (której recenzja pojawi się na blogu nieco później) wywołała we mnie głównie pozytywne emocje, o tyle druga raczej mnie zawiodła. Spodziewałam się historii obyczajowej lekko zabarwionej fantasy, natomiast to, co otrzymałam, nieco mnie zdziwiło.

Idąc za myślą przewodnią opisu okładkowego można by powiedzieć, że opowiadana historia dotyczy losów Katherine, która straciła w wypadku męża i ukochaną córeczkę. Pogrążona w żałobie kobieta prosi o pomoc Boga, w modlitwach błaga o skrócenie cierpień lub zesłanie anielskiego wsparcia. W tym momencie w jej życiu pojawia się nieznajomy, który bierze na swoje barki ciężar wyciągnięcia jej z depresji. Nieznajomy, który okazuje się kimś innym niż uważa Kathie.

Tyle informacji dostarcza nam blurb, jednak moim zdaniem sprowadza to oczekiwania czytelnika na nieprawidłowe tory. Przede wszystkim opowieść tak naprawdę nie dotyczy Kathie, a Logana – owego tajemniczego nieznajomego, który przyczynia się do poprawy stanu kobiety. To on jest narratorem i w gruncie rzeczy opowiada głównie o sobie – istotne są jego stany emocjonalne, uczucia oraz losy, a także wielka przemiana jaka się w nim dokonuje. Logan jest bowiem synem samego władcy piekieł, Lucyfera; pół-demonem, który, choć dotąd wiódł pełne zła życie hulaki, zmienia się pod wpływem nowo poznanej kobiety, dążąc do roli wspaniałego partnera i ojca, wzoru wszelkich cnót.

W mojej ocenie bohaterowie wykreowani poprzez Marlene S. Olive są mocno nieautentyczni. Kathie zaskakuje mnie swoimi wahaniami nastrojów już od początku, gdy ze skrajnej rozpaczy wychodzi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dziwnym wydaje mi się też, że kobieta pogrążona w tak silnej żałobie jest w stanie związać się emocjonalnie z innym mężczyzną, którego w ogóle nie zna. Z drugiej strony mamy też Logana, zaprzeczającego wszelkim definicjom demona, który popatrzywszy raz w oczy urodziwej damie jest w stanie sprzeniewierzyć wszystko, co do tej pory robił i wyznawał. Takie poddanie się emocjom kłóci się nieco z przyjętym wizerunkiem upadłych aniołów, z jakim mamy styczność na co dzień.

Drugim, dość trudnym dla mnie, aspektem książki jest brak wnikliwości, jaki wykazuje autorka w stosunku do wykreowanego przez siebie świata. Choć spora część akcji rozgrywa się w czeluściach piekieł, nie ma tu należytego ukazania ani mechanizmów nim rządzących, ani choćby jego wyglądu. Zarówno miejsca jak i relacje między demonami po prostu istnieją. W dodatku opisy same w sobie są nierówne i niekonsekwentne – nie brakuje miejsca na to, by powiedzieć, że Lucyfer zamknął za sobą drzwi, ale brak go na uzasadnienie, gdy bohaterowie przeprowadzają ważną i intymną rozmowę… stojąc w drzwiach.

Niestety, jeśli chodzi o wątek, książka jest przewidywalna i raczej przeciętnie interesująca. Przy lekturze trzymała mnie chęć dowiedzenia się, co takiego Logan będzie musiał zrobić, by ratować ukochaną, a jednocześnie nadzieja, że nie będzie to nic spośród rozwiązań, które podejrzewałam. Muszę przyznać, że w tym względzie autorka nieco mnie zaskoczyła, nie wiem jednak, czy otwarte zakończenie, jakim się posłużyła, oceniać pozytywnie. Trzeba jednak przyznać, że Marlene S. Olive swoją książkę przemyślała dobrze, i poprowadziła wątki dokładnie tam, gdzie chciała.

Na koniec przyznam jedno – książkę czyta się szybko i łatwo, a język jest na przyzwoitym poziomie. Niestety dla mnie to zbyt mało. Historia nie porwała mnie ani nie urzekła – może gdyby była zwykłą książką obyczajową, oceniłabym ją lepiej. W otoczeniu, które wybrała autorka, historia młodej pary, walczącej z przeciwnościami losu wygląda lekko dziwnie, przynajmniej w moim odczuciu. Jedynym, co tak naprawdę całkowicie mi się podobało, jest tytuł – idealnie wytłumaczony i świetnie współgrający z wątkiem głównym książki.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.