wtorek, 12 sierpnia 2014

Grażyna Jagielska - "Miłość z kamienia"

Niektóre lektury omawia się lekko i przyjemnie. Jest pewien schemat, spis tematów, które chciałoby się poruszyć – treść, spójność historii, bohaterowie, język… Czasem wkradają się emocje i mówi się o tym, co dany tekst w nas uruchomił. Są jednak książki, których po prostu nie da się zamknąć w ryzach, ujednolicić, omówić według poszczególnych punktów. Tu trzeba nieco więcej zaangażowania.

Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z tekstem Grażyny Jagielskiej na jednym z blogów, wiedziałam od razu – to książka dla mnie. Tematyka wojenna i autentyczność bijąca z opisu przyciągnęły mnie do siebie, jednak nawet takie szczere słowa nie przygotowały mnie na to, co jest treścią tej książki. Być może gdyby podobne obrazy były wytworem ludzkiej wyobraźni, ich przyswojenie byłoby łatwiejsze. Niestety – tutaj wszystko jest szczerą prawdą.

Grażyna Jagielska od dziecka miała w sobie duszę tułacza. Gdy poznała swojego przyszłego męża, połączyła ich pasja do podróży, życia na walizkach, przygód. Jednak Wojtka owa fascynacja popchnęła dalej – w rejony zagrożone konfliktami, a z czasem w samo serce wojny. Życie małżeńskie w oczach Grażyny stopniowo zaczęło się zmieniać, dzielić na czas oczekiwania i czas obecności męża w domu. On z czasem zaczął zatracać się w pracy, ona – w lęku o jego życie. Choć oddalali się od siebie, a cierpienie kobiety z każdym wyjazdem stawało się większe, nigdy nie zdecydowali się na rozstanie. Po latach Grażyna trafiła do kliniki zdrowia psychicznego, gdzie powoli musiała zmierzyć się z samą sobą, przeszłością i historią, jaka doprowadziła ją i męża do tego właśnie miejsca w życiu.

Jestem taka zmęczona (…) ponieważ jestem mu potrzebna do wszystkiego. Do tego, żeby mógł znowu usiąść do komputera, zapłacić rachunek na poczcie, złożyć zeznanie podatkowe albo spakować plecak i pojechać tam, gdzie toczy się wojna, tak, do tego też. I potrafi oddawać mi to, czego już nie potrzebuje.[s.69]

Czy można nabawić się stresu bojowego, nie uczestnicząc w konflikcie zbrojnym? Można, gdy jest się dla kogoś bliskiego kontenerem do przechowywania wszelkich trudnych uczuć; gdy człowiek boi się nie tylko we własnym imieniu, całkiem naturalnie, ale też za tę drugą osobę, pozwalając jej normalnie żyć. W ten sposób można zbierać ten lęk i strach, tłumić w sobie, przetwarzać. Jednak każdy z nas ma granice wytrzymałości.

Od trzech dni siedziałam z kotem w przedpokoju, we wnęce na szafę ścienną. To było nasze nowe miejsce.[s.124]

Czy można zapomnieć żyć, w dodatku na kilka długich lat? Oczywiście. Organizm jest w stanie zagnać nasz umysł w najdalsze, najciemniejsze zakamarki, byle tylko ochronić człowieka przed zgubnym działaniem długotrwałego, dojmującego lęku. Działa się wówczas machinalnie, spełniając jedynie podstawowe, niezbędne zadania, bez świadomości upływu czasu, bez pamięci. Odgrywa się sceny, by przygotować się na najgorsze i wreszcie traci się z oczu moment, gdy zagrożenie minęło – jest zbyt zakorzenione w naszej świadomości, by mogło po prostu zniknąć.

Grażyna od lat przygotowuje się na to, że kiedyś odbierze telefon, informujący, że jej mąż, korespondent wojenny, zginął na jednym z odwiedzanych frontów. Robiła to nadal, gdy Wojtek przestał wyjeżdżać. Jej lęk zawiódł ją tak daleko, że wolała otrzymanie tej ostatniej informacji od powrotu męża, oznaczającego czekanie na kolejny wyjazd, otwarcie następnego cyklu stresu. O swoich przeżyciach zdecydowała się opowiedzieć za pośrednictwem tej książki. I choć wspomnienia ukazuje powoli, tworząc niespieszną opowieść, robi to wspaniale. Jej warsztat literacki jest wzbogaceniem i tak niezwykle ciekawej historii. Lekturę jako całość z radością poleciłabym każdemu czytelnikowi.