piątek, 12 września 2014

Kiera Cass - "Jedyna"

Dałam się złapać i wciągnąć, wiem. Wpadłam w świat komercji, kiczu, błyskotek. Niniejszym biję się w pierś i przyznaję, że zachowałam się dziecinnie. Ale wiecie co? Wcale nie żałuję! Ta seria, oparta o baśnie z księżniczkami w roli głównej, zawładnęła sercami milionów przedstawicielek płci żeńskiej na całym świecie. Moim również.

Mimo że wszyscy dobrze wiedzą, jak skończy się ta opowieść (jest to jasne dla każdego myślącego czytelnika niemal od początku, ale ja dla pewności zajrzałam na ostatnią stronę Jedynej jeszcze przed lekturą ;)), napięcie pozostaje - kolejne potknięcia Americi przyprawiają o palpitacje serca, a pewne decyzje przeczą wszelkim logicznym prawom prowadzenia do happy endu. Pod tym względem narzekać nie mogę - lektura dostarczyła mi sporo emocji, zwłaszcza jak na książkę, której finału można się spodziewać. W samej opowieści dzieje się dużo - do głosu dochodzi sfera polityczna, w zakresie której coś do powiedzenia będą mieli nie tylko członkowie rodziny królewskiej, ale i America. Atmosfera zagęszcza się z każdą stroną, a pośród tego wszystkiego znajdzie się również miejsce dla... nowych zadań dla dziewcząt z Elity! Prawdę mówiąc byłam przekonana, ze wyobraźnia autorki w tym względzie została wyczerpana i naprawdę miło się zdziwiłam.

Na koniec pozytywnej części chciałabym dodać, że niezmiernie mnie cieszy przyjęte tłumaczenie tytułu. Nie wyobrażam sobie w naszym pięknym języku innego odpowiednika dla The One - Jedyna oddaje w pełni sens i urok tego określenia.

Muszę jednak przyznać, że ostatni tom nie wprawił mnie w zachwyt - tak naprawdę po lekturze odczuwam znaczny niedosyt. Rozwiązania, jakie przyjęła autorka by doprowadzić serię do końca, nie przekonują mnie ani trochę. Ze zbyt małą wnikliwością potraktowano sferę polityczną i emocjonalną. Czytając miałam wrażenie, że wszystko gna do przodu zbyt szybko, rozwiązane jest po łebkach i napisane na siłę. Być może są odbiorcy, którym to odpowiada, jednak w moim przypadku dał o sobie znać fakt, że na co dzień czytam wiele innych książek i moje oczekiwania rosną. Tym, co zraziło mnie najbardziej, są ostatnie rozdziały i brak wnikliwości co do osobistych tragedii bohaterów. Nie chcę uciekać się do spoilerów, ale tempo, w jakim postaci radzą sobie z wydarzeniami sprzed finału, jest doprawdy niezwykłe.

Przykro mi, że to już koniec tej opowieści, a jeszcze bardziej, że przyszło mi się z nią żegnać w tym stylu - niezbyt dogłębnym, mocno po łebkach. Przewidywalność zakończenia nie usprawiedliwia tak szybkiego poprowadzenia akcji. A może to ja zbyt wiele wymagam? W ostatecznym rozrachunku jestem szczęśliwa, że mogłam zapoznać się z tą serią, bo przypomniała mi fascynacje z młodzieńczych lat i pozwoliła zatracić się w niezwykle przyjemnym świecie. Na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę, w wolnej chwili, szukając lekkiej lektury.