niedziela, 14 września 2014

Katarzyna Enerlich - "Prowincja pełna słońca"

Odkopałam gdzieś tę krótką notkę o kolejnej Prowincji.. naskrobaną zaraz po powrocie z mazurskich wojaży. Opowiadam o tych książkach po raz kolejny, bo są dla mnie niezwykle ważne - pomagają uporać się ze sobą, nabrać dystansu i optymizmu. Proza Katarzyny Enerlich, choć nieskomplikowana, jest na tyle autentyczna, że w moim przypadku sprawdza się dużo lepiej niż jakikolwiek poradnik. Nigdy nie podejrzewałam, że powiem coś takiego o jakiejkolwiek książce obyczajowej.

~*~


Po burzy zawsze wychodzi słońce – tak mówi przysłowie, jednak nie za każdym razem ma ono w życiu bezpośrednie odzwierciedlenie. Często poprawę aktualnego stanu musimy okupić ciężką pracą i własnym zaangażowaniem, te z kolei potrzebują pokładów naszej wewnętrznej siły. Ludmiła wie o tym doskonale – los nigdy jej nie oszczędzał, jednak to nie znaczy, że limit nieszczęść został wyczerpany. Niedługo po odzyskaniu względnej stabilizacji bohaterka prowincjonalnej serii znów będzie musiała zmierzyć się z przeciwnościami – tym razem sama, bez pomocy mężczyzn. W dodatku los uczyni ją osobą, która będzie musiała pomóc pewnej zagubionej duszy…

Ta książka zdecydowanie różni się od dwóch poprzednich części cyklu – głównie ze względu na różnorodność prezentowanych krajobrazów. O ile dotąd czytelnikowi dane było poznać jedynie Mrągowo (przedwojenne i współczesne), o tyle tutaj wyruszamy w podróż aż do Włoch oraz w inne, nie omawiane dotąd zakątki Polski.

Nauczyłam się już, że Ludmiła żyje bardzo intensywnie i spotyka ją wiele naprawdę różnorodnych zdarzeń. Widać wyraźnie, że Katarzyna Enerlich czerpie garściami z historii zasłyszanych od ludzi i dla każdej z nich szuka odpowiedniego miejsca w swoich tekstach. To piękne, choć może lepiej byłoby obdzielić doświadczeniami większą liczbę bohaterów? Zabieg, który dodaje książce autentyczności może też ją, niestety, odbierać. Trudno uwierzyć w taką kompilację cech, kultur i doświadczeń, jaką musi pomieścić postać Ludmiły. Warto jednak przymknąć na to oko i rozkoszować się bogactwem opowiadanych historii.

Ostatnio pewien komentarz uświadomił mi, że z powieściami obyczajowymi sprawa ma się prosto – książki albo nam się podobają, albo nie, i w zależności od tego ogólnego kryterium punktujemy później ich wady lub wyciągamy zalety. W moim przypadku odczucia często są skrajne i zdarza mi się mówić o obyczajówkach bardzo niepochlebnie, wskazując na całe morze uchybień. Innym razem z kolei zachwycam się jakimś tekstem i gotowa jestem wychwalać go pod niebiosa, przymykając oczy na całą masę niedociągnięć. Co waży na ocenie? Klimat, atmosfera? Chyba po prostu jakaś magia, sprawiająca, że od niektórych tekstów nie jestem w stanie się oderwać. Tak właśnie działają na mnie książki Katarzyny Enerlich – chodzę po księgarni z miną zbitego psa tak długo, aż dostanę kolejny tom.

6 komentarzy:

  1. Całkiem niedawno czytałam Prowincję pełną szeptów i po tym tytule chętnie sięgnę po wcześniejsze części serii. Polubiłam Ludmiłę i jej otoczenie, bardzo chętnie poznałabym jej historię wcześniejszą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zaczęłam od "Prowincji pełnej szeptów" a później wróciłam do początku cyklu. Co prawda w pierwszych tomach widać trochę gorszy warsztat i czasami można się załamać zachowaniem Ludmiły, ale tak jak napisałam - ja tę książkę rozgrzeszam, bo czyta się wspaniale. :)

      Usuń
  2. Mam w planach przeczytać całą tę serię, ale na razie brak mi na nią czasu. No ale na pewno w końcu się uda!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie powiedziałabym że książki albo się podobają, albo nie :-) Chociaż główna bohaterkamnie szalenie irytowała to mam ochotę na inne książki autorki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam w planach w końcu przeczytać którąś z książek Katarzyny Enerlich, ale jeszcze nie wiem, od której zacznę.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są dla nas źródłem siły do prowadzenia bloga i wielkiej radości, dlatego też będziemy wdzięczni za każdy pozostawiony przez Was ślad.