sobota, 19 grudnia 2015

Katarzyna Bonda – „Tylko martwi nie kłamią”

Po lekturze pierwszej części cyklu o Hubercie Meyerze miałam mieszane odczucia, jednak z przewagą tych „na plus” – kryminał był prosty i schematyczny, jednak przyjemny w odbiorze i ciekawy. Na podobny (a może nawet lepszy?) efekt liczyłam w przypadku tomu drugiego. Właściwie dostałam to, czego sama chciałam…

Tym razem policji (w tym profilerowi) przychodzi zmierzyć się ze sprawą śmierci śmieciowego barona. Choć po pierwszym rekonesansie wszystko wskazuje na to, że morderstwo mogło dotyczyć obszarów zawodowych, uwagę śledczych zwraca fakt, jak wielu świadków zdaje się kłamać. Stopniowo na jaw wychodzą kolejne fakty, sprawa okazuje się być dużo bardziej zawiła niż na początku sądzono, a jej korzenie sięgają wielu lat wstecz. Czy komisarzom uda się poskładać w całość wszystkie elementy tej skomplikowanej układanki?

Drugi tom cyklu jest dłuższy niż pierwszy i niestety wkraczają do niego te elementy, które sprawiały mi trudność w przypadku Pochłaniacza – więcej jest przesłuchań, obyczajowych analiz i wstawek z prywatnego życia głównych bohaterów, niż faktycznej kryminalnej akcji. Wiele pojawiających się w ten sposób informacji jest cennych, to fakt, jednak zdarzają się również takie, które nie wnoszą do fabuły absolutnie nic. Co gorsza niektóre treści są kilkukrotnie powtarzane, a w przypadku kilka scen czytelnikowi zafundowane zostaje zwyczajne déjà vu, w rezultacie czego w którymś momencie stajemy się zmęczeni. W tamtym czasie autorka nie miała jeszcze tak pewnej ręki do splatania wydarzeń i choć w Tylko martwi nie kłamią realizuje wiele dobrych pomysłów fabularnych, efekt nie zawsze jest idealny.

Jeszcze jeden aspekt pozostawił u mnie dość nieprzyjemne wrażenie, mianowicie – stereotypy. Gdy operują nimi bohaterowie, czy to w myślach, czy bezpośrednich wypowiedziach, nie ma najmniejszego problemu – to forma wyrazu nadająca im cech charakterystycznych i w pewien sposób ułatwiająca ocenę. Jeśli jednak stereotypowe myślenie jest charakterystyczne dla narratora, zaczyna mnie to kłuć w oczy. W Tylko martwi nie kłamią ma miejsce właśnie taka sytuacja – są tu ujawnione poglądy, z którymi po prostu nie mogę się zgodzić.

Pomijając te elementy książka wypada podobnie jak Sprawa Niny Frank – jest w stanie sprawić czytelnikowi przyjemność podczas lektury. Ze względu na szersze omówienie wątków (zarówno tych związanych ze śledztwem, jak i obyczajowych) czyta się ją wolniej, ale jest też zdecydowanie mniej przewidywalna. Może nie ma tu jeszcze klasycznego wodzenia czytelnika za nos, ale są początki mocnej, wielopłaszczyznowej fabuły. Autorce nie można również odmówić dobrego pióra (choć po cyklu o Saszy Załuskiej widać, że stale się w tym względzie rozwija), a także świetnego przygotowania technicznego, które ma swoje odzwierciedlenie we wszelkich opisach miejsc zbrodni i charakterystyce policyjnej pracy.

Najwyraźniej kolejny raz dane mi będzie pozostać po lekturze książki z odczuciami ambiwalentnymi. Lubię cykl o Meyerze, bo główny bohater do mnie przemawia, a i inne postaci są wyraziste i ciekawe. Poza tym czyta się świetnie, nawet jeśli momentami możemy poczuć się znużeni czy zirytowani. Ciekawa jestem, jak sprawdzi się finał serii, czyli Florystka, chyba najbardziej chwalona część. Mam wielką nadzieję, że tym razem skończę czytanie zachwycona.






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Business and Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.