wtorek, 29 grudnia 2015

John Green – „Gwiazd naszych wina”

Nie wiem, z czego wynika moje podejście do niektórych książek i autorów... Spójrzmy na Johna Greena – jego Szukając Alaski mam na półce od ponad roku i dotąd nie znalazłam czasu, żeby po nie sięgnąć, natomiast Gwiazd naszych wina zaczęłam w ciągu niecałego tygodnia, odkąd wpadło w moje ręce. Może to kwestia opinii, fabuły lub nastroju? Nie mam pojęcia, ale wyboru absolutnie nie żałuję, bo książka, którą przeczytałam, trafiła do grona moich ulubionych.

Hazel ma 16 lat, jednak nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku – choruje na raka, więc do najbardziej stałych elementów jej codzienności należy korzystanie z butli tlenowej, nieprzyjemne kuracje i czytanie w kółko tej samej książki. Jej funkcjonowanie społeczne ogranicza się do kontaktów z rodzicami i wizyt na kościelnej grupie wsparcia, której szczerze nie cierpi. Jednak to właśnie tam poznaje chłopaka, który swoją własną postawą będzie w stanie na zawsze zmienić jej życie...

Jeśli ktoś jeszcze się nie domyślił, to powiem wprost - to nie jest łatwa książka. Sporo jest tutaj negatywnych emocji takich jak ból czy złość. Postaci drążą tematy egzystencjalne i szukają swojego własnego rozumienia świata, cyklu życia i umierania. Wiele myśli jest negatywnych, a niektóre sceny potrafią mocno zdołować. Jednak z drugiej strony czyniąc swoimi bohaterami nastolatków John Green wprowadził w tę niełatwą opowieść bardzo dużo lekkości i radości. Jest coś smutnego w obserwowaniu, jak młodzi ludzie, którzy powinni dopiero zaczynać prawdziwe życie, stoją u jego kresu, jednak ich postawa sprawia, że książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Połączenie zakochania, pierwszej miłości z tematem ciężkiej choroby i odchodzenia było zadaniem karkołomnym, ale autor zdecydowanie mu podołał tworząc historię jednocześnie uroczą i skłaniającą do refleksji.

Myślę sobie, że ten tekst można naprawdę różne odbierać w zależności od własnej wrażliwości i podejścia do życia, jednak wiele osób znajdzie w niej coś wartościowego i ciekawego. Mnie na przykład urzekł czarny humor, którym przepełniona jest Hazel. Jej krytyczne uwagi, negowanie wszystkiego i ironia, za pomocą której dziewczyna radzi sobie z ciężarem choroby, przekonały mnie całkowicie. Dzięki głównej bohaterce dużo łatwiej było mi zmierzyć się z niełatwą tematyką i przejść przez tę opowieść nie odczuwając zbędnego ciężaru. Jednak ta książka to nie tylko opowieść o Hazel - dwaj towarzyszący jej chłopcy również wzbogacają obraz dokładając kolejne, całkowicie odmienne sposoby radzenia sobie z chorobą. Cieszę się, że autor nie skupił się jedynie na głównych bohaterach i rozszerzył swoją opowieść o całe społeczne tło - grupę wsparcia, rodzinę, a nawet spotykane na ulicy obce osoby. To wszystko sprawia, że opisane w książce problemy wydają się nam dużo bliższe.

Można mówić, że Gwiazd naszych wina to książka nierealna, przesadzona, bzdurna; można poddawać pod wątpliwość, czy historia taka jak ta mogłaby mieć miejsce ze wszystkimi szczegółami (pewnie nie, bo cała fabuła okuta jest na dość nieprawdopodobnym ciągu zdarzeń). Jednak gdy odrzucimy takie rozważania, gdy pozbawimy tę historię otoczki, zostaje nam naprawdę dobra, pełna emocji opowieść, która skłania czytelnika do refleksji. Dla mnie lektura byłą wspaniałą przygodą i jestem pewna, że to jedna z tych książek, do których jeszcze nie raz wrócę. Tylko nie wiem, czy jest szansa, że kolejne książki Greena spodobają mi się równie mocno...