
Opowieść jest historią Victora, wykładowcy Uniwersytetu
Harvarda, a swego czasu genialnego studenta trzech kierunków. Mężczyzna żyje
nieskomplikowanie – gardzi ludźmi, używa ile może, kobiety traktuje skrajnie
przedmiotowo, studentów zresztą też. Szarość codzienności ubarwia sobie
przygodnym seksem nie dającym satysfakcji i sporadycznymi działkami
różnorodnych narkotyków. Właściwie nie wiadomo po co je bierze, bo wizje, które
go nawiedzają, nie należą bynajmniej do przyjemnych. Są zbitką bolesnych
wspomnień i strasznych obrazów, pozostawiających bohatera w jeszcze większym
rozbiciu niż wcześniej.
Właściwie tekst jest mieszanką opisów codzienności Victora,
a także wizji, które są jego udziałem po zażyciu psychoaktywnych substancji.
Oprócz tego akcja dzieje się na trzeciej płaszczyźnie, którą jest dyskusja Boga
i Szatana. Autor wykorzystał tutaj dość znany motyw, w którym obaj „panowie”
zakładają się o ludzką duszę i rozpoczynają grę, w której Zły otrzymuje wolną
rękę i może poddawać człowieka dowolnym próbom. W miarę postępu tekstu dwa
pierwsze motywy przenikają się coraz bardziej, a sama opowieść balansuje na
granicy snu i jawy. Zdarza się, że nie mamy pewności, czy dana sytuacja miała
miejsce naprawdę, ani jaki może być jej prawdopodobny finał. To duża zaleta, bo
wiele spraw nie ma wyjaśnienia do samego, w pełni satysfakcjonującego końca.
Tym, co kłuje w oczy, jest bardzo małe prawdopodobieństwo
życiowe opisywanych zdarzeń. Uczelnia, gdzie studenci mają ten sam rozkład
zajęć każdego dnia; studentka, która, wyrzucona z domu, zamiast szukać pomocy u
koleżanek tak po prostu stwierdza „no tak, nie mam gdzie iść, przenocuję u
wykładowcy…”. Również to, że Victor wstrzykuje sobie heroinę, wciąga kokę i
zaprawia to wszystko metamfetaminą i nigdy nie czuje narkotykowego głodu…
Ciężko jest przejść obojętnie nad tym, że codzienność bohatera jest dużo
bardziej nieprawdopodobna niż jego narkotyczne wizje – te ostatnie mają przynajmniej
jakieś uzasadnienie.
Mimo tych wszystkich mankamentów przeczytałam tę powieść
raptem w kilka godzin. Dlaczego? Otóż powodem jest akcja, która gna do przodu i
choć na początku zdaje się zmierzać donikąd, z czasem okazuje się dobrze
zaplanowaną opowieścią.
Jeśli lubicie książki niejasne, oniryczne, w których fikcja
miesza się z rzeczywistością, to polecam Wam tekst Szymona Salskiego z całego
serca. Co prawda w pięknie opisu dziwacznych wizji brak mu sporo do języka
choćby Jerzego Pilcha, ale pomysły ma dobre i potrafi wcielać je w literackie
życie. Z wielką chęcią sięgnęłabym po kolejny tekst autora, gdyby taki powstał.
Liczę, że będzie on oparty na równie ciekawym studium przypadku jak tu –
niestety nie mogę zdradzić, co tak naprawdę Victorowi jest, nie chciałabym psuć
nikomu zabawy.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Innowacyjnemu Novae Res.