piątek, 20 czerwca 2014

Kiera Cass - "Elita"

Stosunkowo rzadko zdarza się, żebym chłonęła za jednym zamachem kilka kolejnych tomów cyklu. Właściwie w moim dorosłym życiu taka sytuacja miała miejsce tylko raz – w przypadku Igrzysk śmierci, kiedy wpadłam w istny cug i przeczytałam trzy książki pod rząd w dosłownie ekspresowym tempie. Dopiero Kierze Cass udało się wywołać u mnie podobny efekt; po lekturze Rywalek ogarnął mnie niezwykły smutek – coś się skończyło, a ja wiedziałam, że historia ma ciąg dalszy. W dodatku nie miałam do niej dostępu… Na szczęście dzięki Sylwkowi męka nie trwała długo, a na drugi tom bestsellera Kiery Cass rzuciłam się jak nastolatka.

Muszę przyznać, że podczas lektury byłam na każdym kroku zaskakiwana. O ile pierwszy tom można z czystym sumieniem nazwać prostą baśnią w stylu Disneya, o tyle w drugim do akcji wkrada się wiele różnorodnych czynników społecznych. Autorka pochyliła się w końcu nad niezwykłym systemem klasowym oraz historią państwa – prawdę mówiąc jestem ciekawa, jak chce doprowadzić to wszystko do szczęśliwego zakończenia, mając do dyspozycji tylko jeden tom. Lepiej poznajemy również sytuację rodzinną kandydatek oraz kulisy życia króla i królowej. Światło dzienne ujrzą tajemnice, które powinny jeszcze długo być ukrywane, a wiele osób będzie musiało ponieść konsekwencje swoich czynów.

W toku zdarzeń rośnie też napięcie między dziewczętami. To, co je różni, uwydatnia się, a sytuację dodatkowo zaognia postawa księcia Maxona, który skrupulatnie realizuje powinności wobec wszystkich kandydatek. Okazuje się, że pozycja Americi nie jest stała, a inne dziewczyny nie są bynajmniej pozbawione szans w rywalizacji o koronę i miłość Maxona. Atmosferę dodatkowo podkręcają nowe zadania, jakie czekają na kandydatki, a także rosnące zadomowienie dziewcząt w pałacu. Te, które dotąd nie traktowały zwycięstwa jako czegoś możliwego, zaczynają w nie wierzyć i podejmować działania.

Mimo rozbudowania społecznego tła, wątki emocjonalne w książce z pewnością nie zostały zaniedbane. Otrzymujemy jaśniejszy wgląd w przeżycia wielu bohaterów, choć na pierwszy plan wysuwają się oczywiście rozterki sercowe Americi, która pozostaje rozdarta pomiędzy niewygasłą miłością do Aspena, a rodzącym się dopiero uczuciem do Maxona. Słyszałam wiele zarzutów odnośnie niezdecydowania bohaterki – mnie ten aspekt nie zraził jakoś szczególnie, być może dlatego, że spodziewałam się czegoś dużo gorszego. Fakt, dorosły czytelnik patrzący z zewnątrz jest w stanie jasno i klarownie ocenić postępowanie Americi, a ona sama wciąż podejmuje niezbyt mądre i bardzo ryzykowne decyzje. Wszystko to jednak jest uzasadnione i zrozumiałe. Prawdę mówiąc dziwię się, że jej reakcje są tak stonowane – ja z moim temperamentem i poziomem zazdrości wydrapałabym oczy każdej kandydatce, która odważyła się publicznie położyć łapę na moim ukochanym.

Podoba mi się, że drugi tom Selekcji jest dużo bardziej różnorodny. Przed czytelnikami otwiera się wiele nowych drzwi, a wątki zostają rozbudowane i przemieszane. Sporo sytuacji zaskakuje, a autorka co i rusz daje czytelnikom prztyczka w noc, przeplatając pozytywy z negatywami. Pałacowy świat, choć na początku jawił się jako czarno-biały, pokazuje coraz więcej odcieni szarości, a gierki pomiędzy poszczególnymi osobami stają się powoli nie do zniesienia. Choć rzadko się to zdarza, podczas lektury wściekałam się nie na żarty i wielokrotnie ją przerywałam, żeby uspokoić nerwy. Mimo że nie chciałam, zżyłam się z bohaterami, a ich losy przestały być mi obojętne. Teraz pozostaje mi tylko czekać na wydanie trzeciej części (lub szybko podszkolić angielski i sięgnąć po e-booka…).