sobota, 14 czerwca 2014

Kiera Cass - "Rywalki"

Nigdy nie lubiłam klasycznych księżniczek Disneya – Kopciuszka, Aurory…  Jako dziecko preferowałam bajki o silnych, niezależnych i niepokornych młodych damach. Zaczęło się od Jasminy z Alladyna, potem była wieloletnia i nigdy nie wygasła fascynacja Bellą z Pięknej i Bestii, a już jako dorosła na nowo odkryłam Mulan i zakochałam się w kreacji głównej bohaterki. Choć dziewczęta te pochodzą z różnych kultur i klas społecznych, łączy je jedno – odwaga, by pozostawać sobą bez względu na okoliczności i zdanie innych.

Taką postacią jest również America, o której traktuje tekst Kiery Cass. Dziewczyna z niezbyt wysokiej klasy społecznej wiedzie skromne acz szczęśliwe życie, planując przyszłość z ukochanym Aspenem. Jej spokój przerywa rozpoczęcie Eliminacji, czyli wydarzenia publicznego, będącego zwyczajem jej kraju – dorastający książę w myśl zasad poślubia dziewczynę z ludu, wybraną w drodze konkursu, transmitowanego niczym najlepsze reality show. Choć marzeniem Americi byłoby znaleźć się jak najdalej od pałacu, los chce inaczej. Szereg okoliczności sprawia, że dziewczyna nie tylko w ogóle zgłasza się do Eliminacji, ale zostaje wybrana do rywalizacji w pałacu. Tymczasem książę Maxon okazuje się zupełnie inny niż sądziła…

Na królewskie włości trafia 35 dziewcząt, z których połowa zakochana jest w księciu, a spora część marzy tylko o koronie, sławie i pieniądzach. Mimo to nie ma między nimi otwartych konfliktów, co jest wręcz zadziwiające. Co prawda zasady nie pozwalają kandydatkom wchodzić w spory, jednak spodziewałam się rozbudowanej siatki intryg i knowań, mających na celu sabotowanie działań poszczególnych pań.  Tymczasem nawet zwykła zawiść jest niezwykle słabo zarysowana, co jest o tyle dziwne, że wszyscy wiemy, jak bezlitosna potrafi być rywalizacja kobiet. Nienachalna jest również atmosfera reality show. Poza tym, choć wiele dziewcząt, w tym America, walczy o poprawę bytu swojej rodziny, kwestie społeczne również znajdują się na dalszym planie. Słuszne wydaje mi się w tym momencie porównanie do Disneya, bo u Kiery Cass podobnie – głównym wątkiem zawsze pozostaje zmieniające się uczucie, nieważne jak bogate byłoby tło rozgrywających się zdarzeń.

Oczywiście nie sposób nie dostrzec w Rywalkach pewnych schematów, znanych z modnych ostatnio powieści dla młodzieży. Prawdę mówiąc na samym początku wszystko kojarzyło mi się z Igrzyskami Śmierci, choć oczywiście rywalizacja kandydatek jest dużo przyjemniejsza i zdecydowanie mniej krwawa, niż ta w świecie Suzanne Collins. Schemat jest jednak klasyczny – dwóch chłopaków i niepokorna bohaterka pełna sercowych rozterek, plus sprawy wyższe, niezwykłej wagi, choć rozgrywające się gdzieś w tle. Muszę jednak przyznać, że Rywalki czyta się dużo lepiej niż większość dostępnych na rynku dystopii – z jednej strony jest to zasługa naprawdę przyzwoitego pióra autorki, z drugiej zaś faktu, że w atmosferze pałacu, książąt i księżniczek wątek romansowy razi dużo mniej niż na polu walki o przetrwanie.

Mimo że nastoletnie lata mam za sobą, zżyłam się z Americą całym sercem. Polubiłam jej wybryki, ale też naturalność – myślę, że w dzisiejszych sztucznych, plastikowych czasach może być dla młodych dziewczyn ciekawym alternatywnym wzorcem. Do mnie przemówiła i teraz z niecierpliwością czekam na dobroczyńcę, który podaruje mi drugi tom – może będzie to jakiś książę na białym rumaku? (Dobra, przyznaję, książę przyjechał nie rumakiem, lecz pociągiem i rzeczywiście podarował mi drugi tom!)