
Mimo wstydliwego wzrostu, Escoffier był człowiekiem wyróżniającym
się z tłumu. Konsekwentnie budował swoją karierę, a duży wkład w sukces miał
jego charakter – gdy pracował, w kuchni mniej było negatywnych emocji,
porozumiewano się szeptem i szybko rozwiązywano konflikty. Poza tym był artystą
wśród kucharzy – z gotowania uczynił sztukę i tym podejściem był w stanie
zarażać ludzi dookoła. Tak stało się z jego małżonką, Delphine, którą właściwie
wygrał w karty, a w krótkim czasie przekonał zarówno do siebie, jak i do
kuchennych działań. Jednak nie była ona jedyną kobietą w jego życiu – przez całe
małżeństwo swoim mężem musiała dzielić się z popularną aktorką Sarah Bernhardt.
Escoffier był bowiem człowiekiem niezwykle emocjonalnym, żądnym uniesień nie
tylko w sztuce, ale i we własnym życiu.
Dołączę do tłumu czytelników podkreślających, że opis okładkowy
jest mylący – faktyczna tematyka książki jest dużo szersza niż sugerowane
uniesienia madame Escoffier. Akcja dzieje się właściwie na trzech płaszczyznach
– w teraźniejszości, gdy małżonkowie spędzają (mniej lub bardziej wspólnie)
ostatnie dni życia, w przeszłości opowiadanej na zasadzie zwykłej narracji i
przyczynowo-skutkowego ciągu zdarzeń, a także w pamiętniku Escoffiera,
prezentującym potrawy nazwane na czyjąś cześć i wraz z nimi pojedyncze sytuacje.
Choć taka konstrukcja wydaje się dziwna, mnie osobiście nie przeszkadzała –
przyjemnie było na chwilę oderwać się od jednego czy drugiego wątku, a powrót
do danej części odbywał się na tyle płynnie, że nie traciłam orientacji. Nawet
nie trzeba się specjalnie do tego przyzwyczajać.
Mimo trójpłaszczyznowości, nie mamy również do czynienia ze
zbyt wieloma postaciami. Historia jest zwarta i składa się w całościowy obraz,
a czytelnik poznaje bliżej tylko te osoby, które mają bezpośredni wkład w akcję
i odpowiadają za takie czy inne zmiany w życiu Escoffiera. W treść książki
zgrabnie wplecione są przepisy kulinarne i wskazówki dotyczące gotowania, ale
nie łudźmy się – niewielu spośród nas będzie miało okazję kiedykolwiek z nich
skorzystać, gdyż dotyczą głównie przyrządzania foie gras i trufli. Poza tym
strasznie uciążliwa jest mnogość francuskich zwrotów, wprowadzonych bez
jakichkolwiek wyjaśnień co do znaczenia. Zrozumiałabym zabieg, gdyby chodziło o
francuską megalomanię językową, jednakże autorka jest... Amerykanką.
Jeśli chodzi o końcowe wrażenia – mam poczucie, że ta
książka ma po prostu zbyt mało stron. I nie chodzi tu o to, że akcja wciągnęła
mnie tak bardzo, że żałuję pozostawienia postaci i tematu. Absolutnie nie. Po
prostu czuję, że wielu wątkom i emocjom można by poświęcić o wiele więcej
miejsca, niż zostało to faktycznie zrobione. Trójpłaszczyznowość książki być
może jest zabiegiem ciekawym, jednak zmusza do podzielenia uwagi czytelnika na
kilka sfer i tak naprawdę na żadnej nie możemy się skupić w stu procentach.
Relacje między bohaterami są nie do końca wyjaśnione, a emocje
niedopowiedziane. Wydaje mi się to nieco zbyt powierzchownym podejściem do
tematu.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (marcowy motyw - kobieta)