Umarłem ze śmiechu. W
przenośni oczywiście, w przeciwnym wypadku poniższy tekst nie miałby okazji
powstać, nie mniej jednak do prawdziwej śmierci było mi naprawdę blisko. Dawno
moja przepona nie nabawiła się takich zakwasów, jak miało to miejsce podczas lektury
"Nomen Omen". Jestem niemalże przekonany, że Ałtorka (pisownia
zamierzona) próbowała dokonać na czytelnikach szczegółowo przemyślanego,
masowego morderstwa, i to za pomocą książki. No a przynajmniej wpędzenia
sporego grona osób do wariatkowa - moje wybuchy śmiechu w tramwaju i na uczelni
ściągały liczne niepobłażliwe spojrzenia, które wręcz w namacalny sposób
kwestionowały moje zdrowie psychiczne. Aż dziw bierze, że nikt nie zadzwonił po
kilku postawnych panów coby przyjechali czym prędzej i przyodziali mnie w
gustowny biały kaftanik..
Główną bohaterką jest Salomea Klementyna, nomen omen
Przygoda. Takie nazwisko sugeruje żywot bogaty w przeżycia, o dziwo jednak jak
do tej pory Salka prowadziła w miarę spokojną egzystencję. W miarę, bowiem dość
ekscentryczna rodzina zapewniała jej całkiem osobliwe doznania. Pewnego dnia,
gdy jej matka po raz kolejny opowiadała Bogu ducha winnemu akwizytorowi o uśpionym w jej córce nieokiełznanym
erotyzmie, dziewczyna postanowiła wynieść się czym prędzej z domu. Salka trafia
więc do Wrocławia, gdzie wynajmuje pokój (w nieco przerażającym domostwie, do
którego nawet taksówkarze nie chcą się zbliżać) i znajduje pracę w księgarni. W
tym właśnie momencie postanawia przypomnieć o sobie jej nazwisko, przez co
wszystko co tylko może nagle się komplikuje. Dość wspomnieć, że na głowę
sprowadza się jej młodszy brat, Niedaś, zaś tajemniczy mężczyzna atakuje po
nocach młode Wrocławianki..
Przyznam szczerze, że po pierwszych kilku stronach byłem
pełen obaw odnośnie fabuły. Młoda dziewczyna, która ucieka od rodziny i
zamieszkuje we Wrocławiu, gdzie przydarzają się jej dość osobliwe przygody -
już coś takiego czytałem, w dodatku dość niedawno. Na szczęście już po kilku
stronach wiedziałem, że mam do czynienia z powieścią jak najbardziej wyjątkową
i niepodobną do żadnej innej - nie tylko pod względem fabuły. Marta Kisiel w
znakomity sposób połączyła ze sobą ciekawą historię, znakomity humor (zarówno
sytuacyjny jak i językowy), a także liczne wtrącenia i nawiązania do popkultury
- choćby pod postacią pewnego MMORPG - jak i do rodzimych poetów (fragment
oparty na "Lokomotywie" Tuwima zdecydowanie mnie urzekł!). To
wszystko, posypane na deser dziejami Wrocławia oraz szczyptą magii, tworzy
wybuchową mieszankę, od której nie sposób się oderwać.
Najmocniejszą stroną książki są jednak bohaterowie powieści.
Ałtorce udało się stworzyć naprawdę
oryginalną galerię osobliwości - nie sposób znaleźć drugą taką książkę, w
której niemalże każda przedstawiona postać budzi w czytelniku tyle emocji. Oprócz
wspomnianych wcześniej Salki i Niedasia można tu wymienić siostry Bolesne, przy
których każdy traci animusz, papugę Roy Keane (jej imię naprawdę wiele mówi),
sto pięćdziesiąt centymetrów waleczności w glanach o imieniu Basia oraz
filologa, który ma pewne uzasadnione lęki związane z poezją Kajsiewicza.. Marta
Kisiel zdecydowanie potrafi kreować nietuzinkowych bohaterów, których próżno
szukać w jakichkolwiek innych książkach.
"Nomen Omen" to kawał znakomitej historii, dzięki
której stałem się właśnie dożywotnim (określenie wybrane ze względu na inną
książkę, po którą bardzo chcę teraz sięgnąć) fanem twórczości Marty Kisiel. To
znakomita powieść fantasy, będąca jednocześnie przyjemnym (acz niebanalnym)
kryminałem oraz komedią w jednym. Nie brak tu nagłych zwrotów akcji, nie brak
też zaskakujących zdarzeń, po których szczęka czytelnika osiąga poziom podłogi.
No i język, jakim posługuje się, a wręcz nim bawi, Ałtorka - po prostu
majstersztyk! Zdecydowanie polecam tę książkę każdemu, lojalnie jednak
ostrzegam - brzuch może was rozboleć od śmiechu!