
Świat, jaki jest, każdy widzi. Obserwujemy go na co dzień, wiemy jak funkcjonuje, mniej więcej spodziewamy się, co może wyskoczyć na nas zza rogu w danym miejscu na Ziemi. Latamy w kosmos, więc widzieliśmy, że nasza planeta jest kulą, możemy wyznaczyć dowolny jej początek i z pewnością ma ona jakiś koniec, podobnie jak ograniczone są jej zasoby. Aż tu nagle, pewnego dnia, okazuje się, że za pomocą specjalnego urządzenia, tzw. krokera, człowiek może swobodnie podróżować na wschód lub zachód, zwiedzając kolejne Ziemie, łudząco podobne to tej naszej, podstawowej. Po fali paniki szybko zaczyna się „wędrówka ludów” – jedni migrują ze zwykłej ciekawości, inni z chęci ucieczki, a jeszcze inni postanawiają od nowa ułożyć sobie życie z dala od wypchanych po brzegi ludźmi cywilizacji. Jest też jedna szczególna osoba – Joshua Valiѐnte, młody mężczyzna znany z heroicznych czynów i umiłowania samotności. Posiada on rzadką umiejętność Przekraczania (podróży między kolejnymi częściami Długiej Ziemi) bez konieczności użycia krokera, czym zwraca na siebie uwagę nie tylko zwykłych ludzi.
Podczas gdy ludzie kolonizują kolejne Ziemie, a na
podstawowej tworzy się ruch oporu złożony z niezdolnych do Przekraczania,
Joshua wyrusza w podróż badawczą z pół-człowiekiem, pół-komputerem, Lobsangiem –
towarzyszem tyleż mądrym, co specyficznym. Celem wyprawy, odbywającej się za
pomocą niezwykłego sterowca, jest dotarcie na sam koniec Długiej Ziemi, a także
obserwacja niezwykłości, jakie można zastać na każdym z jej elementów. Okazuje
się bowiem, że kolejne Ziemie nie są wiernymi kopiami tej podstawowej, a tok
ewolucji na każdej z nich przebiegał inaczej. Badaczom przyjdzie stanąć oko w
oko z niezwykłymi stworzeniami, a także problemami, z którymi mogą się borykać.
Cel podróży szybko zostanie zweryfikowany, a zagrożenia przerosną najśmielsze
oczekiwania.
Bardzo niedawno pisałam o „Pięknym Kraju” Alana Averill’a.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy wraz z lekturą „Długiej Ziemi” to kilka
podobieństw – pomysł alternatywnych światów i nomenklatura („czas podstawowy” a
„ziemia podstawowa” itp.). Zaczęłam nawet snuć podejrzenia o nadużytej
inspiracji, ale na szczęście okazały się one całkowicie nietrafione. Mniej
tutaj mamy do czynienia z rozważaniami nad naturą ludzką, a więcej czystej
fantastyki. Akcja jest mniej wartka i tak naprawdę dotyczy zupełnie innego
problemu i jest całkowicie odmienną historią.
Tym, co rzuca się w oczy podczas czytania „Długiej Ziemi”,
jest wspaniale poprowadzona narracja. Opowieść toczy się swoim własnym, nieco
leniwym rytmem, ale zupełnie nie umniejsza to jej wartości – akcja wciąga i
naprawdę pozwala zapomnieć o wszystkim dookoła. Choć pozornie dzieje się
niewiele, równolegle z akcją czytelnik ma okazję zapoznać się z fragmentami
historii dotyczących Przekraczania – opowieści Lobsanga rzucają światło na
zdarzenia związane z początkami całej sprawy. Ponadto człowiek-komputer pozwala
nam spojrzeć na zjawisko oczami jego prekursorów – nieświadomego żołnierza czy
paleontologa-duchownego. To miłe ubarwienie i przerwa w monotonii podróży –
zdaje się że w równym stopniu dla nas, jak i dla Joshuy.
Wspaniały jest język, jakim napisano tę książkę, To
dopracowany w każdym calu tekst, idealnie wyważony między ambitnymi zwrotami a
przystępnością. Nie ma tu nieprzyjemnego wrażenia „stroszenia piórek”,
popisywania się literackimi zdolnościami, a jednak można zauważyć, że tekst
jest z nieco wyższej półki. Podobnie ma się rzecz z konstrukcją świata,
wszystko jest dobrze przemyślane i zorganizowane. Prawdziwość życia i
odzwierciedlenie ludzkiej społeczności jest na wysokim poziomie – mnie osobiście
rzucił się w oczy fragment o homoseksualnej parze na jednej z kolejnych Ziemi,
choć to tylko jeden z wielu przykładów. Niczego tu nie brakuje, niczego nie
jest za dużo. Ot, kilka prawdziwych zdań o człowieku i jego działaniach.
Są takie książki, które czyta się po prostu idealnie –
siadamy do nich, a czas mija niepostrzeżenie, gdy wraz z bohaterami przeżywamy
emocje i wydarzenia. Tak jest w przypadku „Długiej Ziemi” – narracja daje
czytelnikowi pełen komfort, a opowieść kojarzy mi się z niedzielnym
popołudniem, jest leniwa, ale nie nudna, daje pełnię relaksu. „Przyjemna” to chyba najlepsze określenie,
oddające w pełni moje odczucia podczas lektury. Polecam i z pewnością chętnie
sięgnę po kolejny tom.