Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 sierpnia 2017

Danka Braun – „Historia pewnej zazdrości”



Kiedy usłyszałam, że w najnowszej powieści części sagi Miłość – namiętność – pożądanie starsze pokolenie ustępuje pola młodszemu, bardzo się ucieszyłam. To, co wyprawiał Robert Orłowski w poprzednich tomach, musiało w którymś momencie zostać może nie tyle zakończone, co w pewnym stopniu ukrócone, chociażby z racji jego wieku. Poza tym młodzi również mają sporo do powiedzenia – byłam pewna, że wyobraźnia autorki nie pozostawi ich życia spokojnym i nudnym. Cóż, przynajmniej w tym jednym względzie się nie pomyliłam…

Historia pewnej zazdrości oparta jest o dwie osie fabularne: „czas antenowy” podzielony jest równo między dzieci Orłowskich, Izę i Krzyśka. Wątki rozwijają się równolegle, ale niemal w ogóle się ze sobą nie łączą; w moim odczuciu są także dość nierówne. Jeden mnie fascynował, drugi irytował; w jednym zachwycałam się spójnością, w drugim co chwilę coś mi zgrzytało.

Zacznijmy od pozytywów, czyli tej części książki, która poświęcona jest Krzyśkowi. Syn Orłowskich staje przed bardzo ciężkim zadaniem: musi zbudować patchworkową rodzinę, w dodatku gdy jedno z dzieci jest do tego bardzo niechętne. Z jednej strony ma na głowie ojca, który chce o wszystkim decydować, z drugiej rywalizujące ze sobą kobiety, matki jego synów. Ten wątek wywołał u mnie bardzo dużo emocji – momentami miałam ochotę nawrzeszczeć na bohaterów, że są idiotami i że sami są sobie winni. Poczytuję to jako zaletę, bo tylko dobrze poprowadzone, autentyczne historie wywołują u mnie taką reakcję. Wydaje mi się, że zachowanie bohaterów zostało przedstawione bardzo trafnie i logicznie – ich wcześniejsze decyzje mają jasny wpływ na dalszy przebieg wydarzeń.

Z kolei wątek Izy to zmiana o 180 stopni. Wchodząca w dorosłość Orłowska pakuje się w romans z (dalekim, ale zawsze) kuzynem i robi głupotę za głupotą. Tutaj wszystko wydawało mi się przesadzone, niespójne, a do tego koszmarnie irytujące. Przegapiłam moment, kiedy Iza stała się wyrachowana i cyniczna, a przy tym tak bardzo niedojrzała, by popełniać błędy, które zupełnie nie współgrają z jej rzekomą inteligencją. Z perspektywy czasu jestem w stanie wyodrębnić kilka motywów jej postępowania, a oceniana na chłodno nie wydaje się tak niespójna, jednak wciąż uważam, że opowieść o niej została w książce zaprezentowana zbyt szybko i powierzchownie, przez co bardzo dużo straciła.

Gdzieś między tymi dwoma osiami fabuły przewija się główny bohater cyklu, Robert Orłowski, który próbuje oszukać czas, a przez to staje się jeszcze bardziej nieznośny. Chce mieć kontrolę nad wszystkim i wszystkimi, a gdy ją traci, wpada w gniew i otwarcie deklaruje dezaprobatę, przez co odpowiada za większość konfliktów w rodzinie. Robert ewidentnie ma problem: z tym, że jego dzieci dorosły i nie życzą sobie, by układał im życie w najdrobniejszych szczegółach. Mimo skrajności zachowań to on pozostaje najciekawszą i najlepiej skonstruowaną postacią całej serii.

Chociaż bardzo chciałam zobaczyć w akcji młodsze pokolenie Orłowskich, nie jestem do końca zadowolona z przebiegu spraw i trochę boję się, co autorka zgotuje bohaterom w ewentualnych kolejnych częściach cyklu. Dobrze, że mam przed sobą lekturę trzech pierwszych tomów – potraktuję to jako prequel i chętnie wrócę do ulubionych bohaterów.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Prozami.

środa, 17 sierpnia 2016

Danka Braun – „Historia pewnej rozwiązłości”

Długo zastanawiałam się, czy sięgać po kolejną odsłonę cyklu Danki Braun, zważywszy że swoją z nim przygodę zaczęłam od końca i jak do tej pory nie zebrałam się w sobie, aby nabyć pierwsze części, nie wspominając o ich czytaniu. Teraz, z perspektywy czasu, cieszę się, że skusiłam się na Historię pewnej rozwiązłości, bo o ile moje poprzednie spotkanie z twórczością autorki było po prostu ciekawe, o tyle to zwyczajnie mnie zachwyciło i przekonało całkowicie, że cykl będzie dla mnie strzałem w dziesiątkę. Tylko portfel płacze na myśl o zakupie pięciu brakujących tytułów... Ale na tak wciągające książki nigdy nie było mi szkoda pieniędzy i czasu.

Trudno jest w jakiś sposób opowiadać o fabule powieści, gdy na rynku pojawiło się już tyle jej części - właściwie każda informacja jest w tym przypadku spoilerem dla osób, które mają przed sobą lekturę pierwszych tomów cyklu. Starym wyjadaczom wspomnieć mogę jedynie, że małżeństwo Orłowskich, które do tej pory wydawało się niemal idealne, przeżyje poważny kryzys. W rodzinie pojawią się duże problemy zdrowotne, romanse, a dokonane wybory przyniosą skutki - często znacznie poważniejsze, niż podejrzewano. Nie zabraknie zagłębiania się w przeszłość i odkrywania niektórych postaci na nowo, dzięki poznawaniu ich historii wpływającej na aktualne motywy zachowania.

Właśnie elementy związane z przeszłością bohaterów podobały mi się najbardziej zarówno w tej książce, jak i w czytanym przeze mnie poprzednio Zabójczym uroku blondynki. W odróżnieniu od Historii pewnej rozwiązłości tamta książka nie należała do głównej osi cyklu Miłość, namiętność, pożądanie, stanowiła jedynie dodatek rozbudowujący fabułę i pozostający w ścisłym związku z bohaterami. O ile ta dodatkowa historia była mocna, bo silnie naznaczona kryminałem, o tyle Historii... znacznie bliżej do zwykłej obyczajówki. Chociaż nie, nie powinnam używać tego sformułowania, które z pewnością wiele osób zniechęci tak, jak zniechęciłoby mnie. Nie zrozumcie mnie źle, bo historia, choć posiada silny element romansu i jest w głównej mierze oparta na relacjach międzyludzkich, skonstruowana jest dużo lepiej niż większość znanych mi obyczajówek.

Nie znając początków opowieści nie mogę się wypowiedzieć na temat rozwoju postaci, jednak widzę wyraźnie, że każda z nich jest dobrze przemyślana i rozpisana. Autorka uwzględnia indywidualne cechy bohaterów i każdemu z nich kreśli wieloletnią historię. Odkrywając kolejne jej elementy możemy sami poznać i zrozumieć motywy działania poszczególnych osób, często dopiero po dłuższym czasie jesteśmy w stanie zrozumieć, czemu zdecydowali się na takie a nie inne postępowanie. Co ważne, poszczególne postaci są ze sobą silnie związane - autorka duży nacisk położyła na to, jaki wpływ ma na poszczególne osoby ich środowisko wychowania, w jaki sposób podobni (lub różni) są poszczególni członkowie rodziny, a także jakie (często dramatyczne i ciągnące się przez wiele lat) skutki mają podejmowane przez nich decyzje. Rodzina Orłowskich oraz ich otoczenie zawiera w sobie bardzo wiele osób, zatem bohaterowie tworzą ciekawą siatkę zależności. Nie jest to jednak nic skomplikowanego, nawet rozpoczynając przygodę z cyklem od środka szybko połapiemy się, kto jest kim.

Tak jak wspomniałam na początku, lektura Historii pewnej rozwiązłości utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinnam lepiej poznać cały cykl, najlepiej rozpoczynając go od początku. Zrobiłam tak już w przypadku jednej serii obyczajowej (cyklu prowincjonalnego Katarzyny Enerlich) i nic złego się nie wydarzyło, bo pozostałe walory fabuły wynagrodziły mi, że wiedziałam z góry, jak potoczą się losy głównych bohaterów. Mam wielką nadzieję, że podobnie będzie w tym przypadku, a odkrywanie szczegółów tych wydarzeń, które w tym momencie są dla bohaterów rzadko podejmowanymi wspomnieniami, sprawi mi dużo satysfakcji. Póki co powiedzieć mogę jedno: Danka Braun zachwyca zarówno w wydaniu obyczajowym, jak kryminalnym. Powieści czyta się szybko, lekko, a losy bohaterów po prostu pochłaniają czytelnika tak, że nie chce się odkładać książki na bok przed jej zakończeniem. Jak dla mnie zestawienie absolutnie idealne.






Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Prozami.

piątek, 6 lutego 2015

Nora Roberts - "Gorący lód"

Do zeszłego tygodnia nazwisko Nory Roberts na okładce książki niemal automatycznie klasyfikowało ją w moim umyśle jako romansidło, czyli kategorię wielce niepożądaną w naszej biblioteczce. Mimo że nigdy dotąd nie miałam styczności z autorką, nieświadomie oceniałam jej powieści i z góry zakładałam, że będą miały określony styl, język, fabułę, bohaterów… Jednym słowem – że nie są to książki dla mnie. Przyszedł moment, kiedy miałam okazję zestawić swoje przekonania z rzeczywistością. Jak się to skończyło?

Gdy uciekający przed niezadowolonym zleceniodawcą Doug Lord wsiada na skrzyżowaniu do auta pewnej uroczej blondynki, nie spodziewa się, jak wiele może zmienić tak nieprzemyślana decyzja. Ona – opływająca w luksusy dziedziczka wielkiej fortuny; on – złodziej specjalizujący się w kradzieżach na zamówienie. Co może połączyć dwoje ludzi o tak różnych (a w pewnych okolicznościach nawet sprzecznych) interesach? Zaczyna się od pieniędzy – to za ich sprawą Whitney MacAllister postanawia nie odstępować Lorda na krok; domagając się zwrotu długu za zniszczony samochód młoda kobieta wplątuje się w intrygę dużo bardziej niebezpieczną, niż mogłaby przypuszczać nawet w najśmielszych snach. Wraz z włamywaczem rusza na Madagaskar w poszukiwaniu tajemniczego skarbu; nie będą to jednak wspaniałe wakacje na rajskiej wyspie – przynajmniej póki po piętach depczą im ludzie jednego z najbardziej wpływowych przestępców epoki.

Przyznam się Wam szczerze – otworzyłam książkę i… przepadłam. Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, był naprawdę dobry język – zaskoczył mnie fakt, że tekst czyta się po prostu świetnie, a zarówno narracja jak i dialogi wypadają bardzo naturalnie. Choć nie jest to wyszukany styl wielkiej literatury, odbiór jest wspaniały, opisy przyjemne, a humor i lekkość rozmów bohaterów urzekają czytelnika w równym stopniu przez cały tekst. Ponadto od pierwszej strony wpadamy prosto w wir dynamicznych wydarzeń, a ich tempo, choć czasem na chwilę zwalnia, ogólnie jest bardzo wysokie. Nie odczułam jakiegoś wielkiego parcia na rozwiązane zagadki, ale dałam się ponieść opisywanym wydarzeniom; momentami miałam problem, aby choć na chwilę odłożyć ów tekst.

Oczywiście nie ma co spodziewać się niezwykłych zwrotów akcji – historia od pierwszej do ostatniej strony mknie w dobrze nam znanym kierunku i nie zatuszuje tego faktu cała cudowna otoczka. Wątek miłosny jest prosty i przewidywalny, jeśli jednak odrzucić fakt, że całość w założeniu ma być romansem, otrzymujemy całkiem przyjemną powieść przygodową z wątkiem sensacyjnym. Przy całej przewidywalności tekstu trzeba również przyznać, że bohaterowie nie są wcale niespójni czy infantylni, jak można by się spodziewać.

Do książki podeszłam na luzie i być może dzięki temu się nie zawiodłam. Przez całą lekturę czułam się trochę jak podczas oglądania dobrej komedii romantycznej – uśmiałam się za wszystkie czasy (pewnie również z rzeczy, które dla większości społeczeństwa zabawne nie są) i choć wiedziałam dobrze, jak ta cała sprawa zostanie rozwiązana, fabuła wciągnęła mnie na tyle, żebym nadal chciała czytać i poznawać dalszy ciąg historii. Uwielbiam być w ten sposób zaskakiwana! Książkę zamknęłam pozostawiona w wyśmienitym humorze i – o zgrozo, nie sądziłam, że to powiem – z pewnością jeszcze kiedyś wrócę do powieści autorki. W końcu każdy czasem potrzebuje lekkiej i przyjemnej odskoczni.


Za możliwość poszerzenia horyzontów dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

środa, 14 maja 2014

Karen Mack, Jennifer Kaufman - "Kochanka Freuda"

Miałam tę książkę na oku już od premiery, ale jakoś nie było okazji, żeby wpadła w moje ręce. Początkowa fascynacja szybko się skończyła, a moją uwagę przykuły inne tytuły. Koniec końców trafiłam jednak na zajęcia, gdzie zajęliśmy się genogramami Freuda – analizowaliśmy strukturę jego rodziny na przestrzeni wieków. Zdziwiłam się, że historia, która jest przedmiotem książki duetu Mack&Kaufman, została poruszona również na kartach naukowego opracowania, którym się posługiwaliśmy. Od tamtych zajęć myśl o Kochance Freuda nie opuściła mnie ani na chwilę – jeszcze tego samego dnia ją zamówiłam, a od razu po otrzymaniu zaczęłam czytać. I muszę przyznać, że pomimo tak wielu pozytywnych recenzji, nie spodziewałam się, że książka będzie aż tak przyjemna w odbiorze.

Niemalże od pierwszych stron polubiłam główną bohaterkę. Minna, szwagierka Freuda, sprzeciwia się wszelkim wyznawanym na ten czas zasadom. Jest samotną, niemalże trzydziestoletnią kobietą, utrzymującą się samodzielnie z pracy jako guwernantka lub dama do towarzystwa. Na własne nieszczęście jest również osobą oczytaną i inteligentną, co nie tylko znacznie przyczyniło się do jej wolnego stanu, ale też sprawia, że ciężko jej wytrzymać nudne i pełne złośliwych uwag życie. Gdy dociera do skraju wytrzymałości nerwowej, postanawia zwolnić się z obecnej pracy i podjąć jak dotąd niemożliwe do zaakceptowania kroki – wprowadza się do siostry, licząc na jej pomoc i opiekę. Choć w pierwszych dniach Minna czuje się niepotrzebna i ma wrażenie, że dla rodziny Marthy jest tylko ciężarem, z czasem odnajduje swoje miejsce wśród sześciorga dzieci i wiecznego rozgardiaszu domu Freudów.

Niestety, bohaterka nie spodziewa się, jak źle dzieje się w małżeństwie siostry. Martha i Sigmund są jak ogień i woda, niemalże nie istnieje między nimi dialog. Oboje żyją w swoich własnych światach, Minnie natomiast dużo bliżej do tego reprezentowanego przez Freuda. Historia ich romansu, podszytego wzajemnym zainteresowaniem, ukazana jest w książce niezwykle autentycznie. Czytelnik ma okazję prześledzić genezę łączącego ich uczucia, wyrosłego na fali fascynacji tym, co dla obojga było nowym doświadczeniem. Najbardziej zaskakującym faktem jest niesamowicie piękne pióro autorek, które sprawia, że książkę czyta się niemal błyskawicznie. Nawet jeśli zna się zakończenie tej historii, fabuła po prostu wciąga, a obcowanie z książką jest bardzo przyjemnym doświadczeniem.

Oprócz oczywistego wątku romansowego, autorki sprytnie wplotły w swoją opowieść również inne aspekty. Kochanka Freuda to także tekst o Austrii sprzed wojny, w której antysemickie nastroje wypełniają serca zarówno ludzi młodych, jak i doświadczonych i wykształconych. To opowieść pokazująca obyczaje i konwenanse, panujące w owym czasie – stosunek do związków, zdrady, zachowywania pozorów przed otoczeniem, skłonności do leków na uspokojenie i opium, zastępującego wszystkie dzisiejsze farmaceutyki… Znajdziemy tutaj też aspekty związane z trudnościami Freuda w głoszeniu swoich rewolucyjnych i niepopularnych tez. Wszystko to jest miłym dodatkiem i tworzy w książce przyjemny klimat, gdzie niemal czujemy zapach drogich cygar i kawy podawanej w wiedeńskich kawiarenkach.

Żeby nie było tak słodko i cukierkowo, muszę jednak przyznać książce pewną wadę, bowiem strasznie źle czytało mi się scenę, w której Minna odwiedza Freuda na wykładzie. Ogólnie ojciec psychoanalizy znany był ze swoich oratorskich zdolności, jednak w tekście zostało to ujęte w dosyć dziwny sposób, mianowicie zamiast dobrze opracowanej wypowiedzi wykładowcy otrzymujemy krótkie zdania, poprzetykane peanami narratora na cześć wspaniałości owej mowy. Prawdę mówiąc czułam się trochę, jakbym siedziała obok koleżanki, która stale przerywa mi słuchanie poprzez wtrącanie własnych komentarzy. Na szczęście jednak język książkowego Freuda broni się w listach i scenach sam na sam z Minną, kiedy to autorki pozwoliły mu na całkiem długie akapity wypowiedzi.

Kończąc powiem, że gdybym pracowała w bibliotece, polecałabym tę książkę z całego serca. Nie znajdziemy tu ckliwych wstawek rodem z harlequina, choć książka zdecydowanie należy do gatunku romansu. Lektura Kochanki Freuda jest niezwykle płynna i przyjemna i nawet wstawki dotyczące teorii psychoanalitycznej można uznać za wartościowe (choć osobiście miałam chwilami wrażenie, że czytam podręcznik ze wstępu do psychologii – może to jednak wynikać z faktu, że wplecenie opowieści o trójpłaszczyznowej strukturze osobowości w rozmowy kochanków jest niezwykle trudne). Osobom zastanawiającym się nad historycznym podłożem książki powinno wystarczyć posłowie, w którym autorki dobrze motywują swoje poglądy, podając szereg źródeł naukowych. Tak czy inaczej jest to wciąż książka fikcyjna, co nie odbiera jej wartości.
___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (408 stron)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Federico Moccia - "Chwila szczęścia"

Są takie książki, o których ciężko napisać cokolwiek sensownego. Czasem słów brakuje nam ze wzruszenia, a czasem po prostu ciężko dostrzec w tekście coś wyjątkowego. Niestety w przypadku najnowszej książki włoskiego pisarza, Federico Mocci, w grę wchodzi druga ewentualność. Ujęcie w słowa odczuć po lekturze jest niezwykle trudne, głównie dlatego, że niewiele owych odczuć jest.

Autor serwuje nam klasyczny, letni romans, tyle że całkowicie pozbawiony klimatu tajemniczości. Oto poznajemy Nicco, młodego Włocha, któremu świat wali się na głowę. Całkiem niedawno stracił ojca, a jego dziewczyna postanowiła zerwać z nim bez żadnych tłumaczeń, mówiąc po prostu, że jej przykro. Niezbyt optymistyczne, czyż nie? Na szczęście chłopak ma u swojego boku przyjaciela, na którego zawsze może liczyć. W wyniku niesłychanych zbiegów okoliczności (i zabiegów Grubego, który nie tylko jest nieziemskim podrywaczem, ale też ciągle stara się wyciągać Nicco z domu) na ich drodze stają dwie prześliczne turystki z Polski, które już wkrótce mają całkiem nieźle zamieszać w życiu obu panów.

Taki zarys fabuły wynika z opisu okładkowego, jednak w trakcie lektury czytelnik może się nieco zdziwić. Otóż książka ma nieco ponad 300 stron, a rzeczone polskie turystki pojawiają się dopiero w okolicach 130, czyli prawie w połowie, trudno zatem nazwać ich znajomość z Włochami głównym wątkiem książki. Udaje nam się za to świetnie poznać najbliższe otoczenie głównego bohatera i problemy, z jakimi borykają się wszyscy wokół. Czytamy o sercowych problemach dwóch sióstr Nicco, bólu jego matki po stracie ukochanego męża, a także o rozterkach samego bohatera związanych z rozpadem związku. Jak na mój gust trochę za dużo wątków w tak drobnej książce, zwłaszcza że żaden z nich tak naprawdę nie zostaje dobrze rozwinięty.

Jakby tego było mało, książka pisana jest z męskiej perspektywy i to ujęcie jest nieco przerażające. Według autora życie młodych Włochów sprowadza się do relacji z kobietami, przy czym pojęcie zdrady nie funkcjonuje, a jednoczesne związki z kilkoma partnerkami uchodzą za coś całkowicie normalnego. Jakkolwiek prawdziwe może być to stwierdzenie, nie pomaga ono w przełamywaniu stereotypów. Podczas czytania niezwykle drażnił mnie język postaci i konstrukcja głównego bohatera ­– z jednej strony czułego romantyka, z drugiej więźnia własnej seksualności. Z trudem przełknęłam także sposób, w jaki bohaterowie opisują swoje relacje z płcią przeciwną. O ile Nicco zdaje się w miarę zastanawiać nad tym, co mówi i robi, o tyle Gruby pobija wszelkie rekordy chamstwa. Być może miało to być lekkie i zabawne, ale dla mnie zupełnie takie nie było. Jak już wspomniałam – autor zamiast obalać stereotypy woli na nich bazować i wykreował swoich bohaterów na „typowych Włochów”, którym w głowie tylko jedno. Dość smutne przesłanie.

Mimo że powieść jest niezwykle lekka i czyta się wspaniale, nie udało jej się mnie zachwycić, za największą zaletę tekstu uważam tak naprawdę wspaniałą, niebieską okładkę. Zbyt wiele rzeczy mi w tej książce nie pasowało, choć osobom lubiącym motyw letniego romansu mogłabym ją polecić. Fabuła jest prosta i niezobowiązująca, a zdarzenia generalnie mało wymyślne. Skłamałabym jednak mówiąc, że ani razu się nie uśmiechnęłam – fakt, momentami książka jest naprawdę zabawna. Dla mnie to jednak zbyt mało – nie wiem, czy będę jeszcze chciała spotkać się z powieściami Federico Mocci. 


Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Business & Culture oraz wydawnictwu MUZA SA.

poniedziałek, 10 marca 2014

N. M. Kelby - "Białe trufle"

Kiepska ze mnie kucharka. I nie chodzi tu nawet o rzeczywiste umiejętności (studenckie życie zmusiło mnie do edukacji w tym zakresie i świderki z sosem knorronese wychodzą mi coraz lepiej), a o serce i zamiłowanie do uprawiania tej trudnej sztuki. Gdy staję przy kuchence, nie dostrzegam żadnej poezji i można by sądzić, że z książkami z gotowaniem w tle również nie będzie mi po drodze. Nic bardziej mylnego – gdy gotuje ktoś inny, sytuacja zmienia się o 180 stopni, a moja fascynacja rośnie. Dlatego również nie oparłam się historii Escoffiera – szefa kuchni, który w XX wieku zrewolucjonizował podejście do gotowania i pracę wielu kucharzy na świecie.

Mimo wstydliwego wzrostu, Escoffier był człowiekiem wyróżniającym się z tłumu. Konsekwentnie budował swoją karierę, a duży wkład w sukces miał jego charakter – gdy pracował, w kuchni mniej było negatywnych emocji, porozumiewano się szeptem i szybko rozwiązywano konflikty. Poza tym był artystą wśród kucharzy – z gotowania uczynił sztukę i tym podejściem był w stanie zarażać ludzi dookoła. Tak stało się z jego małżonką, Delphine, którą właściwie wygrał w karty, a w krótkim czasie przekonał zarówno do siebie, jak i do kuchennych działań. Jednak nie była ona jedyną kobietą w jego życiu – przez całe małżeństwo swoim mężem musiała dzielić się z popularną aktorką Sarah Bernhardt. Escoffier był bowiem człowiekiem niezwykle emocjonalnym, żądnym uniesień nie tylko w sztuce, ale i we własnym życiu.

Dołączę do tłumu czytelników podkreślających, że opis okładkowy jest mylący – faktyczna tematyka książki jest dużo szersza niż sugerowane uniesienia madame Escoffier. Akcja dzieje się właściwie na trzech płaszczyznach – w teraźniejszości, gdy małżonkowie spędzają (mniej lub bardziej wspólnie) ostatnie dni życia, w przeszłości opowiadanej na zasadzie zwykłej narracji i przyczynowo-skutkowego ciągu zdarzeń, a także w pamiętniku Escoffiera, prezentującym potrawy nazwane na czyjąś cześć i wraz z nimi pojedyncze sytuacje. Choć taka konstrukcja wydaje się dziwna, mnie osobiście nie przeszkadzała – przyjemnie było na chwilę oderwać się od jednego czy drugiego wątku, a powrót do danej części odbywał się na tyle płynnie, że nie traciłam orientacji. Nawet nie trzeba się specjalnie do tego przyzwyczajać.

Mimo trójpłaszczyznowości, nie mamy również do czynienia ze zbyt wieloma postaciami. Historia jest zwarta i składa się w całościowy obraz, a czytelnik poznaje bliżej tylko te osoby, które mają bezpośredni wkład w akcję i odpowiadają za takie czy inne zmiany w życiu Escoffiera. W treść książki zgrabnie wplecione są przepisy kulinarne i wskazówki dotyczące gotowania, ale nie łudźmy się – niewielu spośród nas będzie miało okazję kiedykolwiek z nich skorzystać, gdyż dotyczą głównie przyrządzania foie gras i trufli. Poza tym strasznie uciążliwa jest mnogość francuskich zwrotów, wprowadzonych bez jakichkolwiek wyjaśnień co do znaczenia. Zrozumiałabym zabieg, gdyby chodziło o francuską megalomanię językową, jednakże autorka jest... Amerykanką.

Jeśli chodzi o końcowe wrażenia – mam poczucie, że ta książka ma po prostu zbyt mało stron. I nie chodzi tu o to, że akcja wciągnęła mnie tak bardzo, że żałuję pozostawienia postaci i tematu. Absolutnie nie. Po prostu czuję, że wielu wątkom i emocjom można by poświęcić o wiele więcej miejsca, niż zostało to faktycznie zrobione. Trójpłaszczyznowość książki być może jest zabiegiem ciekawym, jednak zmusza do podzielenia uwagi czytelnika na kilka sfer i tak naprawdę na żadnej nie możemy się skupić w stu procentach. Relacje między bohaterami są nie do końca wyjaśnione, a emocje niedopowiedziane. Wydaje mi się to nieco zbyt powierzchownym podejściem do tematu.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka" (marcowy motyw - kobieta)