
Zacznę od tego, co przyciągnęło mnie do tej książki, a
jednocześnie tak koszmarnie rozwlekło w czasie jej czytanie. Po zetknięciu się
z Jackiem Dukajem na żywo nie jestem nastawiona do niego zbyt pozytywnie, jednakże
uznawany jest za pisarza wybitnego, takim zaś z reguły nie po drodze z
erotykami. A tu proszę, napisał, w dodatku dał się opublikować przez Świat
Książki w zbiorze obok zwykłych śmiertelników. Pomyślałam, że to w sumie
ciekawe, ale na tym fascynacja się skończyła. Czytanie „Portretu nietoty” do
droga przez mękę. Zdania są niezwykle długie, a mnogość słów powszechnie nie
używanych zwala czytelnika z nóg. Lubię zabawy językiem, stylem, ale to, co
serwuje nam Dukaj, to ostra przesada – ubarwienia, udziwnienia… Zazdroszczę
ludziom, którzy są w stanie czytać ów tekst płynnie, w dodatku rozumiejąc, o co
w nim chodzi. Mnie się nie udało, dopiero za trzecim podejściem dałam sobie
spokój i odrzuciłam wszystkie słowa, których nie rozumiem i których znaczenia
nie chce mi się sprawdzać w słowniku. Tak czy inaczej pomysł z nowym zmysłem,
otuchem, związanym z rozumieniem sztuki i uniesieniami, jest dobry, a
rozbuchana barwność języka w sumie nieźle oddaje odczucia związane z samą
sytuacją intymną.
Dla odmiany pozytywne wrażenie zrobił na mnie całkiem
zwyczajny tekst Krystyny Kofty. Czytało się go naprawdę przyjemnie, mimo że z
pewnością ciężko zaklasyfikować go jako erotyk. To po prostu historia aseksualnej
bizneswoman po przejściach, prowadzącej luksusowy kompleks usługowy,
przeznaczony do zaspokajania seksualnych potrzeb najbardziej wymagającej
klienteli. Kreatywność autorki zachwyca, mimo żeniektóre jej pomysły wydają się
kontrowersyjne – szefostwo domu znalazło sposób jak obejść ustawy dotyczące
pornografii dziecięcej czy pedofilii, a wszystkiemu przyklaskują psychologowie,
uznając ośrodek za świetne miejsce do legalnego rozładowania popędów, które
musiały by znaleźć ujście na przestępczej drodze. Opis przybytku okraszony jest
historią bizneswoman, co niezwykle wzbogaca tekst. Żałuję, że nie mogę poznać
bliżej ani jej, ani tego miejsca – byłby to niezły materiał na ciekawą książkę
na skraju futurystyki.
Nieco mniejszym przebojem, ale równie skutecznie do mojego
serca wdarł się tekst Łukasza Dębskiego o doktorze Motylu. Bohater mierzy się
tu z nader trudnym zadaniem – ma napisać referat dotyczący erotyzmu w kinie
polskim. Wszyscy wiemy, że przez lata było z tym niewesoło, rozwiązania
przyjęte przez doktora muszą zatem być doprawdy niesztampowe. Poza tym uwagę
przyciąga zabawny tytuł, będący dobrą zapowiedzią tego, co znajduje się
wewnątrz. Wydarzenia z pogranicza snu i jawy oraz lekki język dają dużo
satysfakcji z lektury, podobnie jak liczne gry słów. To zupełnie inne,
przyjemne i zabawne podejście do tematu erotyki.
Pozostałe teksty nie wywołały we mnie szczególnych odczuć.
Sylwia Chutnik opowiada o specyficznie przeżywanej żałobie dwóch przyjaciółek,
Wojciech Kuczok – o intymnej relacji z piersią matki, przeniesionej na dorosłe
życie. Zygmunt Miłoszewski wybiegł w
przyszłość, w której digitalizacja pozwala stworzyć sztucznie obraz każdej
sytuacji z dowolnymi osobami. Magdalena Tulli
rozminęła się chyba z tematem, bo
w opowieści zmysły może i się pojawiają, ale na pewno nie ma w niej niczego
ciekawego, ani tym bardziej erotycznego – ot, spotkanie dwóch przyjaciółek i
odkopywanie dawnych uraz. Szczepan Twardoch pochwalił się jeżykiem i stylem,
ale nie treścią, opowiadając o wzajemnej fascynacji dwóch niezwykle pięknych
kobiet. W miarę spodobał mi się tekst Manueli Gretkowskiej, gdyż dotyczył
Freuda i Marilyn Monroe, dwóch niezwykle bliskich mi postaci. Wciąż jednak nie
jest to coś niezwykłego i wciągającego. Dobrze czytało się też opowieść Grażyny
Plebanek o autorkach strony fuckclub.com, których życie zmienia się nie do
poznania, gdy wkraczają w świat seksualnej wolności.
W 2/3 lektury zaczęłam zastanawiać się, czy naprawdę nie
można pokazać seksu w sposób prosty i bezpretensjonalny. Mam wrażenie, że wciąż
nie umiemy o nim mówić i balansujemy na granicy wstydu i obsceniczności. W tym
zbiorze żaden z tekstów nie dotyczy normalnej relacji, wszystkie ukazują seks
od strony jakiegoś zaburzenia czy patologii (w sensie odchylenia od normy). Czy
naprawdę wszystko trzeba marginalizować? Wychodzi na to, że temat wciąż jest
trudny i naprawdę ciężko zabrać się za niego z dobrej strony. Najwyraźniej
sporo czasu minie, zanim będzie mi dane sięgnąć po dobry erotyk. Paradoksalnie
najbliżej ideału znalazł się Jacek Dukaj – wykazał się wrażliwością
sensoryczną, ukazując seks jako przeżycie zmysłowe, choć opowieść ubrał w słowa
tak dziwaczne, że całkowicie odebrał jej wdzięk.
Powiem Wam tylko, byście nie dali się zwieźć okładkowemu
opisowi – nic tu nie pulsuje od kontrastów i prowokacji, bardzo niewiele jest
też erotycznej gry. Gdy już jest – nie intryguje. Zbyt wiele
tekstów jest toporne i niedopasowane, by „Zachcianki” nazywać porządną
antologią, można mieć wrażenie, że o seksie po polsku po prostu nie da się
pisać dobrze. Brak tu subtelności, słownictwa i akcji, a ja osobiście czuję
niedosyt, ponieważ żadne z opowiadań nie mówi o zwykłej relacji dwóch
przeciętnych osób.
~*~
Zostawiam Was na kilka dni tylko z Sylwkiem - będę miała na wszystko oko, ale odpowiedzi na komentarze nie spodziewajcie się do piątku. Wrócę na pewno z masą recenzji do publikacji! ;)