niedziela, 15 listopada 2015

James Frey, Nils Johnson-Sheldon – „Endgame. Klucz niebios”

Po tym, jak Klucz Ziemi został zdobyty, przy życiu pozostaje dziewięcioro uczestników Endgame. Następuje chwila na odsunięcie się od zagadki, przeanalizowanie jej, a także szybkie wyleczenie ran. Nie znaczy to jednak, że Gracze zaznają spokoju, wręcz przeciwnie – wciąż biorą udział w wyścigu po kolejny klucz. W ciągłym zagrożeniu, atakując i broniąc się, muszą analizować własne wskazówki i próbować rozwikłać zagadkę; tymczasem tempo rozgrywki rośnie, a stawka wciąż pozostaje wysoka.

O ile w pierwszym tomie można było mieć wrażenie, że Endgame jest makabryczną zabawą dwanaściorga młodych ludzi, o tyle w części drugiej Gra zaczyna zbierać dużo szersze żniwo. Jej skutków nie można już ukrywać przed społeczeństwem, a do opinii publicznej zaczynają przeciekać informacje nie tylko o towarzyszących sytuacji katastrofach, ale też o samych Graczach. Przywódcy państw i służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo obywateli nie pozostają bierni i rozpoczynają działania, przez które w hermetyczny dotąd świat wdziera się odrobina zwyczajności. Opowieść nie jest już tak fantastyczna i wyrwana z realnego kontekstu – jej fabuła staje się bliska czytelnikowi, a przez to bardziej autentyczna i nieco przerażająca.

Tym, co niesamowicie spodobało mi się w drugiej części, jest uwypuklenie indywidualnych cech nie tylko samych Graczy, ale i rodów, z których się wywodzą. Tym razem ich orężem jest nie tylko dobre przeszkolenie i szereg umiejętności związanych z przetrwaniem, ale i pradawna wiedza, okazuje się bowiem, że niektóre grupy posiadają pewną przewagę nad innymi. Członkowie poszczególnych klanów służą swoim Graczom wsparciem, pomocą i wiedzą, a ich rola w wydarzeniach jest dużo bardziej znacząca niż na początku pierwszej części; również w tym aspekcie Endgame staje się grą zbiorową, angażującą większą liczbę osób.

Jednak nie wszystko było w Kluczu niebios piękne i cudowne. Fabuła, choć dopracowana i dobrze wymyślona, nie wywołała we mnie jakichś większych emocji. Więcej było tu podróżowania po różnych zakątkach świata i patrzenia na teoretyczne aspekty Gry niż rzeczywistej interakcji między postaciami. Poza tym od samego początku książki najwięcej uwagi poświęcano pewnemu konkretnemu duetowi, przez co osobiście miałam wrażenie, że ich sukcesy są po prostu pewne. Do samego końca liczyłam na jakiś większy zwrot akcji z udziałem Graczy, ale niestety mocno się w tym zakresie zawiodłam – właściwie wszystko potoczyło się dość gładko, nawet jeśli niektóre elementy powinny być trudniejsze czy bardziej wymagające.

Drugi tom cyklu Endgame to także kolejna porcja wskazówek dla tych, którzy biorą udział w multimedialnym projekcie, w którym stawką jest 3 000 000 $ Jeśli mam być szczera, tym razem całkowicie przestałam zauważać wstawki w postaci grafik, dziwnych napisów czy specjalnego łamania tekstu – chyba jestem absolutnie odporna na tę zabawę. Życzę jednak powodzenia tym, którzy biorą w niej udział, zwłaszcza jeśli zajmuje się tym ktoś z naszego kraju.

Porównując Klucz niebios z Wezwaniem jestem lekko zawiedziona zastosowanymi rozwiązaniami fabularnymi, ale nie narzekam – wciąż czytało się wspaniale, historia wciągała, a i samym pomysłem jestem zainteresowana. Ciekawi mnie, do jakiego finału dążą twórcy powieści i jak będzie wyglądał ostateczny zamysł, dlatego z wielką chęcią sięgnę po kolejny tom. Mam jednak nadzieję, że autorzy nie zafundują nam sztampy i że międzynarodowy projekt okaże się czymś więcej niż tylko dodatkiem do książki wpisującej się w oklepaną konwencję.





Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Sine Qua Non.


Wezwanie  |  Klucz niebios  |  ???