niedziela, 22 listopada 2015

Paullina Simons – „Tully”

O Paullinie Simons słyszałam wiele, a ktoś kiedyś powiedział mi, że Tully jest dobra na początek...


Natalie Anne Makker nigdy nie miała dobrego życia. Nad jej dziecięcą, nastoletnią, a wreszcie dorosłą egzystencją zawsze wisiało piętno matki – kobiety zgorzkniałej, rozchwianej, agresywnej i nieprzejednanej. Trudna sytuacja domowa, brak osoby, od której można by uczyć się emocji oraz tragiczne wydarzenia związane z przyjaciółką ukształtowały psychikę tej młodej kobiety w dość znaczący sposób. Bo czy można w takim świecie zachować równowagę, gdy nie dopuszcza się do siebie absolutnie żadnej pomocy?

Patrząc na półki, na których z reguły goszczą książki autorki, na ich okładki oraz opisy na nich zawarte, sądziłam, że Paullina Simons tworzy teksty z rodzaju tych bardziej ambitnych romansów czy obyczajówek, które czyta się z przyjemnością, ale wciąż nic mądrego ze sobą nie niosą. Z takim przekonaniem byłam kompletnie nieprzygotowana na to, co czekało mnie podczas lektury. Nie miałam pojęcia, w jakie sprawy zostanę wciągnięta i jak wiele emocji wywoła we mnie samo czytanie. Od pierwszej strony pozostawałam i wciąż pozostaję w sporym szoku.

Tym, co w Tully zwraca uwagę jako pierwsze, jest objętość – mamy tutaj niemal 700 stron tekstu, co stanowi całkiem niezły wynik jak na literaturę tego rodzaju. Ponadto lektura zdecydowanie nie jest lekka – zarówno treść, czyli szereg tragicznych zdarzeń, jak i styl nie ułatwiają odbiorcy sprawy. W moim przypadku czytanie trwało ponad dwa tygodnie i nie jest tak, że połowę tego czasu książka przeleżała na półce – sięgałam po nią codziennie, podczytywałam kilka, kilkanaście stron, po czym odkładałam ją na bok, bo nie byłam w stanie poradzić sobie z własnymi emocjami. W stylu Simons jest coś, co sprawia, że każdy trudny temat (a porusza ich naprawdę dużo) wywołuje u czytelnika szereg odczuć – nie wiem, jak to robi, ale jest to straszne i cudowne jednocześnie. Czytałam sporo niełatwych książek, ale niewiele poruszyło mnie tak mocno jak Tully

Jak już wspomniałam, książka jest długa, a jej akcja toczy się nierównomiernie, co faktycznie chwilami mnie denerwowało – z jednej strony pewne sceny, wydarzenia i relacje są rozwleczone do granic możliwości, z drugiej zaś są sprawy, po których narracja dosłownie przebiega, wciskając w nas informacje na szybko i bez żadnej otoczki. Styl również jest nierówny – czasem wyższy, czasem niższy. Tyle tylko, że stopniowo przestajemy to zauważać. Na samym początku przeszkadzał mi również fakt, że nie dostrzegałam niemal żadnej zależności między wydarzeniami z życia głównej bohaterki, a jej postawą; gdy była nastolatką, a ja, jako czytelniczka, ledwie ją znałam, wydawała mi się niesamowicie wprost niespójna. Na szczęście z czasem to minęło, a w miarę upływu kolejnych stron wszystko zaczęło się klarować i składać w spójną, choć niezwykle tragiczną całość.

Nie wiem, czy to zasługa prawdopodobieństwa życiowego opisywanych wydarzeń, czy jakiegoś niesamowitego daru, jaki posiada autorka, ale Tully jest lekturą naprawdę niezwykłą. Tę opowieść z pewnością zapamiętam na długo, bo naprawdę niewiele książek zrobiło na mnie tak piorunujące wrażenie. Wiem, że nie wszyscy reagują tak samo po spotkaniu z tym tekstem, ale na wszelki wypadek ostrzegam: ta książka może Was wybebeszyć, tak jak wybebeszyła mnie. Chcę więcej i na pewno sięgnę po inne powieści autorki.