To jest bardzo nudne i bardzo zabawne – taka była moja
robocza charakterystyka książki jeszcze w czasie lektury. Swoje zdanie
podtrzymuję, bo dawno nie miałam podczas czytania takiego rozdźwięku między
silnymi i sprzecznymi uczuciami. To było jak jedzenie lodów marchewkowych
(jeśli ktoś wie, o czym mowa) – z jednej strony właściwie dobre i ciekawe, ale
z drugiej…. Hej, to marchewka! Dokładnie tak się czułam podczas lektury.
Wylatując w kosmos Mark wiedział, że będzie jednym z
pierwszych ludzi na Marsie. Nie spodziewał się jednak, że jako pierwszy na nim
zginie, w dodatku samotnie… Wszystko wskazuje jednak, że tak właśnie będzie –
pozostali członkowie misji Ares 3 odlecieli po burzy piaskowej, uznając
mężczyznę za zmarłego i pozostawiając go samego na czerwonej planecie. Jego
sytuacja jest fatalna biorąc pod uwagę ograniczone zapasy żywności i wody, a
także brak łączności z Ziemią i pozostałymi członkami misji. Podczas gdy na
naszej planecie odbywa się ceremonia pogrzebowa, na Marsie Mark podejmuje
heroiczną walkę o przetrwanie – nie tylko ze sobą, ale wyjątkowo nieprzyjazną
planetą oraz sprzętem, który odmawia współpracy w najmniej oczekiwanych
momentach. Mark stara się przeżyć. Mark jest mechanikiem. Mark przeszedł
szkolenie NASA i zna specjalistyczne metody działania oraz naukowy język….
Tu zaczynają się schody. Dla zwykłego zjadacza chleba to
naprawdę nie jest łatwy tekst, przynajmniej dopóki nie wyrobi się w sobie
odrobiny dystansu do samego siebie i nie zaakceptuje się faktu, że mamy prawo
czegoś nie ogarniać. A do ogarnięcia jest sporo – reakcje chemiczne, sztuczne
stwarzanie wody, odzyskiwanie tlenu, spalanie hydrazyny, rozwój bakterii w
glebie, zasady uprawy, analizy kaloryczne… Sporo jest cyferek i wcale niełatwych
obliczeń. Wszystko to bardzo spowalnia akcję i z jednej strony można by mieć o
to żal do autora, z drugiej jednak – jest to dobre odzwierciedlenie tego, jak
czas musiał dłużyć się Markowi. Książka w zdecydowanej większości jest
przedstawiona w formie dziennika i właściwie dobrze współgra to z treścią i
niespieszną akcją, trzeba po prostu do tego przywyknąć.
Jedną z rzeczy, które mam w nadmiarze, są torebki. Nie
różnią się specjalnie od zwykłych kuchennych worków na śmieci, ale jestem
pewien, że kosztują pięćdziesiąt tysięcy dolarów, bo to NASA.[s.38]
Mam także taśmę klejącą. Zwykłą taśmę klejącą, którą możesz
kupić w sklepie. Wychodzi na to, że nawet NASA nie potrafi ulepszyć taśmy
klejącej.[s. 39]
Tak, jest jednak coś, co wspaniale równoważy problem z
technicznymi wywodami i stanowi podstawę do ostatecznej oceny książki – to humor
i kreacja głównego bohatera. Mężczyzna jest pełen dystansu i głównie dzięki
temu świetnie sobie radzi. Nie straci głowy w trudnych sytuacjach, potrafi się
skupić, a przy tym im więcej stresu na niego działa, tym częściej stosuje
ironiczne komentarze. Swobodnie mówi o śmierci (także własnej), ale jest to
wciąż podszyte nadzieją na znalezienie rozwiązania. Poza tym, jak widać w
powyższych fragmentach, tekst zyskuje też miano satyry na NASA i pewne jego
działania – naprawdę sporo jest tu komentarzy, w których agencji zwyczajnie się
obrywa, wszystko jednak utrzymane jest w dość przyjacielskim tonie. Dla
czytelnika to duży plus – humorystyczne zabarwienie pozwala przeżyć nie tylko
Markowi, ale i nam.
Co do samej treści, książka jest bardzo amerykańska, troszkę
naciągana i równie wiele jest w niej szczęśliwych, co nieszczęśliwych zbiegów
okoliczności. Czasem ciężko uwierzyć w to, co się dzieje wręcz na naszych
oczach, z drugiej jednak strony wiele spraw jest całkiem nieźle
uargumentowanych. W tym zakresie to raczej lekkie science-fiction. W pewnym
stopniu jest to także opowieść o mechanizmach rządzących społeczeństwem – choć
fragmentarycznie, ukazane jest zaangażowanie opinii publicznej. Jestem
właściwie pewna, że ten aspekt zostanie wykorzystany i rozbudowany w filmie
(ekranizacja pod koniec przyszłego roku, a reżyseruje Ridley Scott), bo w końcu
ile można pokazywać faceta, który całe dnie kroi na kawałki ziemniaki i spala
hydrazynę? Aspekt społeczny z pewnością zyska jeszcze na znaczeniu.
Kończąc powoli, pozwolę sobie na kilka rekomendacji. Tekst
jest na pewno wspaniały dla tych, którzy uwielbiają tematykę związaną z
historią lotów kosmicznych. Dobry dla lubiących science fiction, zwłaszcza to
okraszone sporą dawką wiedzy naukowej. Nie poleciłabym go za to osobom, którym
ciężko przebić się przez wiedzę z chemii i fizyki lub chociaż przymknąć na nią
oko. Ja dałam sobie spokój ze zrozumieniem tego, co robi Mark; przedłożyłam
sobie jego humor nad technologiczne niuanse i dobrze na tym wyszłam –
zdecydowanie jestem z lektury zadowolona.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Business and Culture oraz Wydawnictwu Akurat.