
Wszelkiego rodzaju opisy – okładkowy, no i te dostępne w
Internecie – nie mówią o historii zbyt wiele. Oto siedmioro nastolatków
(przyjaciółeczki: prymuska i hipiska, szkolny playboy, gothka-plotkara, dwóch
nerdów i outsider) wybiera się na biwak z indiańskim przewodnikiem. Nocą
zaczyna dziać się coś dziwnego, daleko wykraczającego poza żart, jakiego
dopuścił się chłopak, chcący zaliczyć „drugą bazę”… Złowieszczy śmiech, nagrany
na przygotowaną przez niego taśmę, jest niczym w porównaniu z wydarzeniami, z
jakimi będą musieli zmierzyć się nastolatkowie. Świat, który znali, zmienił się
nie do poznania, a każdy, kto tej nocy nie przebywał na łonie Matki Natury,
pozbawiony został człowieczeństwa. Dookoła zaroiło się od dziwnych stworzeń, a
wciąż nieco ludzkie ciała kryją w sobie istoty o zwierzęcych instynktach. Nie
wszystkie są groźne, ale te, które żywią się mięsem człowieka, stają się
poważnym zagrożeniem dla ocalałych.
Nigdy nie ciągnęło mnie do tematu zombie apokalipsy (poza
tym, że mam słabość do serii „Resident Evil”), jednakże wariacja Mortki na ten
temat jest zupełnie inna i przez to niezwykle przystępna. W świecie, gdzie
każdy dostaje to, czego chce lub na co zasłużył, różnice między ludźmi widoczne
są jeszcze bardziej wyraźnie. Tłumione emocje, dawne urazy, rozgoryczenie, żal
i złość są tutaj ukazane jako podwalina silnych nadludzkich umiejętności. Każdy,
kto przeżył w ludzkiej postaci, zyskuje bowiem Dar, będący odzwierciedleniem
jego skrytych pragnień i talentów. Oczywiście są osoby, które marzą o pokoju i
chcą nieść pomoc innym, będą jednak prędzej czy później musiały stawić czoła
tym ocalałym, którymi kieruje zwykła bezwzględność i żądza władzy.
W obliczu konfliktów między nielicznymi ocalałymi ludźmi,
świat tych, którzy ulegli przemianie, zepchnięty zostaje na dalszy plan. Geneza
Końca Świata nie jest znana, a czytelnik może jedynie analizować domysły. Dużo
ciekawiej ma się konstrukcja akcji po ludzkiej stronie – tu nic nie dzieje się
bez powodu. Gdy jakiś bohater znika, możemy mieć pewność, że w końcu powróci,
by w odpowiednim momencie wyskoczyć zza krzaków i uratować daną scenę lub
uprzykrzyć życie innym.
O ile „Miasteczko Nonstead” chwaliłam za urok lekkiej grozy,
o tyle tutaj jest dla mnie nieco zbyt lekko. Mniej jest też psychologizmów,
choć motyw z Darami zdecydowanie wzbogaca postaci i czyni je bardziej
autentycznymi. Niedosyt jednak pozostaje, bo w „Miasteczku..” brak jasnych
wyjaśnień i niedomówienia zrekompensowane były przez obraz grupy,
społeczeństwa, tu natomiast również ta sfera wydaje mi się nieco zaniedbana.
Tak czy inaczej książki Mortki czyta się po prostu miło, bo język i styl są
naprawdę profesjonalne i dopasowane do sytuacji. W książce poważnych
mankamentów brak, a ja, choć nie wciągnęłam się zbytnio w akcję, mogę ją jednak
polecić czytelnikom, szukającym lekkiej rozrywki.