środa, 19 lutego 2014

Marcin Mortka - "Dom pod pękniętym niebem"

Niecałe pół roku temu miałam ogromną przyjemność rozpocząć swoją czytelniczą przygodę z twórczością Marcina Mortki. W moje ręce wpadło „Miasteczko Nonstead” i niemal od razu zakochałam się w lekkiej grozie, jaką przesycona jest ta książka. Gdy dowiedziałam się, że wydany został „Dom pod pękniętym niebem” nie wahałam się ani chwili – tekst stał się moją obsesją, a tego, co znalazłam w środku, absolutnie się nie spodziewałam.

Wszelkiego rodzaju opisy – okładkowy, no i te dostępne w Internecie – nie mówią o historii zbyt wiele. Oto siedmioro nastolatków (przyjaciółeczki: prymuska i hipiska, szkolny playboy, gothka-plotkara, dwóch nerdów i outsider) wybiera się na biwak z indiańskim przewodnikiem. Nocą zaczyna dziać się coś dziwnego, daleko wykraczającego poza żart, jakiego dopuścił się chłopak, chcący zaliczyć „drugą bazę”… Złowieszczy śmiech, nagrany na przygotowaną przez niego taśmę, jest niczym w porównaniu z wydarzeniami, z jakimi będą musieli zmierzyć się nastolatkowie. Świat, który znali, zmienił się nie do poznania, a każdy, kto tej nocy nie przebywał na łonie Matki Natury, pozbawiony został człowieczeństwa. Dookoła zaroiło się od dziwnych stworzeń, a wciąż nieco ludzkie ciała kryją w sobie istoty o zwierzęcych instynktach. Nie wszystkie są groźne, ale te, które żywią się mięsem człowieka, stają się poważnym zagrożeniem dla ocalałych.

Nigdy nie ciągnęło mnie do tematu zombie apokalipsy (poza tym, że mam słabość do serii „Resident Evil”), jednakże wariacja Mortki na ten temat jest zupełnie inna i przez to niezwykle przystępna. W świecie, gdzie każdy dostaje to, czego chce lub na co zasłużył, różnice między ludźmi widoczne są jeszcze bardziej wyraźnie. Tłumione emocje, dawne urazy, rozgoryczenie, żal i złość są tutaj ukazane jako podwalina silnych nadludzkich umiejętności. Każdy, kto przeżył w ludzkiej postaci, zyskuje bowiem Dar, będący odzwierciedleniem jego skrytych pragnień i talentów. Oczywiście są osoby, które marzą o pokoju i chcą nieść pomoc innym, będą jednak prędzej czy później musiały stawić czoła tym ocalałym, którymi kieruje zwykła bezwzględność i żądza władzy.

W obliczu konfliktów między nielicznymi ocalałymi ludźmi, świat tych, którzy ulegli przemianie, zepchnięty zostaje na dalszy plan. Geneza Końca Świata nie jest znana, a czytelnik może jedynie analizować domysły. Dużo ciekawiej ma się konstrukcja akcji po ludzkiej stronie – tu nic nie dzieje się bez powodu. Gdy jakiś bohater znika, możemy mieć pewność, że w końcu powróci, by w odpowiednim momencie wyskoczyć zza krzaków i uratować daną scenę lub uprzykrzyć życie innym.

O ile „Miasteczko Nonstead” chwaliłam za urok lekkiej grozy, o tyle tutaj jest dla mnie nieco zbyt lekko. Mniej jest też psychologizmów, choć motyw z Darami zdecydowanie wzbogaca postaci i czyni je bardziej autentycznymi. Niedosyt jednak pozostaje, bo w „Miasteczku..” brak jasnych wyjaśnień i niedomówienia zrekompensowane były przez obraz grupy, społeczeństwa, tu natomiast również ta sfera wydaje mi się nieco zaniedbana. Tak czy inaczej książki Mortki czyta się po prostu miło, bo język i styl są naprawdę profesjonalne i dopasowane do sytuacji. W książce poważnych mankamentów brak, a ja, choć nie wciągnęłam się zbytnio w akcję, mogę ją jednak polecić czytelnikom, szukającym lekkiej rozrywki.