
W centrum Warszawy znalezione zostają ciała dwóch osób,
kobiety i mężczyzny. To nie była żadna partanina, tylko profesjonalna robota
mordercy – klasycznie skręcone karki, kobieta pozbawiona twarzy. „Żmudna dłubanina”,
powie później patolog. Brak motywu seksualnego czy rabunkowego. Brak poszlak,
śladów, podejrzeń. Nadkomisarz Agata Zawadzka, której przyjdzie zmierzyć się ze
sprawą, będzie miała niezwykle ciężki orzech do zgryzienia, tym bardziej, że
oprócz kłopotów z trupami i szefem, który chce ją wysłać na wcześniejszą
emeryturę, ma też na karku córkę-buntowniczkę i własne, niedopieszczone,
czterdziestokilkuletnie ciało. O, zgrozo…
Konstrukcja książki jest doprawdy dziwaczna. W pierwszych
rozdziałach poznajemy mordercę, czarno na białym, ze wszystkimi dziwactwami i
całą specyfiką charakteru. Ta część wciągnęła mnie najbardziej i bardzo nie
spodobało mi się, że tak brutalnie zostałam z niej wyrwana. Później bowiem
reflektory uwagi przenoszą się na działania śledczych i tam pozostają właściwie
do końca. Poznajemy panią nadkomisarz i z butami wchodzimy w jej życie
prywatne, które często całkowicie odciąga uwagę od śledztwa. Momentami można
zapomnieć, że czyta się kryminał, tyle że nie jest to absolutnie aspekt pozytywny.
Prowadzi mniej więcej do tego, że pojawia się poczucie czytania
nie-wiadomo-czego. Dodatkowo w wydarzenia z teraźniejszości dość nieudolnie
wplatane są fragmenty retrospekcji, książka posiada bowiem także wątek
historyczny. Jednakże o ile połapanie się w części współczesnej nie jest
trudne, o tyle dopasowanie do siebie poszczególnych fragmentów dawnej historii
sprawia z początku sporo kłopotów.
Jeśli chodzi o konstrukcję bohaterów, autor niespecjalnie
się popisał. Czas spędzamy w towarzystwie kobiety po czterdziestce, która tak
naprawdę nie wie, czego chce. W pracy jest zdeterminowana i silna, ale jej
życie prywatne to pasmo niepowodzeń. W dodatku doświadcza zmiany tak nagłej, że
aż nienaturalnej – z dnia na dzień zrzuca spodnie i zakłada sukienkę, a zmęczoną
twarz zdobi makijażem. Po latach zaniedbania, tak po prostu. Paraduje nago
przed córką, wdaje się w romans z młodym prokuratorem i pozwala się całować starszej od siebie
lesbijce, z którą później utrzymuje telefoniczny kontakt. No naprawdę… Jeśli tego
typu wstawki miały podkreślić niesamowitą przemianę, jaką przeszła, są po
prostu nieudolne.
Do zalet książki można by zaliczyć język, gdyby nie fakt, że
często przeplatany jest on kolokwializmami i wulgaryzmami zupełnie nie
dopasowanymi do sytuacji. Trochę to razi, zwłaszcza że sama narracja jest
naprawdę niezła. Mnie osobiście spodobały się wstawki z przeszłości i historie
wojenne – brutalne, jednoznaczne, choć nieziemsko zagmatwane. Tę książkę czyta
się naprawdę ciężko, dopiero pod koniec nabiera trochę tempa. Aczkolwiek nie ma
co się rozpędzać – człowiek wiedziony chęcią poznania zakończenia, może się na
nim srogo zawieść. Do samego końca miałam nadzieję, że rozwiązanie zagadki
pozwoli książce odpokutować za średnią treść, ale nic takiego się nie wydarzyło.
Wszystko urywa się nagle i zupełnie bezsensownie.
Kończąc, powiem krótko – w tej książce wszystko jest nie na
miejscu. Konstrukcja wydarzeń miała chyba być oryginalna, wyszła jednak
zagmatwana i dziwaczna. Ciężko jest połapać się, kto jest kim i do czego dążą
wątki, w dodatku okazuje się, ze tak naprawdę dążą do niczego, czyli nic nie
wnoszącego zakończenia. Dla mnie tekst ten jest troszkę jak marna podróba serii
o Malin Fors – jeśli lubicie kryminały i ciekawe postaci kobiece, lepiej
sięgnijcie po twórczość Kallentofta. Bo książki Maciejewskiego absolutnie
nikomu nie polecam.