
Tytułowe „39.9” nie jest bynajmniej symbolem ciężkiej
choroby, a wiekiem bohaterki – dobija ona do przysłowiowej „czterdziestki” i,
jak na kobietę w wieku średnim przystało, bardzo się owym faktem niepokoi. W
prowadzonym przez siebie dzienniku łączy retrospekcje ze zmartwieniami dnia
codziennego – a zmartwień tych niemało: ciało wiotczeje, cera szarzeje, a syn
żyje własnym życiem! Ze wszystkim (nawet z przemijaniem) pogodzić się trzeba, a
nie jest to łatwe, gdy przez całe życie nie udaje się odnaleźć stabilizacji i
zwyczajnie nie ma się w tym wprawy.
W gruncie rzeczy można tę książkę nazwać tekstem o szukaniu
własnej tożsamości. Bohaterka od dziecka walczy z tym problemem, najpierw jako
córka niepełnosprawnej matki, pasożytującej na społeczeństwie, potem chcąca się
wyróżnić nastolatka. W tym okresie dowiaduje się, że jest Żydówką, i choć nie
była wychowywana w żydowskiej tradycji i kulturze, identyfikuje się z owym
narodem, a zwłaszcza z jego wojennymi, tragicznymi losami. Odnalezienie się
społeczeństwie to jednak nie wszystko. Są jeszcze przyjaźnie (nie zawsze
udane), samoocena (śmiesznie niska) i rozpaczliwe próby budowania szczęścia
rodzinnego.
Styl Moniki Rakusy jest lekki, łatwy i przyjemny. Nie jest
to oczywiście lektura na miarę światowej literatury, jednak w moim przypadku
idealnie sprawdziła się podczas sześciogodzinnej podróży pociągiem. Treść dała
radę w miarę zainteresować, a zabawne tytuły nadawane kolejnym odliczanym dniom
pozwoliły czasem się zaśmiać. Ta opowieść o problemach zakompleksionej
prawie-czterdziestolatki była miłą odskocznią od rozterek współczesnej
młodzieży, które ostatnio zaprzątają moją głowę.