wtorek, 14 stycznia 2014

J. R. R. Tolkien - "Hobbit"

Przyznaję się bez bicia, że moja styczność z twórczością Tolkiena jest znikoma. Znam, oczywiście, świat Śródziemia, jednak tylko ze srebrnego ekranu – nigdy nie zadałam sobie trudu sięgnięcia po książkę, choć niemal cała kolekcja pięknych wydań pręży się dumnie na mojej półce. Co do samego „Hobbita”, to w gimnazjum, gdy polskie szkolnictwo próbowało zmusić mnie do jego przeczytania, odmówiłam kategorycznie. Nie miałam zamiaru marnować swojego cennego czasu na bajki o dziwnych stworkach. Przełomem w tej kwestii stał się film, a konkretnie fakt, że zostałam wykluczona z wszelkich dyskusji na temat usuniętych/dodanych/rozbudowanych scen (co jest prawdziwą męką dla kogoś, kto zawsze musi się wypowiedzieć). Teraz, po lekturze, wiem, jak wiele straciłam, nie sięgając wcześniej po dzieła Tolkiena.

Bilbo Bagginsa nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. To szanowany hobbit-domator, który już wkrótce ma nie tyle zmienić swoje życie, co przeżyć Przygodę – niezwykłą i niebezpieczną. Za sprawą czarodzieja Gandalfa do jego domu trafia kompania krasnoludów, której przewodzi Thorin Dębowa Tarcza, syn Thraina, syna Throra, Król pod Górą na wygnaniu. Mają oni zamiar w liczbie trzynastu wyruszyć w długą podróż, aby odzyskać dwór i skarb. Żeby sprawa nie była zbyt prosta, ich lud utracił władzę przed laty w wyniku napaści smoka, a owa podła gadzina nadal zajmuje wspomniane terytorium, trzeba zatem uciec się do fortelu by go pokonać. I tu – zdaniem Gandalfa – idealnie potrzebny krasnoludom jest pan Baggins. Ten, choć niechętny, w wyniku zręcznych manewrów czarodzieja dołącza do kompanii. I słusznie, bowiem, jak się okazuje, nie raz będzie musiał ratować skórę towarzyszom.

Przygody, jakie spotykają kompanię w drodze do Samotnej Góry, czynią opowieść niezwykle ciekawą i zajmującą. Narrator to istny gawędziarz i przyjemnie podąża się za jego tokiem myślenia. Nie miałam problemu z językiem, jakim pisze Tolkien, choć pamiętam, że już w gimnazjum słyszałam utyskiwania na te temat. Mam jednak świadomość, że „Hobbit” jest skierowany do młodszych czytelników i jego język nie umywa się do tego, jakim napisany jest „Władca Pierścieni”. Tak czy inaczej wszystko razem składa się tu w dobrą całość – niewielu jest pisarzy, którzy byliby w stanie skonstruować tak różnorodny, a zarazem spójny świat. Bilbo i jego towarzysze napotykają przeróżne nacje – gobliny, elfy, trolle… Każda z nich w różnych proporcjach posiada pewne cechy i słabości, co czyni je indywidualnościami i dodatkowo urozmaica rzeczywistość.

Na uwagę zasługuje również konstrukcja zdarzeń. Nie jestem fanką powieści przygodowych, a mimo to opowieść Tolkiena zafascynowała mnie. Z dużym zainteresowaniem śledziłam poczynania bohaterów, śmiałam się z ich niezdarności i frasowałam niepowodzeniami. Ta książka dała mi to, czego oczekuję od gatunku – wartką akcję, ciekawy świat i dobrze skonstruowanych bohaterów. Choć muszę przyznać, że ci ostatni wydają mi się mniej wyraziści, za to bardziej wielowymiarowi niż filmowi.

Z pewnością mogę powiedzieć wszystkim gimnazjalistom, że po tę akurat lekturę sięgnąć warto – choćby jako odskocznię od klasycznej literatury. Myślę jednak, że wśród współczesnych młodych ludzi nie będzie ciężko o czytelników, a w tym przekonaniu uświęcił mnie siedmiolatek spotkany w pociągu, który nie tylko doskonale wiedział, co czytam (rozpoznał Golluma na okładce), ale też chętnie rozmawiał o świecie wykreowanym przez Tolkiena. (: Tak czy inaczej – uczniowie, pamiętajcie: film i książka nie mają aż tak dużo wspólnego, ale obie wersje są warte naszej uwagi.