Lekcje języka polskiego uwielbiałam od zawsze. Chodziłam na
nie z rzeczywistym zapałem, ale przyznam się, że choć nie stronię od książek,
to zajęcia teoretyczne na zawsze pozostały moimi ulubionymi – jako jedna z
niewielu naprawdę pokochałam gramatykę i godzinami mogłam chociażby
rozrysowywać konstrukcje zdań złożonych. Choć moje drogi z tymi
zainteresowaniami nieco rozeszły się wraz z rozpoczęciem studiów, to niebawem
pasja wróci. Od przyszłego roku akademickiego – a teraz mogę to już powiedzieć
na pewno – rozpoczynam dodatkowe studia na polonistyce. W ramach rozgrzewki
postanowiłam więc sięgnąć po tekst czołowych polskich językoznawców.
Prawdę mówiąc nie umiem jednoznacznie określić, dlaczego
zapragnęłam mieć tę książkę niemal od razu po tym, jak ją zobaczyłam.
Prawdopodobnie skusił mnie opis, który podpowiada, że zawartość wyjaśnia wiele
współczesnych językowych dylematów. Zdecydowanie jest to prawda - profesorowie
Bralczyk, Markowski i Miodek pod wodzą Jerzego Sosnowskiego prowadzą dyskusję o
języku nie osadzoną w teorii, a praktyczną, bliską każdemu z nas. Trzynaście
tematycznych rozdziałów zabiera nas w podróż po przeróżnych zakamarkach
polszczyzny – od slangu młodzieżowego, poprzez język polityki i reklamy, na
naleciałościach z klasycznej literatury kończąc. Czytelnik dowiaduje się między
innymi czy angielskie wyrazy są zagrożeniem dla naszej mowy, jak głęboką genezę
mają popularne ostatnio formy żeńskie oraz czym różni się spontaniczna
spontaniczność od tej zaplanowanej, wcale nie spontanicznej. A to wszystko w
niezwykle przyjemnej otoczce.
Dużym atutem tekstu jest także jego autentyczność. Panowie
dyskutują luźno, widać, że prywatnie się znają i dzięki temu chętniej
wymieniają poglądy. Nie ma tu nadętej atmosfery dyskusji naukowej, wręcz
przeciwnie – podejście jest całkowicie normalne, bliskie przeciętnemu
czytelnikowi. Poza tym dzięki swobodzie w tekście pojawia się kilka skądinąd
sympatycznych informacji. Człowiek od razu czuje się lepiej widząc, że nawet
profesorowie językoznawcy muszą czasem walczyć z pewnymi słabościami,
naleciałościami z języka rodziców, gwarą czy chociażby własnymi emocjami, które
dużo łatwiej wyrazić przy użyciu wulgaryzmów niż poetyckich epitetów.
Mimo wszystko nie nazwałabym tego tekstu równym – są fragmenty
łatwiejsze i trudniejsze w odbiorze, a całość nie jest raczej do
przeczytania za jednym podejściem. Momentami, gdy w grę wchodzi etymologia lub
naukowa analiza języka, trudno nadążyć za nomenklaturą i omawianymi
konstrukcjami gramatycznymi. Na szczęście nie zdarza się to często; w
większości przypadków dialog jest lekki i porusza tematy nam bliskie, a odbiór
dodatkowo ułatwia wszechobecny humor i cała masa przykładów. Moim zdaniem wielu z nas powinno po tę książkę sięgnąć, choćby po to, by inaczej, z pewnym przymrużeniem oka, spojrzeć na własny język ojczysty.