wtorek, 8 lipca 2014

Jakub Ćwiek - "Dreszcz"

Na samym wstępie przyznam się bez bicia – nie miałam zamiaru w ogóle sięgać po tę książkę. O ile kilka lat temu fascynowałam się tekstami Kuby Ćwieka, o tyle po lekturze Chłopców całe zainteresowanie minęło mi jak ręką odjął – to zdecydowanie nie było to, czego szukam w literaturze. Zamaszystym ruchem postawiłam więc kreskę na autorze, którego teksty chciałam poznać lepiej i nie podejmowałam kolejnych prób. Ostatnio jednak, szukając czegoś szybkiego i lekkiego na upalne dni, sięgnęłam po szeroko zachwalanego Dreszcza.

Podstarzały rockman superbohaterem? Takie pomysły tylko u Ćwieka. Sam główny bohater, Rysiek Zwierzchowski, wyśmiałby zapewne ów dziwaczny pomysł. Świat się jednak zmienia, a główny bohater musi zweryfikować poglądy na pewne sprawy po tym jak rażony piorunem nie umiera, a zyskuje dodatkowe supermoce. Jak się okazuje – nie tylko on. Jedni umieją znikać, inni zmieniać wizerunek, a jeszcze inni z zaskakującą łatwością asymilują części ciała… Całości dziwacznego obrazu dopełnia syn lokaja-milionera i emerytowany górnik. A to wszystko we współczesnej Polsce!

Tekst w pierwszej kolejności zachwyca wartką i wciągającą akcją. Konstrukcja jest naprawdę dobra, a poziom wyrównany – zarówno dialogi jak i monologi poprowadzone są po prostu dobrze. Wspaniale skonstruowany jest świat – z jednej strony fantastyczny, z drugiej niesamowicie wręcz zwyczajny. Niezwykłości przeplatają się tu z szarą rzeczywistością i bezpośredniością współczesnego Śląska. Co do języka – po lekturze Chłopców, a także wstępu do Dreszcza miałam pewne obawy, ale tutaj jest on zaskakująco wręcz dopasowany. Wulgaryzmy pojawiają się, ale nie rażą – prawdę mówiąc brzmią niezwykle autentycznie, a to rzadko udaje się pisarzom. Jedyny problem mogą stanowić wypowiedzi Alojza, emerytowanego górnika, który posługuje się śląską gwarą. Dla mnie osobiście nie był to problem, bo wręcz słyszałam w głowie jak akcentuje dane słowa, wiem jednak, że niektórym osobom mogłoby to utrudniać odbiór tekstu.

Klimaty komiksowych superbohaterów, rock’n’roll i diss na współczesne społeczeństwo – Ćwiek z właściwą sobie swobodą i bynajmniej nie bez gracji łączy różnorakie elementy i tworzy przerysowane, ale przy tym niezwykle prawdziwe obrazy z pogranicza naszej codzienności. To nie tylko tekst z dziwaczną tematyką. Dreszcz to również – a może przede wszystkim – dobrze przemyślana satyra, która bawi dzięki świetnie wyłuskanym elementom rzeczywistym. Obrywa się katolikom, subkulturom, a nawet kontrolerom biletów PKP – Ćwiek krytykuje wszystko i wszystkich i ani myśli się za to kajać. I dobrze, bo mieści się to w granicach dobrego smaku (przynajmniej moich). Naprawdę bawiłam się świetnie, od pierwszej do ostatniej strony.

Choć siadałam do lektury obrażona na Kubę Ćwieka, z ustami ściągniętymi w ciup, już od pierwszej strony ciężko było mi utrzymać powagę. Polubiłam Ryśka od początku, choć nie jestem pewna, czy jest to klasyczny bohater „do lubienia”. W każdym razie Dreszcz dał mi dokładnie to, czego szukałam – doskonałą rozrywkę na wysokim poziomie. Już teraz obiecuję sobie, że kolejne czytanie (a z pewnością takowe nastąpi) wzbogacę o odpowiedni soundtrack – chętnie przypomnę sobie czasy, kiedy sama słuchałam ciężkiej muzyki, a z pewnością klimat tekstu nabierze na wyrazistości.


A, i jeszcze jedno: Iwo, świetna robota z grafikami! Scena pojedynku Ekumena z Panią Różą sprawiła, że dobrych kilka minut gapiłam się na szczegóły rysunku. ;)