piątek, 25 lipca 2014

Nadine Gordimer - "Znaleziony"

Niezbyt często sięgam po prozę noblistów – prawdę mówiąc z ciekawości sprawdziłam i jak dotąd miałam styczność ledwie z sześcioma twórcami z tego szacownego grona (nie żeby był to powód do dumy, po prostu byłam ciekawa statystyki). O Nadine Gordimer nie wiedziałam nic, a z pewnością nie miałam pojęcia, że należy do laureatów literackiego Nobla. Książkę wybrałam po opisie, ciekawa treści. Czy jestem zadowolona?

Ibrahim i Julie poznają się przypadkiem – ona, bogata menadżerka, potrzebuje pomocy z samochodem, natomiast on, uchodźca-mechanik, akurat jest w pobliżu. Zbieg okoliczności splata ze sobą tych pozornie różnych ludzi, a upór kobiety sprawia, że już niebawem ich znajomość ma szansę się rozwinąć. I choć pozornie nie ma nic, co mogłoby ich łączyć, szybko znajdują język porozumienia. Żyją niczym we śnie, świadomi że w każdej chwili może czekać ich szybka i bolesna pobudka – wystarczy, że urząd do spraw emigrantów wytropi Ibrahima… Gdy tak się dzieje, przychodzi czas na podjęcie dramatycznych i niespodziewanych decyzji.

Choć opowieść snuta jest w otoczce dalekich nam problemów, z całą pewnością przemyca pewne uniwersalne prawdy dotyczące funkcjonowania par. Drobne niedomówienia, małe tajemnice, które z czasem przeradzają się w ugruntowane pola oddalenia;  złudne przekonanie, że wie się doskonale, co myśli druga osoba; kłamstwa maskowane milczeniem i podejmowanie decyzji za kogoś. To wszystko razem sprawia, że bohaterowie powieści są niejednoznaczni, a ich relacja – niezwykle autentyczna. Ibrahima i Julie łączy równie wiele jak dzieli, a przy tym oboje są skłonni do podejmowania pełnych determinacji działań. Każde z nich skrywa również tajemnice i emocje związane z przeszłością. Na swój sposób oboje uciekają – przed przeszłością, schematami, brakiem codziennej satysfakcji. To ciekawe i pełne sprzeczności postaci.

Dodatkowym atutem tekstu jest społeczno-polityczne tło. Autorka zgrabnie i nienachalnie wplata w swój utwór tematykę emigracji i różnic klasowych. Okazuje się, że to, co na Zachodzie jest problemem, w krajach arabskich staje się siłą i odwrotnie. Przy tym wszystkim jednak wiele wartości jest podobnych. Ludzie z „wielkiego świata” mają wszystko co materialne, a umykają im rzeczy w innych krajach będące na porządku dziennym – spotkania z rodziną, szacunek dla drugiego człowieka, silne więzi. Brak relacji rekompensują w pustych znajomościach wśród „przyjaciół”, żyją w wolnych związkach i nie myślą o przyszłości. Jednak wciąż czegoś im brak…

Język powieści jest piękny, literacki, choć momentami surowy – próżno tu szukać ubarwień, świat przedstawiony jest taki jak w rzeczywistości. Jedyną rzeczą, do której trzeba przywyknąć przy lekturze Znalezionego, jest narracja. Autorka co do zasady nie wyróżnia dialogów, pisze je za to w zwykłych akapitach, nierzadko bez stosownego wyjaśnienia, kto teraz mówi. Skutkiem tego czytelnikowi nie pozostaje nic innego jak tylko skupić się na lekturze i wyławiać okoliczności z kontekstu. Muszę przyznać, że choć na początku sprawiało mi to kłopot, pod koniec lektury działałam już automatycznie.

Opowieść naprawdę wciąga, jest ciekawa i czyta się ją jednym tchem. Choć środkowa część zdaje się być nudnawa, gdy bohaterowie popadają w rutynowe schematy zachowań, mogę zapewnić – przed końcem się to zmienia. Trzeba jednak pamiętać, że tekst wciąż pozostaje powieścią obyczajową, a akcja nie gna do przodu jak szalona – mamy tutaj tylko (albo aż) opowieść o dwójce ludzi, którzy mimo różnic starają się funkcjonować razem nie tylko poprzez szukanie wspólnej płaszczyzny, ale i walkę o prawo do własnej przestrzeni i wyrażania swojego zdania. Wszystko to dzieje się w ciekawej otoczce porozumień międzykulturowych, co dodatkowo wzbogaca tekst.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję serdecznie Wydawnictwu M.