Rok 2013 upłynął mi w pewnym sensie pod znakiem Hannibala
Lectera. Akurat zdążyłam odświeżyć sobie ekranizacje z Anthonym Hopkinsem, na
nowo przeżyć fascynację bohaterem i zacząć szukać (trudno wówczas dostępnych)
książek pióra Thomasa Harrisa, kiedy na pomoc przyszło mi wydawnictwo Albatros,
noszące się z zamiarem wznowienia całej serii. Krótko potem pojawił się też
serial, ale nie o nim tutaj mowa. Książki w każdym razie pochłonęłam w tempie
ekspresowym i naprawdę wielkie było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że
na ostatnią przyjdzie mi czekać prawie rok. Byłam jednak cierpliwa, a kilka dni
temu zostało to nagrodzone – otworzyłam paczkę z nowiutkim egzemplarzem i
zabrałam się do lektury, odkładając na chwilę wszystkie rozpoczęte projekty i
zadania.
Ostatnia jak dotąd książka Thomasa Harrisa jest prequelem w
stosunku do serii i opowiada historię Hannibala od dzieciństwa aż do wczesnej
dorosłości. Wojna, jaka toczy się na terenie Litwy i całej Europy, pozbawia
młodego panicza Lectera najpierw poczucia bezpieczeństwa, potem rodziców, aż w
końcu odbiera mu to, co najcenniejsze w jego trzynastoletnim życiu – młodszą
siostrę, Miszę. Chłopak wypiera z pamięci wydarzenia, których jest świadkiem po
napaści szabrowników na rodzinny dom, jednak w miarę dorastania stopniowo
dociera do własnej nieświadomości wyciągając na światło dzienne to, co tak
bolesne. W domu wuja, mając wszystko czego zapragnie, rozwija w sobie
zainteresowania godne arystokraty – budzi się jego zmysł piękna, estetyki oraz
twórcze zdolności. Jednakże w połączeniu z wielką inteligencją, ciekawością
wprost nie do zaspokojenia oraz demonami, wyłaniającymi się z przeszłości i nie
dającymi Hannibalowi chwili wytchnienia, staje się on coraz bardziej śmiały w
swoich poczynaniach.
Nowością i dużym zaskoczeniem był dla mnie tak obszerny
wątek historyczny, ciągnący się właściwie do współczesności – znaczna część
tekstu poświęcona jest samym szabrownikom i temu, jak udało im się wykaraskać z
kłopotów i zorganizować sobie zacne życie w powojennym świecie. Z punktu
widzenia fabularnego takie rozdziały mają sens, bo uzasadniają późniejsze
działania młodego Lectera, moim zdaniem jednak cały wątek mógłby zostać
pominięty. Zakładam, że autor chciał pokazać czytelnikowi, jak demony
przeszłości zmieniają Hannibala w żądnego krwi i zemsty psychopatę, jednak
niezbyt dobrze mu to wyszło. Po pierwsze takie mechanizmy w ogóle nie są w
książce pokazane, bo wnikliwość narratora jest naprawdę niska; po drugie – nawet
gdyby przyjąć, że wszystkie te działania jakoś się ze sobą wiążą, wciąż
pozostaje przepaść między chęcią zemsty, a szukaniem ofiar i podawaniem z nich
obiadów przyjaciołom, które później uskuteczniał psychopata. Jednym słowem
treść oceniam jako naciąganą, a tematykę książki – mocno rozdmuchaną. Można to
było zrobić nieco lepiej.
Niewiele jest książek i filmów, do których wracam. Zwykle
wolę spróbować czegoś nowego, natomiast stare sentymenty pozostają w sferze
myśli i nigdy niezrealizowanych planów jako wyrzuty sumienia gdzieś z tyłu
głowy. Z Lecterem jest inaczej. Mogłabym czytać książki Thomasa Harrisa kilka
razy pod rząd, zawsze odnajdując w nich coś nowego, wypełniającego luki w moim
obrazie Hannibala. Niestety wciąż uważam, że autor pozostawił wyobraźni
czytelnika zbyt duże pole do popisu – nie wiem czy nie chciał, czy może nie był
w stanie podać nam więcej szczegółów, dotyczących psychiki bohatera. Co prawda
„Hannibal. Początek” rzuca pewne światło na motywy i historię psychopaty, wciąż
jednak pozostajemy z niedomówieniami i zbyt wieloma pytaniami bez odpowiedzi. Brakuje
mi tekstu osadzonego gdzieś pomiędzy prequelem a „Czerwonym Smokiem”, który
dałby przynajmniej ciągłość przyczynowo-skutkową wszystkich znanych nam
wydarzeń. Teraz jednak przestałam się łudzić, że coś takiego może zostać przez
Harrisa napisane – skoro oficjalnie współpracuje przy tworzeniu serialu NBC,
nie mógłby stworzyć tekstu, który bezlitośnie objawiłby, jak bardzo ze światem
literackim rozmija się filmowy twór.
Rzadko miewam duże oczekiwania co do książki, ale w tym
przypadku naprawdę spodziewałam się czegoś więcej – marzyłam o napisaniu
studium przypadku, a dostałam jeszcze więcej niedomówień. Chciałam z każdą
stroną poznawać Lectera na nowo i budować swój obraz o nim, układając wszystko
w logiczną całość. Miałam w sobie dużo entuzjazmu, który starczył mniej więcej
na 2/3 tekstu – potem zaczęło mi się nudzić. Co prawda pod koniec akcja
znacznie przyspieszyła, ale i to nie zrównoważyło rozgoryczenia, jakie miałam i
nadal mam po lekturze. Wciąż uważam, że bez niej seria byłaby niekompletna,
jednak z nią również nie stanowi zwartej całości. Pozostają luki, które
wypełniać możemy jedynie własną wyobraźnią, wiedzą psychologiczną i domysłami.
W „Hannibal. Początek” bohater wydaje się miałki i nijaki i choć możemy mu
współczuć, to nadal ciężko zrozumieć genezę jego szaleństwa. A szkoda, bo wciąż
pozostaje jedną z najciekawszych postaci współczesnej popkultury.