No i
nie wytrzymałem. Naprawdę chciałem wykazać się silną wolą, pokazać, że potrafię
sobie dawkować przyjemności. Ale niestety, odkąd na mojej półce znalazło się
"Dożywocie", mój wzrok z utęsknieniem spoglądał na grzbiet tej
książki. Opamiętałem się jednak na tyle, żeby skończyć czytaną wówczas powieść,
ale gdy tylko dotarłem do ostatniej kropki, nie minęła nawet sekunda, a już
siedziałem z debiutancką książką Marty Kisiel w dłoniach..
Konrad Romańczuk to
początkujący pisarz tuż po trzydziestce i jednocześnie mieszczuch pełną gębą.
Pewnego dnia okazuje się, że jako jedyny spadkobierca dalekiego krewnego
(którego imienia nawet nie jest w stanie podać) stał się właścicielem Lichotki
- wiekowego domostwa o dość ekscentrycznym, gotyckim wyglądzie. Ów nieruchomość
zamieszkana jest przez równie ekscentrycznych lokatorów, z których każdy mógłby
startować w konkursie na największe żywe (bądź nieżywe) kuriozum.
Plejadę osobliwości
otwiera Licho - anioł płci nijakiej - z upodobaniem do porządków wszelkiej
maści, cierpiące niestety na alergię na pierze. Oprócz niego w domu zamieszkuje
widmo panicza-samobójcy z epoki romantyzmu, pradawny stwór z licznymi mackami i
hobby w postaci kuchcenia oraz czworo utopców z zamiłowaniem do higieny. No,
jest też jeszcze czarna kotka o imieniu Zmora, ale to byt całkiem zwyczajny
(nie licząc jej uwielbienia do całkiem żywej poduszki w postaci Konrada). Z
czasem liczba lokatorów się zwiększa, nie będę jednak zbytnio zdradzał fabuły..
...zwłaszcza, że tej
fabuły nie ma tak naprawdę zbyt wiele. Cała książka podzielona jest na pięć ni
to rozdziałów, ni to opowiadań, mniej lub bardziej połączonych ze sobą
historią, która nie jest najistotniejszą częścią powieści. Dzieło Marty Kisiel
oparte jest w głównej mierze na znakomicie wykreowanych postaciach i
zachodzących między nimi relacjach, fabuła jest tu niejako tłem dla licznych
zabawnych sytuacji i gagów. Momentami miałem wrażenie, że mam do czynienia nie
tyle z powieścią, co z bardzo rozbudowanym skeczem kabaretowym. Muszę jednak
nadmienić, że pod sam koniec książki kwestie fabularne wracają ze zdwojoną
siłą, rozbudzając w czytelniku całą gamę emocji, a nie tylko liczne salwy
śmiechu.
Oprócz świetnej
kreacji bohaterów kunszt literacki Ałtorki ujawnia się jeszcze w jednym
aspekcie - w języku. Każde zdanie, ba, każde słowo wydaje się być dokładnie
przemyślane i nadaje narracji oraz dialogom wyraźnie widoczne cechy.
Zdecydowanie nie ma w tej książce przypadkowych wyrazów. Język, jakim posługuje
się Marta Kisiel, jest bogaty w niespotykane na co dzień wyrażenia, nie są to
jednak zwroty niezrozumiałe - wręcz przeciwnie! Co więcej, w momentach tego
wymagających Ałtorka świetnie i zarazem przezabawnie tworzy wypowiedzi oddające
ducha romantyzmu, idealnie też obrazuje udawanie przez postać wady wymowy.
"Dożywocie"
to komizm w czystej, najdoskonalszej postaci. Ciężko jest doszukiwać się
strony, przy której czytelnik nie parsknie śmiechem. Prezentowany w powieści
humor nie jest może za każdym razem najwyższych lotów, w żadnym jednak momencie
nie jest on prostacki. Zarówno postaci, jak i żarty oraz język są dopracowane w
każdym calu, dzięki czemu książka zapewnia kilka godzin porządnej rozrywki - mi
na przykład solidnie pomogła przetrwać czas spędzony na chorowaniu.