piątek, 4 kwietnia 2014

Harlan Coben - "Sześć lat później"

Nazwisko autora mignęło mi już wiele razy gdzieś w Internecie, blogosferze i na księgarskich półkach. Muszę jednak przyznać, że nie interesowałam się zbytnio tym, co ma on do zaoferowania czytelnikom. Pewnie byłoby tak do dziś, gdyby najnowsza powieść Cobena nie wpadła w moje ręce jako urodzinowy prezent. Opis okładkowy wciągnął mnie niesamowicie – na tyle, że rzuciłam wszystkie najnowsze nabytki i zabrałam się za lekturę.

Ciężko wyobrazić sobie siebie w sytuacji Jake’a. Główny bohater ma wiele – pozycję nauczyciela akademickiego, szacunek, urok osobisty, charyzmę i wygląd wyróżniający go z tłumu. Jednakże jego życie nie jest tak poukładane jak mogłoby (i powinno) być. Sześć lat temu przeżył kilkumiesięczny związek z artystką poznaną podczas twórczego wypoczynku. Był pewien, że spotkał miłość swojego życia, ona jednak porzuciła go nagle, z hukiem i fajerwerkami. Z dnia na dzień postanowiła wyjść za innego, natomiast podczas ceremonii ślubnej zdążyła wymóc na Jake’u ostatnią obietnicę – przysiągł, że nie będzie jej szukał i nękał. Wbrew wszelkiej logice mężczyzna wypełnia dane słowo – przynajmniej do czasu, gdy natrafia na nekrolog męża Natalie…

Podstawowy problem tej książki jest taki, że opis okładkowy dość mocno mija się z prawdą. Wiem, dałam się podejść, nie ja pierwsza i nie ostatnia. Tak czy inaczej blurb pozwala wnioskować, że gdy Jake zaczyna szukać Natalie, zostaje uznany za wariata, bowiem nikt z jego otoczenia (ze znajomych i osób spotkanych przed sześcioma laty) nie ma pojęcia o istnieniu kogoś takiego jak Natalie. Spodziewałam się historii o człowieku, któremu wydaje się, że zwariował, bo nie może odróżnić fikcji od rzeczywistości. W praktyce natomiast owo otoczenie głównego bohatera wie wiele, tylko zwyczajnie nie chce udzielić mu informacji, co oczywiste jest zarówno dla czytelnika, jak i dla samego Jake’a. Taka roszada czyni z tekstu, zapowiadającego się jako dobry i zagadkowy thriller, zwykły kryminał o poszukiwaniu kogoś, kto wpadł w kłopoty i zniknął bez śladu.

Ponarzekawszy na niejasności związane z blurbem, mogę przejść do strony technicznej. Książka wydaje się bardzo gruba, ale to tylko złudzenie spowodowane papierem i naprawdę sporą czcionką. Czyta się szybko, strony mijają niepostrzeżenie, a jeden krótki rozdział, który pozornie niewiele wnosi do sprawy, przemieszcza czytelnika o około 20 stron w przód. Narracja jest pierwszoosobowa i dość denerwująca, bo bardziej przypomina opowieść w czasie rzeczywistym. Generalnie to przyjemna forma, ale wstawki w stylu „rozumiecie?”, których pełno jest w pierwszej części, działają na niekorzyść stylu i nijak nie pasują do akademickiego wykładowcy (nawet tego wyluzowanego). Sama konwencja kryminału również nie wyszła autorowi najlepiej – czytelnik nie staje w obliczu niezwykle trudnej zagadki, a właściwie jedynie odkrywa jej szczegóły. Poza tym pewna kumulacja zdarzeń oraz natłok niezwykłych zbiegów okoliczności są dość mocno nienaturalne. Bohater raz ma bardzo dużo szczęścia, innym razem zdaje się go prześladować pech; czasem nie potrafi czegoś załapać, a innym razem błyskotliwie łączy fakty – nie ma wyważenia, równowagi, konsekwencji. Postaci też jakoś tak zbyt łatwo dają się nabrać czy przekonać. Za zaletę tekstu można uznać humor, ale to według uznania – czasem jest czarny, czasem wisielczy… Mnie to akurat odpowiadało.

Kończąc powoli – mam bardzo duży dylemat. Książkę oczywiście czytało się szybko, ale tak naprawdę nie odnalazłam w niej nic niezwykłego. O Cobenie przeczytałam wiele dobrych opinii, poza tym mówi się, że ta książka jest gorsza od innych. Może ktoś z Was ma jakiejś doświadczenia z tym autorem? Jeśli znacie jakąś jego książkę, która jest warta uwagi – chętnie poznam jej tytuł. Nie chciałabym z góry skreślać faceta, który (podobno) pisze dobrze tylko dlatego, że miałam nieszczęście trafić na przeciętny tekst, który wyszedł spod jego pióra.

___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniu "Czytam Opasłe Tomiska" (464 strony)