Siedemnastoletnia Mika nie ma zbyt wiele – straciła matkę,
później ojca, rozdzielono ją również z młodszą siostrą. Żyje w rodzinach
zastępczych i pogotowiu opiekuńczym, a jej życie nie należy do łatwych. Jedyne,
co można uznać za jej enklawę, to świat gier komputerowych – jest naprawdę
świetnym graczem. Gdy nastolatka zostaje mimowolnym świadkiem makabrycznej w
skutkach strzelaniny w swoim liceum, policja stara się ją chronić. Otrzymuje
zadanie wkroczenia do świata nowej, super realistycznej gry, wokół której
narastają kontrowersje na całym świecie. Bitwa o Io opowiada o kolonizacji
jednego z księżyców Jowisza, jednak to nie w fabule tkwi jej sekret. Dzięki
specjalnej konsoli przekazującej impulsy bezpośrednio do mózgu użytkownik w
czasie gry odczuwa ból, dostrzega zapachy, a nawet może… przeżyć własną śmierć.
Od samego początku sporo sobie po tym teście obiecywałam; może
to głupie, ale zaczęło się podczas lektury podziękowań, w których autorka
zdradziła m.in., że konsultowała się z psychologiem w sprawie konstrukcji
postaci. Sama fabuła również mnie ciekawiła i miałam nadzieję, że nie będzie to
kolejny zmarnowany pomysł. Powiedzieć można krótko – nie jest. Autorka
stworzyła tekst na naprawdę wysokim poziomie, w dodatku fascynujący i ciekawy.
Ale po kolei.
Przy pierwszym kontakcie z książką po prostu się
zachwyciłam. Nie wiem, co takiego jest w stylu Małgorzaty Wardy, ale mimo
nowoczesnej tematyki opowieść czyta się jak stare młodzieżówki, te z „moich
czasów”, czyli sprzed około dziesięciu lat. Może to mój wymysł, ale czytam
naprawdę sporo książek dla tej grupy wiekowej i pierwszy raz spotykam się z tak
cudownym, sentymentalnym wrażeniem. Akcja jest wartka, wciągająca i odpowiednio
wyważona pod względem emocjonujących wydarzeń. Język pozwala na zagłębienie się
w treść – jest narzędziem, środkiem wyrazu, nie przytłacza czytelnika w żaden
sposób i nie staje się zbyt ważny sam w sobie.
Jeśli chodzi o odwzorowanie świata gier – tutaj musieliby
wypowiedzieć się gracze, mam jednak wrażenie, że i ten aspekt wyszedł całkiem
autentycznie. Dla mnie, osoby nie znającej tematu, wystarczające było to, co
otrzymałam. Widać, że autorka zrobiła dobry research i poświęciła sporo czasu,
aby odnaleźć się w temacie i poruszać się po nim płynnie. Istotniejsza z mojej
perspektywy była rola, jaka została przypisana grze i cała otoczka z nią
związana. Autorka wykorzystała temat do zadania kilku ważnych pytań o naturę
ludzką – na Io ludzie nieustannie ze sobą walczą, zabijają „bo mogą”, a realną
technologię połączoną z bezkarnością wykorzystują do zaspokajania tych potrzeb,
których w prawdziwym świecie nie są w stanie urzeczywistnić. Dodatkowo pojawiają
się niebezpieczeństwa związane z rozwojem technologii – symulację można
wykorzystać do badań nad stresem i zachowaniem w sytuacji ekstremalnej, ale co
z ludzkim mózgiem, który otrzymał impuls o własnej śmierci? Czy organizm jest w
stanie to wytrzymać? Takie pytania, przemycane mimochodem obok wydarzeń,
stanowią niesamowitą siłę tej książki i przydają jej dodatkowej wartości.
Na początku wspomniałam o oczekiwaniach wobec konstrukcji
bohaterów – również tutaj absolutnie się nie zawiodłam. Postaci są realne,
rzeczywiste i spójne, w dodatku niejednoznaczne, czyli dokładnie takie, jakie
powinny być w powieściach dla młodzieży. I nie mówię tutaj tylko o Mice –
Małgorzata Warda stworzyła także szereg postaci drugo-, a nawet
trzecioplanowych, z których każda ma swoje pięć minut, własne motywacje i
historię, która doprowadziła ją do danego zachowania. Zakochałam się w tej
dokładności i skrupulatności, w tym odgórnym zamyśle przygotowanym przez
autorkę.
Jak widzicie, mogłabym opowiadać o tej książce bez końca.
Tak naprawdę jednak najlepiej jest po prostu po nią sięgnąć. Tekst wciąga jak
dobra, realistyczna gra komputerowa i nie sposób się od niego oderwać – sama
zarwałam noc i czytałam aż do upadłego, byle tylko dowiedzieć się, co dalej.
Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Media Rodzina.