niedziela, 12 kwietnia 2015

Kristen Lippert-Martin – „Tabula Rasa”


Łysa głowa, uczucie zimna, zapach piłowanej kości – tak wygląda codzienność Sary, dziewczyny, która przechodzi specjalną, szpitalną terapię dla osób po silnej traumie. Nie pamięta, kim jest, ani jak się tu znalazła – wie jedynie, że są sprawy, które trzeba trwale wymazać z jej pamięci.

Ciężko napisać cokolwiek o fabule tej powieści, bo tak naprawdę czytelnik wchodzi w treść nie wiedząc nic, a skąpe fakty pojawiają się bardzo powoli – opowieść o nich można by uznać za spoiler. Jak nietrudno się domyślić, w programie medycznym coś idzie nie tak; aby dowiedzieć się co dokładnie, sami musicie sięgnąć po ten tekst. Szczerze mówiąc jestem jednak daleka od jego polecania… Opis fabuły wydał mi się niesamowicie intrygujący – modyfikacja wspomnień to ciekawy temat, zwłaszcza że nieustannie prowadzone są badania w tym zakresie, wydaje mi się jednak, że autorka nie wykorzystała potencjału tego zagadnienia.

Dość mocno odrzuciły mnie same pomysły debiutantki. Można napisać dobry thriller medyczny czy naukowy, można puścić wodze fantazji w kierunku science fiction, ale warto byłoby zachować pewne prawdopodobieństwo życiowe, zwłaszcza jeśli dotyka się arbitralnie określonego zakresu działań ludzkiego organizmu. Autorka (prawdopodobnie nieumyślnie, poddając się wyobraźni) lekko przesadziła, konstruując nieprawdziwe teorie dotyczące zdrowia, funkcjonowania mózgu czy też działania pewnych substancji, co momentami mocno kłuło mnie w oczy.

Mało przyjemna jest również sama konstrukcja tekstu. Fakty poznajemy niesamowicie wolno i chociaż zagadka sama w sobie utrzymuje pewien poziom napięcia, to jej rozwiązanie jest nieproporcjonalnie skomplikowane. Pod koniec książki czytelnik otrzymuje prawie 10-stronicową opowieść, w której zawiera się wszystko to, co można było dozować dużo wcześniej, w rezultacie czego podczas lektury wieje nudą. Momentami akcja przyspiesza, ale nie łudźmy się – są to raczej pojedyncze sceny bez specjalnego ładunku emocjonalnego.

Z reguły trzymam gdzieś w zanadrzu dozę wyrozumiałości dla literatury młodzieżowej – mam do niej sentyment, a poza tym trudno wymagać, aby była tak doskonała jak ta „wysokich lotów”. W tym jednak wypadku uważam, że pomysł został zmarnowany. O ile można przymknąć oko na prawdopodobieństwo życiowe, o tyle brak wartkiej akcji jest już dużym minusem; zabrakło mi również głębszej refleksji nad samym problemem modyfikacji pamięci. To raczej czytadło niż ciekawa literatura; sytuację ratuje jedynie całkiem niezły humor sytuacyjny, jednak i jego nie ma tu zbyt wiele…






Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie YA!, będącemu częścią GW Foksal.