niedziela, 29 marca 2015

Melissa Marr - "Przybysze"


Gdzieś poza znanymi nam czasem i przestrzenią znajdują się Bezdroża - tajemnicza kraina, która tylko w pewnym stopniu przypomina krajobraz rodem z Dzikiego Zachodu. To niebezpieczny świat, pełen zagrożeń i potworów rodem z koszmarów, w którym przetrwać próbuje garstka ludzi z naszej rzeczywistości. Nikt z nich nie wie czemu i w jaki sposób trafili do na Bezdroża, choć niektórzy spędzili w ich obrębie ponad połowę życia. Przybysze podzieleni są na dwie frakcje: jedna z nich stara się pomagać i ochraniać rodzimych mieszkańców krainy, druga natomiast wybrała wygodne życie pod przywództwem Ajaniego - samozwańczego władcy, który dla osiągnięcia swoich celów nie cofnie się przed niczym. Gdy na Bezdrożach pojawia się nowa osoba, obie strony od razu podejmują próby przekonania jej do wyboru ich grupy.

Brzmi ciekawie, czyż nie? Problem w tym, że tylko brzmi, bo w praktyce prawie wszystko w tej książce jest najzwyczajniej w świecie słabe. Zacznijmy od kreacji całego świata - ogólny zamysł jest naprawdę całkiem ciekawy, idea magicznego dzikiego zachodu z solidną dawką klasycznej walki między dobrem a złem z miejsca przywołała uśmiech na mojej twarzy. Dlatego odczuwam wręcz fizyczny ból, gdy widzę jak zmarnowany został ten pomysł. Początkowo zgrabna kreacja rzeczywistości dość szybko zaczęła być wtórna, aż w końcu jakiekolwiek informacje zaczęły ograniczać się do pojedynczych wspominek, że coś tam jeszcze w tym świecie może jest ciekawego, ale czytelnik nie ma szans się o tym przekonać. Podobnie źle jest z zamysłem przeniesienia postaci z naszej rzeczywistości na Bezdroża - pierwsze wytłumaczenie otrzymujemy zdecydowanie zbyt szybko (inna sprawa, że jest ono kiepskie), przez co - puff - nie mamy żadnej zagadki, zaś rozszerzone wyjaśnienie pod koniec powieści jest tak wielkim błędem logicznym, że nie wiem, czy zmieściłby się on w Rowie Mariańskim.

Językowo i stylistycznie też niestety jest nie najlepiej. Owszem, autorce zdarza się konstruować całkiem zgrabne, bogate opisy, często jednak przytłaczają one swoją objętością - dialogi są w nich rzadkością, a jak już się pojawiają, to wypowiedzi bohaterów ograniczają się do jednego, dwóch, góra trzech słów. Tym, co mnie mocno kuło w oczy, była liczba powtórzeń - zdecydowanie przekraczała jakiekolwiek normy, zaś przegięciem była sytuacja, gdzie w sześciu linijkach znalazły się cztery wyrazy o tym samym temacie (z czego dwa to było to samo słowo, nawet w tym samym przypadku). W oczy rzuciło mi się też parę zdań, których sens był niezrozumiały przez wadliwą budowę. Nie wiem w jakim stopniu jest to wina tłumacza, aczkolwiek nie raz już spotkałem się z translacjami Marcina Mortki, które nie miały aż takich błędów, sądzę więc, że odpowiedzialność za to ponosi sama autorka.

Na parę słów uwag zasługują też postaci. Krótko mówiąc: to imbecyle. Serio, nie da się inaczej określić bohaterów Przybyszów - ich działania, pomijając już fakt, że wielokrotnie są ze sobą sprzeczne pod kątem motywacji, nie należą do przemyślanych, są natomiast przerysowane do granic możliwości. Liczba spontanicznych decyzji i zachowań skakała z każdym przeczytanym rozdziałem, a niespójność cech charakteru waliła po oczach z mocą najlepszego Maglite’a. Tak naprawdę odniosłem wrażenie, że autorka zupełnie nie przemyślała swoich bohaterów, a jedynie zmuszała ich do zachowywania się tak, jak w danym momencie pasowało jej do popchnięcia fabuły w wybranym kierunku. Tak naprawdę tylko jedna osoba jest konsekwentna w swoich zachowaniach, jednak jest to postać drugoplanowa, która nie pojawiała się tak często, jak tego chciałem.

Powieść Melissy Marr wręcz przypominała ser szwajcarski - dziura (logiczna bądź fabularna) na dziurze. Ot, coby podać pierwszy lepszy przykład - przez bite trzy strony, jeśli nie więcej, bohaterowie naradzają się nad tym, czy się rozdzielić. Gdy już się na to decydują to następnym, co widzimy, jest scena, w której wszyscy bohaterowie znów są razem. Po co w takim razie był ten cały szum wokół sytuacji - nie mam pojęcia. Co zaś się tyczy tych fragmentów między dziurami, to wiele scen jest do bólu sztucznych albo wręcz żałosnych. Prym wiodą tu urywki erotyczne, sztuk trzy, które są tak drętwe, że chyba nawet Pani E.L. James wykazywała się większą subtelnością (choć pewności nie mam, zaledwie przekartkowałem jedno z jej dzieł).

Dawno nie byłem tak bliski płaczu, jak miało to miejsce podczas czytania Przybyszów. Widok świetnego w moim odczuciu pomysłu, którego potencjał został całkowicie niewykorzystany. Parę razy w wyniku bezsilności przerywałem lekturę i musiałem naprawdę zmusić się do ponownego sięgnięcia po książkę. Liczba uwag i luźnych notatek, jakie zapisałem sobie na karteczkach, osiągnęła nowy rekord, bijąc niemal dwukrotnie poprzedniego laureata - szkoda tylko, że tym razem były to zapiski niemal wyłącznie o negatywnym wydźwięku.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Uroborosbędącemu częścią GW Foksal.

7 komentarzy:

  1. Jak ja się cieszę, że nie kupiłam tej książki. Nie wiem, kogoś zmienili w Uroborosie, czy o co chodzi? Kiedyś co książka, to wszyscy się zachwycali świeżym pomysłem, a teraz? Raczej słychać narzekania. Jak są jakieś pochwały, to z recenzji raczej czuć sztywność niż faktyczny zachwyt (acz nie u wszystkich, ale w 90% przypadków). Szkoda, naprawdę szkoda, bo okładki dalej mnie przyciągają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, że wśród starszych tytułów praktycznie każdy jeden był znakomitą pozycją, a teraz takiego szału nie ma. Aczkolwiek ze starszych książek Uroborosa czytałem głównie te autorstwa polskich pisarzy (same bardzo dobre), a teraz jakby wydawnictwo skupiło się tylko na obcojęzycznych twórcach...

      Usuń
  2. Miałam dwa podejścia do tej książki, ale poległam przy obu, więc zgadzam się z recenzją całkowicie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja twardo walczyłem do końca, ale łatwo nie było..

      Usuń
  3. jaka szkoda. a miałam na nią taką wielką chrapkę. :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Łaaa. Wiesz, jaki miałam mentalny obraz tej recenzji ;D ? Taki magik, który pudło coraz to nowym sztyletem przebija. Ale dobrze, że ostrzegłaś. Rzeczywiście brzmiało nieźle, ale z takimi wadami, to bym nawet na siebie była zła, że w ogóle takie coś do domu przytachałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *ostrzegłeś - jestem chłopczykiem. ;p

      Usuń

Komentarze są dla nas źródłem siły do prowadzenia bloga i wielkiej radości, dlatego też będziemy wdzięczni za każdy pozostawiony przez Was ślad.