niedziela, 22 marca 2015

Lars Saabye Christensen - "Odpływ"


Nie lubię powieści o dorastaniu, choć może właściwsze byłoby określenie, że „nie lubię się z nimi” – zawsze mam wrażenie, że chłód w tej relacji jest obustronny i utrudnia wzajemną komunikację. Prawdopodobnie z tego powodu odczuwałam dyskomfort w pierwszym kontakcie z powieścią Christensena – mimo że młody bohater ewidentnie dążył do wewnętrznych zmian, było mi w tym świecie niesamowicie dobrze. Może dlatego, że powieść porusza wiele innych dylematów? A może ze względu na piękno poetyckiego języka? W każdym razie skończyłam lekturę niesamowicie zadowolona (i właśnie zdałam sobie sprawę, że zaczęłam tę recenzję od końca…).

Tekst nie jest jednolity, choć łączącą go osią jest osoba narratora; Chris to uznany skandynawski pisarz i poeta. W pierwszej części książki towarzyszymy mu w retrospektywnej podróży w świat wspomnień z dzieciństwa – bohater zaprasza nas nad zatokę Oslofjorden dokładnie w roku historycznego lądowania człowieka na Księżycu. Gdy wszyscy czekają na ten przełomowy dla ludzkości moment, w letnim skwarze odbywa się rozwój niezwykłego młodego człowieka. Chris zmaga się z samym sobą, jak również z budzącymi się w jego wnętrzu emocjami związanymi z buntem, ale też przyjaźnią, zakochaniem czy zwykłą ludzką chęcią odrębności. W jego umyśle rozgrywają się dylematy, które zaważą na dalszym rozwoju; chłopak widzi coraz więcej, dostrzega wielowymiarowość świata i niejednokrotnie gubi się w tym, co go otacza.

Historię Chrisa przerywa wtrącenie, jego dzieło powstałe wiele lat po wydarzeniach z roku 1969. Ta swoista „książka w książce” jest historią człowieka rozpoczynającego pracę jako Pośrednik w mieście, o którym nie można powiedzieć nic dobrego; do jego zadań należeć ma oznajmianie rodzinom wszelkich złych nowin na temat ich najbliższych. To przepiękna, metaforyczna opowieść i największy atut książki Christensena – o ile pierwszą częścią można się zainteresować, druga umożliwia całkowite zatracenie. Znajdujemy tutaj refleksję na temat żałoby, życiowych celów, wagi wspomnień i roli, jaką sami im nadajemy. To także szeroki obraz straty – jej definicji, ale też sposobów przeżywania.

Nie sposób nie wspomnieć o pisarskim warsztacie autora. Styl Christensena odbiega nieco od standardowego, chłodnego i minimalistycznego tonu skandynawskich twórców; na pierwszy rzut oka widać, że autor jest kimś więcej niż pisarzem. Jego tekstu nie można przeskakiwać czy czytać nieuważnie, a to ze względu na niesamowite wręcz dopasowanie – jeśli przyjrzeć się mu bliżej, okazuje się, że nie ma ani jednego zbędnego słowa, nadprogramowego wyrażenia, a całość komponuje się niemal idealnie. Uwagę zwraca również mnogość tematów, poruszonych w opowiadanych historiach, które na pierwszy rzut oka zdają się być całkiem proste – tak naprawdę nie wymieniłam nawet połowy znaczeń i poziomów, które wprawne oko mogłoby tu odnaleźć. To najlepiej świadczy o możliwościach pisarza i jego zdolności do tworzenia dzieła pełnego, dogranego do każdego, najmniejszego nawet faktu.

Proza Christensena urzekła mnie pod każdym względem. To pisarz, który wie, czego chce i realizuje swoje zamysły w sposób pełny i wielowymiarowy. Do gustu przypadły mi obie odsłony powieści, choć w oczywisty sposób wywołały one różne odczucia; obie jednak zachęcają do refleksji i dostarczają literackiej przyjemności. Spotkanie z twórczością norweskiego pisarza było dla mnie prawdziwą radością i już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po wielokrotnie nagradzanego Półbrata.


Za egzemlarz książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu.