wtorek, 21 października 2014

William Golding - "Władca much"


Choć do niedawna cieszyłam się, że nie dopada mnie książkowa niemoc, było to klasyczne chwalenie dnia przed zachodem. W wakacje i zaraz po nich potrafiłam czytać jedną książkę za drugą, dosłownie ciągiem, teraz za to na myśl o sięgnięciu po kolejny tom odczuwam permanentny brak energii i chęci. Po części może to być zasługa choróbska, które się do mnie przypałętało idealnie przed Targami Książki (stąd też urocza sceneria powyższego zdjęcia), po części pewnie też zmęczenia spowodowanego lawirowaniem między dwoma kierunkami. W każdym razie dając sobie chwilę odpoczynku od standardowo czytanych książek postanowiłam sięgnąć po tekst, który już od jakiegoś czasu dosłownie za mną chodził, zupełnie jak wyrzut sumienia. Z góry chciałabym też zaznaczyć, że recenzja nie będzie standardowa – wciąż wychodzę z założenia, że tego typu klasyków pod pewnymi względami oceniać nie wypada. Zapraszam Was zatem w podróż w pewne tropikalne miejsce, uprzedzam jednak – to nie będą urocze wakacje.

Na bezludnej wyspie rozbija się samolot, a jedynymi ocalonymi są dzieci – od tych najmłodszych, kilkuletnich, aż po nastolatków; sami chłopcy. Gdy zdają sobie sprawę z trudnego położenia, organizują się w społeczność, skupioną wokół tych najstarszych i najbardziej zaradnych. Siłą rzeczy przywódca może być tylko jeden. Pozornie wypracowany ład, oparty w dużej mierze o ideę utrzymywania ogniska sygnalizacyjnego, stopniowo chwieje się w posadach. Całkowitym zagrożeniem jest dla niego panosząca się agresja, rosnące ambicje, a także lęki, związane z pojawieniem się tajemniczego Zwierza.

Na początku Golding miał ze swoją książką spore problemy – nikt nie chciał jej wydać ze względu na niezwykle pesymistyczny wydźwięk. Obawiano się, że ludzie nie będą chcieli po nią sięgać i właściwie trudno się takiemu odbiorowi dziwić, bo lektura naprawdę jest przytłaczająca. Mimo niewielkiej objętości czytałam ją stosunkowo długo, urywkami. Być może to po części kwestia mojego wcześniejszego nastawienia, ale atmosfera tekstu naprawdę dała mi się we znaki. To coś zupełnie innego niż współczesne dystopie – ta książka autentycznie działa na wyobraźnię, a klimat jest wręcz namacalny. Przeraża kreacja bohaterów i opisy – nawet dla osób pozornie „opatrzonych” z podobnymi, okrutnymi scenami.

Książka jest ciekawym studium zachowań człowieka w sytuacji ekstremalnej. Choć od początku chłopcy zdają sobie sprawę ze swojego położenia, można mieć wrażenie, że są nie do końca świadomi – jakby odpychali tę myśl. Swoje działania, choć trudno odmówić im rozwagi, traktują jak zabawę, w dodatku oczekując natychmiastowych efektów. Dopiero w miarę upływy czasu, gdy w ich umysły wkracza niepewność i fatalizm, zaczyna dziać się źle. Jedni popadają w obłęd, inni starają się kurczowo trzymać zasad, jeszcze inni odkrywają satysfakcję płynącą z panowania nad innymi. Jest to również opowieść o kaprysach i frustracjach spowodowanych niedostępnością władzy; o zazdrości, agresji i żądzy zemsty, a także o brutalnej sile. To swoista przestroga co może się stać, gdy pozostawimy ludzi samych sobie.

Ciekawym motywem jest lęk chłopców przed Zwierzem – rozpoczęty u podstaw wśród tych najmłodszych, stopniowo rozprzestrzenia się na cała grupę. Bohaterami z jednej strony kieruje chęć rozwiązania zagadki, z drugiej zaś boją się tego, co może czaić się w lesie; ponadto utrzymywanie paniki jest wygodne. To ciekawy mechanizm, pokazujący pewną niekonsekwencję ludzkiej natury, w rezultacie którego irracjonalny lęk narasta, podnosząc Zwierza do rangi symbolu, który trzyma grupę w ryzach, a w dodatku traktowany jest jaki pierwowzór i usprawiedliwienie okrucieństwa.

Nie chciałam się rozpisywać, a całości wyszło więcej niż w niejednej standardowej recenzji. Prawda jest taka, że o wymiarach w książce Goldinga można by mówić bez końca, tak wiele ich jest. Przez lata badacze różnie interpretowali ów klasyczny tekst i odnaleźli w nim wiele różnorodnych znaczeń (co może świadczyć zarówno o wielowymiarowości działa, jak i o bogatej wyobraźni badaczy). W każdym razie mnie najbliżej do tego, o którym wspomniałam, dotyczącego zachowań ludzkich w sytuacji ekstremalnej. W moim odczuciu blisko tej książce do Jądra ciemności, choć z goła inne problemy są poruszane i stanowią fabularną oś. Dziwię się też, że Władca much nie należy do lektur obowiązkowych (a przynajmniej nie należał w tzw. moich czasach) – młodzież ze szkół średnich z powodzeniem powinna go zrozumieć. Z drugiej strony może lepiej, aby nie była to kolejna książka obrzydzona przez system?